A u nas ciągle „jakoś to będzie”?

A u nas ciągle „jakoś to będzie”?

Szok. Paraliż myśli. Najtrudniej było w ów tragiczny, sobotni poranek 10 kwietnia. Przed oczyma przewijał mi się w przyspieszonym tempie film z udziałem osób, które zginęły w katastrofie. Bo jeszcze niespełna dobę wcześniej na warszawskich Powązkach wspólnie żegnaliśmy wybitnego intelektualistę i mistrza pióra Krzysztofa Teodora Toeplitza. Jurek Szmajdziński szykował się do wyborów prezydenckich, Jolanta Szymanek-Deresz była szefową jego sztabu, a Izabela Jaruga-Nowacka bardzo ich wspierała. Od poniedziałku mieli ostro pracować. Czekała ich seria spotkań i wyjazdów. A została tylko wyrwa. Szczególnie bolesna dla lewicy, gdy próbuje odbudowywać swoją tożsamość i pozycję.
Przed tą rocznicą przejrzałem gazety z pierwszych dni po katastrofie. Nasz tygodnik jest drukowany w sobotę rano. Gdy spadł samolot, wydrukowany nakład czekał już na kolporterów. Dzięki postawie dyrekcji łódzkiej drukarni dostaliśmy kilka godzin, by zmienić chociaż okładkę i tym samym powiedzieć Czytelnikom to, co wówczas uważaliśmy za najważniejsze. Dziennikarz jest przecież po to, by niezależnie od swoich osobistych odczuć dać świadectwo takim wydarzeniom.
Na czarno-białej okładce znalazł się płomień świecy, nazwiska ofiar i tytuł „Solidarni w żałobie”. Tak wtedy myśleliśmy. Mimo bardzo krytycznych ocen ówczesnego prezydenta i rządu PiS. Uznaliśmy, że ta katastrofa przekreśla wcześniejsze pretensje. Że w obliczu takiego nieszczęścia nie ma miejsca na małostkowe podziały i pretensje. Dziś też uważam, że główna myśl, z jaką chcieliśmy trafić do Czytelników, miała głęboki sens. Solidarni w żałobie. Tego chcieliśmy. I myśleliśmy, że tak może być. Że bezsens tylu śmierci może dać choć tyle, że jako społeczeństwo będziemy wobec siebie bardziej solidarni. Przez pierwsze dni wydawało się nawet, że jest do tego dobry klimat. Hołd ofiarom oddawali ludzie mający inne rodowody i poglądy polityczne. Dlaczego więc było tak tylko przez kilka pierwszych dni? Dlaczego po trzech latach mamy atmosferę pomówień? Zastrzeżeń i wątpliwości? Twardo i dobitnie formułowanych oskarżeń o zamach, o zamordowanie prezydenta RP, o zdradę narodową? Ci, którzy mówią o tym, jak bardzo chcą prawdy, przedstawiają coraz bardziej szaleńcze hipotezy. Impotentny rząd miesiącami radzi nad tym, czy w ogóle coś jeszcze mówić, a później, kto ma mówić w jego imieniu. Władza obudziła się dopiero wtedy, gdy pod jej adresem padły najcięższe zarzuty. Jaki sens miało to wyczekiwanie i oddanie pola ludziom, którzy na smoleńskich trumnach budują swoje plany polityczne? Dla mnie najsmutniejsze po tych trzech latach jest to, że nic się nie zmieniło w działaniach państwa. Skasowano to, co uwierało. Nie ma już rządowych samolotów i nie ma pułku, który woził VIP-ów. A co jest? Stary bałagan, niekompetencja urzędników, nieprzestrzeganie przez ministrów procedur i myślenie, że jakoś to będzie. Polityka zawładnęła kadrami na niebywałą skalę. Marnymi kadrami. Szefami urzędów zostają ludzie bez pojęcia, wiedzy i umiejętności. A szefami spółek skarbu państwa znajomi ministra. Gdyby to była gra komputerowa, wystarczyłoby nacisnąć delete. Niestety, życie to nie gra. Za bałagan, bezmyślność i filozofię, że jakoś to będzie, życiem zapłacili pasażerowie Tu-154.

Wydanie: 16/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy