O duchu praw

Żyjemy w politycznym teatrze, w którym grafomańska forma przerasta treść i gdzie grana jest ostatnio sadystyczna sztuka, w której PiS poniża i tresuje swoich sojuszników z LPR i Samoobrony. Ponieważ są to, mimo wszystko, ludzie ambitni, nie trudno przewidzieć dalszy ciąg tej sztuki, kiedy szmaceni Giertych i Lepper odwiną się swoim sojusznikom, jeśli tylko poluzuje się nieco but na ich gardle.
Ale są to sprawy drugorzędne.
Sprawą pierwszorzędną, o czym staram się przekonywać od kilku już tygodni, jest proces psucia się zarówno obyczajów, jak i poglądów naszego społeczeństwa, a także uwstecznianie się i oddalanie naszych instytucji od norm europejskich. Ważnym przykładem tego procesu jest prawo i system sprawiedliwości.
Marek Ostrowski napisał w „Polityce”, że piętnowany obecnie i oskarżany przez ministra sprawiedliwości sędzia, który we wcześniejszej sprawie o odszkodowanie przyznał rację spółce, która zawiadywała nieszczęsną halą w Katowicach, miał w istocie rację, orzekając, że hala ta powinna być bezpieczna niezależnie od tego, czy jej użytkownik usuwał śnieg z dachu, czy też go nie usuwał. Oczywiście po tragedii, w której zginęło 65 osób, podejrzewa się tu łapówkę, korupcję, Bóg wie co jeszcze, a żądanie głowy sędziego jest całkowicie zgodne z emocjami społecznymi. Ale w świetle prawa, mówi Ostrowski, sędzia w sprawie ubezpieczeniowej może zakładać, że każdy budynek stawiany w naszej strefie klimatycznej jest przystosowany do tego, że pada tu śnieg, grad czy ulewne deszcze. Chaty góralskie w Zakopanem wytrzymują śniegi i wiatry halne; śnieżyce i ulewy wytrzymuje Wawel czy też Zamek Królewski w Warszawie i nie widziałem, żeby ktoś zgarniał śnieg z jego spadzistego dachu.
Rozumiem sens działania ministra. Prawo w rozumieniu ministra Ziobry ma być instrumentem politycznego działania, znajdującym się w ręku rządu i przysparzającym mu siły i popularności. Sygnalizował to już wcześniej, gdy zwolnił z więzienia wykonawców morderczego samosądu, chociaż samosąd dokonany nawet w najskrajniejszej sytuacji jest zbrodnią ściganą przez prawo. Lecz wola rządu ma mieć pierwszeństwo przed prawem.
Poglądem panującym dzisiaj w państwach demokratycznych jest przekonanie, że istotą prawa nie jest wyposażanie państwa w instrumenty do panowania nad obywatelami, ale przeciwnie, zapewnienie każdemu obywatelowi poczucia bezpieczeństwa i wolności. Monteskiusz w „O duchu praw” dzieli systemy prawne na trzy grupy – demokratyczny, monarchiczny i despotyczny. W pierwszym atrybutem rządzenia musi być cnota, w drugim honor, a „w ustroju despotycznym potrzebny jest LĘK”.
Ów lęk pochodzić winien z nieprzewidywalnej omnipotencji państwa. Prof. Franciszek Ryszka napisał książkę o hitleryzmie, którą zatytułował „Państwo stanu wyjątkowego”, dowodząc, że podstawą systemu prawnego III Rzeszy był permanentny stan wyjątkowy, pozwalający na wydawanie dowolnych praw i rozporządzeń, jak w obliczu czyhającego zewsząd bezpośredniego zagrożenia, oraz bezwzględne wykonywanie poleceń rządu przez aparat sądowniczy. Na tej samej zasadzie permanentnego zagrożenia ze strony imperialistycznego otoczenia i jego agentur oraz na posłuszeństwie sądów opierał się też system stalinowski. Paradoks jednak tych systemów o surowym i nieprzewidywalnym prawie opisał już dawno Monteskiusz, dowodząc, że systemy te bynajmniej nie zapewniają posłuchu dla prawa, lecz przeciwnie, rodzą bezprawie. „Ludzie wolni prawami chcą być wolni przeciw prawom. Każdy obywatel jest jak niewolnik zbiegły z domu pana. To, co było zasadą, zowie się surowością; to co było prawidłem, zowie się spętaniem; co było szacunkiem, staje się lękiem. (…) Republika staje się łupem; siła jest tylko potęgą kilku obywateli, a swawolą wszystkich”.
W języku i myśleniu obecnej władzy pojawiają się dwa pojęcia – pojęcie spisku, którym jest tajemniczy, ale z pewnością wszechogarniający układ „czterech graczy”, siedzących zgodnie przy jednym stoliku, którymi są służby specjalne, kapitał, polityka i mafia, oraz pojęcie „imposybilizmu”, ukute przez marszałka Marka Jurka. Wszechobecne macki „stolika” są nieustannym i niewyplenionym zagrożeniem, które szkodzi Polsce i podobno hamuje nawet jej rozwój gospodarczy. „Imposybilizm” zaś jest ociężałością prawa i samowolą sędziów, zwaną ich niezawisłością, która utrudnia szybką i radykalną rozprawę ze „stolikiem”, kimkolwiek by on był.
W tej sytuacji nie sposób się dziwić coraz głębszemu konfliktowi, w jaki minister sprawiedliwości, Zbigniew Ziobro, popada ze środowiskiem prawniczym i sędziowskim.
Środowisku temu daleko do doskonałości. Społeczeństwo obcując na co dzień ze ślamazarnością sądów, przeciąganiem spraw, a także zastanawiającą niekiedy arbitralnością i koniunkturalną zmiennością ich wyroków, jak widzieliśmy to chociażby w sprawie Rywina, dość chętnie daje ucha zapowiedziom uproszczenia i zdyscyplinowania systemu sprawiedliwości. Znosi się więc sądy lustracyjne jako „zamulające” sprawy, przenosząc wyrokowanie do jednostki administracyjnej, jaką jest IPN, siedliskiem „imposybilizmu” staje się Trybunał Konstytucyjny uparcie trzymający się przepisów ustawy zasadniczej, Rada Sądownictwa, która wyraziła obawy wobec słów i czynów ministra, zastopowana została doniesieniem na jej rzecznika dyscyplinarnego, były rzecznik praw obywatelskich, prof. Zoll, okazał się antypaństwowym doktrynerem i zastąpiony został rzecznikiem mniej „antypaństwowym”, a krakowscy naukowcy, którzy wystąpili z listem otwartym przeciwko ministrowi, stali się zatabaczonymi ramolami. Nad całym zaś środowiskiem sędziowskim unosi się LĘK podsycany zapowiedzią nowej, totalnej lustracji.
Jest to wszystko przełamywaniem „imposybilizmu” prawa. Tyle że zasadą systemu prawnego w państwach demokratycznych jest właśnie „zamulanie” i „imposybilizm”, to znaczy tworzenie najrozmaitszego rodzaju przeszkód wobec samowoli władzy w stosunku do zwykłego obywatela. Tworzenie tych przeszkód, zapór, trudności należy do obowiązków prawa i nawet tak skory do wszelkiego awanturnictwa George W. Bush, który nie wahał się wprowadzić swobodnego podsłuchu rozmów telefonicznych, usprawiedliwiając to stanem wyjątkowym wojny z terroryzmem, hamowany jest przez „imposybilizm” amerykańskiego systemu prawnego.
Monteskiusz pisze o despotyzmie: „Ludzie zdolni wysoko cenić samych siebie, gotowi by wszcząć rewolucję: trzeba tedy, aby lęk pognębił wszystkie serca i zagasił najlżejsze nawet drgnienie ambicji. (…) Kiedy w ustroju despotycznym władca przestanie na chwilę wznosić groźne ramię, kiedy nie może unicestwić w jednej chwili tych, którzy zajmują pierwsze miejsca, wszystko przepadło”.
KTT

 

Wydanie: 8/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy