Archiwum
Lekcje samotności
Trzy dni z rzędu na górskich bezdrożach i bezścieżach, potężna porcja samotności w dziczy, trafiłem na okienko doskonałe – nie dość, że pogoda jak brzytwa, to jeszcze najdłuższe dni w roku, można było wyjść z bazy nieprzyzwoicie późno. Po 40 latach intensywnej tatromanii coraz trudniej mi znaleźć rejony, do których wcześniej nie zaglądałem, ofertę znakowanych szlaków po obu stronach granicy wyczerpałem jakieś ćwierć wieku temu, taternickie klasyki powierzchniowe jako i podziemne też mi się już skończyły, bo tym, którym nie dałem rady za młodu, tym bardziej już nie podołam. Pozostały mi rewiry najdziksze, najbardziej niedostępne, oddzielone od szlakowych dolin ścieżynami, które wydeptali pasterze i myśliwi jeszcze w XIX w., potem korzystały z nich duże zwierzęta, aby łatwiej się przedrzeć przez gąszcz ku podniebnym pastwiskom.
W ostatnich dekadach srogie wiatrołomy pozawalały każdą nieuczęszczaną drożynę, parkowcy w rezerwatach piłują tylko te zawalidrogi, które im utrudniają dostęp do strażniczówek. Żeby się dostać do miejsc, o których urodzie dotąd tylko słyszałem od najbardziej zaawansowanych fanatyków Tatr, z Andrzejem Marciszem na czele (ten człowiek był na tysiącu wszystkich nazwanych wierzchołków Tatr Wysokich, niektórym dziewiczym turniczkom sam musiał nadać nazwy, bo nikomu wcześniej nie chciało się wdrapywać na kruche igły w bocznych graniach), muszę się naprzedzierać przez wysokogórski busz.
Rozsypał się lewicowy elektorat
Dlaczego wyborcy porzucili lewicę i przeszli do PO?
Prof. Przemysław Sadura
Czy elektorat lewicy jest dziś bezpański?
– To zależy, jak go zdefiniujemy. Badania pokazują, że jest to elektorat głównie potencjalny. Nie ma drugiej partii, która miałaby tak wielu wyborców wskazujących ją jako partię drugiego wyboru. Lewica mogłaby się stać może nie potęgą, jaką pamiętamy z historii III RP, lecz na pewno liczącym się graczem, ale… Właśnie, jest to „ale”, które powoduje, że ci potencjalni wyborcy głosują na inne partie albo nie głosują wcale, co było widać w ostatnich wyborach, europejskich, a wcześniej samorządowych.
Wspomniał pan te dawne czasy. W roku 2001 SLD miał 41%, a Platforma 12,6%. Dzisiaj jest odwrotnie. Kto wtedy głosował na lewicę? Jacy wyborcy?
– To były inne realia polityczne. Inne podziały.
Dominował podział postkomunistyczny: na post-Solidarność i postkomunę.
– Również wtedy mieliśmy dwa subspołeczeństwa: jedno głosujące na partie postkomunistyczne, SLD i PSL, i drugie – głosujące na partie postsolidarnościowe. Raz jedna strona, raz druga mobilizowała swoich i raz jedni rządzili, raz drudzy.
Już nie opcja, ale konieczność
Polska gospodarka potrzebuje imigrantów. A oni potrzebują nas.
Ikram jest kierowcą Bolta w Warszawie. Ma 35 lat. Rok temu przyjechał do Polski z Tadżykistanu, jednej z najbiedniejszych republik postradzieckich. Chwali wyższe niż w ojczyźnie zarobki, znośne warunki pracy, bogate zaopatrzenie i ceny w sklepach. Uważa, że Polacy są sympatyczni i tolerancyjni. Nie wie, czy zostanie nad Wisłą, bo w Niemczech mógłby zarobić więcej.
Były oficer gruzińskiej policji Zurab stracił posadę, gdy w roku 2013 obóz polityczny prezydenta Micheila Saakaszwilego utracił władzę. A on był z tym obozem związany. W Gruzji polityczni przegrani nie mogą liczyć na względy, dlatego Zurab z rodziną musiał uciekać. Najpierw na Ukrainę, a gdy w 2022 r. wojska rosyjskie zaatakowały kraj, do Warszawy. Dziś pracuje jako kierowca w Uberze. W stolicy i dużych miastach większość kierowców taksówek Ubera i Bolta to imigranci.
Ukrainiec Andrij jest robotnikiem budowlanym. W Doniecku był cenionym chirurgiem. Gdy w kwietniu 2014 r. miasto opanowali separatyści, z żoną i małym dzieckiem wyjechał do Mariupola, gdzie znalazł pracę w szpitalu. W roku 2021 kupił dom. Ale w lutym kolejnego roku wojska rosyjskie zaatakowały miasto, więc z ciężarną żoną przyjechał do Polski. Drugie dziecko przyszło na świat u nas. Andrij ciężko pracuje i stara się nostryfikować dyplom lekarza. Marzy o pracy w szpitalu. Nie jest lekko, jednak ma nadzieję, że gdy to się uda, jego życie zmieni się na lepsze. Na Ukrainę nie chce wracać, przeklina wojnę i Putina.
Podobnych dramatycznych życiorysów jest bez liku. Z opublikowanego we wrześniu 2023 r. przez Warsaw Enterprise Institute raportu „Migracje: niewykorzystana (na razie) szansa Polski” wynika, że w naszym kraju mieszkało od 3,5 mln do 4 mln imigrantów, z czego 60-75% stanowili Ukraińcy. Inne nacje to Białorusini, Gruzini, Hindusi i Mołdawianie. Ci ludzie są nam potrzebni. Pracując legalnie, zajmują miejsca pracy opuszczone przez Polaków, płacą podatki, składki ZUS, gwarantują wzrost PKB i wspierają gospodarkę.
Potrzebujemy rąk do pracy.
Polacy od XIX w. byli narodem emigrantów. Trzej weterani powstania listopadowego w roku 1836 walczyli w jednej z najsłynniejszych bitew w historii Stanów Zjednoczonych – obronie klasztoru Alamo pod San Antonio w Teksasie. Garnizon powstańców bronił się tam przed meksykańską armią. Zginęli niemal wszyscy oblężeni. Obronę Alamo nazwano amerykańskimi Termopilami.
W XIX i XX w. nasi przodkowie zasiedlali Brazylię i Amerykę Północną, szukali pracy w kopalniach Francji i Belgii. Galicyjscy chłopi osiedlali się na terenach dzisiejszej Bośni i Hercegowiny. Ci z Mazowsza w poszukiwaniu lepszego życia wyjeżdżali do Gruzji. Dziś imigranci przyjeżdżają do nas, licząc na to samo.
Na wstecznym biegu
Zeroemisyjny europoseł i niemieccy spiskowcy.
Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki, ale najfajniejszy wśród Ryśków jest Ryszard Henryk Czarnecki, polityk PiS od dwóch dekad zasiadający w Parlamencie Europejskim. Efekt: niebawem zostanie kolejnym po Wąsiku i Kamińskim więźniem politycznym reżimu Tuska.
Czarnecki w tym roku ponownie ubiegał się o mandat PE, ale bezskutecznie, bo choć startował z biorącego drugiego miejsca i zgromadził 66 tys. głosów, co nie było złym wynikiem, PiS w Wielkopolsce dostało srogie lanie, uzyskując mniej niż 30% i tylko jeden mandat. Przypadł on trójce, czyli Marlenie Maląg (115 tys. głosów), ministrze ds. rodziny i polityki społecznej w drugim rządzie Mateusza Morawickiego oraz ministrze ds. rozwoju i technologii w trzecim rządzie tegoż premiera. Trzeci rząd Morawieckiego, jak pamiętamy, misję ratowania Polski przed wyłonioną w wyborach większością zakończył po dwóch tygodniach, Maląg nie zdążyła więc wykazać się kompetencjami rozwojowymi i technologicznymi, bo nim na dobre rozgościła się w ministerialnym gabinecie, kazano jej się pakować, albowiem do władzy powrócił premier o wilczych oczach, niemający w zwyczaju zatrudniać fachowców. To, co działo się dalej, stanowi najdobitniejszy bodaj dowód na skrajne upolitycznienie prokuratury, która – w czasie gdy Polska wstawała z kolan – chodziła na smyczy Kaczyńskiego i Ziobry, ale gdy tylko zawiał wiatr historii, zaczęła wykazywać inwencję i nieustępliwość w ściganiu swoich niedawnych patronów.
Bałtyk melancholijny
Paul Scraton przeszedł niemieckie wybrzeże Bałtyku. Odkrył ślady wielkiej historii, ale także zderzył się z własną dojrzałością.
Pierwsze skojarzenie z Bałtykiem? Plaża, naleśniki z jagodami, rybka na talerzu i jasne pełne w szklance. Słowem, relaks i wywczas. Ale Bałtyk ma też mroczną, melancholijną stronę, przestrzeń mniej znaną, choć naznaczoną wielką historią. W końcu to morze – arena walk, pracy, narodzin i umierania. Taka jest opowieść Paula Scratona z eseju „Duchy Bałtyku. Podróże wzdłuż niemieckiego wybrzeża”, opublikowanego przez Wydawnictwo Czarne.
Innej opowieści o Bałtyku nie mogło być, motywacja Scratona, Brytyjczyka od lat mieszkającego w Niemczech, pisarza wagabundy, była jednoznacznie melancholijna. Zaczęło się bowiem od wizyty w berlińskim muzeum i oglądania obrazu „Mnich nad brzegiem morza” romantycznego malarza Caspara Davida Friedricha. Ten obraz pasuje do cytatu przywołanego w rozdziale otwierającym książkę – Bałtyk to „najbardziej złowieszcza i straszna z wód Europy”.
Czy faktycznie jest tak burzliwy? Nie o fizyczność tutaj wyłącznie chodzi. Bałtyk, jak wiemy, to dosyć spokojne morze: nie ma wielkich przypływów i odpływów, jego sztormy są nieporównywalne z tymi na Morzu Północnym czy nad irlandzkim wybrzeżem.
Burze odnoszą się raczej do przeszłości i do wydarzeń, które miały miejsce, gdy przesuwały się granice krajów nadbałtyckich. Morze było areną wojen i strefą różnych wpływów: Niemców, Polaków, Duńczyków, Szwedów, Rosjan.
Most i granica.
Zresztą Bałtyk to zarówno most, jak i granica. To morze, które łączyło i dzieliło. Krwawiło i karmiło. – Nie jestem historykiem, ale wiem, że przez długi czas podróżowanie po wodzie było znacznie łatwiejsze i szybsze niż po lądzie. Bałtyk łączył. Przyczynił się do stworzenia słynnej Ligi Hanzeatyckiej, największego związku miast handlowych Europy doby średniowiecza. Przez Bałtyk wikingowie dotarli na Ruś. Jak ważne jest to morze, pokazuje również przykład Szwecji, która chciała zrobić z niego morze wewnętrzne, Niemcy zaś przez wieki walczyły z Polską o dostęp do niego i kontrolę nad portami.
Dla Rosji otwarcie na Bałtyk przez Petersburg miało być szansą na zbliżenie się z Europą – opowiada mi Paul Scraton.
Inwazja obcych
W Pałacu Kultury i Nauki szumne otwarcie wystawy Grzegorza Rosińskiego, naszego przyjaciela ze Szwajcarii, autora słynnych komiksów. Przemawiało trzech ambasadorów. Był Rafał Trzaskowski, poznał mnie, podszedł. Serdeczna rozmowa. Wspomina, gdy jako siedmiolatek grał mnie, małego Tomka, i nawet był podobny do mnie w tamtym wieku. Nie tylko napisałem scenariusz, ale też sam grałem w tym serialu. Znałem także ojca Trzaskowskiego, świetny jazzman.
Wspomnienie z realizacji filmu; miał tam mały epizod Maciej Rayzacher. Aktor związany z opozycją, podobnie jak ja, ale wtedy się z tym nie afiszowałem. I nagle go zdjęto z planu, dosłownie w czasie gry, i dostał zakaz występowania. Kierowniczka planu się popłakała, ale co miała robić… Wracając do rozmowy z Trzaskowskim, pisałem o nim w poprzednim felietonie. Przyrzekłem sobie już dawno, że jeśli go spotkam, na co nie liczyłem, to powiem mu, że jest dobrym mówcą, ale mówi za szybko i błędem jest, że nie robi czasami krótkich pauz. Poza tym maniacko używa słów „to jest niesamowite”. Lepsza forma mówienia pomogłaby mu wygrać wybory prezydenckie. Nie mogłem mu tego jednak powiedzieć. Zrobiłoby mu się przykro i to byłby nietakt. Tak się z tym męczyłem, że szybko skończyłem rozmowę.
Politycy powinni pobierać lekcje retoryki, ale u nas nie ma takiej tradycji. Mówi się, „jak Bóg dał”. Niektórym dał wiele, choćby Tuskowi i Sikorskiemu, Sikorski bardziej się nadaje na prezydenta niż Trzaskowski, ale to arogant i ludzie to czują.
Z przeszłości ku przyszłości
Po co kolejna wystawa impresjonistów, których i tak pełno w tym mieście?
Korespondencja z Paryża
Paryż od zawsze kojarzy mi się z impresjonizmem, a impresjonizm z Paryżem. Wieści o kolejnej wystawie twórców tego gatunku akurat w tym mieście nie powinny mnie zatem zaskoczyć. A jednak zaintrygowały: po co kolejna ekspozycja tego, czego i tak tam pełno?
„Paryż 1874. Wynalezienie impresjonizmu” w Musée d’Orsay odwołuje się wprost do słynnej wystawy, która 150 lat temu uznana została za akt narodzin gatunku. Pokazano wtedy, z manifestacyjną dumą, obrazy niedopuszczone przez jurorów z Królewskiej Akademii Malarstwa na doroczną, oficjalną prezentację, zwaną Salonem Paryskim.
Zamysłem tegorocznej ekspozycji stało się wierne odwzorowanie tamtej sprzed półtora wieku. Dla lepszego wglądu w kontekst zestawiono obrazy impresjonistów z tymi, które zostały wówczas przez Akademię uznane i dopuszczone do Salonu. Stworzyło to okazję dla takich jak ja, zwykłych miłośników malarstwa, by zbliżyć się do tajemnicy impresjonizmu.
Mam wielu znajomych, dla których pozostaje on ulubioną i najwyżej cenioną odsłoną malarstwa. Przemawia zrozumiałością scen, kolorystyką, pogodą i optymizmem. Widzą go jako klasykę, bez której sztuka nie mogłaby istnieć.
Na rocznicowej wystawie w Musée d’Orsay postacie „Tancerki” czy „Paryżanki” Auguste’a Renoira, widoki „Bulwaru Kapucynów” Claude’a Moneta czy wiejskie pejzaże Camille’a Pissarra zachwycają pięknem i doskonałością. I są dość oczywiste. Jakież zatem kontrowersje mogły budzić w tamtej epoce i czym tak bardzo bulwersowały ówczesnych arbitrów? Trudno uwierzyć, dlaczego nurtowi temu całkowicie odmawiano prawa zaistnienia na dorocznych, najważniejszych w Europie, prezentacjach nowości malarskich.
Przejście do sal eksponujących prace dopuszczone do oficjalnego Salonu ułatwiło mi zrozumienie problemu. Dominują tu pompatyczne sceny mitologiczne, takie jak satyr zabawiający się z bachantką czy uskrzydlony Kupidyn z amorkami, uznanych autorów epoki, których nazwiska trudno jednak dziś przywołać. Wszystko formalnie doskonałe i piękne, ale jakże sztuczne i nierzeczywiste.
Musée d’Orsay do 14 lipca
List otwarty do prezesa Chróstnego
Wiadomości od pracowników bojkotującego „Przegląd” Garmondu są coraz bardziej ponure. Ale o tym napiszemy w przyszłości. Może prezes Garmondu Jerzy Szmid już wie, że to końcówka, i dlatego z takim uporem zwalcza nie tylko „Przegląd”, ale też „Tygodnik Powszechny” i inne tytuły, które zawadzały PiS.
Najwyższa więc pora, by do Garmondu trafiła kontrola Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zwracamy się z listem otwartym do Tomasza Chróstnego, prezesa UOKiK, by przyjrzał się działaniom Garmondu. Powtarzamy też pytanie do Sebastiana Mikosza, prezesa Poczty Polskiej: czy w placówkach Poczty Polskiej Jerzy Szmid może uprawiać samowolkę?
Długi postój na czerwonym
Gdyby mogli, niemieccy wyborcy wywieźliby Olafa Scholza i jego koalicjantów na taczkach.
Wyniki ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego nie zdradzają na razie pełnej skali kryzysu. Chociaż pierwsze miejsce i spokojna dominacja CDU z 30% poparcia to sam w sobie twardy orzech do zgryzienia, a jeszcze doszło do tego zajęcie drugiego miejsca przez radykałów z AfD. Sumarycznie dwie główne partie prawicowej opozycji zdobyły ponad 45% poparcia, wprowadzając do Brukseli 44 deputowanych (Niemcom w europarlamencie przysługuje 96 miejsc). Dla porównania – wynik koalicji SPD, Zielonych i liberałów z FDP, nazywanej od barw partyjnych koalicją świateł drogowych, wyniósł łącznie 29%.
Tyle pierwsze dane, dla rozkładu sił w krajowej polityce mają one jednak umiarkowaną przydatność. Wybory do Parlamentu Europejskiego to w końcu specyficzna elekcja, z definicji premiująca partie radykalne, najczęściej eurosceptyczne. Krytyką Brukseli łatwo się wyróżnić, a zdemobilizowany z reguły elektorat łatwiej przyciągnąć do urn obietnicami tyleż głośnymi, co niemającymi szans na realizację. Partie radykalne nawet w tym nowym rozdaniu nie będą miały najprawdopodobniej żadnego wpływu na nominacje na kluczowe stanowiska unijne.
Zrobił kilka zdjęć i zszedł ze sceny.
Analiza tego, co 9 czerwca zamanifestowali niemieccy obywatele, pokazuje, że rząd Olafa Scholza stracił społeczną legitymację do rządzenia.
Już dzień po głosowaniu, powołując się na dane exit poll, portal Politico informował, że aż milion Niemców, którzy w 2021 r. poparli w wyborach do Bundestagu jedną z trzech partii rządzących, tym razem wskazało AfD. To dzwonek alarmowy dla progresywnego establishmentu, wszak radykałowie pod przewodnictwem Alice Weidel są partią nie tyle eurosceptyczną, ile momentami otwarcie proputinowską, sprzeciwiającą się jakiejkolwiek systemowej pomocy dla Ukrainy ze strony Berlina. A przecież zarówno Scholz, jak i główni liderzy Zielonych – wicekanclerz Robert Habeck i szefowa MSZ Annalena Baerbock, a także minister finansów, lider FDP Christian Lindner, popierają ogólnoeuropejski konsensus w sprawie uzbrajania Kijowa przeciwko rosyjskiej agresji.
Trybunał Konstytucyjny. Jest, ale go nie ma
Parę tygodni temu pisałem, że byli rządzący zabarykadowali się w różnych instytucjach, traktując je jak przyczółki do walki o władzę. Życie przynosi potwierdzenie tamtych spostrzeżeń. PiS ma swoje bastiony i z nich strzela.
Ostatnio strzały oddał Trybunał Konstytucyjny, ciało obsadzone posłami i prokuratorami PiS. Trybunał rozpoznał pierwszy z serii wniosków prezydenta Dudy (ten dotyczył ustawy o NCBR) o stwierdzenie, czy ustawy przyjęte przez Sejm po wygaszeniu mandatów poselskich panów Kamińskiego i Wąsika są konstytucyjne. I uznał, że ustawa o NCBR konstytucyjna nie jest, gdyż przy jej uchwalaniu naruszono zasadę legalizmu, bo dwóch posłów nie zostało dopuszczonych do procedowania. To, że byli skazanymi prawomocnym wyrokiem przestępcami, w związku z czym ich mandaty wygasły, trybunału nie zainteresowało.
Odłóżmy na bok prawnicze rozważania, bo przecież w tej grze nie o prawo chodzi, ale o coś zupełnie innego – o podstawianie nogi rządowi, o sparaliżowanie go i odebranie władzy.
Zakwestionowanie ustawy o NCBR pozwala przypuszczać, że trybunał zastosuje identyczną wykładnię w sprawie innych ustaw przyjętych bez udziału Kamińskiego i Wąsika. Wśród nich jest ustawa budżetowa. A gdy ona zostanie uznana za niekonstytucyjną, prezydent będzie mógł stwierdzić, że budżetu nie ma, więc można rozwiązać parlament i ogłosić nowe wybory.
Czy ten scenariusz się ziści? Czy czekają nas wybory jesienią? Raczej nie, gdyż koalicja znalazła sposób na trybunał – 6 marca Sejm przyjął uchwałę, że z powodu sędziów dublerów orzecznictwo TK objęte jest wadą prawną. I w związku z tym nie drukuje jego orzeczeń. Tak oto nowa koalicja twórczo rozwinęła czyn Beaty Szydło, która jako pierwsza, gdy była premierem, zastosowała tę metodę blokowania TK (wówczas kierował nim prof. Andrzej Rzepliński).
Trybunał Konstytucyjny niby więc jest, ale go nie ma. Orzeka tak, żeby rządowi zaszkodzić, a rząd tych orzeczeń nie uznaje. Brutalnie mówiąc, o tym, co jest prawem, decyduje ten, kto ma policję. Trudno z tego się cieszyć.
Państwo PiS, czy raczej jego pozostałości, wciąż wisi nad nami. W efekcie mamy nie kohabitację, taką jak Kwaśniewskiego z Buzkiem oraz Lecha Kaczyńskiego i Tuska, lecz zawzięty bój. I tak pewnie będzie do wyboru nowego prezydenta RP, który pozwoli uchwalić ustawę porządkującą sytuację w trybunale. Nie tylko zresztą tam, bo i w sądach, w prokuraturze,
w mediach publicznych…
Warto o tym mówić. Po to, by nikogo nie naszła pokusa urządzenia się w państwie zbudowanym nam przez PiS jak w swoim.







