Zarozumialstwo

Zarozumialstwo

Megalomanii narodowej w żadnym wypadku nie należy pochwalać, ale dlaczego nie miałby być megalomański naród, którego państwo jest silniejsze od innych państw na świecie czy w Europie. Megalomania narodu mającego środki niezbędne do przeprowadzenia swojej woli w stosunkach międzynarodowych broni się przed niechęcią innych swoją naturalnością. Naród bez takich środków, a mimo to naśladujący zarozumiałość mocarstw naraża się na jawne lub ciche drwiny.
Polscy politycy ośmieszają nas za granicą. Narażają też Polskę na porażki, które zawsze przychodzą w następstwie błędnego oceniania własnych możliwości. Weźmy przykład najprostszy. Nasze autorytety polityczne uważają, że surowe i z brutalnym nieraz rygoryzmem egzekwowane amerykańskie prawo imigracyjne nie powinno być stosowane do Polaków. Dlaczego? Używa się rozmaitych słów na uzasadnienie tej pretensji. Lech Wałęsa zagrał na największej trąbie. Do tego, co napisał już wcześniej, wczoraj czy przedwczoraj dodał w oświadczeniu publicznym, że Stany Zjednoczone są nam winne wyrównanie krzywdy, jaką nam zrobiły, zdradzając nas w Jałcie, a także wynagrodzenie za to, że Polska obaliła komunizm na świecie. Będziemy wystawiać rachunki – krzyczał. (Niedawno słyszeliśmy, że to prezydent Reagan nas wyzwolił, ale mniejsza o to). Za granicą pierwszą reakcją na taką wypowiedź będzie zdziwienie, a drugą kpina. Do słów Wałęsy od dawna nie przywiązuje się znaczenia, niestety, duża część klasy politycznej myśli tak jak on i tylko oględniej się wyraża. (Kto im zabił tego ćwieka w głowę, że Ameryka nas zdradziła w Jałcie?)
Występowanie w obronie interesów swoich obywateli za granicą jest z pewnością obowiązkiem rządu, trzeba jednak wiedzieć, co jest możliwe i ile ważą te interesy w porównaniu z interesami innych państw. Imigracja jest dla Stanów Zjednoczonych sprawą pierwszorzędnej wagi, ma ona dziś inne znaczenie niż w przeszłości i nie tylko z powodu terroryzmu, lecz także z głębszych przyczyn. Jest to najbogatszy kraj na świecie, daje jednostkom najwięcej szans życiowych i wolności; bieduje się tam w warunkach, które dla większości ludzi na świecie są nieosiągalnym luksusem. Taki kraj z natury rzeczy przyciąga masy ludzkie ze wszystkich kontynentów, ze wszystkich krajów, gdzie poziom życia jest niższy niż w USA. Wbrew temu, co się w Polsce mówi, Stany Zjednoczone są państwem socjalnym, a to znaczy, że imigrant, nawet jeśli pracuje, przez pewną ilość lat żyje częściowo na koszt państwa. Podobnie zresztą jak w Europie Zachodniej, gdzie jednak kosztuje więcej. Rząd amerykański musi bardziej niż dawniej imigrację kontrolować. Żeby sobie poradzić z żywiołem, zaostrza przepisy i nakazuje egzekwowanie, które delikatniejszym ludziom może wydawać się brutalne i poniżające. Jak je złagodzić, jeśli chce się powstrzymać masę i z tej masy wyłowić możliwych terrorystów? Amerykanie pochodzenia anglosaskiego, a oni jeszcze dominują, mają umysłowość trudną do zrozumienia dla Słowian, zwłaszcza dla Polaków: uważają oni mianowicie, że jeżeli się coś robi, to należy to zrobić. Środki muszą być przystosowane do celu i nie muszą podobać się tym, którym na celu nie zależy. Pewne szczegóły w postępowaniu urzędu imigracyjnego są podyktowane strachem przed terrorystami, te się zmienią, ale w zasadzie kontrola nie ulegnie rozluźnieniu.
Amerykanie nie żądają wiz od obywateli tych przyjaznych krajów, w których poziom życia jest zbliżony do amerykańskiego i skąd nie grozi masowy napływ. Polska do tych krajów nie należy, o czym przecież wszyscy dobrze wiemy. Na jakiej więc podstawie polskie autorytety rządowe i pozarządowe domagają się zniesienia wiz dla naszych obywateli? Prócz tego, że „dobrze by było”, żadnego powodu do uprzywilejowania Polaków nie widać. Starania o przywilej na razie skończyły się tym, że nasi podróżni będą kontrolowani dwa razy. Domaganie się przywileju pochodzi z megalomańskiego przekonania, że stanowimy dla Ameryki wyjątkowo cennego sojusznika, że nasz proamerykanizm wynosi nas w stosunkach z USA ponad inne kraje, takie jak Francja na przykład. (Był taki moment, kiedy prezydent Polski zgłosił gotowość mediacji między Paryżem a Waszyngtonem, łagodnie wykpioną przez Chiraca. W Polsce prawie nikt nie wie, że Francja ma podstawy, aby się uważać za współtwórczynię Stanów Zjednoczonych, bo nie jest pewne, czy bez jej pomocy militarnej i politycznej Ameryka uzyskałaby niepodległość w XVIII w.). Uważa się też, że nasz udział w krucjacie demokratycznej w Iraku jest nie do zastąpienia i Stany powinny nam to wynagradzać. Zdecydujcie się, panowie politycy: albo jest to krucjata w imię praw człowieka, demokracji itp., albo wyprawa handlowa, która musi się opłacić. Czy zachodzi jedno, czy drugie, nasz wkład nie jest tak znaczny, aby mógł zaważyć na polityce imigracyjnej, która dla Ameryki jest o wiele ważniejsza niż wojny bliskowschodnie, te, które były, i te, które będą.
Dałem przykład polskiej megalomanii może najmniej jaskrawy z tych, które się nastręczają uwadze. Z pozycji siły, której nie ma, Polska występowała wobec Unii Europejskiej w sprawie traktatu konstytucyjnego. W parlamencie europejskim Geremek zaprezentował retorykę całkiem w duchu Wałęsowskiego wystawiania rachunków, choć powiedział to w słowach wyszukanych. Jeszcze nieraz usłyszymy z tamtej trybuny, jakim to mocarstwem moralnym jest Polska. Politycy polscy rezerwują sobie prawo kształtowania polityki wschodniej UE, co gdyby się stało, wojna europejsko-rosyjska byłaby nieuchronna. Oczywiście do niczego takiego nie dojdzie, Europejczycy nie zechcą umierać za Katyń.
Magalomania razem z chciejstwem dyktują polskim rządom politykę wobec Ukrainy. Polska nie ma wystarczających wpływów międzynarodowych, aby jej głos liczył się w sprawie przyjęcia Ukrainy do UE czy NATO. Ukraińcy zresztą o tym wiedzą, jak każdy, kto ocenia Polskę z zewnątrz. Przypominamy małego naciągacza, który obiecuje przydział mieszkania, powołując się na wysokie znajomości w kręgach rządowych. Takie zachowanie jest karalne i patrząc na polską megalomanię, myślę ze strachem o karze, jaka nas czeka. Nie można bez złych skutków żyć urojeniami, czy będą to urojenia prywatne, czy narodowe. Nie wyobrażam sobie, aby co innego niż patriotyzm mogło być ideą kierowniczą polityki. Patriotyzm nie polega jednak na przypisywaniu sobie zalet, jakich się nie posiada, siły, o jakiej się tylko marzy, lecz na udoskonalaniu kraju, aby te zalety i tę siłę zdobyć w przyszłości. Na razie Polska jest dużo słabsza niż wskazywałby jej obszar i liczba ludności.

Wydanie: 34/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy