Włóczędzy i turyści

Włóczędzy i turyści

Bogactwo i nędza to dwie strony tego samego medalu – ludzie żyjący w tych odmiennych porządkach należą do tego samego świata i ich życie jest efektem tej samej logiki społeczno-politycznej. Aby jedni mogli pławić się w luksusie, drudzy muszą znosić nędzę i poznawać smak ubóstwa każdego dnia. Immanuel Wallerstein – światowej sławy socjolog, który w tak prowincjonalnym kraju jak Polska jest prawie w ogóle nieznany – nie bez racji twierdzi, że państwa bogate należące do rdzenia kapitalistycznego systemu światowego budują pozycję na eksploatacji krajów peryferyjnych i półperyferyjnych. Polska i pozostałe kraje Europy Wschodniej to typowe półperyferie – mają do zaoferowania przede wszystkim tanią siłę roboczą, spore rynki zbytu dla towarów produkowanych w krajach bogatych i przepisy sprzyjające raczej dużemu biznesowi niż prawom pracowniczym. Światowe peryferie są w jeszcze gorszej sytuacji – nawet nie mogą same się wyżywić i muszą sprowadzać również produkty żywnościowe z bogatego centrum. Poza półdarmową siłą roboczą oferują także na swoim terenie tanie zasoby naturalne, rabunkowo eksploatowane przez korporacje pochodzące z bogatego centrum. Często są też dobrym klientem dla koncernów zbrojeniowych, które zaopatrują lokalne reżimy w broń. Poza tym mogą być atrakcją turystyczną dla białych z bogatszych zakątków świata. Mówiąc krótko: kraje peryferyjne łączą elementy obozu pracy z poligonem i wydzieloną enklawą rozrywkową, gdzie przybysze z bogatszych krajów mogą się oddawać uciechom cielesnym.
Tam, za drutem kolczastym, w pilnie strzeżonych kompleksach hotelowych z prywatną ochroną ludzie z bogatszej części świata podziwiają lokalne krajobrazy, a po drugiej stronie mieszkańcy muszą walczyć o przetrwanie za 60 dol. miesięcznie. Ci pierwsi to „turyści”, którzy mogą korzystać z dobrodziejstw globalizacji i dzięki posiadanym zasobom finansowym mogą się poruszać, gdzie chcą. Ci drudzy to „włóczędzy” przykuci do własnej nędzy, którzy jeśli podróżują, to zazwyczaj bez oficjalnych zaproszeń i dokumentów, uciekając przed biedą do krajów bogatego centrum systemu światowego. Jak pisze Zygmunt Bauman w „Globalizacji”: „Pierwsi podróżują, bo mają na to ochotę; podróż sprawia im przyjemność i dostarcza rozrywki; namawia się ich do wojaży, przekupuje i wita z uśmiechem i otwartymi ramionami, jeśli tylko się na podróż zdecydują. Drudzy podróżują ukradkiem, często nielegalnie, nierzadko płacąc za miejsce w zatłoczonej trzeciej klasie niezdatnego do żeglugi, cuchnącego statku więcej niż ci pierwsi za pozłacane luksusy business class. Po przyjeździe są źle widziani, a jeśli mają pecha, aresztuje się ich i deportuje niezwłocznie”.
Egipt, Jordania i Tunezja to kraje, gdzie szlaki turystów i włóczęgów mogą się przecinać. Turystyczne enklawy konsumpcji i rozrywki znajdują się w morzu biedy i ubóstwa. W takich okolicznościach socjalna rewolta w krajach Afryki Północnej nie powinna nikogo dziwić. Egipt przez długie lata był – obok Izraela – głównym odbiorcą amerykańskiej „pomocy wojskowej”. Dlatego żałośnie wygląda zatroskanie bogatego Zachodu i elit amerykańskich losem egipskiego ludu oraz nawoływanie do reform i demokratyzacji władzy w Egipcie. Śmiechu warte slogany. Bonzowie bogatego centrum światowego zatroskani są jedynie o własne interesy i o to, czy nadal będą mieli z kim się dogadywać w regionie. Akurat zmianami społeczno-politycznymi i poziomem życia ludzi na Bliskim Wschodzie elity amerykańskie są zainteresowane najmniej.
W Polsce też jakoś nie słychać, żeby TVP organizowała, tak jak w przypadku Ukrainy czy Białorusi, koncerty solidarnościowe z protestującymi w krajach Afryki Północnej. Polscy parlamentarzyści przeczuleni na punkcie Gruzji czy Czeczenii jakoś nie wznoszą okrzyków na cześć protestującego ludu Egiptu czy Tunezji. A gdzie posłowie PiS i PO, którzy tak chętnie podnoszą głosy i apelują o poszanowanie demokracji w krajach Europy Wschodniej? W krajach poddanych wpływom Stanów Zjednoczonych nie warto wspierać demokracji? Nie zapominajmy, że w 2008 r. zarówno prezydent Kaczyński, jak i premier Tusk z honorami witali Hosniego Mubaraka w Warszawie. Co więcej, od Lecha Kaczyńskiego znienawidzony przez egipski lud Mubarak otrzymał nawet Krzyż Wielki Orderu Zasługi RP.
Komercyjne media również wpadają w swoje pułapki. Na co dzień sprzedają stereotyp Arabów jako fanatycznych wyznawców islamu, jednak kiedy widzą świeckich demonstrantów wymachujących na ulicy czerwonymi flagami tak jak demonstrujący w Jordanii zwolennicy tamtejszej partii komunistycznej, nie za bardzo wiedzą, co mają mówić. Medialny i płytki obraz Bliskiego Wschodu nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością. Sami islamiści też niezbyt przyjaźnie patrzą na świecki lud, który nie chce panów, a za Boga też nie chce umierać – funkcjonariusze islamskiego Hezbollahu w Libanie nie poparli demonstracji Palestyńczyków na rzecz solidarności z egipską rewoltą.
Czy po krajach Afryki Północnej należących do peryferii sytemu światowego przyjdzie czas na półperyferie Europy Środkowo-Wschodniej? Wybuchu gniewu w policyjnych dyktaturach Egiptu czy Tunezji nikt się nie spodziewał. Wystarczyła mała iskra i tłumione niezadowolenie wylało się na ulice. Pokłady frustracji i niespełnionych nadziei w Polsce też są bardzo duże. Niech pamiętają o tym elity władzy. Bo żadna propaganda oficjalnych mediów ani kontrola służb państwowych nie powstrzymają ludzkiej wściekłości. Potrzeba wolności i prawa do życia w godnych warunkach jest uniwersalną cechą ludzi mieszkających w różnych częściach świata. Szczególnie tych, którzy należą do klas niższych. Włóczędzy nie mają ojczyzn – włóczędzy są wszędzie.

Wydanie: 6/2011

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy