Kilka myśli niepodejrzanego (i nieoskarżonego) typa

Kilka myśli niepodejrzanego (i nieoskarżonego) typa

Każdy felieton adresowany jest z zasady do Czytelników. Ten jednak ma charakter osobisty i z tego względu jest inny od pozostałych. Zwykle w felietonach próbuję coś moim Czytelnikom wyjaśnić, przedstawić im mój punkt widzenia, przekonać do niego. Zwykle piszę do moich Czytelników o czymś. Dziś piszę do Was, Drodzy Czytelnicy, o sobie. Piszę, bo mam dla Państwa dobrą wiadomość. Przez ostatnie ponad sześć lat, czytając moje felietony, czytali Państwo – mając tego świadomość lub nie – felietony autorstwa człowieka podejrzanego, a później oskarżonego o zwykłe przestępstwa kryminalne. W maju zeszłego roku, po trzech latach procesu, Sąd Okręgowy Warszawa-Praga uniewinnił mnie z wszystkich zarzutów, a wczoraj (17 stycznia) wyrok się uprawomocnił. Prokuratura nie odważyła się na apelację. Staję więc przed Wami pozbawiony już tytułów nadanych mi przez IV RP: „podejrzany i oskarżony”. Co przez te lata przeżyłem ja i moi najbliżsi, nie muszę chyba tłumaczyć. To już jest za mną.

Proces przed sądem nie tylko pokazał, że nie popełniłem żadnego z zarzucanych mi czynów, lecz także ukazał cały mechanizm funkcjonowania prokuratury i służb w latach IV RP.
W uzasadnieniu wyroku sąd, najdelikatniej, jak potrafił, nie chcąc się mieszać do polityki, tak opisał ten mechanizm: „Weryfikując materiał dowodowy przedstawiony przez prokuratora, Sąd przeprowadził dowody, które pozwoliły wyświetlić pewien mechanizm funkcjonujący w czasie trwania postępowania przygotowawczego [tj. w latach 2005-2007! – przyp. moje] w tej sprawie. Mechanizm ten polegał na zainteresowaniu osób pełniących w państwie ważne funkcje publiczne niektórymi sprawami karnymi, co z kolei uruchamiało wręcz patologiczne zachowania osób bezpośrednio zaangażowanych w te postępowania w różnych rolach”.
Ten fragment uzasadnienia wyroku dedykuję eksposłowi Andrzejowi Czumie, który jako przewodniczący sejmowej komisji śledczej nie mógł znaleźć takiego mechanizmu, choć podobno przez cztery lata go szukał.

Panu prokuratorowi generalnemu Seremetowi dedykuję całe uzasadnienie (o objętości 166 stron), aby poczytał, na czym te patologiczne zachowania prokuratorów, w szczególności z białostockiej prokuratury apelacyjnej (ale nie tylko!), polegały. Jest to dość dokładnie opisane. Sprawa o tyle zasługuje na uwagę, że ci wszyscy dotknięci wskazaną (i wykazaną) przez sąd patologią nadal pracują w prokuraturze, zajmują w niej wysokie stanowiska, prowadzą śledztwa lub nadzorują te prowadzone przez niższych rangą prokuratorów. Krótko mówiąc, strzegą praworządności w Rzeczypospolitej. Prokurator generalny powinien wiedzieć, z kim pracuje.
Szefom policji polecam tajny fragment uzasadnienia, którego z natury rzeczy omawiać tu nie mogę. Dowiedzą się z niego, jak wygląda czasem praca operacyjna ich funkcjonariuszy i do czego służy.
Ten fragment uzasadnienia powinien zainteresować też ministra sprawiedliwości. Dowiedziałby się z niego, kto tak naprawdę rządzi w zakładach karnych, za które on odpowiada.
Zresztą minister sprawiedliwości, któremu ostatnio premier zlecił pilne przygotowanie nowelizacji Ustawy o prokuraturze, powinien przeczytać całe akta. W sumie to kilkadziesiąt tomów, ale warto. Po lekturze wiedziałby dokładnie, jaka jest kondycja moralna prokuratury, na czym polega jej patologia. Dowiedziałby się, do czego służą areszty wydobywcze, jak prokuratorzy wchodzą w układy z bandytami, pomagającymi im prowadzić śledztwa „na skróty” i w pożądanym kierunku, a potem stają się zakładnikami tych bandytów i muszą spełniać ich rozmaite zachcianki, pomagać w łamaniu regulaminu odbywania kary, przymykać oko na to, że osadzeni mają w celach telefony komórkowe, które służą im do kontaktów z prokuraturą, policją, a czasem do szantażu osób żyjących na wolności.

Bardzo ciekawe są w aktach opisy mechanizmu wyłudzania przez prokuratorów zeznań obciążających wskazane osoby (np. w zamian za przeniesienie do innego zakładu karnego). Jest to, nawiasem mówiąc, proceder przestępczy, ordynarne nieraz nakłanianie do fałszywych zeznań, a czasem delikatne tylko ich sugerowanie. Może po lekturze akt ktoś złoży zawiadomienia o popełnieniu przestępstw przez funkcjonariuszy publicznych?

Kiedy zaczynał się mój proces przed sądem, mówiłem, że mam nadzieję, iż nie tylko oczyści mnie on ze stawianych zarzutów, ale przy okazji pokaże patologię prokuratury i organów ścigania w IV RP.

Pokazał. Tylko kto zechce wyciągnąć z tego jakieś wnioski? Ja mam to już za sobą. Ale ten patologiczny mechanizm, o którym mówi sąd, istnieje. Jest dobrze zakonserwowany. Może ruszyć w każdej chwili. Przeciw każdemu. Dopóki ci ludzie, w których chęć przypodobania się szefom i wizja awansu „uruchamiały zachowania patologiczne”, będą odpowiedzialni za ściganie przestępstw, za praworządność w Polsce, nikt nie może czuć się tu bezpiecznie.

IV RP skończyła się przegranymi przez PiS wyborami, jesienią 2007 r. Minęło cztery i pół roku. Co w tym czasie zrobiono, by naprawić ten chory mechanizm? Nic. Kto poniósł za to odpowiedzialność? Nikt.

Po ostatnich wydarzeniach w prokuraturze i wokół prokuratury szansa na jej uzdrowienie jeszcze bardziej zmalała.

Wydanie: 4/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy