Kłopoty z pamięcią narodową

W strofach poświęconych pamięci Romualda Traugutta pisał Kornel Ujejski: „Nie ginie, kto za wiarę i wolność umiera, a jednak grób zarasta, pamięć się zaciera. To smutno!”. Tragiczne lata hitlerowskiego i stalinowskiego terroru na ziemiach polskich obfitują w liczne białe plamy. Pełnej prawdy o tych czasach nie uda się odkryć żadnemu historykowi, gdyż wielu świadków zbrodniczych czynów pomarło, a dokumenty zostały częściowo zniszczone bądź zaginęły.
W związku z tym należy w badaniach historycznych tego okresu zachować maksymalną wnikliwość i ostrożność, zwłaszcza w ferowaniu ocen na temat zachowań ludzi, którzy znaleźli się w orbicie ówczesnego „wymiaru sprawiedliwości”. Niektóre fakty nie zostały jeszcze do końca udowodnione, nie można więc twierdzić z niewzruszoną pewnością, że trwają już w narodowej świadomości jako wydarzenia w pełni zgodne z prawdą historyczną. Nie ma instytucji, która mogłaby poszczycić się stuprocentową kompetencją w dziedzinie badań nad historią lat 1944-1956. Nie jest nią również Instytut Pamięci Narodowej (IPN).
Na temat samego pojęcia „pamięci narodowej” nie ma jasności. Czy jest to prawda odpowiadająca wspomnieniom żyjących jeszcze ludzi, którzy byli bezpośrednimi świadkami wydarzeń należących do zamierzchłej już historii? Czy prawda opisywana przez potomnych, którzy tworzą historię na podstawie dostępnych, często ułomnych źródeł? Czy są też reprezentatywne dla „pamięci narodowej” sporne opinie, takie np. jak ocena akcji „Wisła” czy pogląd wypowiedziany niedawno (na łamach „Przeglądu”) przez jednego z autorów, według którego gen. Okulicki nie zasłużył sobie na ulicę swego imienia, ponieważ był to „oficer, który wyrządził krajowi wiele szkody”?
Nie należy uważać IPN za kustosza tak różnorodnych wątków pamięci narodowej ani traktować go ex lege (z mocy ustawy) jako instytucji mającej monopol na głoszenie prawdy o tamtych tragicznych dziejach. Można natomiast i należy oczekiwać od tegoż instytutu, aby w sposób rzetelny prowadził swe badania i podawał je bezstronnie do wiadomości opinii publicznej. Niestety, niektóre publikacje IPN wydają się niedopracowane.
Moje zastrzeżenia wywołał tekst o karach śmierci w latach 1944-1956, zamieszczony w „Biuletynie IPN” nr 11 z 2002 r. Autorzy tej publikacji stwierdzili, że ogromna większość sędziów ferujących wyroki śmierci w pierwszych latach powojennych nie rekrutowała się wcale ze świeżego zaciągu nowej władzy, podobnie jak prokuratorzy. Nie powołując się na jakiekolwiek źródła, wspomniani historycy IPN wystąpili z nieprawdziwą tezą, że członków niepodległościowego podziemia oskarżali n a j c z ę ś c i e j i sądzili prawnicy wykształceni przed wojną na najlepszych uniwersytetach. W ślad za tą publikacją „Tygodnik Powszechny” nazwał tych ludzi „krwawymi sędziami z dobrym rodowodem” („TP” nr 5 z 2.02.2003 r.).
W latach 1947-1950 byłem aplikantem w jednym z sądów okręgowych. Mam zatem bezpośrednią wiedzę o sądownictwie powszechnym tego okresu. W tym czasie sędziowie niezwolnieni jeszcze z sądownictwa rozpatrywali m.in. sprawy z dekretu z sierpnia 1944 r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy, w którym za współpracę z okupantem przewidziany został jeden rodzaj kary – kara śmierci. Jest doprawdy jawnym fałszem mówienie, że sędziowie, którzy wymierzali wówczas najwyższe kary w sądach niewojskowych, skazywali na śmierć członków niepodległościowego podziemia. W rzeczywistości wyroki śmierci były wydawane przez nich na autentycznych zbrodniarzy hitlerowskich i zdrajców narodu polskiego (konfidentów i donosicieli, sprawców męczeńskiej śmierci polskich patriotów i ludności żydowskiej). Niektóre z tych procesów bardzo dobrze pamiętam.
Zdarzało się jednak, że w sądach powszechnych skazywani byli w tajnych, sfingowanych procesach na podstawie wspomnianego dekretu członkowie patriotycznego ruch oporu. Liczba takich spraw jest nieznana. Haniebnie zapisał się w dziejach powojennego sądownictwa wyrok śmierci wydany przeciw gen. E. Fieldorfowi, utrzymany w mocy przez Sąd Najwyższy, w którego składzie znalazł się przedwojenny prawnik, po wojnie profesor uniwersytetu.
W sprawach przestępstw przeciwko ustrojowi państwa narzuconemu naszemu narodowi przez komunistów orzekały sądy wojskowe i w nich zapadały wyroki śmierci, które wydawali na podstawie kodeksu karnego Wojska Polskiego oficerowie po kursach prawniczych. Sędziowie przedwojenni nie cieszyli się zaufaniem nowej władzy. Zdecydowana ich większość nie chciała podporządkować się dyrektywom partii. W końcu więc zostali zwolnieni i zastąpieni nowymi, w pełni dyspozycyjnymi. Zarzucenie przedwojennej kadrze sędziowskiej, że miała największy udział w zbrodniach sądowych okresu stalinowskiego, jest ciężkim pomówieniem.
Niczym nie można usprawiedliwić niewiedzy autorów tekstu o karach śmierci w latach 1944-1956. Pisząc o wyrokach śmierci ferowanych w tym czasie, potraktowali wszystkie surowe wyroki z tego okresu jako wyraz walki komunistów z patriotyczną częścią naszego narodu. Sytuacja po wojnie była wysoce skomplikowana. Nie brakowało w tym czasie zwykłego bandytyzmu, z którym sądy musiały się uporać w interesie bezpieczeństwa ludności. A teraz tych pospolitych zbrodniarzy próbuje się wykreować na bohaterów godnych miejsca w narodowym panteonie!
W 1990 r. Sejm uchwalił z inicjatywy Senatu RP I kadencji ustawę o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych przeciwko osobom represjonowanym za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. W Sejmie byłem sprawozdawcą projektu tej ustawy, a później już jako rzecznik praw obywatelskich występowałem z wnioskami na rzecz autentycznych ofiar komunistycznego terroru. Wśród listów do mnie napływających były też takie, które pochodziły od osób skazanych za czyny niemające nic wspólnego z działalnością patriotyczną. Za słusznie odbyte kary ludzie ci pragnęli wyłudzić od skarbu państwa duże odszkodowania.
Przerażający obraz powojennego sądownictwa, szczególnie wojskowego, ukazały publikacje, które pojawiły się dopiero po 1989 r. w oficjalnym obiegu. Teza wysunięta przez pracowników IPN o głównym udziale sędziów przedwojennych w stalinowskich represjach nie znajduje podstawy w książce M. Turlejskiej pt. „Te pokolenia żałobami czarne. Skazani na śmierć i ich sędziowie”, Warszawa 1990, a także w rzetelnym opracowaniu naukowym Z.A. Ziemby pt. „Prawo przeciwko społeczeństwu”, Warszawa 1997. Trudno oprzeć się wrażeniu, że autorom ryzykownej tezy nieznany był nawet słynny raport komisji M. Szerera na temat łamania praworządności przez sądy w latach 1944-1955.
Na koniec nasuwa się ogólniejszy wniosek krytyczny. Dążenie do ukazania martyrologii polskiego narodu może skłaniać do uproszczonego, jednostronnego patrzenia na dramat naszego kraju sprzed półwiecza. Omówiona wyżej publikacja IPN jest tego najlepszym przykładem.

 

Wydanie: 8/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy