Natłok tematów

Natłok tematów

Nowy prezes PSL coraz bardziej wydaje się postacią zagadkową. Zaczął od gestu chrześcijańskiej, to znaczy udawanej pokory, padając na kolana przed delegatami, z których połowa go nie chciała. Głosi na prawo i lewo, raczej na prawo, że nie chce z nikim toczyć sporów, niczego zwalczać, w nikim widzieć przeciwnika i w ogóle zapewnia swojej partii zero konfliktów. Do takiej ugodowości wzywa liderów innych partii, co gdyby było wysłuchane, nie mielibyśmy wielu partii, lecz jedną dobrze zjednoczoną. Każda partia chce być centrowa z odcieniem lewicowym lub prawicowym, a PSL Piechocińskiego ma być centrowe z odcieniem centrowym. Wyciągnął jedną rękę do PJN i ta została ucałowana przez europosła Pawła Kowala, bo on z jakiejś listy przecież musi kandydować. Druga ręka wyciągnięta do „Zbyszka Ziobry” (tak u Piechocińskiego) została odepchnięta z szyderczym grymasem, bo „Zbyszek” wierzy w swoją listę. PSL stoi na krawędzi progu wyborczego i chęć wzięcia sobie na sojusznika jednej z najbardziej odpychających figur sceny politycznej składa się na zagadkowość Piechocińskiego.
PSL wywodzi się od Wincentego Witosa, ale to stara baśń. Wywodzi się też od Mikołajczyka, ale było dwóch Mikołajczyków: londyński premier czasów wojny i przywódca strajków chłopskich, gnany piechotą przez policję z Małopolski w Poznańskie przed wojną. Londyński pcha PSL w stronę prawicy, przedwojenny w stronę lewicy. Co wybrać? Ignara, Gucwy, Malinowskiego nie było. Według sławnego bon mot Waldemara Pawlaka koalicjant PSL zawsze wygrywa wybory. Za prezesury Piechocińskiego może nie wygrać.

Metody śledcze, jakie zastosowano w sprawie wybitnego kardiochirurga, zostałyby uznane za zbrodnię komunistyczną, gdyby popełniono je w Polsce Ludowej. W Trzeciej Rzeczypospolitej spotkały się z naganą sędziego i gwałtownym usprawiedliwianiem przez prasę i partie prawicowe. Na tym się skończy. Winni zapewnili sobie immunitet poselski.
Przesunięcie uwagi na podłe metody dochodzeniowe spowodowało, że skazujący wyrok na dr. G. nie został, moim zdaniem, wystarczająco skomentowany. Zgadzam się z lekarzem, który w „Gazecie Wyborczej” napisał, iż owe 17 tysięcy złotych słuszniej byłoby traktować jako krępujące dla obdarowanego napiwki. Szatniarz w nocnym lokalu w sezonie zimowym z całą pewnością otrzymuje więcej niż 17 tysięcy nienależnych napiwków, z tą różnicą, że szatniarz chce, a lekarz, jeśli rzeczywiście przyjmuje, to dla świętego spokoju i skrócenia kłopotliwej sytuacji.
Najważniejsze w tej sprawie wydaje mi się to, jak władza III RP obchodzi się z takimi wartościami jak wysokie kwalifikacje, ofiarność w pracy, ratowanie życia ludzkiego, uznana pozycja w kręgu najwybitniejszych specjalistów. Te i inne wartości reprezentował sobą dr G. Mamy tu drugi powód do porównania tej sprawy do czasów stalinizmu: niwelacja tego, co rzetelne i użyteczne, w celu umacniania systemu władzy i pokazania, kto tu rządzi.
Opinia publiczna nie dowiedziała się jeszcze, ile kosztowało wykrycie tych 17 tysięcy. Gdy CBA powstawało, nie ukrywano, że będzie drogo kosztować, ale – głosiła pewna pani specjalistka od zwalczania korupcji – to się zwróci w postaci wykrytych nadużyć. Zwróciło się?
Wyrok skazujący dr. G. uważam za niesprawiedliwy.

Marcin Wojciechowski narzeka, prawie rozpacza z powodu tego, co się dzieje w Gruzji („Gazeta Wyborcza”). Ma powody. Nowa władza oskarża, a bywa, że i osadza w więzieniu współpracowników prezydenta Saakaszwilego. W artykule brakuje mi tylko informacji, że również uwalnia z więzienia tych, których Saakaszwili uznał za swoich wrogów i uwięził. Na razie więcej uwolniono, niż uwięziono, bilans z punktu widzenia praw człowieka jest więc pozytywny, ale nie wiadomo, na jakiej proporcji wahadło historii się zatrzyma.
Prasa bardzo dyskretnie informuje o zwolnieniach więźniów Saakaszwilego, bo też dyskretnie informowała o ich uwięzieniu. Saakaszwili nie łamał sobie głowy, o co ma oskarżać: o szpiegostwo na rzecz Rosji. Nowi równie ciężkich oskarżeń jeszcze nie wymyślili, ich zarzuty, jak pisze Marcin Wojciechowski, „wywołują śmiech i politowanie”. Jak na moje niewtajemniczenie w sprawy kaukaskie, wydarzenia w Gruzji wydają się zaskakujące. Wprawdzie były niejasno przewidywane, ale nie tak prędko. Kto przewidywał? Choćby George Friedman w książce „Następna dekada”, którą cytowałem na tym miejscu parę miesięcy temu. Nie tyle może przewidywał, co radził, aby Ameryka wycofała się z Gruzji. „Stany Zjednoczone – pisał – poczyniły Gruzji pewne obietnice, których nie dotrzymają. Ale jeśli spojrzymy na problem w szerszym kontekście, przekonamy się, że dzięki zdradzie Ameryka łatwiej wywiąże się z innych zobowiązań. Gruzja ma dla niej niewielkie znaczenie… Rosjanie będą gotowi dużo za nią zapłacić…”. Zmiana strategii wobec Gruzji – wywodzi Friedman – powinna nastąpić szybko m.in. dlatego, żeby Polacy, nie będąc tą zdradą zachwyceni, mogli o niej w porę zapomnieć. Co się dzieje w Gruzji, może jest tym właśnie, a może czym innym, życzyłbym sobie, żeby Marcin Wojciechowski lub kto inny to zbadał i podał do publicznej wiadomości.

Doszła do mnie pogłoska, że klub SLD będzie głosował za uchwałą Sejmu potępiającą akcję „Wisła”. W świetle dotychczasowych głosowań klubu lewicy w sprawach historycznych pogłoska wydała mi się do tego stopnia pewną wiadomością, że zaniechałem sprawdzenia. Okazało się, że klub SLD nie podjął postanowienia o poparciu uchwały przygotowanej głównie przez posłów PO. Jeśli chodzi o reakcje czytelników, które do mnie doszły, jedni nie uwierzyli, co dla lewicy pocieszające, drudzy uwierzyli i byli głęboko zmartwieni, z czego też należy wyciągnąć wnioski.
Ponawiane próby potępienia akcji „Wisła” w małym stopniu dotyczą stosunków polsko-ukraińskich, w istocie stanowią kolejny, seryjny akt zaczerniania obrazu PRL, zakłamywania historii najnowszej i budzenia w Polakach poczucia winy, żeby łatwiej było nimi manipulować.

Wydanie: 4/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy