W polityce liczy się skuteczność – ponadpartyjny sojusz na rzecz braku wizji

W polityce liczy się skuteczność – ponadpartyjny sojusz na rzecz braku wizji

Kiedy światowe media podniecały się przeciekami WikiLeaks, które ukazały to, co i tak wszyscy zorientowani w polityce międzynarodowej wiedzą i widzą gołym okiem – że Amerykanie są aroganccy i jak na światowego hegemona przystało, traktują instrumentalnie cały świat – w polskim zaścianku kończyła się druga tura wyborów samorządowych. W Wałbrzychu jej finał był symboliczny dla poziomu i obrazu polskiej polityki. Senator PO pokazał, na czym polegają negocjacje po polsku i o co chodzi w krajowej polityce. Po potoku bluzgów, które mogłyby stanowić podkład do filmów Tarantina, nagrany przez konkurencję polityczną Roman Ludwiczuk wyjaśnia, w imię czego to wszystko: „Bo w polityce liczy się skuteczność”. Zachowanie Ludwiczuka może być pewnym wyjaśnieniem, dlaczego najsilniejszą partią w Polsce jest wciąż „partia niegłosujących w wyborach”, a większość zdobywa ta część społeczeństwa, która jest zupełnie odwrócona od sfery publicznej i bojkotuje politykę.
O ile jednak serwis WikiLeaks wzbudził pewne zamieszanie, o tyle kolejna odsłona krajowej polityki już nikogo nie rusza. Obojętność triumfuje, a ignorancja wypiera jakiekolwiek próby upominania się o dobro publiczne. Brak wizji staje się dziś zjawiskiem ponadpartyjnym. Przekraczanie granic istniejącego bezładu jest bardzo utrudnione. Poprawianie rzeczywistości, jeśli w ogóle ma miejsce, uległo – podobnie jak wiele innych zjawisk w społeczeństwie rynkowym – kompletnej prywatyzacji. Jak pisze Zygmunt Bauman w posłowiu do własnej książki sprzed 40 lat „Socjalizm. Utopia w działaniu”: „Dzisiejsze utopie mówią nie o lepiej urządzonej krainie, lecz o moim w tej oto, tu i teraz, krainie lepszym się urządzeniu. Nadzieje na lepsze życie lokujemy nie w mądrym ustawodawcy czy pospólnym wysiłku i zbiorowych dokonaniach, ale w osobistej przemyślności, sprycie i pomysłach na wyzyskanie nawijających się pod rękę okazji”. Wizja lepszego życia nie wiąże się już z poprawianiem świata, ale z wiarą w szczęśliwy los i przekonaniem o wyższości kontaktów, znajomości i układów, które mogą poprawić nasze miejsce w tym bezalternatywnym porządku. Na pomoc społeczeństwa już mało kto liczy, a politykę tylko nieliczni traktują jako narzędzie całościowej zmiany rzeczywistości. W atmosferze masowego odwrotu od tak rozumianej polityki mamy wysyp tzw. niezależnych i bezpartyjnych prezydentów i innych lokalnych politykierów. Są oni już poza jakąkolwiek kontrolą – nie tylko nie nadzoruje ich żadna demokratyczna organizacja ani opinia publiczna, ale stają się wręcz pieszczochami wykastrowanych mediów. Lokalni cwaniacy w atmosferze „apolityczności” budują sobie prywatne folwarki, kupują przychylność lokalnych mediów i budują biznesowe zaplecze dla swej działalności, a rządząca partia za dotację od państwa namawia obywateli, żeby nie zajmowali się polityką i nie finansowali partii politycznych. Pełna maskarada. Karnawał trwa przez cały rok. Lepiej niech zwykli ludzie interesują się dziurą w jezdni i nie zadają zbyt trudnych pytań o logikę tego całego systemowego bałaganu. Wielkie sprawy zostawcie „niezależnym” ekspertom od biznesu i rządzenia. Lud nie ma prawa interesować się istotnymi dla świata sprawami, lud ma budować nowe mosty dla pana starosty. Przestrzeń publiczna ma być pozbawiona wszelkich alternatywnych głosów i pomysłów na urządzenie życia zbiorowego. Kierunki działania zostały wyznaczone i nie ma nad czym dyskutować. Tak twierdzą elity władzy w Polsce. Jak się okazuje, reguła ta nie tylko ma dotyczyć krajowego podwórka, ale też odnosić się do spraw globalnych.
Polskie „wolne media” tylko pobuczały nad nieodpowiedzialnym działaniem Juliana Assange’a, twórcy WikiLeaks. Było to blade odbicie histerii amerykańskiego establishmentu, który domagał się dotkliwego ukarania nieco romantycznego Australijczyka za szerzenie „terroryzmu”. Co za czasy: zrywanie oficjalnej kurtyny i ukazywanie kulis polityki nazywane jest terroryzmem i szpiegostwem. Ciekawe, czy polityczni kumple Ludwiczuka też w imię walki z bandytyzmem, szpiegostwem i terroryzmem będą się domagali zamknięcia jego wałbrzyskich konkurentów politycznych?
Szkoda, że w polskich mediach pomijano fakt, iż w obronie Juliana Assange’a stanęło środowisko lewicowych intelektualistów z Noamem Chomskim i brytyjskim reżyserem Kenem Loachem na czele. A kogo ma to obchodzić? Poza tym nie pasowałoby to do oficjalnej polityki dalszego lizusostwa wobec amerykańskiej władzy – polskie elity z prezydentem Komorowskim na czele niczym liderzy peryferyjnego państewka na końcu świata cieszą się, że Amerykanie chcą nam podesłać swoje F-16 i herculesy wraz z 200 jankesami do obsługi ich bazy wojskowej. Sukces na skalę międzynarodową.
Spektakl trwa w najlepsze. Refleksje Guy Deborda o wszechobecności tajemnicy i manipulacji w społeczeństwie kapitalistycznym są wciąż aktualne. Gdyby nie tajemnica wojskowa, państwowa, bankowa, ludzie wiedzieliby zbyt dużo o mechanizmach władzy. Zaglądanie za oficjalną kurtynę jest niewygodne, bo mogłoby się okazać, że nie było za bardzo czego ukrywać. Tajemnica budzi szacunek, bo sugeruje, że jest coś ważnego do ukrycia przed prostym ludem. Klasa panująca i system, który jej służy, bez tajemnicy, kłamstwa i przemilczania nie może istnieć. Co na to lewica? Powinna być rodzajem „nowych mediów”, które nagłaśniają zjawiska, problemy i tematy ignorowane przez władzę, korporacyjne media i konformistyczną część kręgów opiniotwórczych. Czas przemówić własnym głosem, nawet jeśli okoliczności nie sprzyjają.
Lewica – przede wszystkim w Polsce, ale nie tylko – powinna zapisać w swoich programach i strategiach cytat z Sunzi, autora chińskiego traktatu o sztuce walki: „Choćby sytuacja, w której się znajdujesz, była krytyczna, nie trać nadziei; właśnie w chwilach, gdy zagrożenie pojawia się zewsząd – niczego nie należy się obawiać; właśnie kiedy otaczają cię wszystkie niebezpieczeństwa, żadnego z nich nie należy się lękać, właśnie wtedy, gdy jesteś bez żadnych środków – należy liczyć na wszystko; kiedy zostaniesz zaskoczony – wtedy właśnie trzeba zaskoczyć przeciwnika”. Wojownicy lewicy, pokażcie się w końcu. Bo szkoda Polski i ludzi w niej żyjących.

Wydanie: 50/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy