Mały socjalizm

To, że socjalizm był wielki, musieli wiedzieć wszyscy, którzy urodzili się tutaj po 45., potem rósł w siłę, żeby ludzie żyli dostatniej, później powiedzieliśmy, że pomożemy, by stał się jeszcze większy, następnie przeczytaliśmy – tu mówię w liczbie mnogiej o sobie – na murach więzienia w Olsztynie podczas pierwszomajowej manifestacji hasło BYLIŚMY, JESTEŚMY, BĘDZIEMY, w chwilę później teatr im. Jaracza w tym samym mieście pod billboardem z napisem LENIN TWÓRCĄ ŚWIATOWEJ REWOLUCJI porozwieszał afisze z tytułem granej tam sztuki TATO, TATO, SPRAWA SIĘ RYPŁA… i niedługo potem rypła się naprawdę.
Wtedy ci, którzy ten socjalizm budowali, natychmiast urządzili sobie dobrobyt, żeby dalej żyć tak jak w socjalizmie, a ci, którzy nie potrafili się załapać, zostali kapitalistami, najczęściej bez kapitału. Tym drugim, którzy biedują, socjalizm podoba się nadal, ci pierwsi przypominają sobie o nim tylko wtedy, kiedy zajrzą do szuflad i natrafią na stare legitymacje.
Wydawałoby się więc, że niegdzie go już nie ma, może poza świeżo otwartym UL-em, w którym królową został Piotr Ikonowicz, i poza gabinetem pani wicepremier Izabeli, która podobno na to stanowisko została powołana tylko po to, żeby petent stając przy panu premierze Belce, nie pamiętał, że przyszedł z pretensjami do wicepremiera Hausnera. Pani wicepremier, wcześniej znawca Mongolii, postanowiła w związku z tym, dla odwrócenia od siebie uwagi, powołać Związek Zawodowy Pracowników Zatrudnionych na Czarno, co jest tak łatwo wykonalne jak policzenie wszystkich jurt na dalekim stepie.
Ale okazało się, że socjalizm jednak istnieje w dalszym ciągu. Mały, ale prawdziwy. Wykryła go pani radna z PiS-u w Domu Kultury OKO na Ochocie, w którym podczas wizytacji powiedziała, że takie placówki są reliktami przeszłości i te komunistyczne przeżytki trzeba powoli likwidować.
Byłem kiedyś dyrektorem domu kultury, i to w socjalistycznych czasach, i z tego, co pamiętam, to służył on wyłącznie młodzieży, która nie chciała szukać wrażeń na ulicy, brydżystom do gry w karty, grupom teatralnym, emerytom i dyskutantom filmowym i takie życie w ich murach toczy się od zawsze, i trwa do dzisiaj, między innymi w Oku, do którego chodzą między innymi dwaj moi synowie, żeby się nauczyć śpiewać więcej niż tylko „Sto lat” i „Góralu, czy ci nie żal”, zawiązać nowe przyjaźnie i dowiedzieć się, że Bach i Beethoven to nie są kompozytorzy melodyjek do telefonów komórkowych.
Być może jednak pani radna doszła do wniosku, że taka wiedza im wystarczy.
Wszystkim myślącym podobnie dedykuję ten wiersz:
ŚMIERĆ DOMU KULTURY
Z brzucha miasta wycięto wyrostek.
Wyrostek był mało znaczącym organem,
ale niebezpiecznym w stanie zapalnym.
Promieniował plastyką,
amatorską fotografią,
przyjezdnymi artystami
i śmiechem widowni.
Co innego nerki miasta.
Te muszą filtrować i być niezawodne.
Na ich leczenie potrzebne są pieniądze.
Wyrostek przy nerkach
to niepotrzebny pryszcz.
Zabiegu dokonali radni
uzbrojeni w magnetowidy i filmy
z pornosami i Schwarzeneggerem.
Ludzie, którzy oglądają pornosy, o filmie Felliniego
„Osiem i pół” powiedzą, że
jest ni w pięć ni w dziewięć.

 

Wydanie: 51/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy