Kundlizm

W życiu felietonisty istnieją dwie przyjemności: pierwsza – kiedy pisze i czytelnicy to zauważają, oraz – znacznie większa – kiedy nie pisze, a czytelnicy też to zauważają. Przeżyłem ostatnio drugą z tych przyjemności i jestem wdzięczny tym, którzy zauważyli, że mnie nie ma.
Polskie życie publiczne zmienia się ostatnio w zastraszającym – dosłownie! – tempie i nie ma dnia, który by nie przynosił wiadomości zastanawiających. Ale patrząc na nie z pewnego oddalenia, daje się także zauważyć prawidłowości, które nie są może szczególnie pocieszające, lecz warto je sobie uprzytomnić.
Mam na myśli kundlizm. Wyraz „kundlizm” wymyślił dawno przed wojną Karol Irzykowski i uważał, że jest on cechą polskiego życia kulturalnego, które było jego zdaniem wtórne, pomieszane i nierasowe jak kundel. W czasach kiedy Irzykowski pisał o „kundlizmie”, pozycja kundla, zwanego obecnie mieszańcem lub wręcz psem wielorasowym, była znacznie niższa niż teraz. Dzisiaj ludzie potrafią docenić zadziwiające kształty i barwy kundli, twierdzi się także, że kundle potrafią być znacznie inteligentniejsze od psów rasowych, co wynika z ich bogatszych mieszanek genetycznych oraz z bardziej samodzielnego trybu życia.
Nie zmienia to jednak faktu, że „kundlizm” jest postawą, która przegrywa w życiu politycznym. „Kundlizm” w polityce występuje wtedy, gdy poszczególne partie ze strachu, chęci przypodobania się wszystkim czy też z ukrytego interesu wchodzą w dziwne krzyżówki z pozornie odległymi programami i ideologiami, stając się „wielorasowe”.
Pierwszym przykładem porażki „kundlizmu” jest katastrofa SLD. Dzisiaj, po porażce, powtarza się, że partia ta powinna powrócić do fundamentalnych ideałów lewicy, określić swój charakter, program i cele, i jest to zdrowa reakcja na dziwaczne, kundle pomieszanie całkowicie sprzecznych idei i praktyk, werbalnych odwołań do lewicowości – ale bez żadnych konkretnych wskazań historycznych, a także bez cienia nawet solidarności z dobrymi cechami PRL – z marzeniami liberalnymi, krzyżówkę rzekomej europejskości z wasalnym stosunkiem do USA, gorliwy udział w wojennej awanturze Ameryki w Iraku, pozory troski socjalnej z marzeniem o salonach bogaczy. Tak skundlona formacja musiała przegrać wybory, bo nie wiadomo było, co to za stwór i z kim jeszcze będzie się borsuczyć, jak mówił Witkacy.
Świeższym przykładem porażki „kundlizmu” są pechowe przygody Platformy Obywatelskiej. Partia ta i jej kandydat prezydencki Donald Tusk wystartowali do gry politycznej jako liberałowie, ale liberalizm Platformy był niemal od początku liberalizmem skundlonym, zwłaszcza w porównaniu z liberalizmem zachodnim. Oznaczał on, owszem, wiarę w zbawczą siłę wolnych gier rynkowych, ale – całkiem inaczej niż u liberałów zachodnich – cofał się lękliwie przed podobnie wolną grą postaw społecznych, światopoglądowych czy obyczajowych. Liberałowie z Platformy poukładali stosy kwiatów w kościołach, a także przed różnymi narodowymi świętościami, wili się jak piskorz w kwestii Parady Równości i wolności postaw seksualnych, a sam Tusk zaatakowany podstępnie dziadkiem z Wehrmachtu zamiast powiedzieć, że po prostu nie jest swoim dziadkiem, wdał się w pokrętne wyjaśnienia. Platforma wyrzuciła ze swego liberalizmu to akurat, co mogło być w nim pociągające i sympatyczne, na przykład świeckość państwa czy wolność jednostek, na rzecz narodowej bigoterii i ogólnej poprawności politycznej, to znaczy skundlenia. Straciła tym głosy autentycznych liberałów, nie tylko tych od portfela i szmalu.
Choć nie jest to wcale wesołe, sukces przypadł więc odmianom rasowym. Ojciec Rydzyk na przykład jest pełnokrwistym, rasowym okazem rodzimego Ciemnogrodu, z jego nacjonalizmem, ksenofobią, antysemityzmem, bigoterią wypraną z wszelkich treści religijnych, a przecież ojciec Rydzyk jest głównym zwycięzcą polskich wyborów AD 2005. Przyznaje to całkiem oficjalnie obecny rząd, którego premier, pan Marcinkiewicz, jeśli ma coś ważniejszego do powiedzenia, idzie z tym nie – jak wszyscy premierzy dotychczas – do telewizji publicznej na Woronicza, lecz do Radia Maryja i Telewizji Trwam. Radio Maryja jest dzisiaj oficjalną rozgłośnią rządową, co jeszcze niedawno nikomu nie przyszłoby do głowy, a obecnie garną się do niego ministrowie i posłowie, wiedząc, gdzie stoją konfitury.
Rasową partią nacjonalistyczno-socjalną jest także Prawo i Sprawiedliwość Jarosława Kaczyńskiego i jego brata prezydenta. W trwającej nadal debacie, dlaczego właściwie Kaczyński nie wziął do rządu Platformy Obywatelskiej, jak się wcześniej umawiał, logiczna odpowiedź brzmi, że w obawie przed „kundlizmem”, ponieważ Jarosław Kaczyński jest twardym, konsekwentnym ideologiem nacjonalistycznym. Kaczyńscy wiedzą, co chcą skonstruować, i nie ukrywają tego. Chcą stworzyć katolickie państwo narodu polskiego i dojście do tej jasnej formuły różni PiS od ich poprzedniej partii, Porozumienia Centrum, która nie miała jeszcze tej jasności. Tego samego chce Radio Maryja, tego samego chce Liga Polskich Rodzin i sojusz tych sił nie jest żadnym zaskoczeniem.
Bieg wypadków w Polsce pokazuje wyraźnie, że „kundlizm” w polityce jest słabością, a wyborcy – to znaczy, przy 40% frekwencji wyborczej, jakieś 12-15% społeczeństwa – opowiedzieli się po stronie rasowej prawicy narodowej. Jest to lekcja bardzo pouczająca, zwłaszcza dla tych wszystkich, którym nie podoba się katolickie państwo narodowo-socjalne i którzy słusznie uważają, że konstruowanie czegoś takiego w środku Europy i w początku XXI w. jest rażącym anachronizmem, zatrącającym o ponurą farsę. Ale wnioskiem z tej lekcji powinno być zarzucenie podejrzanych krzyżówek i karmienia się nadziejami, że wszystko to jakoś w końcu się utrze i wyrówna, jeśli odpowiednio się skundli. Że trzeba poprzeć rząd Marcinkiewicza „w tym, co dobre”, a przeciwstawiać się mu „w tym, co złe”…
Ecie-pecie.
PiS-owski minister Ziobro postanowił zaostrzyć kary dla rodziców katujących niemowlęta i ma rację, bo niemowląt katować nie wolno. PiS-owski minister Religa zdecydował, że należy leczyć ludzi powyżej 65. roku życia i ratować umarlaków nawet wówczas, kiedy taki umarlak nie jest już w stanie przedłużyć swojej agonii do 12 godzin, i też ma rację. Ale są to normalne ludzkie odruchy i ktoś, kto myśli inaczej, powinien raczej siedzieć w domu bez klamek niż w ministerstwie.
Nie wynika z tego jednak, że pomysł na państwo, którego realizację właśnie oglądamy, jest pomysłem, który można ugłaskać, kundląc się samemu, aby znaleźć z nim wspólny język.

 

Wydanie: 47/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy