Nie ma wyjścia

Nie ma wyjścia

Zaczęło się o wiele wcześniej, nim ujawniono podsłuchy. To forma i treść naszej zimnej wojny domowej i jej kolejne wynaturzenia. Wyniszczyła nas ta wojna moralnie i emocjonalnie. Powstało żyzne podłoże kwestionowania demokracji, w czym specjalizuje się PiS, powszechnego podjudzania, bajdurzenia, wulgaryzacji języka publicznego i prywatnego. I miała na czym wyrosnąć dziwaczna narośl z wąsami, czyli Korwin-Mikke. Trzecią siłą polityczną stał się człowiek przez wielu uważany za wariata, co może urealnia stan naszych umysłów.
Prezes znalazł w sobie motor gniewu – przekonanie, że Tusk zabił mu brata. To, że opozycja może robić z podsłuchów świętą księgę, jest tylko kulminacją procesu, gdzie nienawiść zjada zdrowy rozum.
Z pewnością już czas na zmianę polityczną, ale doprawdy na kogo? Im dalej w las, tym bardziej idiocieje nam opozycja. To gorączkowe przebieranie nogami, szepty: władza, władza. A gdzie program? Jak i z kim chcecie rządzić? Rozpieprzyć, a potem „jakoś to będzie”. Błotna zgoda Millera z Palikotem, po tym jak obrzucali się błotem. Jak to smakuje?
Wielu ludzi za bardzo nie myśli, no, może troszeczkę. Inni nie mają czasu, są zagonieni, chcą żyć higienicznie, a nie zatruwać się polityką.
Pani Jola, która raz na tydzień ratuje nasz dom przed ostatecznym upadkiem, ma swój rozum, chociaż nie ma wykształcenia. Pełna pozytywnej energii i zdrowego rozsądku. Zdumiona i zachwycona, że u nas tyle gazet, bo zabiera je na podpałkę. Pyta: – A co pan o tym wszystkim myśli, panie Tomku? Zastanawiam się, ale nie jestem pewien, czy potrafię jej wytłumaczyć, co myślę, na szczęście nie muszę, bo sama mówi: – Trzeba by ich wszystkich wystrzelać (zakładam, że rozumie to metaforycznie, z natury jest dobra). A najgorszy – mówi – jest ten, jak mu tam, z tego rządu, z dziwnymi wąsami.
Udaje się nam ustalić, że myśli o Korwin-Mikkem. To całkiem powszechne pomylenie wszystkiego. Miliony Polaków widzą naszą scenę polityczną jako jedną kłębiącą się bryłę, złożoną z przykrej substancji.
Zgadzam się, podsłuchy, ich forma i sposób ujawniania, to uderzenie nie tyle w Platformę, ile w demokrację. Ważnym elementem demokracji są zaufanie i więzi społeczne. A u nas już ani zaufania, ani więzi.
Ludziom od biedy można czasami wleźć za skórę, ale broń Boże w jelito grube. Życie prywatne i społeczne to też gra pozorów. Nie tylko demokracja, również pojedynczy człowiek nie przeżyje całkowitego obnażania. Prawda jest taka, że żadna z naszych partii podsłuchana nie wypadłaby lepiej.
Ale kiedy już się obnaży i jest bardzo brzydko, to jednak krzywimy się z niesmakiem. A więc błędne koło, na dodatek owłosione.
Czy zatem ocaleje nam demokracja? A jak najbardziej, gdyż musi. Podobnie złożona z wielu narodów I Rzeczpospolita, chciała czy nie chciała, musiała być tolerancyjna, inaczej by się rozpadła. Jestem więc bolesnym optymistą, mimo wszystko. Czy nie wszystko jest mimo wszystko?
Optymizm jest chyba największym życiowym osiągnięciem drugiej połowy mego życia, gdyż z natury jestem pesymistą.
Od połowy lat 80. do początków nowego tysiąclecia, kiedy odszedł Jerzy Giedroyc i zabrał pismo do grobu, pisałem co miesiąc tekst do paryskiej „Kultury”. Był to obszerny felieton, bez ograniczeń w znakach, także dlatego, że jeszcze nie było znaków. I miałem przywilej ukrywania się pod pseudonimem. Były to ciemne i sarkastyczne teksty, gdyż los obdarzył mnie depresyjną naturą. A też widziałem już wtedy w Polsce wielkie pokłady autodestrukcji. Redaktor stracił przeze mnie sporą grupę konserwatywnych czytelników. Nie rezygnował z mojego felietonu również dlatego, że myślał o Polsce podobnie pesymistycznie jak ja.
Miewali do mnie pretensje koledzy z opozycji, że widzę za ciemno Polskę. Ganił mnie za pesymizm Miłosz, aby pod koniec życia uznać, że niestety, chyba mam rację. Trochę mnie to zaniepokoiło. Wcale nie chciałem mieć tu racji.
Zmienić widzenie chyba najbardziej pomogła mi depresja, spadła na mnie jak grom, bynajmniej nie z jasnego nieba. Wylazłem z niej. Po takim doświadczeniu, podobnym do pobytu w obozie zagłady, człowiek widzi wszystko tragicznie – albo wprost przeciwnie, zaczyna, jak polecał dzielny wojak Szwejk, „patrzeć na wszystko od tej bardziej pogodnej strony”.
Kiedyś szczególnie ostro krytykował mnie za czarnowidztwo Jerzy Jedlicki, kolega z opozycji, człowiek odważny, znany historyk. Minęły lata, staram się nie być czarnowidzem. A co czuje i pisze prof. Jedlicki po aferze taśmowej? „Tak to nam się udała demokracja, że chwilami aż mdli. Ja już stary jestem, co mi tam, niewiele mi czasu zostało. Tracę zresztą ochotę do życia w kraju, gdzie podsłuchiwanie zastępuje pomału więzi między ludźmi. Ale tej naszej ziemi, tej naszej historii – dobrej i złej – mi żal”.
Drogi Jurku, nie przesadzaj. Nie jest aż tak źle. Ziemia, ludzie i nasza historia miewały bez porównania większe kłopoty. I jesteśmy. Wygrzebiemy się z tego. Także dlatego, że nie mamy innego wyjścia.

Wydanie: 28/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy