Ci szaleni Polacy

Zapiski polityczne

Polak to istota raczej ślamazarna, niemrawa i powolna, jeśli sądzić po zachowaniu urzędników biurowych i wielu innych funkcjonariuszy publicznych, po działaniu sądów czy po ściganiu przestępców. Sytuacja zmienia się radykalnie, gdy Polak dosiądzie rumaka. Może być żywy, czyli koń, ale to raczej dawne dzieje. Obecnie te funkcje pełni pojazd spalinowy, czyli samochód. Polak dosiadający takiej maszyny zmienia się w ciągu kilku sekund ze ślamazarnego, niemrawego i powolnego osobnika w istotę pełną ognia i lekkomyślności. Ofiary tej cechy liczy się obecnie na tysiące trupów, jakie ścielą się po drogach i ulicach.
Jeżdżę dosyć dużo po polskich drogach. Pełno na nich szaleńców oraz ich ofiar. Znajomy kierowca wyznał mi kiedyś, że nie współczuje sprawcom wypadków ani ich ofiarom, gdyż zawsze wszystkie złe zdarzenia są zawinione, nic nie dzieje się przypadkowo – tylko role się zmieniają, ale zawsze trup ściele się gęsto. Naczelnym sprawcą wszystkich tych nieszczęść jest szybkość, niepohamowana, obłąkana, w pełni nieodpowiedzialna.
Przeciętny polski kierowca otrzymał możność nabycia samochodu, kiedy te pojazdy osiągnęły zdolność rozwijania, nawet na małych odległościach, wielkich szybkości. Starzy kierowcy, zaliczam się do nich, dochodzili długo i powoli do coraz doskonalszych pojazdów samochodowych. Młodzi bądź tylko młodsi nie mieli okazji powolnego oswajania się z wozami coraz to wyższej jakości – od razu siedli za kierownice swoistych rakiet dysponujących olbrzymim przyśpieszeniem. Większość z nich jest całkowicie bezradna, gdy dojdzie do jakiejś trudności na trasie podróży, stąd makabryczne kolejki w szpitalnych kostnicach. Leżałem kiedyś w do dziś dobrze przeze mnie wspominanym szpitalu w Kutnie. Miałem tam miłego rozmówcę, lekarza, anestezjologa i… no właśnie. To i… wydało się, gdy pewnego dnia doktor przerwał nasze pogodne gawędzenie i ponurym głosem oświadczył, że musi już iść, bo kolejka czeka. „Co za kolejka, doktorze?”, zdziwiłem się, Doktor trochę się speszył, jakby powiedział o jedno słowo za dużo. „No, tacy na noszach”. „A po co oni tam leżą na tych noszach?”, indagowałem lekarza. „No bo to są ludzie z wypadków”. „Czy żyją?” „Skąd, już dawno ostygli. Muszę wydać akty zgonu”. „Dużo ich jest?”, pytałem uporczywie. „No, wie pan, my tu mamy niedaleko fatalne skrzyżowanie. Mnóstwo wypadków się zdarza. Zebrało się dzisiaj kilkanaście noszy”.
Sprawa masowych ofiar na drogach stała się ostatnio głośna, gdy co kilka dni rozbijał się, już za granicami Polski, jakiś autobus. Zginęło blisko 38 osób w czterech katastrofach. Powód? Nadmierna szybkość i zmęczenie kierowców.
Szybkość to jednak nie jedyna przyczyna wypadków dających tak potężne śmiertelne żniwo. Drugą równie ważną przyczyną jest całkowita bezkarność przestępstwa nadmiernej szybkości. Policja albo nie docenia powodów znacznej części śmiertelnych wypadków, albo brakuje jej środków na zapobieganie. Polska jest krajem, w którym całkowite lekceważenie znaków drogowych ograniczających szybkość jest normą. Należę do pokolenia kierowców, któremu od początku nauki prowadzenia samochodu wbijano do głowy, że znak drogowy jest jak rozkaz w wojsku. Niepodporządkowanie się temu rozkazowi grozi jakże często śmiercią. Obecnie znaki ostrzegające i nakazujące są nagminnie lekceważone. Mam na drodze do Sejmu takie miejsce, gdzie umieszczone są znaki ograniczające szybkość, bo trwa remont wiaduktu. Jest znak ograniczający szybkość do 50 km/h, potem następny do 40 km/h. Pokornie hamuję. Nie darzyło mi się zauważyć choćby jednego samochodu zwalniającego w tym miejscu. Pędzą bez opamiętania. Ani razu nie spotkałem tu patrolu policji drogowej.
Powiem krótko. Nasza policja drogowa ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za kilka tysięcy śmierci w wypadkach drogowych, gdyż zapewnia ze wszystkich sił całkowitą bezkarność kierowcom naruszającym przepisy o dozwolonej szybkości. Na świecie są różne sposoby na poskromienie szaleńców drogowych. W Szwecji zetknąłem się z karami idącymi w setki dolarów za przekroczenie dozwolonej szybkości zaledwie o 5 km/h. W Stanach Zjednoczonych wymyślili jeszcze ostrzejsze karanie kierowców. Złapanie faceta na przekroczeniu prawa powoduje donos do firmy ubezpieczeniowej, która wpisuje niesfornego kierowcę na listę ludzi o zwiększonym ryzyku wypadkowym i spotyka go znaczne podniesie stawki ubezpieczeniowej w liczącym się wymiarze, np. 500 dolarów rocznie przez trzy lata. Winny i ukarany nie może liczyć na inne ubezpieczenie, bez tego obciążenia. Istnieje ponoć centralny rejestr „szybkościowców” i nikt ukaranego nie ubezpieczy aż do chwili wyczerpania się okresu kary.
Jak zawsze w każdej sprawie dowiadujemy się od zainteresowanych i oskarżanych o niewywiązywanie się z obowiązków, iż nas nie stać na dość spory koszt surowej kontroli szybkości na drogach. To nie nas ma być stać. Trzeba tak ułożyć system kontroli, aby winni przekroczeń prawa drogowego pokrywali koszty swej lekkomyślności. Ten amerykański pomysł podnoszenia ceny ubezpieczenia jako reakcji na przekraczanie szybkości nie jest głupi. Taka trwała kara wkomponowana w koszt utrzymania wozu dotkliwie przypomina o naruszeniu zasad. Warto to polecić naszej policji, by zaczęła się tego domagać od kogo należy. Pora poskromić tych szalonych Polaków.
18 lipca 2002 r.

 

Wydanie: 29/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy