Kłębowisko żmij

Kłębowisko żmij

Od czasów stalinowskich nie zdarzyło się w Polsce, aby biskup był tak publicznie lżony, takimi wulgarnymi epitetami obrzucany, tak poniżany i tak fałszywie oskarżany, jak arcybiskup Wielgus. Nie podzielam poglądów tego dostojnika Kościoła, wątpię, czy na urzędzie arcybiskupa Warszawy mógłby zdziałać coś użytecznego dla kraju lub swoich współwyznawców. Za bardzo był zaślepiony tymi samymi przesądami politycznymi co i jego prześladowcy. Nie zaprotestował i nie zgłosił nawet wątpliwości, gdy biskupi uchwalali swój mętny memoriał, w którym lustrację przedstawili w aurze religijnej powinności. Gdy biskupi uznali za grzech sam podpis pod deklaracją „współpracy”, mógł był im przypomnieć, że przed 1956 rokiem prawie nikt z uwięzionych przez UB nie wychodził na wolność bez złożenia takiego podpisu. Powszechnie o tym wtedy wiedziano i zachowywano ostrożność wobec tych nieszczęśliwych ludzi. Nie zapytał, na czym polega realność takiego podpisu, a przecież jako osobiście doświadczony musiał się nad tym kiedyś zastanawiać. KOR zalecał swoim zwolennikom, aby nie prowadzili rozmów z funkcjonariuszami SB. Biskupi dziś są zdania, że to była bulla obowiązująca wszystkich księży. Arcybiskup Wielgus nie dał po sobie poznać, że się z tym nie zgadza.
Wszystkie te zastrzeżenia i niesmaki przestały mieć znaczenie, gdy widziało się, jak żeńskie komando seksapilu z TVN 24 z niezrównanym wdziękiem wygłasza podłe, oszczercze teksty przeciw arcybiskupowi. A już niemą zgrozę w człowieku wychowanym po katolicku budziły codzienne, regularnie emitowane, zajadłe napaści „katolików świeckich”. Do tego, że można w telewizji, przed milionową widownią mówić rozmówcy, że „kłamie” albo że mówi „brednie”, przyzwyczaił nas poseł Rokita i inni politycy. Trudno mieć w Polsce delikatne uszy, ale nawet człowiekiem przyzwyczajonym do najgorszego grubiaństwa musiało wstrząsnąć, gdy słyszał w telewizji „katolika świeckiego” powtarzającego, że „arcybiskup łże”, już nawet nie „kłamie”, lecz „łże w biały dzień”. Także ksiądz ” uzdrowiciel Kościoła ciągle prawił o „łgarstwie”. Gdy biskupi wzięli chwilowo abp. Wielgusa w obronę, inny „katolik świecki” pisał, że „biskupi ryknęli”; że ich oświadczenie to był „ryk”. Gdyby w PRL-u nie cały aparat propagandowy, lecz tylko jedna „Trybuna Ludu” takim językiem napisała kiedyś o biskupie, byłoby to dziś bez końca cytowane jako dowód bezpardonowej walki komunistów z Kościołem.
Rolę moralistów, uzdrowicieli Kościoła przejęli hipokryci, pokrywający swój brak wychowania i swoje karierowiczostwo wzniośle brzmiącymi i doskonale pustymi frazesami; brutalność języka występuje u nich razem z patosem „prawdy”, „pamięci”, „chrześcijańskiego miłosierdzia”.
Jednego dowiedzieliśmy się z całą oczywistością: w Polsce nie istnieje katolicka wspólnota wiernych. Istnieje katolicka walka pokoleń, koterii i frakcji, prowadzona z niebywałą agresywnością, napastliwością, skłonnością do deptania godności przeciwnika. Lustracja w Kościele to walka księży z księżmi, walka katolickiej inteligencji, już zdemoralizowanej przez przywileje polityczne, z hierarchią. Ta ostatnia wydaje się obecnie tak zastraszona, jak nie była w PRL. Księża czują się pokrzywdzeni przez dotychczasowy przebieg lustracji. Czego się domagają? Rozszerzenia kręgu prześladowań. Nawet prymas, dobry człowiek, powtarza: „dlaczego akurat wszystkie teczki są dzisiaj wyciągane przeciwko kapłanom… a nie dotyczy to innych grup społecznych? Zupełnie są pominięte”. Ależ dotyczy, wcale nie są pominięte! Egoizm instytucjonalny Kościoła sprawia, że hierarchowie, prałaci, nie wiedzą, co się w społeczeństwie dzieje. Stosują taktykę ucieczki do przodu: im więcej będzie lustrowanych, tym łatwiej będzie nam, duchownym, ukryć się w tłumie; co i nie dziwota, bo trudno im skorzystać z dobrych rad tego rodzaju: jeśli Kościół nie chce być lustrowany przez dziennikarzy, niech z wyprzedzeniem sam się zlustruje. Jeżeli nie chcesz być przez kogoś powieszony, to powieś się sam.
Gdy Wielgus został mianowany arcybiskupem warszawskim, panom Kaczyńskim zajrzało w oczy widmo ruiny ich polityki, owej rewolucji moralnej, której głównym filarem, a także motywem jest lustracja. Podejrzany o konszachty z diabłem arcybiskup warszawski radykalnie podważyłby sens lustracji nie tylko w Kościele. Bez narzędzia lustracyjnego, bez tego środka masowego onieśmielania, Kaczyńscy byliby skazani na rządzenie środkami legalnymi, w ramach prawa, a taka polityka ich nie bawi. Dlatego szybko zmobilizowali wszystkie dostępne im środki, aby Wielgusa obalić. Nie ma co ukrywać: odnieśli sukces, i to olbrzymi. Za cenę skandalu o wymiarze światowym i ośmieszenia papieża w opinii międzynarodowej udało im się zachować dotychczasową pozycję, a nawet ją wzmocnić. Watykan ugiął się, jak zwykle przystosowując się do faktów dokonanych.

Wydanie: 3/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy