Reksio, Oprah i Kai

Mnożą się przykłady neocenzury poprzez wyznaczanie tematów tabu

Dziesięć lat temu Sejm, w gruncie rzeczy mimochodem, zlikwidował Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli krótko mówiąc – cenzurę. Ponieważ ów urząd, przynajmniej od Okrągłego Stołu, nie wykazywał aktywności, akt zdjęcia kagańca prasie i dziennikarzom nie wywołał większego entuzjazmu i zainteresowania. Od tej chwili mieli publikować wyłącznie na własny rachunek. Lecz, jak proroczo zalecał dziewiętnastowieczny niemiecki junkier w trakcie debat nad zniesieniem cenzury: “Wolność prasy – tak, ale obok szubienica”. Oczywiście, była to figura retoryczna – miał on na myśli karanie nadmiernej swobody słowa przez sądy. Inaczej mówiąc, zamiast tradycyjnej cenzury prewencyjnej, nie dopuszczającej do druku nagannych elementów, zalecał cenzurę represyjną, wyznaczającą granice dopuszczalnej swobody po fakcie przez surowe grzywny i wyroki sądowe. “Nie kijem go, to go pałką”, głosi ludowe przysłowie.
Przysłowia bywają mądrością narodów. Mnożą się więc przykłady odnawiania kontroli prasy jako neocenzury poprzez wyznaczanie tematów tabu oraz narzucanie własnej interpretacji przekazów medialnych. Znany jest casus firmy Amway, która skutecznie, drogą sądową,

zablokowała pokaz w telewizji

filmu dokumentalnego ośmielającego się ją krytykować. W ubiegłym miesiącu producent żywności pozwał do sądu “Angorkę”, dodatek dla dzieci tygodnika “Angora”. W opakowaniach z chipsami “Star Food” umieszczono kartoniki z napisem “Reksio to morderca”. Ponieważ Reksio to piesek w popularnym wśród dzieci, telewizyjnym serialu rysunkowym, “Angorka” skomentowała ten zadziwiający kartonik: “Nie martw się – też bym był mordercą, gdybym jadł to świństwo! ”. Ten komentarz tak rozsierdził producenta chipsów, że podał sprawę do sądu, żądając przeprosin i 100 tysięcy złotych kary. Przy okazji okazało się, że w opakowaniach umieszczano kartoniki z takimi napisami, jak “Jestem ładna, ale nie łatwa”, czy “Meduzę i lornetę proszę”. Ten ostatni napis zapewne odnosi się do knajpianego zamówienia galaretki i dwóch wódek. Adwokat firmy uważa jednak, że te napisy pochodzą z normalnego języka dzieci i młodzieży, więc nic tu nagannego nie ma.
Pocieszający dla “Angorki” może być wynik procesu wytoczonego przez hodowców bydła w Teksasie Oprah Winfrey, znanej amerykańskiej hostessie talk-showów (przepraszam Czytelników za takie cudzoziemskie określenie, ale polskiego chyba nie ma). Ośmieliła się lekceważąco wyrazić o smaku i wartości steków, mówiąc, że sama do ust ich nie bierze.

Rozjuszeni farmerzy

oskarżyli ją o zniechęcenie konsumentów do wołowego mięsa, jednak w sądzie sprawy nie wygrali. Aliści Oprah, mimo zwycięstwa, straciła wiele pieniędzy i czasu, nauczyła się więc, że bezpieczniej jest robić sobie żarty z polityków niż z hodowców byków. Nie tylko bowiem krowy bywają święte. I nie tylko w Teksasie.
Wcześniej przekonało się o tym radio RMF FM, gdy kilka lat temu na plakacie promocyjnym umieszczono fotografię leżącej na boku nagiej kobiety, a nad nią posągowe głowy Wałęsy, Oleksego, oraz – na domiar złego – samego Prymasa. Napis wyjaśniał wprawdzie, że “Polityka szkodzi zdrowiu”, lecz sąsiedztwo wizerunku osoby duchownej i nagiej kobiety uznane zostało za bluźniercze. Zmuszono więc agencje reklamy zewnętrznej do zerwania setek europlakatów, powodując znaczne straty finansowe dla radia i dla agencji, przy okazji wysyłając nader czytelny sygnał, z kogo żartować nie wolno.
Przy innej okazji bluźniercze asocjacje potępiono za sprawą filmu “Skandalista Larry Flint”, który lekkomyślnie promowano, używając zagranicznego plakatu o dwuznacznej symbolice.
Kolejny sygnał wysłany został w Wielki Piątek. Tym razem nadawcą jest KAI, Katolicka Agencja Informacyjna. Powiadomiła ona o bluźnierczej reklamie, jaką zmieściła w swym piątkowym wydaniu “Gazeta Wyborcza”. Reklama nie dostała imprimatur, gdyż w cieniach postaci reklamujących dżinsy czujni jak żurawie informatorzy KAI doszukali się podobieństwa do profilu osoby zawieszonej na krzyżu. Adam Michnik tłumaczył się nieporadnie, że dziwi się KAI, bowiem jego gazeta w Wielki Piątek zamieściła kilka długich, pobożnych artykułów. Czyżby nie wiedział, że najlepszy nawet dobry uczynek

nie przekreśla bluźnierstwa?

Przecież już św. Tomasz z Akwinu pouczał: “Quid reciptur est, modo recipient est”, czyli mówiąc naszym językiem: “Cokolwiek jest otrzymywane, jest otrzymywane na sposób otrzymującego”. W istocie KAI-owi chodzi o wyznaczenie sfery sacrum, której samowolnie definiować nie można. A to, jakie jest obiektywne znaczenie reklamy, nie ma w tym przypadku istotnego znaczenia. Skrót KAI, jako oficjalnej agencji prasowej Episkopatu, odczytać można zatem jako Katolicka Agencja Interpretacyjna, określająca, co naprawdę znaczy określony obraz czy tekst. Imprimatur daje i określa urząd. Zaiste powiadam, że nikt nie jest przeciwnikiem wolności mediów, chce tylko ją sam wyznaczać.

Wydanie: 20/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy