Co frunie z nieba

Co frunie z nieba

Los rzucił mnie do dwóch Lidzbarków. W tym pierwszym byłem kilka miesięcy temu, zwany jest Welskim, liczy sobie coś z 7 tys. mieszkańców. Mam tam „tajną agentkę”, śle mi czasami raporty, co ludzie właśnie myślą: „Polacy nie grają w jednej drużynie. Nie ma biało-czerwonych. Są biali i czerwoni. Przeciwnicy. A co najgorsze – mówi znajomy – kiedyś u nas wiedzieliśmy, że tam na górze są politycy i oni kradną, ale my tu jakoś sobie żyjemy. Teraz sami skaczemy sobie do oczu. Podzielili nas”. Mówimy o tych, co po drugiej stronie: to nasi przeciwnicy; próbujemy ich tłumaczyć – starością, niewiedzą, po prostu głupotą, czasami podłością. Wspominamy ich jak umarłych. Tak jak oni uważamy się za lepszych. Nie jesteśmy więc partnerami. Nienawiść rodzi się z różnicy poglądów, ale też z naszej wyniosłości. I to jedyne, co nas łączy. Ten podział dotarł do wszystkich grup społecznych i do każdego zakątka – do domów spokojnej starości, trwa w czasie uroczystości pogrzebowych, zdaje się nawet dotyczyć zmarłych.

Lidzbark drugi to Lidzbark Warmiński, nieco dalej na północ. 16 tys. mieszkańców. W mieście gotycki zamek, podobno najokazalszy i najlepiej zachowany taki obiekt w tej części Europy, obok duże przyzamcze. Tam luksusowy hotel Krasicki, gdzie mieszkamy. W Paryżu nie odstawałby od czterogwiazdkowych hoteli. Zadbany, stare mury, cegły, ogromne kamienie, w które taktownie wkomponowano nowoczesny wystrój. Basen w podziemiach z rzymską posadzką, liczne sauny. W dawnym zamku rezydował biskup poeta Ignacy Krasicki, były właśnie jego imieniny, więc spektakl na zamku, z wielkim tortem dla solenizanta. Niezwykłą scenę stworzyły wielkie, nastrojowe sale. Przez kilka lat mieszkał tu też Mikołaj Kopernik. Miasteczko ładne i dostatnie. A wszystko jak na dłoni. Lubię miasteczka i małe wyspy. Są do pojęcia w krótkim czasie.

Gwałt psychiczny na Magdalenie Ogórek dotarł nawet do naszego Lidzbarka. Gwiazda ostatniej kampanii prezydenckiej, genialny pomysł Leszka Millera, znowu jest bohaterką mediów. A to najważniejsza rzecz w jej życiu – istnieć za wszelką cenę, również kłamstwa i manipulacji. Tyle brzydoty kryje się czasami za ładną twarzą. A pamiętam, gdy w Superstacji zapraszana do programów mówiła fachowo i bardzo krytycznie o polskim Kościele.

Narcystyczne korzenie podłości u wielu ludzi. Obrzydliwie jest tak ogólnie na naszej scenie politycznej. Taśmy, podsłuchy, afery, insynuacje, pokazywanie sobie jęzora i kłów. Gdy pada mokry, ciężki śnieg, mam wrażenie, że to fruną fekalia. A to przecież dopiero początek, trzeba będzie czymś poprzykrywać Srebrną. Poseł Niesiołowski, 31 prostytutek i zarwane łóżko nie wystarczą. Myślę sobie smętnie, że nawet gdy pisowcy przegrają wybory, nie znikną. Będą jak wrzód. A nasze dzieci pewnie wyemigrują. Tu w bliższej i dalszej przyszłości nie będzie przyjemnie. To wersja skrajnie pesymistyczna, ale realna. Optymizm płynie z Gdańska.

Akcja zbierania pieniędzy na Europejskie Centrum Solidarności to dowód powstawania prawdziwych struktur społeczeństwa obywatelskiego. Jeśli wytrwamy, wówczas każda władza w Polsce będzie musiała się liczyć z siłą niezależnej, ponadpartyjnej opinii publicznej. To przywracanie idei, która stworzyła pierwszą Solidarność. Humorystycznie brzmi argument przetargowy ministra kultury, że w ECS musi powstać też osobny dział poświęcony Annie Walentynowicz. Wtedy dorzuci swojego wicedyrektora i łaskawie da kasę.

Akurat w sprawie Walentynowicz jestem kompetentny. Tuż przed stanem wojennym robiłem wywiady z prawie wszystkimi ważnymi działaczami Wolnych Związków Zawodowych. Także z panią Anią. Po kilku latach, już po stanie wojennym, spotykałem się z nią, spędzaliśmy ze sobą długie szpitalne godziny, leczyła się w szpitalu na Lindleya. Opowiadała o swoim życiu, przejmująca, szczera opowieść. Powstała z tego książka „Życie Anny Walentynowicz”, wydana w podziemiu, wznowiona kilka lat temu. Jej życie było jak okrutna baśń. Nie ona jednak zorganizowała strajk w stoczni, ale Bogdan Borusewicz, nie ona kierowała strajkiem, ale Wałęsa. Nie ona miała wpływ na kształt Solidarności. Była tylko pretekstem początku strajku. Nie wiem, jak Piotr Gliński chce przekonać historię, że było inaczej. Anna Walentynowicz była prostą kobietą, dożyła czasów, gdy jej prostota zyskała publiczny wymiar i mogła zmienić się w głupotę. Była w niej też zapiekłość. To wada, którą się wybacza ofierze, ale gdy ofiara wygrywa, staje się to brzydką chorobą. Śmierć pani Ani w katastrofie smoleńskiej jest niezwykłą puentą jej życia. To, co próbuje zaś dopisać Piotr Gliński, jest żałosne.

Wydanie: 7/2019

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy