Z pustego nawet Syryjczyk…

Z pustego nawet Syryjczyk…

BEZ UPRZEDZEŃ

Tadeusz Syryjczyk, najmocniejsza głowa w Unii Wolności, ma umysł logiczny i myśli rzeczowo. Do rzemiosła demagogicznego nie został stworzony. W ciągu dziesięciu lat politykowania trochę się jednak do wymagań tego fachu, chcąc nie chcąc, przystosował. Mówi on w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że SLD w roku 1993 „przyszedł na gotowe i korzystał z cudzych owoców”. Może korzystał, ale faktem jest, że rządy Sojuszu niczego w państwie nie popsuły, sytuacji gospodarczej nie pogorszyły. Sondaże opinii wykazują, że ludność kraju tamten okres wspomina jako najlepszy w dziesięcioleciu. Partie solidarnościowe, które w swojej propagandzie nie mają skrupułów, nie potrafią Sojuszowi zarzucić niczego ponad to, że nie przeprowadził reform, które one przeprowadziły. Taki zarzut można uznać za pochwałę. Niestety, nie jest ona całkowicie zasłużona. SLD miał swój udział w niektórych „sukcesach” koalicji posierpniowej choćby przez to, że im się zbyt słabo przeciwstawiał. Przystąpił, na przykład, do projektu reformy „powiatowej” i samorządowej, która w oczach obywateli jest na razie niczym innym jak umasowieniem korupcji, dopuszczeniem setek tysięcy ludzi do pasożytowania na państwie.
Zarzucanie SLD, że nie przeprowadzał trudnych reform, jest perfidne, gdy oskarżycielami są ci, którzy głosili, że „postkomuniści” nie mają moralnego prawa do rządzenia i robili wszystko, aby rząd „postkomunistyczny” maksymalnie skrępować. Rząd ten był bezustannie bombardowany propagandowo przez media i fizycznie atakowany przez „Solidarność”. Jeden (co najmniej jeden) z prowodyrów ówczesnych brutalnych manifestacji przed gmachami rządowymi dziś jest obiektem zainteresowań urzędów śledczych, ale z innych powodów.
Twierdzić, że SLD „korzystał z cudzych owoców”, to tyle, co nic nie twierdzić. Tadeusz Syryjczyk mówi: „Gdy SLD wygrał wybory, gospodarka właśnie zaczęła wychodzić z dołka. Wystarczyło znieść socjalizm, pozwolić na przedsiębiorczość i wszystko rozkwitło”. I nieco dalej: „Już na początku przemian powstało milion firm”. Syryjczyk w tych słowach ma rację, ale przemilcza, że w takim razie również pierwsze rządy solidarnościowe – Mazowieckiego, Suchockiej, Olszewskiego – „korzystały z cudzych owoców”. Ten milion nowych firm powstał nie dzięki czystkom na urzędach przeprowadzanym przez rządy solidarnościowe, nie dzięki antykomunistycznemu jazgotowi w mediach, nie dzięki inwazji „solidaruchów” na co intratniejsze posady na górze, na dole i w środku państwa. Jeżeli „wszystko rozkwitło”, to dzięki wolności gospodarczej wprowadzonej przez rząd Mieczysława F. Rakowskiego. Jest o wiele bardziej oczywiste, że rządy solidarnościowe korzystały ze skutków ustawy o wolności gospodarczej z roku 1988, niż że rząd SLD korzystał z owoców dekomunizacji, która była, jest i będzie ulubionym zajęciem obozu posierpniowego.
Byłoby nienaturalne, gdyby Tadeusz Syryjczyk przyłączył się do krytyków koalicyjnych rządów AWS-UW, chociaż w Polsce nie takie akrobacje już widzieliśmy. W swoim rzeczowym stylu stara się on pokazać osiągnięcia rządów posierpniowej koalicji, ale z próżnego i Syryjczyk nie naleje. „Udało się nam utrzymać dynamikę reform. Nasi ministrowie w koalicji AWS-UW byli siłą napędową”. Jeżeli słowo „dynamika” kojarzy się z czymś z okresu rządów tej koalicji, to chyba tylko z dynamicznym wzrostem przestępczości wszystkich wyobrażalnych odmian. Stale zwiększa się ilość przestępców małoletnich, coraz częściej następują kradzieże samochodów, włamania do mieszkań, napady na kasy i banki, kradzieże w pociągach, w super- i hipermarketach. Coraz więcej przestępców przebywa na wolności, policja coraz bardziej rozszerza zakres wykroczeń i przestępstw, którymi „nie warto się zajmować”. Koalicyjny rząd najpierw zajął się obsadzaniem wysokopłatnych posad przez ludzi należących do obozu solidarnościowego. Przeprowadził czystki personalne na skalę niespotykaną w czasach pokojowych. Ze stanowisk kierowniczych w gospodarce i administracji usunięto ludzi przeważnie uczciwych i kompetentnych (przynajmniej doświadczonych), żeby zrobić miejsce swoim. Właśnie mamy okazję poznać tych swoich, z ich wieloma paszportami i obywatelstwami, ze szkodami i stratami, jakie przynieśli urzędom i firmom danym im w nagrodę za niewiadome zasługi. Prasa robi, co może, aby obraz niebywałej korupcji i degrengolady moralnej w obozie władzy przesłonić doniesieniami o kumoterstwie samorządowych działaczy SLD w terenie (jeden ośmielił się wygrać przetarg, drugi zapisał dziennikarkę do swojej partii w pomieszczeniu urzędu i użył do tego jednej kartki papieru należącej prawdopodobnie do tegoż urzędu), ale jest to syzyfowa praca, jak łatwo się domyślić.
Syryjczyk twierdzi, że „AWS i UW przeprowadziły wielkie, rewolucyjne zmiany”. Gdzie one są widoczne? Z wyjątkiem konsumpcji, która w czasach pokojowych prawie zawsze wzrasta, wszystko się pogorszyło. Lider UW chwali jakiś samorząd lokalny, że zreperował drogę. Właśnie, te drogi. Od czasów gierkowskich w Polsce prawie nie buduje się dróg. To mało powiedzieć, że Polska ma najgorsze drogi w Europie na zachód od Bugu. Cała infrastruktura komunikacyjna wywołuje szok u ludzi przybyłych z Zachodu. Nic poza lawinowym wzrostem przestępczości bardziej nie kompromituje dziesięciu lat panowania systemu solidarnościowego niż stan dróg. Zobaczymy, jak sobie z tym poradzi rząd SLD, jeżeli do niego dojdzie (nie powinien Sojusz dążyć do przejęcia władzy za wszelką cenę, np. za cenę koalicji z Bugajowym PSL-em). Rewolucyjna w tych zmianach była niewątpliwie ambicja zrywania ciągłości, która tak weszła im w zwyczaj, że teraz nowy minister potrafi bezwzględnie dezawuować swego poprzednika w tym samym rządzie (np. Iwanicki kontra Kaczyński). Rewolucyjna była też akcja zmian nazw ulic (zbudowane w czasach PRL-u ulice Nowotki albo Marchlewskiego przemianowane na Jana Pawła II – czy papież się tego nie wstydzi?).
Partia Tadeusza Syryjczyka werbalnie opowiada się za liberalizmem gospodarczym i chce reprezentować przedsiębiorców. Ale żadna z grup społecznych popierających przedtem UW nie jest tak gorzko rozczarowana do tej partii, jak właśnie przedsiębiorcy. Nikt tak jak oni nie odczuł ciężaru biurokracji, która pod rządami odchodzącej koalicji niebywale się rozrastała. I żadna inna grupa nie ma tak uzasadnionych powodów obawiać się przystąpienia Polski do Unii Europejskiej jak przedsiębiorcy. Oni mają najwięcej do stracenia. Oczywiście w pierwszym okresie, bo na dłuższy dystans wszyscy jesteśmy śmiertelni.

Wydanie: 31/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy