Kochamy polskie seriale?

Wieczory z Patarafką

Ależ oczywiście. Mam sąsiadkę, która po powrocie z pracy (a pracuje w telewizji) resztę dania spędza na oglądaniu seriali właśnie. Jeśli się zdarzy jakaś kolizja – konkurencyjny serial nagrywa i ogląda potem. Chyba niekoniecznie są to akurat polskie arcydzieła, sąsiadka z równym zapałem ogląda amerykańskie, brazylijskie, argentyńskie i licho wie jeszcze jakie dokonania. Jestem jej doskonałym przeciwieństwem, bo nie oglądam nigdy i żadnych. Ale ja przez całe lata obywałem się całkiem bez telewizji, nawet wtedy, gdy gęsto w niej występowałem. Czy natomiast równie dobrze obywam się bez czegoś serialopodobnego? Okazuje się, że jednak nie, choć nie ma to nic wspólnego ze sztuką widowiskową.
Serial nie jest przecież wyłącznym dzieckiem telewizji. Przed nią były seriale radiowe, od przedwojennych „Dni powszednich państwa Kowalskich” Kuncewiczowej poczynając. A przed radiem była jeszcze wcześniej powieść odcinkowa drukowana w prasie czy też powieści formowane w cykle, połączone wspólnymi bohaterami. Najsławniejsza była „Komedia ludzka” Balzaca. Później takich cykli było bez liku: od rodu Rougon-Mackartów po „Rodzinę Thibaut” czy też inne, o wiele mniej znakomite czytadła. Bo początki gatunku były niezmiernie wzniosłe, historyczne, socjologiczne, metafizyczne, co tylko kto sobie życzy. Potem wszystko zeszło na psy. A może raczej ja sam nigdy nie znosiłem problematyki obyczajowej? Moja przygoda z serialami rozpoczęła się raczej od powieści cyklicznych Karola Maya. Potem cykle zaczęły się pojawiać w fantastyce, ale swoje apogeum osiągnęły w fantastyce czarnoksięskiej, czyli w fantasy. Podglebie moralitetowe było tam oczywiste, zawsze Zło wojowało z Dobrem, jak to w baśni. No ale dlaczego właśnie serial?
Moim zdaniem, jest to po prostu forma kompromisu. Z jednej strony, czytelnik ciekaw jest rozstrzygnięcia, ale z drugiej, wcale nie chce się rozstawać z opowiadaną właśnie historią. Jak wybrnąć z takiej sprzeczności? Temu właśnie służy serial wprowadzający prowizoryczne zakończenie, niewykluczające dalszego rozwijania wątku. Tak naprawdę dość licha sztuczka służąca produkowaniu istnych boa dusicieli czy niekończących się nigdy i niczym tasiemców. Nauki stąd płynące są przecież równe zeru.
Owszem, był taki staroangielski poemat o rycerzu Beowulfe z okolic VII w. naszej ery, który walczył ze smokiem Grendelem, a walka ta nie ma końca, bo w ślad za pokonanym Grendelem wychodzi jego matka i tak w nieskończoność. Boewulf musi w końcu zginąć, bo zło jest wieczne i wreszcie rycerza dopadnie. Ale w serialach sprawy się toczą nieomal w odwrotną stronę, a po prawdzie to się toczą donikąd. Co najwyżej Stasia urodzi Jasia, a Jaś w swoim czasie kolejną sierotkę. I oto cały morał. Może jestem stronniczy, bo jednak seriale fantasy – literackie – akceptuję. Też nie wszystkie, bo jakaś granica idiotyzmu tak czy owak istnieje. Ale skoro i mnie potrzeba seriali w jakiejś tam formie i postaci dotyczy, to już muszę się zastanowić, z czego ona płynie. Już się powołałem na zasadę kompromisu między ciastkiem zjedzonym a oszczędzonym, ale czy to naprawdę wystarczy? Być może, bo seriale ogląda przecież cały świat, niezależnie od tego, jakie cechy ukształtowała w ludziach konkretna historia danego kraju.
Istnieje chyba wręcz nieprzeparta potrzeba konfrontacji ze wzorem, z jakimkolwiek wzorem podsuwanym nam przez opowieść. I chyba najlepiej, żeby to była opowieść przygodowa – przecież właśnie taki charakter mają opowieści religijne. Wcielony bóg, heros, prorok, wielki święty pokazany w zmaganiu się z innymi i z samym sobą. We współczesnej wersji obyczajowej ten aspekt historii odwiecznej bardzo zubożał i przyjmuje postać, powiedzmy, uwodzenia dziewczyny, starania o pracę, walki z chorobą czy konfliktu z sąsiadem zza ściany. Mimo pospolitości wydarzeń i scenerii prawdziwa miara wydarzeń nie zmieniła się wcale od walki Beowulfa z Grendelem. Nie ma co prawda aury wielkości i światłości, ale widocznie ona już nikomu potrzeba nie jest. Epoka herosów wprawdzie całkiem nie minęła – bo właśnie herosami są kapitan Kloss i czterej pancerni czy też niezliczona armia wszechmocnych detektywów, ale już nie wymagamy jej na co dzień. Wystarczą nam dole i niedole sąsiada, nasze prawdziwe zwierciadło. I kochamy nasze seriale.

 

Wydanie: 48/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy