Wieczna bieda budżetówki

Wieczna bieda budżetówki

Czytam statystyki dotyczące wzrostu dochodu narodowego w Polsce w ciągu ostatnich 30 lat i czegoś w tym wszystkim nie rozumiem. Mówią one o ogromnym sukcesie, gigantycznym przyroście wspólnego bogactwa. Ja tymczasem obserwuję sytuację w tzw. budżetówce i śladów owego fenomenalnego wzrostu nie widzę. Jak była biedna, tak biedna pozostaje. Patrzę np. na płace pracowników szkół wyższych i nie widzę żadnej poprawy. Oczywiście w sensie bezwzględnym są to dzisiaj inne płace niż wtedy, gdy ja startowałem w zawodzie (rok 1983), ale generalnie tak samo nędzne jak wtedy (jeśli nie gorsze). Czytam o płacach nauczycieli, bibliotekarzy, pracowników sądów, szpitali, policjantów, muzealników, aktorów z publicznych teatrów oraz innych zawodów ze sfery budżetowej i ani śladu jakiegokolwiek postępu płacowego. Gdzie w takim razie się podziały owoce wzrostu gospodarczego? Skąd się wzięła ta wieczna nędza budżetówki?

Moje obserwacje, poparte oficjalnymi statystykami, pokazują dobitnie, że owoce te zostały skonsumowane gdzie indziej. Jest to jeszcze jeden dowód, że zbudowaliśmy sobie system bardzo niesprawiedliwy społecznie, w którym niewielka grupa ludzi przechwytuje największą część owoców wzrostu gospodarczego, a inni pozostają tam, gdzie byli zawsze – blisko dna. Kim jest ta grupa beneficjentów wzrostu, można się jedynie domyślać, śledząc oficjalne statystyki zamożności. To niewątpliwie sektor prywatnego biznesu, wielkich korporacji, banków, kancelarii prawniczych, wolnych zawodów (lekarze, architekci), wielkich gospodarstw rolnych, część świata rozrywki i mediów (najlepiej opłacani dziennikarze oraz popularni aktorzy telewizyjni i filmowi). Nie mam nic przeciwko ich ekonomicznemu sukcesowi (szczególnie lekarzy czy informatyków). Piszę to, aby od razu odeprzeć pojawiające się w tym kontekście zarzuty o zawiść (jako profesorowi zwyczajnemu powodzi mi się nieźle, ale takowych jest w społeczności akademickiej zaledwie kilka procent). Dlaczego jednak sukces ekonomiczny niektórych jest skorelowany z taką nędzą budżetówki?

W tym miejscu musimy zadać sobie dwa pytania: jaki był stosunek do państwa poszczególnych ekip rządzących Polską przez ostatnie 30 lat oraz czyje interesy reprezentowały partie polityczne. Odpowiedź na pierwsze pytanie jest oczywista: albo wprost deklarowały one brak zainteresowania wzmacnianiem państwa, wedle założenia, że im go mniej, tym lepiej (to element skrajnego liberalizmu, zwanego czasem libertarianizmem, który odniósł w Polsce ogromny sukces), albo, choć deklaratywnie zauważały jego znaczenie, nie szło za tym dostrzeżenie i tego, że nie ma dobrego państwa bez dobrze opłacanych jego funkcjonariuszy. W tym sensie II Rzeczpospolita była znacznie mądrzejsza, budowała prestiż państwa także poprzez wysokie płace ludzi zatrudnionych na państwowych posadach (nauczyciele, akademicy, urzędnicy państwowi, kolejarze, oficerowie wojska, policjanci itd.). Również odpowiedź na drugie pytanie jest łatwa: żadna partia polityczna w Polsce po 1989 r. nie reprezentowała interesów budżetówki. Prześcigały się one za to w faktycznym reprezentowaniu interesów głównie wielkich przedsiębiorców, a niektóre też – z gorszym skutkiem – rolników. Budżetówka była w tym sensie osierocona, pozostawiona sama sobie, lekceważona i poniżana. Przypomnijcie sobie te ciągłe dowcipy z urzędników, te populistyczne wyrzekania na darmozjadów, którzy jedynie popijają herbatkę w pracy i niczego pożytecznego nie robią; widać zresztą w tym względzie ciągłość ze starym systemem, było w nim bowiem polityczne przyzwolenie na krytykę „urzędasów”. To tutaj głównie szukano oszczędności, gdy budżet państwa się nie dopinał – sławne „tanie państwo”.

Sytuacja budżetówki jest odpryskiem niechęci do państwa, która ma u nas korzenie zarówno historyczne (tradycja słabego państwa przedrozbiorowego, obcość państwa w czasach zaborów i tzw. realnego socjalizmu), jak i ideowe (wspomniany wcześniej libertarianizm, importowany do Polski z jego kolebki – Stanów Zjednoczonych). Pora jednak uświadomić sobie, że bez silnego państwa, z dobrze opłacaną kadrą urzędników – z nauczycielami na czele! – możemy zapomnieć o odniesieniu prawdziwego sukcesu cywilizacyjnego. Pora także na uznanie przez jakąś siłę polityczną w Polsce, że należy reprezentować interesy budżetówki i przekonywać obywateli do tego, że państwo jest tak silne i efektywne, jak silni ekonomicznie i prestiżowo są jego pracownicy. Z pewnością taka powinna być misja lewicy. Tym bardziej że istnieje ścisły związek pomiędzy sytuacją budżetówki a jakością usług publicznych w Polsce.

Na zakończenie można zadać tradycyjne pytanie: skąd brać pieniądze na polepszenie sytuacji budżetówki? Oczywiście z podatków. Tak robią wszystkie dobrze zorganizowane państwa zachodnie ze skandynawskimi na czele. My idziemy od dziesięcioleci ścieżką latynoską: niskie podatki i biedne państwo, z grupą bardzo bogatych obywateli, którzy mogą mieć je w nosie, bo sami sobie zapewnią co trzeba, albo w kraju, albo za granicą. W ten sposób spełniła się przepowiednia wybitnego socjologa i politologa amerykańskiego polskiego pochodzenia Adama Przeworskiego, który na pierwszym po zmianach Zjeździe Socjologicznym w Toruniu w 1990 r. gasił entuzjazm wielu mówców, prorokując scenariusz latynizacji Polski jako najbardziej realistyczny. Dziś widać, że miał rację.

Wydanie: 45/2021

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy