Archiwum
Republika ludzi młodych
Losy małych Polaków deportowanych do ZSRR
Polskie domy dziecka powstają na terenie całego Związku Radzieckiego. W książce Tadeusza Bugaja „Dzieci polskie w ZSRR i ich repatriacja 1939-1952” zamieszczono mapkę przedstawiającą poszczególne placówki opiekuńcze. Dotyczy ona co prawda tych instytucji, które zostały objęte procesem repatriacyjnym w okresie od maja 1945 do sierpnia 1946, jednak dobrze obrazuje, w jak wielu miejscach znajdowali się młodzi Polacy. Najwięcej było ich na terenie Rosji, dużo w Kazachstanie i Uzbekistanie, mniej w Ukrainie, Białorusi, Kirgizji czy Litwie.
W wakacje 1944 r. powstaje Polski Obwodowy Dom Dziecka w Monetnej koło Swierdłowska na Uralu. Nie wszyscy podopieczni są sierotami, czasami ich rodzice znajdują się w odległych miejscach lub nie wiadomo, czy jeszcze żyją. Zdarza się, że ojcowie poszli do wojska. Wiele osób ma za sobą szkołę przyspieszonego dojrzewania. Dzieci pracują ponad siły, głodują, patrzą na śmierć bliskich. Tracą nadzieję na lepsze jutro. Zanim trafią do placówki opiekuńczej, często tułają się, śpiąc byle gdzie i ciesząc się, że udało się przeżyć kolejny dzień. (…)
Marynarka
Janina Małecka, z domu Piwowarczyk, wspomina o swoim podekscytowaniu związanym z pojawieniem się dyrektora polskiego domu dziecka z Monetnej. Można by pokusić się o stwierdzenie, że to jedno z ważniejszych wydarzeń w biografii kobiety. Mimo upływu czasu nie ulegnie zapomnieniu ani rozmyciu. Wręcz przeciwnie, okaże się jednym z najbardziej wyrazistych wspomnień. Historia ta jako istotny moment zwrotny będzie nieraz powracała w rozmowach i prawdopodobnie również często w myślach. Oto dzięki temu spotkaniu życie pozostawionych samym sobie i doświadczonych przez los dzieci nabiera sensu i zyskuje znaczącą zmianę jakościową: wreszcie można myśleć o przyszłości.
Małecka opowiada Joannie Wańkowskiej-Sobiesiak o swoim wcześniejszym rozczarowaniu związanym z pozostaniem na terenie Związku Radzieckiego. Trudne przeżycia z powodu obecnych wokół cierpienia, smutku i śmierci nie dawały właściwie żadnej nadziei. W przywoływanych przez kobietę obrazach pojawiają się umierający ludzie: „W każdej rodzinie było po troje, czworo dzieci. Ale była rodzina, nazywali się Czajki, w której było dziesięcioro dzieci: ośmioro z nich umarło i rodzice też. Został Franek i malutka Kasia, która nie miała jeszcze wtedy trzech lat. Jeszcze nie chodziła,
Fragmenty książki Bernadetty Darskiej, Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2026
Kto pilnuje miliardów złotych wydawanych na wojsko?
Najważniejsze rzeczy dzieją się w sferze obronności. Decyzje prezydenta Trumpa w sprawie wysłania żołnierzy amerykańskich do Polski przez tydzień zajmowały czołowych polskich polityków. Oni nie wiedzieli, i nie wiedział Pentagon, dlaczego przyjazd 4 tys. żołnierzy został wstrzymany, a potem, gdy Trump ogłosił coś zupełnie przeciwnego, że wyśle 5 tys., też wiedzieli niewiele więcej.
Panuje chaos. Nie mamy pojęcia, jaka jest polityka USA wobec Europy, nie wiemy więc, w jakim stopniu obecność amerykańskich żołnierzy wzmacnia polskie bezpieczeństwo. Bo trudno je opierać na dobrym humorze prezydenta Trumpa.
Chaos schodzi na niższe szczeble. Nie wiemy – to tylko jeden z przykładów – czy możemy liczyć na dostawy wyrzutni rakiet HIMARS, nie mówiąc już o tym, ile miałyby kosztować. Nie wiemy też – choć to z chaosem akurat nie ma nic wspólnego – jak potoczy się wojna rosyjsko-ukraińska, czyli jak zmieni się sytuacja polityczna i militarna Polski. Tu akurat zachowujemy się racjonalnie. Przyjmujemy wariant pesymistyczny, więc na obronność Polska wydaje rekordowe kwoty. W 2026 r. będzie to przeszło 200 mld zł. Czy mamy świadomość, jak wielka to suma?
Spójrzmy na skalę zmian. Jeszcze w 2021 r., raptem pięć lat temu, na obronność wydaliśmy 49 mld zł.
W 2023 r. już 111 mld zł. Teraz na te wydatki złożą się trzy „nogi”. Pierwsza to środki z budżetu państwa – 127 mld zł. Druga to Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, instytucja działająca przy BGK, która ma przynieść 73-79 mld zł. Razem już ponad 200 mld zł! I jeszcze trzecia noga – środki z SAFE. Czyli 43,5 mld euro pożyczek rozłożonych na kilka lat. Tak czy inaczej – kolejne dziesiątki miliardów złotych.
Mamy więc do czynienia ze skokowym wzrostem wydatków na obronę. A nastroje społeczne są takie, że nikt tego nie kwestionuje ze względu na wojnę za wschodnią granicą. Przeciwnie, obserwujemy przypływ patriotycznego nastroju – politycy licytują się, kto więcej przeznaczy na wojsko. 10 mld w jedną czy drugą stronę – to nie ma znaczenia. Kto chce więcej wydawać, ten jest lepszym patriotą. Wolność nie ma ceny.
Mimo tych emocji powinniśmy jednak zadać podstawowe pytania: czy ktoś te wydatki kontroluje? Czy ktoś ocenia, jaki rodzaj broni przyda nam się bardziej, a jaki mniej? W co warto inwestować, a jakie wydatki lepiej wstrzymać? Czy ktoś rozumie, co to jest ekonomika wojny? I czy ktoś się zastanawia, ile te wszystkie zbrojeniowe przedsięwzięcia będą kosztowały Polskę w najbliższych latach? Czy wydatki zbrojeniowe nas nie uduszą? Bo przecież wojna to zbyt poważne zajęcie, by pozostawiać ją w rękach generałów.
Wiadomo, gdy wybuchła wojna na Ukrainie, a nawet jeszcze wcześniej, gdy szef CIA poinformował polski rząd, że jest ona nieunikniona, trzeba było radykalnie zwiększyć wydatki na techniczną modernizację wojska. Niestety, były to typowe zakupy w panice, panic buy. Ze wszystkimi możliwymi błędami. Kupowaliśmy głównie za granicą, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i w Korei. Dziś widać doskonale, że wielkim błędem był brak poważnej dyskusji poza wojskiem w sprawie uzbrojenia, przemysłu zbrojeniowego, polskiej gospodarki, jej możliwości i potrzeb. Jeżeli już doszło do jakichś dyskusji, toczyły się one w Sztabie Generalnym, w Agencji Uzbrojenia, wewnątrz sił zbrojnych. Generał mówił, że trzeba, minister kupował. A przecież to nie wojsko będzie spłacać pożyczki zaciągnięte na zakup czołgów czy śmigłowców, tylko obywatele RP.
W ten sposób najważniejsze decyzje dotyczące bezpieczeństwa Polski, ale i jej finansów, sytuacji gospodarczej, włożono w ręce wąskiej grupy. Polityków i generałów. Politycy… W ich perspektywie troska o publiczne pieniądze, przekonanie, że trzeba je racjonalnie wydawać, schodzi na daleki plan, bo nie z tego są rozliczani, tylko z gestów. A skoro tak, to każdy pomysł jest dobry, jeżeli jest odpowiednio efektowny. Warto więc wołać: 96 Apache’ów! Bo to brzmi! Oto jest polityk, który sprawę bezpieczeństwa Polski
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Czas na ubrania z historią
Dlaczego zetki wybierają modę z drugiego obiegu
Odwiedzanie second-handów już dawno przestało być powodem do wstydu – dzisiaj to arena walki o unikatowy styl, ale też o przetrwanie ekonomiczne. W raporcie firmy doradczej OC&C Strategy Consultants „Second Hand Fashion Call to Action for First Hand Brands” opublikowanym w styczniu 2025 r. przewiduje się, że do 2029 r. polski rynek odzieżowy online z drugiej ręki osiągnie wartość ok. 12,5 mld zł.
Trend napędza głównie pokolenie Z. Jak pokazuje raport „Barometr E-shopper” (edycja 2025, Geopost/DPD), statystyczna zetka dokonuje online 61 zakupów rocznie i najsprawniej porusza się właśnie w obiegu wtórnym.
Motywacje są zróżnicowane. Dla 64% europejskich konsumentów tego rynku kluczowa jest oszczędność, ale to niejedyny powód. Coraz silniej na takie decyzje wpływają kwestie etyczne – 39% kupujących wybiera obieg wtórny, by wspierać bardziej odpowiedzialną gospodarkę. Dodatkowo 25% badanych lubi kupować od małych, niezależnych sprzedawców internetowych, 23% woli bezpośrednie transakcje z osobami prywatnymi, a 17% przyznaje, że takie zakupy są po prostu modne. Dla młodych to także szansa na nabycie marek premium, które w pierwszym obiegu pozostają poza ich zasięgiem finansowym. Ubrania te pokonują długą drogę: od Stanów Zjednoczonych, przez Zachód, po sieć logistyczną łączącą całą Polskę, by ostatecznie trafić na wieszak, gdzie ktoś doceni ich skład i design.
W tym świecie ekologia często przeplata się z twardą ekonomią. – W moim przypadku dużą rolę odgrywa czynnik finansowy, ale staram się też nie przykładać ręki do panującego konsumpcjonizmu – tłumaczy Patrycja, studentka, która z drugiego obiegu korzysta od lat. Jak podkreśla na Instagramie Jackob Buczyński, jeden z pionierów mody cyrkularnej (systemu projektowania, produkcji i użytkowania odzieży w obiegu zamkniętym, by maksymalnie wydłużać życie ubrań i minimalizować odpady – przyp. red.), którego poczynania śledzi ponad 91 tys. osób, ta zmiana mentalności jest fundamentalna. – Jeszcze kilka lat temu ubrania z drugiej ręki były dla wielu czymś wstydliwym. Dzisiaj unikatowa rzecz z historią ma często większą wartość niż kolejny nowy ciuch.
Vinted: ekonomia zamkniętego portfela
Dla Wioli, studentki korzystającej od lat z serwisu ogłoszeniowego Vinted, przeznaczonego do sprzedaży i wymiany używanej odzieży, stało się to sposobem na bezgotówkowe odświeżanie szafy. – Korzystam z portfela Vinted: za to, co sprzedam, od razu kupuję coś od innych – tłumaczy. Jednak system ma luki. Wiola zwraca uwagę na jego ciemną stronę – zalew odzieży z chińskich platform typu Shein, które psują rynek niską jakością. – Dziś kupowanie online to praca detektywistyczna. Trudno o dobre składy, wełnę czy jedwab, bo platforma jest zapchana ubraniami z poliestru,
Kasa wasza będzie nasza
Czy Andrij Jermak, szara eminencja w otoczeniu prezydenta Zełenskiego, okradał Ukrainę?
Gdy ukraińscy żołnierze ginęli w okopach pod Bachmutem, Pokrowskiem i Awdijiwką, gdy rosyjskie drony niszczyły elektrownie, a miliony Ukraińców siedziały w mieszkaniach bez prądu i ogrzewania, Andrij Jermak – wraz z przyjaciółmi – budował sobie luksusową posiadłość na terenie osiedla Dynastia w Kozynie pod Kijowem. Jak twierdzi ukraińska prokuratura – za pieniądze pochodzące z łapówek.
Od początku lutego 2020 r. Jermak był szefem biura prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego – de facto drugą osobą w państwie. Decydował o sprawach kadrowych na najwyższych szczeblach ukraińskiej administracji. Miał wpływ na przepływy finansowe. Odpowiadał za relacje z najważniejszymi partnerami zagranicznymi Ukrainy, w tym z amerykańską administracją.
Ta wspaniała kariera runęła 28 listopada 2025 r., gdy Jermak złożył – jakoby z własnej inicjatywy – rezygnację z funkcji, natychmiast przyjętą przez prezydenta Ukrainy. Stało się to po przeszukaniach w domu i biurze Jermaka, dokonanych przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) oraz Specjalną Prokuraturę Antykorupcyjną (SAP) w związku z prowadzonym od 2024 r. śledztwem pod kryptonimem „Midas”. Wtedy to ukraińskie organy ścigania na poważnie zajęły się grupą wpływowych postaci, związanych z prezydentem Zełenskim. Ludzie ci wymuszali na przedsiębiorcach mających kontrakty z Enerhoatomem, spółką będącą właścicielem ukraińskich elektrowni atomowych, „prowizje” stanowiące 10-15% wartości zawartych umów.
Byli to:
- Timur Mindicz – biznesmen i dawny współpracownik Zełenskiego, uznawany za organizatora procederu przestępczego. W wyniku tych działań miał on przywłaszczyć ok. 100 mln dol.
- Herman Hałuszczenko – były minister energii, którego nazwisko pojawiało się w kontekście rozmów o obsadzaniu stanowisk i dzieleniu wpływów w Enerhoatomie.
- Switłana Hryńczuk – następczyni Hałuszczenki w resorcie energii i, jeśli wierzyć ukraińskim mediom, jego partnerka życiowa.
- Ołeksij Czernyszow – były wicepremier, opisywany jako współtwórca schematów korupcyjnych, bezpośrednio związany z realizacją wspomnianego projektu budowy ekskluzywnego osiedla dla wybranych.
- „Andrij” – postać, która pojawiła się w nagraniach z podsłuchów prowadzonych przez NABU. Według ukraińskich mediów miał to być Andrij Jermak, szef Biura Prezydenta Ukrainy.
- Tajemniczy „Wowa” – jego tożsamość od połowy ubiegłego roku próbują ustalić prowadzący śledztwo funkcjonariusze NABU i prokuratorzy.
W czym rzecz? Na terenie Dynastii powstawały cztery luksusowe wille, dziś w stanie surowym. Ich właścicielami mieli być Ołeksij Czernyszow, Timur Mindicz, Andrij Jermak oraz „Wowa”. Działania ukraińskich organów ścigania przerwały ten jakże miło rokujący proceder, a jego uczestnicy mają dziś kłopoty z prawem.
Timur Mindicz zdążył opuścić Ukrainę kilka godzin przed wejściem funkcjonariuszy NABU do jego mieszkania i przez Warszawę udał się do Izraela, którego jest obywatelem.
W listopadzie 2025 r. wobec Ołeksija Czernyszowa sąd zastosował areszt tymczasowy, z możliwością opuszczenia go po zapłaceniu bardzo wysokiej kaucji.
Andrij Jermak stracił stanowisko, a w połowie maja br. usłyszał też zarzut prania pieniędzy oraz udziału w procederze korupcyjnym na kwotę rzędu 460 mln hrywien. Na kilka dni trafił do celi dla VIP-ów, którą opuścił po uiszczeniu przez jego przyjaciół rekordowo wysokiej kaucji – ok. 140 mln hrywien, czyli 2,7 mln euro. Poszukiwania tajemniczego „Wowy” na razie nie dały rezultatu.
Kabareciarze na stanowiska
21 kwietnia 2019 r. w drugiej turze wyborów prezydenckich w Ukrainie Wołodymyr Zełenski pokonał Petra Poroszenkę, zdobywając 73,22% głosów. To nie było zwycięstwo – to była carte blanche, którą Ukraińcy dali człowiekowi obiecującemu im pokój i dobrobyt. Zełenski wykorzystał to do maksimum. Kilka miesięcy później w wyborach do Rady Najwyższej przygniatające zwycięstwo odniosła jego partia Sługa Narodu.
Nowy lider postanowił oprzeć się na ludziach, których znał z firmy i trupy kabaretowej Kwartał 95 – był jej udziałowcem. Do ukraińskiej polityki trafili m.in.:
- Serhij Szefir – współzałożyciel i scenarzysta Kwartału 95, został głównym doradcą Zełenskiego.
- Iwan Bakanow – wieloletni menedżer spółki, został najpierw zastępcą szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, a następnie jej szefem.
- Serhij Trofimow – producent Kwartału 95, Zełenski mianował go pierwszym zastępcą szefa swojej administracji.
Z listy partii Sługa Narodu do Rady Najwyższej dostał się też aktor Jurij Korjawczenkow, znany jako „Juzik”. I niemal natychmiast po objęciu funkcji dał się nagrać, gdy składał propozycję korupcyjną. Oczywiście włos z głowy mu nie spadł. Jurij Kostiuk, scenarzysta Kwartału 95, odpowiedzialny za oprawę medialną kampanii Zełenskiego, został jednym z zastępców szefa administracji prezydenta. Najważniejszy z nich, Timur Mindicz, współwłaściciel studia, producent i partner biznesowy
Angielska Grobla – archipelag zapomnienia
Gdańska bańka spekulacyjna nad Motławą
Kwadrat: Angielska Grobla – Długa Grobla – Długie Ogrody – Seredyńskiego. W tej części Gdańska można z powodzeniem kręcić film wojenny, bez zbytnich ingerencji w scenografię. Zarząd Gdańskich Nieruchomości wyróżnia tu 200 budynków. Niemal połowa jest pusta, zamieszkana okazjonalnie jedynie przez najbardziej zdesperowanych. Tynk odpada z fasad kamienic jak łuszczący się naskórek. Ledwie jedna czwarta wszystkich oficjalnie zamieszkanych budynków ma uregulowany stan prawny. 81 lokali po kilku sezonach zimowych jest zadłużonych na kwotę 3,5 mln zł.
– Na prośbę jednej z lokatorek mieszkań komunalnych zlokalizowanych w dzielnicy Angielska Grobla złożyłem do Gdańskich Nieruchomości prośbę o udzielenie informacji publicznej dotyczącej stanu nieruchomości oraz ich statusu prawnego. Lokatorzy komunalni zakwaterowani w tej okolicy nie należą do najzamożniejszych. Jednak z uwagi na stan budynków płacą niemałe sumy za ogrzewanie. Budynki niesłychanie ciężko dogrzać. Jedynie 35 mieszkań podłączono do centralnego ogrzewania. Większość lokatorów w sezonie zimowym ratuje się ogrzewaniem gazowym lub zakupionymi na własną rękę piecykami elektrycznymi. Miasto przez brak polityki zarządzania w tym kwartale, a także w niektórych innych częściach Gdańska, wpędza lokatorów w ogromne zadłużenie – zwraca uwagę radny dzielnicy Śródmieście Michał Dziergas.
– Lokatorka, którą odwiedzałem wielokrotnie jako radny, bardzo się stara dbać o powierzone jej mieszkanie. Na własny koszt remontowała lokal, wynajmując techników i specjalistów sprawdzających stan instalacji oraz pieca gazowego. Pani Ewa jest emerytką szukającą wszelkich możliwości dorobienia. Wcześniej mieszkała przy Rzeźnickiej. Budynek, w którym wówczas mieszkała, jest już całkowitym pustostanem, do którego nie wolno nawet się zbliżać. Pani Ewa pracuje w opiece nad osobami starszymi oraz w firmie ochroniarskiej – relacjonuje Michał Dziergas.
Tej zimy regularnie zamarzały rury. Na klatkach schodowych osadzał się szron, bo drzwi wejściowe zostały wyrwane przez chuliganów. Technicy musieli odmrażać rury palnikami, przez co doszło do zaprószenia ognia w piwnicy jednej z kamienic.
Idylla, która grozi zawaleniem
Gdańsk od dekady zmaga się z problemem ogromnego zadłużenia lokali komunalnych. Sytuacja, gdy lokator nie reguluje czynszu przez pół roku, nie należy do rzadkości. Problemy ze ściągalnością opłat nie biorą się z wystawnego trybu życia mieszkańców, ale wynikają ze stanu budynków oraz ich struktury właścicielskiej. Zamiast jednorazowo przeznaczyć konkretną pulę środków na prace remontowe, miasto samo związało sobie ręce, biernie czekając na pożar lub katastrofę budowlaną.
– W typowej kilkupiętrowej kamienicy większość lokali stanowią mieszkania komunalne. Jednak z uwagi na powszechne w latach 90. wykupywanie mieszkań, mniejszość pozostająca w rękach prywatnych tworzy wspólnotę mieszkaniową. Właśnie te nieruchomości są dla władz miasta wygodną wymówką. Zgodnie z prawem utrzymanie części wspólnych spoczywa na wspólnocie mieszkaniowej. Ta zasada zwalnia miejskich włodarzy z obowiązku dbania o stan budynków. Przypomina to grę w ping-ponga. Jeśli istnieje możliwość zepchnięcia odpowiedzialności na kogoś innego, władze Gdańska niemal na pewno z niej skorzystają. Można się spodziewać, że odpowiedzialnością za niekorzystny stan rzeczy zostaną obarczone władze centralne. Rozwiązanie problemu pozostawione będzie wolnemu rynkowi, wspólnotom mieszkaniowym – wylicza Michał Dziergas.
W rezultacie nie prowadzi się programów remontowych. W tej sytuacji mieszkańcy Angielskiej Grobli w sezonie grzewczym płacą miesięcznie 1-1,2 tys. zł za ogrzewanie gazowe lub elektryczne. Ta suma to często trzy czwarte dochodów przeciętnego mieszkańca tej ulicy. Z lokalami zamieszkanymi sąsiadują te opuszczone, już od kilku lat straszące lodowatą pustką.
Ulica razi kontrastami. Nowoczesne bloki deweloperskie niczym restauracje sieci McDonald’s opasały pierścieniem poindustrialne kamienice z początku XX w. Bilbordy przedstawiają zielone wyspy kupionej na kredyt miejskiej idylli. Przy obecnych cenach nieruchomości na osiedla nie wprowadzą się młode małżeństwa. Oglądanie folderów reklamowych przypomina lizanie lodów przez szybę cukierni.
Michał Dziergas: – W tej okolicy z łatwością uchwyci się różnice między dwoma światami. Z jednej strony, miasto dla inwestorów, deweloperów, Gdańszczan, których stać na dobre życie oraz lokowanie kapitału w budowę lokali przeznaczonych na sezonowy wynajem. Resztę ulicy zajmują lokale dla ludzi utrzymujących się z 1,4 tys. zł emerytury i zabytkowy dworek z tabliczką: „Zakaz wstępu,
Spiskowe szaleństwo
Kto i dlaczego przypuścił zamach na pisowskich propagandystów Sakiewicza
To musiała być misternie uknuta intryga. W środę, 13 maja, rozpoczęła się seria fałszywych alarmów wymierzonych w Strefę Wolnego Słowa. Najpierw policja i straż pożarna przyjechały do redakcji TV Republika w poszukiwaniu rzekomo podłożonej bomby. W czwartek pogotowie dostało informację o pobitej osobie w propisowskiej telewizji. W kolejnych dniach służby interweniowały w domach Michała Rachonia i Katarzyny Gójskiej (są małżeństwem), Adriana Klarenbacha i Tomasza Sakiewicza. Zgłoszenia dotyczyły terrorysty z pasem szahida, znalezionych zwłok i próby samobójczej.
Dramatycznie wyglądała interwencja u Tomasza Sakiewicza. W piątek, 15 maja, policjanci otrzymali informację (na infolinię alarmową) z biura Rzecznika Praw Dziecka, że w mieszkaniu szefa Republiki przebywa dziecko, które zamierza popełnić samobójstwo. Na miejscu mundurowi zastali roznegliżowanego Sakiewicza w towarzystwie jakiejś damy, która nie była żoną ultrakonserwatywnego redaktora. Wedle komunikatu przekazanego przez Komendę Stołeczną Policji kobieta „nie chciała się przedstawić i współpracować w celu jak najszybszego wyjaśnienia wszystkich okoliczności zdarzenia”, dlatego, „mając na uwadze bezpieczeństwo zarówno jej, jak i swoje, policjanci zastosowali wobec tej osoby kajdanki”.
Nie popisał się też Sakiewicz, „który ignorował przekazywane przez policjantów informacje odnoszące się do powodu interwencji i ich pytania”, a przy tym był „nastawiony konfrontacyjnie wobec policjantów, którzy cały czas podkreślali, że ich działania mają na celu ochronę życia osoby, której dotyczy otrzymane zgłoszenie”. Po wyjaśnieniu sprawy i ustaleniu, że zgłoszenie było fałszywe, funkcjonariusze rozkuli kobietę i zakończyli czynności.
Atak Tuska na wolne media
Jednak Sakiewicz uznał, że to dobra okazja do rozpętania awantury politycznej. Jeszcze tego samego dnia Republika, nie ujawniając powodów interwencji policyjnej, alarmowała o „represjach państwa policyjnego” i „atakach kryptodyktatury”, „reżimu Tuska”, na jedyne niezależne polskie medium. A Jarosław Olechowski,
Meksyk między nadzieją a przemocą
Żyjemy tu z dnia na dzień, nie wiedząc, czy nadejdzie jutro
Ks. Tomasz Jan Chlebowski – duchowny, teolog, misjonarz, autor literatury podróżniczej i reportaży, członek Związku Pisarzy Katolickich, autor m.in. „Dróg i bezdroży Meksyku” oraz „Horyzontów spotkań Ryszarda Kapuścińskiego”.
Skąd wzięła się fascynacja Meksykiem?
– Zanim zrodzi się fascynacja, najpierw pojawia się poznanie. Prawdziwe poznanie rodzi się w rzeczywistości spotkania i jest procesem wpisanym w czas. Moja fascynacja Meksykiem narodziła się ponad 20 lat temu i trwa do dzisiaj. Nie jest to jedynie zachwyt nad fizycznym miejscem, ale także fascynacja człowiekiem, historią i kulturą. We wstępie do książki „Drogi i bezdroża Meksyku” (Bernardinum, Pelplin 2020) zapisałem takie przemyślenie: „Meksyk oszałamia, zachwyca, przyciąga. Przebywając na ziemi meksykańskiej, nigdy nie czułem się tam turystą. Od samego początku czuję się obywatelem Meksyku, który dla mnie jest nie tylko konkretnym miejscem na ziemi, ale stanem duszy. Rzeczywistością, która przenika mnie do głębi. To miejsca wybierają ciebie, wpisują się i dopasowują do człowieka. Czasami pozwalają myśleć, że to nasza inicjatywa. Ale to nieprawda”.
Jacy są Meksykanie? Czym się różnią od Polaków, a w czym jesteśmy podobni?
– Trudno porównywać dwie odmienne rzeczywistości, które różnią kultura, historia, a także mentalność ludzi. Można doszukiwać się różnic i podobieństw, ale zawsze będzie to w pewnym stopniu nieprecyzyjne, subiektywne i w konsekwencji nie do końca prawdziwe. Mogę powiedzieć jedynie, co urzekło mnie w ludziach, których poznałem. To ich otwartość, życzliwość, prostota oraz niezwykła wola walki o każdy kolejny dzień. Spotkałem tu wiele dobra. Ludzie, którzy sami mają niewiele, potrafią bezinteresownie wspierać się nawzajem.
Ciekawe, że kiedyś funkcjonowało w Polsce żartobliwe powiedzenie, że Polska jest „Meksykiem Europy”. Być może dlatego, że w innych krajach europejskich Polacy często postrzegani są – podobnie jak Meksykanie w Ameryce – jako osoby marudne, a jednocześnie gościnne, lojalne i zdolne do budowania głębokich relacji międzyludzkich.
Dziś Meksyk uchodzi za kraj niebezpieczny, m.in. z powodu działalności karteli narkotykowych.
– Aktualna sytuacja Meksyku jest wynikiem wielu lat zaniedbań w kwestii bezpieczeństwa obywateli. Podejmowane przez kolejnych prezydentów próby układania się z przestępcami, rozmowy i pakty zawierane z grupami kryminalnymi oraz ustępstwa, które miały zapewnić pewną formę kontroli i względnie stabilny pokój wewnątrz państwa,
Paryż chce wyższych podatków od big techów
W Unii Europejskiej to Francja najkonsekwentniej ogranicza zależność od obcych dostawców technologicznych
Korespondencja z Francji
Suwerenność cyfrowa to jeden z filarów niezależności. Na tegorocznym kwietniowym INCYBER Forum Europe w Lille europejska debata o cyberbezpieczeństwie wybrzmiała szczególnie mocno. Temat ten coraz bardziej wykracza poza kwestie techniczne, stając się sporem o polityczną i gospodarczą niezależność państw od globalnych koncernów technologicznych.
Pracując, komunikując się czy robiąc zakupy, korzystamy w większości z usług amerykańskich spółek, takich jak Amazon, Meta (Facebook i Instagram), Microsoft, Google i OpenAI (ChatGPT). Ich europejskie odpowiedniki nie wydają się nam z jakiegoś powodu atrakcyjne.
Co z ciągłością działania państwa?
Gwałtowny rozwój sztucznej inteligencji, platform cyfrowych i usług w chmurze sprawił, że państwa europejskie coraz mocniej uzależniały funkcjonowanie własnej administracji od infrastruktury należącej głównie do amerykańskich gigantów technologicznych. Coraz częściej alarmuje się o związanych z tym zagrożeniach. Przedstawiciele francuskiego ministerstwa spraw wewnętrznych podkreślali w Lille, że obecnie stawką jest już nie tylko ochrona przed cyberatakami, ale wręcz „ciągłość działania państwa”.
Francja intensywnie inwestuje w rozwiązania określane jako suwerenne: krajowe usługi w chmurze i własne systemy komunikacji administracyjnej, a także w szkolenia dla samorządów z zakresu cyberbezpieczeństwa. To reakcja na rosnącą świadomość, że kontrola nad danymi oraz infrastrukturą cyfrową staje się dziś strategicznie ważna, na równi z kontrolą nad energetyką i sektorem obronnym. Cyfrowe uzależnienie od USA w sytuacji presji politycznej może się skończyć odłączeniem części lub nawet wszystkich usług cyfrowych, których Europa sama zaspokoić nie zdoła (pisał o tym Kornel Wawrzyniak, nr 17/2026).
Decyzję o tym, że francuska żandarmeria będzie pracować na Linuksie, podjęto już kilkanaście lat temu, początkowo z powodów pragmatycznych – by ograniczyć koszty licencji i zwiększyć elastyczność infrastruktury informatycznej. Z czasem jednak przeważyła chęć uniezależnienia się od amerykańskiego dostawcy. Żandarmeria Narodowa stopniowo zastępowała więc Microsoft Office pakietem OpenOffice,
Ciągłość dziejów gospodarki
O czym mówił wicepremier Kwiatkowski na gospodarczej naradzie członków rządu
W dyskusjach o przeszłości najczęściej zajmujemy się historią polityczną, władzami i wojnami. Zakładamy, zresztą słusznie, że wiele z tego, co było, będzie także naszym dzisiejszym doświadczeniem. Teraz chętnie porównujemy III RP z PRL, a najczęściej tylko z kryzysem lat 80. To prawda, że dziś jest lepiej niż wczoraj, ale można zauważyć, że wczoraj też było lepiej niż przedwczoraj, czyli w II RP. Okresy w historii wyznaczają nie tylko chcenia, ale przede wszystkim dokonania w określonych warunkach. Odwołując się do II RP, warto sięgać do dokumentów z tamtego okresu.
Takim dokumentem jest sprawozdanie z narady gospodarczej, która odbyła się na przełomie lutego i marca 1936 r. w Warszawie. Tekst został starannie wydrukowany, w twardej oprawie, co pokazuje, że chciano się pochwalić polityką rządu. Na naradzie prezentowano plan gospodarczy gabinetu, na którego czele stał Marian Zyndram-Kościałkowski. Programowy referat wygłosił wicepremier inż. Eugeniusz Kwiatkowski, w sprawach branżowych głos zabierali ministrowie. Szczegółowe sprawozdanie z tej narady jest źródłem ciekawych informacji o tym, jak wówczas postrzegano sprawy kraju. Spróbuję pokazać ówczesną ocenę stanu gospodarki w wystąpieniu wicepremiera Kwiatkowskiego.
Wicepremier po oddaniu hołdu zmarłemu Józefowi Piłsudskiemu (taki był wtedy rytuał wpisany w kult Marszałka) skupił się na omówieniu głównych trudności, z którymi rząd musi się mierzyć. Zaczął od tego, że Europę często dzieli się na dwie części wzdłuż polskiej granicy zachodniej. Uznał, że nie jest to obiektywne stwierdzenie, bo granica różnicująca poziom gospodarczy przebiega przez środek Polski. Po stronie Polski A są województwa: pomorskie, poznańskie, śląskie, krakowskie, kieleckie, łódzkie i warszawskie. Po drugiej stronie jest cała reszta Polski. Ludność każdej części wynosi 16 mln. Obszar Polski A to ok. 36% powierzchni,
Twitterowa telenowela Trumpa
Przez kilka dni mieliśmy w Polsce zaskakujący pokaz jedności polityków prawie wszystkich opcji. Przymusiła ich do tego wolta Amerykanów, którzy zapowiedzieli zmniejszenie obecności swoich wojsk w Polsce. Dla tych, którzy opowiadali o wiecznej przyjaźni z USA i żelaznym sojuszu po wsze czasy, byłaby to wizerunkowa katastrofa. Od Tatr po Bałtyk poniósł się lament nad losem naszej ojczyzny. Co to będzie, co to będzie? Do USA polecieli chyba wszys-
cy, którzy kogoś tam znają. Misja była oczywista. Uprosić Amerykanów, by nie wyjeżdżali. Jakie posłańcy mieli argumenty? Przypominali każdemu, kto chciał słuchać, że to Polska jest najszybsza i najhojniejsza w wydawaniu kasy na zakupy w USA. Że jesteśmy najwierniejszym sojusznikiem. Lojalnym jak nikt na świecie. A za żołnierzy, których do nas przysyłają, płacimy w całości i przed terminem. I głośno nie mówimy, że na stałe jest tych żołnierzy trochę ponad 300, a reszta to ciągłe rotacje.
Jak nie ulec Polakom, którzy ledwo co wstali z kolan, a już wrócili do tej niewygodnej pozycji. Prosili, prosili i wyprosili. Trump ogłosił, że będzie u nas 5 tys. żołnierzy amerykańskich. Co to naprawdę znaczy, nie wie nikt. A przynajmniej w piątkowy wieczór, gdy piszę ten tekst, nikt nie potrafił powiedzieć,








