Mietek. Frako. MFR. Redaktor. Premier. Szef. Przyjaciel

Wszystkie z tych określeń są prawdziwe i ukazują nadzwyczajną, niemieszczącą się w stereotypach postać. Człowieka dramatycznych czasów, świadka, współtwórcy i także ofiary tej epoki.
Urodził się w 1926 r. Wojnę przeżył i świadomie, i tragicznie. Miał kilkanaście lat, kiedy Niemcy zamordowali Jego ojca, wielkopolskiego chłopa, który na zawsze przekazał Mu takie cechy jak pracowitość, odpowiedzialność, patriotyzm i realizm. A On w swoim dorosłym życiu wiele czasu poświęcił na rzecz polsko-niemieckiego dialogu i pojednania.
Wojna, wojsko, praca w aparacie partyjnym i wreszcie „Polityka”. Jego dzieło najukochańsze i najlepsze.
Poznałem MFR najpierw jako czytelnik Jego tygodnika, który był haustem świeżego powietrza w tamtym okresie. Nie ma przesady, kiedy mówimy, że to czasopismo ukształtowało wiele roczników krytycznych obywateli, poszukujących zmian, wątpiących, ale i gotowych działać w ramach ograniczeń systemu.
Bardziej pragmatyków, mniej rewolucjonistów, jednak nie oportunistów, co często potem pokoleniom „Polityki” zarzucano.
„Polityka” to była propaństowa myśl, ideologiczne wątpliwości, szacunek dla kultury, nauki, edukacji, otwartość wobec świata, wybitni autorzy i szef – MFR, który był instytucją sam w sobie.
I 1968 r., kiedy odwaga w antysemickim szaleństwie władz, wcale nie tak bardzo osamotnionych wśród ludzi, była wartością tak rzadką. Tę próbę MFR i „Polityka” przeszli z determinacją i godnością.
I później, już w 1980 r., to słynne „szanować partnera” było wielkim wezwaniem o porozumienie władzy i nowego wielkiego ruchu „Solidarność”, który fascynował odwagą, świeżością i wartościami, ale i przerażał swoją nieprzewidywalnością.
Osobiście poznałem MFR w połowie lat 80. Wtedy zaczęła się nasza współpraca i przyjaźń. Pamiętam Go jako wicepremiera, wicemarszałka Sejmu, zawsze poszukującego, ale lojalnego wobec osoby, która włączyła Go do wielkiej polityki i której został wierny, choć nie bezrefleksyjnie – Wojciecha Jaruzelskiego.
Swoje polityczne szanse otrzymywał zazwyczaj za późno. Premierostwo w 1988 r., szefowanie PZPR, po przegranych wyborach 1989 r. lokowało Go w gronie polskich inteligentów, którzy tak często mieli rację, talent, chęci, ale pora i miejsce były niewłaściwe.
Jako premier podjął próbę zracjonalizowania polskiej gospodarki, wpuścił do rządu postacie nietuzinkowe: Mieczysława Wilczka, Andrzeja Wróblewskiego, Dominika Jastrzębskiego. Ustawa o przedsiębiorczości była rzeczywistym przełomem. Paszporty w domu były dowodem, jak bardzo chciał, by Polska włączała się w europejski obiekt.
Jako ostatni I sekretarz PZPR zamykał ten etap polskiej historii nie bez bólu, ale godnie.
Szczerze wspierał nową ekipę socjaldemokracji RP, choć jego wrodzony scepcytyzm mówił mu, że powrót lewicy do władzy będzie trwał pokolenia.
Pozostając poza formalną działalnością polityczną, był uważnym obserwatorem, krytykiem, komentatorem wydarzeń. Jego miesięcznik „Dziś” starał się niebanalnie uczestniczyć w debacie o Polsce, historii i lewicy.
Prawdziwym odkryciem i fenomenalnym dokumentem okazały się Jego 10-tomowe dzienniki, które przynoszą niezwykłą wiedzę o epoce, ale i o samym MFR. Jego wątpliwości, szamotanie, nadzieje i rozczarowania były udziałem wielu ludzi, ale MFR wykazał się tytaniczną dyscypliną, spisując to dzień po dniu i dając nie tylko historykom fantastyczny obraz tamtego czasu i emocji, które mu towarzyszyły.
Był moim i mojej żony Przyjacielem. Spotykaliśmy się, odwiedzaliśmy. W ostatnich miesiącach był naszym sąsiadem. Każda z rozmów była ciekawa, inspirująca, nie było tematów tabu, była Jego wiedza, uśmiech, sarkazm i to niezwykłe, często pełne wątpliwości i cierpienia uwrażliwienie na to, co dzieje się w Polsce, i co będzie z Polską.
Odszedł wspaniały człowiek i Wielki Polak, osobowość polskiej i europejskiej lewicy.
Będziemy pamiętać.
Droga Elżbieto -– jesteśmy z Tobą.

 

Wydanie: 47/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy