Alicja w krainie swarów

Alicja w krainie swarów

Kłopoty Warszawskiej Opery Kameralnej

„Od 15 do 23 marca zostanie zwolnionych 61 pracowników, w tym WSZYSCY! soliści, których jest 55, oraz 6 dyrygentów”. Taką hiobową wieść zatytułowaną „Koniec Warszawskiej Opery Kameralnej” zamieściła na blogu czołowa krytyczka muzyczna Dorota Szwarcman. Przekaz jest jasny: była opera, nie ma opery. Wtórują jej poprzedni dyrektorzy WOK, Jerzy Lach i Stefan Sutkowski – twórca placówki i autor jej największych sukcesów.

Jerzy Lach, niedawno odwołany ze stanowiska dyrektora WOK, oświadczył na Facebooku, że przerywa milczenie: „Tak bardzo zabolała mnie wiadomość o zwolnieniach wszystkich solistów i muzyków. To przykre. Dlaczego nie zwalnia się 100 urzędników, żeby zwiększyć dotację dla Opery? Dlaczego zwalnia się artystów, a nie urzędników? Zapytajcie, ile etatów jest w Urzędzie Marszałkowskim? Ilu dyrektorów? Zastępców? I ich zastępców? Sekretarek? Ilu kierowców? I co oni dają polskiej kulturze?”.

Uwagi dotyczące urzędników pewnie warto sobie wziąć do serca, ale czy kultura i administracja to naczynia połączone, przynajmniej finansowo?

Stefan Sutkowski pisze z nieskrywanym smutkiem, że po wielu latach doczekał się niszczenia instytucji, którą stworzył ponad 50 lat temu. „Dzisiaj z wielkim niepokojem patrzę na chylący się ku upadkowi Dom, w którym wykonawcy mogli się czuć bezpiecznie. Czai się zło, które niszczy wielką sztukę. Wielka sztuka z natury swej nie broni się sama”.

Skąd się bierze takie zło? Wymienieni zgodnie uważają, że tym złem, a może Złym, jest p.o. dyrektor Alicja Węgorzewska. Dorota Szwarcman dodaje: „Czarną postacią jest tu niestety nie tylko p. Węgorzewska, ale i wspierający ją Jacek Laszczkowski, którego przez wiele lat bardzo ceniłam jako muzyka. Teraz coś się z nim stało bardzo niedobrego. Jakaś żądza władzy? Bo to on jest tu motorem, on traktuje lekceważąco kolegów, którym przecież bardzo wiele zawdzięczał”.

Niszczyciele zostali zatem wymienieni po nazwisku, jest również hipotetyczny plan spisku: „Pani W.-W. [Alicja Węgorzewska-Whiskerd] opowie podłej zmianie, jak wspaniale prowadziła teatr operowy, i będzie startować do Teatru Wielkiego. Na miejscu zostanie Jacek Laszczkowski”.

Czy tak będzie? Zobaczymy. Na razie posłuchajmy, co ma do powiedzenia „najczarniejsza postać”, czyli Alicja Węgorzewska. Jej zdaniem gdyby nie ogromne zadłużenie opery (ponad 3 mln zł) i stan zapaści finansowej, dyrektor Jerzy Lach nie zostałby odwołany w trakcie kontraktu. Nowa p.o. dyrektor nie przyszła do WOK, by ją zniszczyć, ale by uchronić od upadku i zamknięcia na cztery spusty.

Można by nie wierzyć zapewnieniom Alicji Węgorzewskiej, ale bieżący repertuar placówki pokazuje, że działalność artystyczna wcale nie została przerwana. W lutym odbyło się sześć przedstawień operowych, w tym Haendla i Mozarta, w marcu ma być ich 14, a w kwietniu 12, w tym jedna premiera. A co będzie dalej? Dyrektorka obiecuje kontynuowanie najlepszej tradycji tego teatru, wystawianie oper barokowych. Obok oper Mozarta, które są wizytówką WOK, chce dać np. premierę „Armidy” Jeana-Baptiste’a Lully’ego, do współczesnego repertuaru zaś wprowadzić operę Michała Dobrzyńskiego „Tango” według Mrożka. Nadal będzie też działać scena marionetkowa.

Dlaczego w takim razie daje się wymówienia wszystkim śpiewakom? – Ten stan zatrudnienia na etatach jest przeżytkiem, który generuje ogromne koszty i długi – tłumaczy pani dyrektor. – Artyści będą, tak jak w innych teatrach, zatrudniani na zasadach kontraktowych do konkretnych przedstawień. 55 etatów solistów, z których część była w ogóle niedostępna, bo już zaangażowana gdzieś indziej, to marnotrawstwo pieniędzy publicznych.

Z tej powiastki wynikają dwa wnioski. Po pierwsze, fatalnie, że od lat władze samorządowe obcinały nawet już przyznane dotacje na ten wspaniały teatr, a i tak co roku dotacja się zmniejszała. Urzędników i ich szefów trzeba by częściej wysyłać na przedstawienia i edukować kulturalnie. Po drugie, gdy pieniędzy jest mało, należy oglądać z obu stron każdy grosz. Przez lata byliśmy utrzymywani w przekonaniu, że mamy w Warszawie „największą operę kameralną na świecie”, gdzie pracuje ponad 300 osób i gdzie grają aż trzy orkiestry. Dziś jednak trzeba za wszystko płacić rachunki.

Wydanie: 9/2017

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy