Wpisy od Marek Książek

Powrót na stronę główną
Kraj

Fałszywe jubileusze „Gazety Olsztyńskiej”

Dziennik stracił tylu czytelników, że nie ujawnia wyników sprzedaży

Prawdą jest to, że pierwszy numer polskiej, katolickiej „Gazety Olsztyńskiej” ukazał się 16 kwietnia 1886 r., 140 lat temu. Jego twórcami byli światli chłopi warmińscy, w tym Andrzej Samulowski, poeta i księgarz z Gietrzwałdu, w którego domu to pismo się rodziło. Dokładnie naprzeciw kościoła i klonu, na którym dziewięć lat wcześniej miała się ukazać Matka Boska i przemówić do dwóch miejscowych dziewczynek po polsku. Wobec akcji germanizacyjnej na Warmii objawienie to miało szczególne znaczenie, bo umacniało ducha polskości w Prusach Wschodnich. Tak samo jak wydawanie „Gazety Olsztyńskiej”.

Pierwszym redaktorem był Jan Liszewski, a potem redagowanie pisma przejęła rodzina Pieniężnych, wywodząca się z Wielkopolski. Po wybuchu II wojny światowej hitlerowcy skonfiskowali świeży numer, zburzyli redakcję w centrum Olsztyna, a Seweryna Pieniężnego juniora zamordowali w obozie Hohenbruch koło Königsbergu/Królewca.

Czas partyjnego dziennika

Po wojnie „Gazeta” w poprzedniej formule nie miała miejsca w Polsce. Dopiero w szczycie stalinizmu, w 1951 r., zaczął się ukazywać dziennik PZPR „Głos Olsztyński” i z Pieniężnymi nie miał nic wspólnego (choć Wanda Pieniężna, wdowa po ostatnim redaktorze, była z ramienia Znaku posłanką na Sejm PRL w latach 1957-1961, o czym mało kto pamięta). Jednak niecałe dwie dekady później, w kwietniu 1970 r., redakcja wróciła do przedwojennego tytułu, nawiązując do zasług walczącej o polskość „Gazety Olsztyńskiej”, ale zachowując pod winietą hasło: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!”. Ta zmiana nie wzbudziła sprzeciwów do czasu obchodów 100-lecia „GO” w 1986 r.

Sam jubileusz założenia pisma Pieniężnych może przeszedłby bez zgrzytów, zwłaszcza że dzięki inicjatywie Towarzystwa Przyjaciół „Gazety Olsztyńskiej” zbudowano nową szkołę w pobliskich Dywitach, w przededniu jubileuszu zorganizowano wielką wystawę w Muzeum Warmii i Mazur,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nie wstydzą się swojej przeszłości

Członkowie olsztyńskich Pokoleń wolą mówić o umiejętnościach, które wykorzystali w nowych czasach

Nie wszyscy chcą dziś chwalić się tamtą działalnością, bo to ani modne, ani korzystne z punktu widzenia politycznego. Nie walczyli z komuną, nie byli dysydentami, nie wkładali kija w szprychy, a chociaż czasami krytycznie oceniali rzeczywistość, wierzyli, że pracują dla Polski. Co ciekawe, wielu potrafiło przystosować się do realiów gospodarki kapitalistycznej.

Generacja młodzieży aktywnej

– Świetnie sobie poradziłem głównie dzięki temu, że w organizacji młodzieżowej zdobyłem doświadczenie w kontaktach międzyludzkich. Dzisiaj widzę, że ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, a to podstawowa umiejętność nie tylko w zarządzaniu – podkreśla Stanisław Ciostek, w latach 1982-1984 przewodniczący Zarządu Wojewódzkiego ZSMP, aktualnie właściciel rodzinnej firmy handlującej stalą.

Pochodzi ze wsi, spod Mławy, skąd wyszedł w świat i trafił do technikum mechanicznego, potem do Olsztyna, gdzie studiował geodezję na Akademii Rolniczo-Technicznej. I gdzie spotkał Jana Hoffmana, charyzmatycznego działacza Socjalistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Hoffman był dla wielu studentów wzorem i wciągał ich do roboty w ruchu młodzieżowym. Tak było również ze Staszkiem, który jak cień szedł za Jankiem, choć ten drugi niebawem wspiął się na organizacyjne wyżyny, trafiając do stolicy jako wiceprzewodniczący Zarządu Głównego ZSMP. Stamtąd z kolei – na stanowisko naczelnika Szczytna, wówczas odpowiednik burmistrza (zmarł w 1987 r. po odwołaniu z funkcji na skutek wątpliwych zarzutów).

Tymczasem Stanisław Ciostek po studiach wrócił w rodzinne strony, przez rok uczył w szkole, później działał w strukturach związku, by w 1984 r. zostać dyrektorem państwowego jeszcze Centrostalu. Choć miał zawód podwójny, mechanika i geodety, sztuki handlu stalą musiał się uczyć od podstaw. Jeździł więc do Huty Sendzimira w Krakowie i Huty Katowice, poznawał tajniki branży, by nie być malowanym szefem firmy. Jego kariera zawodowa skończyła się wraz z transformacją ustrojową, kiedy podwładni zarzucili mu, że za dużo od nich wymagał! Wykorzystał jednak swoje doświadczenie i wraz z żoną założył firmę handlującą metalami. Handlem zajmuje się nadal – w wieku 75 lat. Poza tym spotyka się z przyjaciółmi działającymi dziś w Stowarzyszeniu Miłośników Historii Organizacji Młodzieżowych Pokolenia w Olsztynie.

Na dystans i w zbliżeniu

Do niedawna przewodniczącym tego stowarzyszenia na Warmii i Mazurach był Jerzy Jabłoński, już 87-letni, ale nadal postawny, co z pewnością jest pokłosiem noszenia munduru w Wojsku Polskim, nazywanym też Ludowym. Jerzy Jabłoński urodził się tuż przed wybuchem II wojny światowej,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Adwokat od „trumien na kółkach” trafi do więzienia?

Zapadł prawomocny wyrok w sprawie łódzkiego adwokata, który we wrześniu 2021 r. zabił dwie kobiety

Mecenas będzie pewnie musiał odsiedzieć w więzieniu karę za swój czyn. Wprawdzie Sąd Okręgowy w Olsztynie złagodził wyrok pierwszej instancji, ale karę pozostawił bez zawieszenia.

Sprawa nabrała rozgłosu przede wszystkim ze względu na niefortunną wypowiedź mecenasa w mediach społecznościowych. Gdyby nie ów brak wyczucia, byłby to przypadek tragiczny, ale w sumie pospolity.

Oto dynamiczny i już uznany 41-letni adwokat wracał z żoną i kilkuletnim synkiem z wesela zaprzyjaźnionej influencerki swoim „wypasionym” samochodem marki Mercedes-Benz. Wyjechał z Olsztyna w stronę Barczewa, potem skręcił na Jeziorany. Z drugiej strony tą samą szosą jechały dwie kobiety do wnuków w Barczewie. Kierująca wysłużonym Audi miała 53 lata, a jej pasażerka – 67. W trakcie mijanki Paweł K. przekroczył podwójną linię ciągłą, zjechał na lewy pas jezdni, zderzył się z Audi i dwie kobiety poniosły śmierć na miejscu.

Wkrótce wspomniana panna młoda,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Jak olsztyńska Borussia przekraczała granice

35 lat temu grupa entuzjastów stworzyła Wspólnotę Kulturową Borussia

W czasie transformacji ustrojowej, gdy uwaga społeczeństwa skupiała się na sprawach materialnych, 18 osób z Olsztyna i okolic postanowiło założyć stowarzyszenie odwołujące się do zróżnicowanego dziedzictwa regionu i „budowania nowej wiedzy, nowej kultury i postaw życiowych” mieszkańców Warmii i Mazur, by zmierzać z tym wielokulturowym bogactwem w stronę zjednoczonej Europy.

– Wcześniej praktycznie mówiło się o tym niewiele albo wcale, bo dominowała polityka budowania jednorodnego społeczeństwa. Bez wspominania, że do końca wojny były tu Prusy Wschodnie – podkreśla Kornelia Kurowska, przewodnicząca Wspólnoty Kulturowej Borussia.

– Owszem, w takich filmach jak „Sami swoi” pojawiały się wątki przesiedlenia Polaków z ziem wschodnich na zachodnie i północne, ale bez naświetlenia, z czego ta migracja wynikała i jakie spowodowała konsekwencje – dodaje Ewa Romanowska, członkini zarządu stowarzyszenia.

Prawdziwa eureka

Obie kobiety kierują dziś Borussią, czyli stowarzyszeniem i utworzoną w 2006 r. fundacją, która kontynuuje i wspiera idee starszej organizacji. Ale zaczęły w niej działać kilka lat po starcie przedsięwzięcia nazwanego wówczas Wspólnotą Kulturową. Jej założycielami byli historyk prof. Robert Traba i poeta Kazimierz Brakoniecki.

Ten pierwszy tak mówił w niedawnym wywiadzie prasowym: „Ja wymyśliłem ideę, a Kazimierz w pierwszym etapie wypełnił ją intelektualną treścią. A potem bywało zmiennie”. Tu wyliczył kilkanaście osób, które ich wspierały, w tym Iwonę Liżewską, niedawno zmarłego Wiktora Knercera, pisarkę i poetkę o białoruskich korzeniach Tamarę Bołdak-Janowską, poetkę Alicję Bykowską-Salczyńską oraz historyków Andrzeja Rzempołucha i Norberta Kasparka, a także Warmiaków Marię Anielską-Kołpę i prof. Huberta Orłowskiego. „Uważam, że wówczas powstanie i działanie Borussii były prawdziwą eureką. Nie mieliśmy żadnych wzorców, jedynie własną wiedzę, potrzebę tworzenia, kreatywnego działania. Mieliśmy też intuicję. Byłem przekonany, że mój pomysł musi się udać, skończy się sukcesem, nawet jeżeli okupiony gigantycznym wysiłkiem i niezamierzonymi błędami”, akcentował prof. Traba.

Sama nazwa Borussia jest odniesieniem do historii regionu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sylwetki

Uczony nie może być posłuszny

Cały świat może głupieć, ale mnie nie wolno

Prof. Tadeusz Oracki, autor cenionych słowników biograficznych, kończy właśnie 95 lat.

Kiedy w 1960 r. młody nauczyciel z Ostródy zgłosił do wydawnictwa Pojezierze w Olsztynie konspekt słownika biograficznego Warmii, Mazur i Powiśla od połowy XV w. do 1945 r., dyrektor i redaktor naczelny Henryk Panas odpisał mu, że pomysł jest interesujący, ale „nie wierzymy, aby to mógł wykonać jeden człowiek”. Tadeusz Oracki nie poddał się i do swojego projektu przekonał historyków z Poznania, a po trzech latach jego dzieło ukazało się w Instytucie Wydawniczym PAX. I do dziś – zwłaszcza po opublikowaniu drugiego, poprawionego wydania – jest uznawane za podstawową skarbnicę wiedzy o ludziach i regionie północno-wschodniej Polski.

Szczegóły tej i wielu innych interesujących historii z życia profesora, który lubi pracować samodzielnie, znajdziemy w świeżo wydanej książce Marka Barańskiego „Cały świat może głupieć, ale mnie nie wolno”. Autor zamieścił w niej cykl rozmów z Tadeuszem Orackim, przeprowadzonych w latach 1989-2025.

Bohater to uznany autorytet nie tylko w regionie warmińsko-mazurskim, gdzie zaczynał realizować swoją pasję, bo później pracował w Mławie, by pół wieku temu na stałe osiąść w Gdańsku. Pochodzi z Warszawy, należał do harcerstwa, podczas wojny uczył się na tajnych kompletach i należał do Szarych Szeregów, a jego ojciec, pracownik techniczny w kawiarni, działał w ruchu oporu i został zamordowany przez hitlerowców. Natomiast Tadek z matką po powstaniu warszawskim trafił do obozu pracy przymusowej w Saksonii. Po wyzwoleniu przez Amerykanów mógł wyjechać do USA,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Trzeba się skarżyć na złe traktowanie

Zadziwiająco często ludzie starsi są bezradni nawet w prostych sprawach

Stanisław Brzozowski – dziennikarz, społeczny rzecznik praw osób starszych w Olsztynie od początku 2010 r. Jego powołanie było realizacją postulatu zapisanego w programie „Pogodna i bezpieczna jesień życia na Warmii i Mazurach” na lata 2007-2014, a społeczna funkcja znalazła potwierdzenie w kolejnych programach polityki senioralnej przyjmowanych przez zarząd województwa.

Kogo w dzisiejszych czasach uważa się za osobę starszą, bo średnio żyjemy o wiele dłużej niż kiedyś, gdy 60-latka uważano za staruszka?
– Określają to przepisy i dokumenty polityki senioralnej, zgodnie z którymi za osobę starszą uważa się taką, która ukończyła 60 lat, choć potocznie są to osoby w wieku emerytalnym: kobieta – 60 lat i mężczyzna – 65. Co nie znaczy, że dzisiejszych emerytów można nazwać starcami. Istotnie granica wieku, także w Polsce, wyraźnie przesunęła się w górę.

Mam kilkoro znajomych, którzy przekroczyli dziewięćdziesiątkę, są sprawni fizycznie i umysłowo, oczywiście na miarę dostojnego wieku. Wychodzi, że jedną trzecią wieku przeżywają na emeryturze.
– To prawda, że coraz więcej ludzi dożywa tak pięknego wieku, ale średnio raczej nie jedną trzecią, lecz kilkanaście lat, najwyżej jedną czwartą życia spędzają na emeryturze.

Spędzają aktywnie? Eksperci już się zastanawiali, jak zagospodarować im wolny czas, żeby mogli poczuć radość jesieni życia. Chyba wielu działa na uniwersytetach trzeciego wieku?
– Może tak się wydawać, ale według statystyk zaledwie 10-15% osób w wieku emerytalnym jest zaangażowanych w różne formy aktywności. Są nawet trochę widoczne w przestrzeni medialnej, na forach internetowych, lecz jeśli spojrzymy na liczby, zobaczymy, że 85% emerytów tej aktywności w ogóle nie przejawia, często spędza cztery-pięć godzin dziennie przed telewizorem! W samym Olsztynie żyje ok. 40 tys. osób po sześćdziesiątce, a w czterech uczelniach typu UTW zaangażowanych jest zaledwie 1,5 tys.

Może starsi ludzie niekoniecznie chcą „się douczać”, wolą spacer do lasu, zakupy albo wyjście na imprezę kulturalną? Czy istnieje w Polsce program aktywizacji zachęcający ich do nowych form spędzania wolnego czasu?
– To kwestia osobistego nastawienia. Na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Jeśli odziedziczyłeś w genach chorobę nowotworową, jeśli nie potrafiłeś sobie w życiu radzić i cierpisz biedę albo jeśli dachówka spadnie ci na głowę, nie masz na to wpływu! Ale na jedną rzecz masz wpływ – jeśli dziś nie ruszysz czterech liter, jutro będziesz miał kłopoty, jeśli dziś wyłączysz głowę, jutro przestaniesz być wartościowym człowiekiem. Na to mamy wpływ i tyle możemy zrobić, od tego zależy, w jakim stanie obudzimy się następnego ranka. To uwaga geriatry, dr Małgorzaty Stompór, z którą współpracujemy.

Współpracujemy? Jako rzecznik praw osób starszych, podobno jedyny w kraju?
– Nie jedyny! Tylko w naszym województwie jest nas troje działających społecznie pod egidą Federacji Organizacji Socjalnych Województwa Warmińsko-Mazurskiego FOSa, dużej organizacji pozarządowej. Fakt, że zostałem powołany najwcześniej, bo już w 2010 r., ale są jeszcze Krzysztof Marusiński w Orzyszu i Urszula Wolna w Elblągu. Jesteśmy rzecznikami społecznymi, ale nasza funkcja została zapisana w wojewódzkim programie polityki senioralnej, co jest dla nas ważne, bo występując w sprawach osób starszych, możemy się powołać na to umocowanie.

W dokumentach wyczytałem, że zajmujecie się całą gamą tematyczną, od oszustw dotykających seniorów po konflikty rodzinne. Jak pomagacie w takich przypadkach i czy w ogóle możecie pomóc?
– Różnie bywa. Kiedy dochodzi do przemocy czy oszustwa wobec seniora, gdy osoby starsze stają się ofiarami kradzieży, odsyłamy na policję. Nie zajmujemy się ściganiem przestępstw. Możemy za to interweniować w imieniu osób starszych, pomóc seniorowi w załatwieniu trudnej sprawy, doradzić… Zadziwiająco często ludzie starsi są bezradni nawet w prostych sprawach. Zwłaszcza w kontaktach z urzędem, sądem i ZUS. Może to pozostałość z dawnych czasów, ale gdy usłyszą, że ich sprawa jest nie do załatwienia, odchodzą od okienka ze spuszczoną głową, pogodzeni z losem, nawet jeśli racja jest po ich stronie. W wielu przypadkach prosta czynność, czyli odwołanie od decyzji urzędnika, może całkowicie zmienić ich położenie. Tylko trzeba im uświadomić, że odwołanie to ich prawo, a nie urzędnicza łaska.

Kiedyś pracowaliśmy razem w prasie olsztyńskiej i w artykułach zajmowaliśmy się zwalczaniem biurokracji, więc i teraz z takimi przypadkami potrafisz sobie poradzić. Możesz podać przykłady interwencji rzecznik?
– Kilka miesięcy temu zgłosił się do mnie mężczyzna, który jako ofiara przestępstwa poruszał się na wózku, część ciała miał sparaliżowaną. Widać było, że potrzebuje wsparcia. W pierwszym podejściu jego potrzeby ocenione zostały na 64%, nie dawało mu to prawa do zasiłku wspierającego. Pomogłem mu napisać odwołanie i dostał ponad 80%, a więc zasiłek też otrzymał. Wystarczyło odwołanie, widzę jednak, ile osób nie potrafi się na to zdecydować.

Czy miałeś również przypadki, że wiekowa już kobieta żali się na synową, która źle ją traktuje, a syn nie broni matki?
– Oczywiście. Badania socjologiczne wskazują, że dla osoby starszej rodzina jest najważniejsza. Jeśli w domu wszystko układa się dobrze, reszta problemów schodzi na dalszy plan. Podkreślam, że aby wszystko było OK, muszą się w to zaangażować obie strony. Jest to zadanie dla młodych, ale i dla ich rodziców, którzy też

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Jak Braun wygrał z Lidlem

Czy dobre wyniki konfederatów w wyborach prezydenckich mają przełożenie na decyzję niemieckiej sieci handlowej?

Może to przypadek, ale data wydaje się znamienna – dwa dni po wygranej Karola Nawrockiego w wyścigu o prezydenturę niemiecka sieć dyskontowa Lidl wydała oświadczenie, że rezygnuje z budowy centrum dystrybucyjnego w Gietrzwałdzie, znanym z sanktuarium maryjnego i licznych pielgrzymek wiernych. Formalnym powodem rezygnacji były „przeciwności organizacyjne i logistyczne”, ale powszechnie wiadomo, że ta decyzja to skutek protestów organizowanych pod wodzą Grzegorza Brauna, lidera Konfederacji Korony Polskiej, który w wyborach na prezydenta RP uzyskał zaskakująco dobry wynik.

Historia tego konfliktu zaczęła się ponad pięć lat temu. Kierownictwo sieci zdecydowało o zlokalizowaniu centrum dystrybucyjnego, już 13. w Polsce, na skraju gminnej wsi Gietrzwałd, co mieszkańcy i tamtejsze władze przyjęły z zadowoleniem. Projekt dawał szansę na dodatkowe zatrudnienie i rozwój lokalnej infrastruktury, tak jak podobne centrum logistyczne Biedronki, które mieści się w Stawigudzie, z drugiej strony Olsztyna. Wójt gminy Gietrzwałd Jan Kasprowicz popierał inwestycję, chociaż miała ona powstać na 40 ha popegeerowskiego gruntu należącego obecnie do prywatnej spółki. Jednak zupełnie niespodziewanie pojawił się przeciwnik – zameldowany w Olsztynie mieszkaniec pobliskiej wsi Naglady. Wydawało się, że to głos bez znaczenia, ale kamyczek uruchomił lawinę.

Wkrótce dołączyła do niego grupa wiernych, aczkolwiek – jak wyliczono – z terenu gminy tylko sześć osób. Pozostali przeciwnicy wywodzili się z innych miast, a do protestu zachęcał ich argument, że wszystkie śmieci ze sklepów Lidl w okolicy będą gromadzone

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Adwokat od „trumien na kółkach” skazany

Ponad dwa lata trwał proces adwokata oskarżonego o  spowodowanie wypadku, w którym zginęły dwie kobiety

Gdyby łódzki adwokat nie wypowiedział w sieci słów o „trumnach na kółkach”, pewnie spowodowany przez niego wypadek uznano by za pospolity. Zginęły dwie osoby, sprawca stanął przed sądem i został skazany za naruszenie zasad Kodeksu drogowego – zdarzenie zwykłe, choć tragiczne, zwłaszcza dla rodzin ofiar. Dwie kobiety w wieku 53 i 67 lat jechały do wnuków wysłużonym audi z Jezioran do Barczewa, gdy z drugiej strony zajechał im drogę mercedes-benz. Przekroczył podwójną linię, doszło do zderzenia, w wyniku którego obie kobiety zginęły, a kierowca mercedesa oraz jego żona i kilkuletni synek nie odnieśli obrażeń. Sprawcą wypadku był 41-letni adwokat Paweł Kozanecki (zgodził się na podanie nazwiska), który w niedzielę 26 września 2021 r. wracał z wesela zaprzyjaźnionej influencerki.

I to ona zaczęła ten niesmaczny spektakl, gdy, dowiedziawszy się o wypadku, zamieściła na Instagramie ostrzegawczy wpis: „Nie mogę oddychać. Moi bliscy przeżyli tylko dlatego, że mieli 2-letnie auto wysokiej klasy z zaawansowanymi systemami bezpieczeństwa. Ofiary jechały dwudziestokilkuletnim autem bez poduszek. Uważajcie na siebie, zapinajcie pasy”. Oliwy do ognia dolał sam adwokat, wypuszczając w sieci filmik z taką wypowiedzią: „Wszyscy mówią o tym, że nadmierna prędkość, że brawura, że telefony komórkowe, że pijani kierowcy. Ale zapominamy o tym, moi drodzy, że po naszych drogach poruszają się trumny na kółkach. I m.in. dlatego te kobiety zginęły!”.

Tego już było za dużo; nie dość, że sprawca przekroczył podwójną linię ciągłą na drodze, to jeszcze przekroczył granicę arogancji – oceniła opinia publiczna i o wypadku zrobiło się głośno, a mec. Kozanecki miał kłopoty

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Moralność pani Arent

Przyboczna prezesa, posłanka Iwona Arent w sprawach moralnych pogubiła się zupełnie

Przez Warmię i Mazury, które w Sejmie reprezentuje Iwona Arent, przetacza się głębokie westchnienie zażenowania i wstydu wsparte komentarzami w stylu: „Już zapomniała, jak jej synek zmaltretował dziewczynę?”. W każdym razie posłanka PiS po raz kolejny strzeliła sobie w kolano. Choć mogła pozostawić po sobie wspomnienie w miarę pożytecznej parlamentarzystki, przylgnie do niej opinia impulsywnej, ale i niezbyt rozgarniętej kobiety uprawiającej trudną sztukę polityki. Ale może takie właśnie gotowe na wszystko towarzyszki są potrzebne prezesowi?

Złaź, morderco!

Kiedy 2 kwietnia Roman Giertych wszedł na mównicę sejmową, by bronić się przed atakiem Jarosława Kaczyńskiego, który nazwał go sadystą, został otoczony przez grupę posłów PiS. Jako jedna z pierwszych przybiegła Iwona Arent. Z obłędem w oczach, wskazując Giertycha palcem, po trzykroć krzyknęła: „Złaź, morderco!”. Zaraz dołączył do niej cały pisowski chór, wołając: „Morderca, morderca!”. Miało to być napiętnowanie posła KO za jego udział w rzekomym doprowadzeniu do śmierci Barbary Skrzypek, która jako świadek zeznawała w śledztwie dotyczącym tzw. dwóch wież, czyli planowanej przez Kaczyńskiego inwestycji w stolicy. Giertych to jeden z dwóch – obok mec. Jacka Dubois – pełnomocników pokrzywdzonego w sprawie Austriaka spowinowaconego z prezesem PiS, ale w czasie przesłuchania „pani Basi” przez prokurator Ewę Wrzosek nie był fizycznie obecny! Reprezentował go mec. Krystian Lasik, czyli tzw. substytut. No, ale wiadomo: Giertych ma długie ręce i mógł do „morderstwa” się przyczynić.

Tak musiała rozumować Iwona Arent, idąc za ciosem wyprowadzonym przez jej wodza partyjnego, któremu zdaje się wprost czytać w myślach. Za swoje słowa nie przeprosiła, potwierdzając chwilę później w rozmowie z reporterem TVN, że Giertych to morderca, co jest w stanie udowodnić przed sądem. Ale gdy już wyszła z amoku, opisała na platformie X awanturę jako „burzliwą dyskusję”, podczas której posłowie PiS wyrazili niezadowolenie z działań Giertycha, a wszystko to „w trosce o przyszłość Polski i obywateli”. Za swoje zachowanie nie przeprosił także Kaczyński, dlatego oboje zostali ukarani odebraniem połowy uposażenia przez trzy miesiące. Pozostałych 49 posłów, którzy brali udział w zdarzeniu, ma tracić tyle samo, ale tylko przez dwa miesiące.

Strzeliła sobie w łeb

Pochodząca z Olsztyna posłanka Arent pracowała kiedyś jako referentka w zakładzie energetycznym, ale uzupełniała wykształcenie i jednocześnie skręcała w stronę polityki. Do partii braci Kaczyńskich przystąpiła już w 2002 r., po okresie zdobywania doświadczeń w ruchu katolickim. Trzy lata później spróbowała szczęścia w wyborach do Sejmu, lecz elektorat PiS nie obdarzył jej zaufaniem. Ale tak się złożyło, że w 2006 r. poseł Aleksander Szczygło został szefem kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego i to pani Iwona przejęła jego mandat. Potem jeszcze pięciokrotnie zostawała posłanką, choć w regionalnych strukturach partii zawsze grała drugie skrzypce. Pierwsze grał Jerzy Szmit, lecz widocznie nie cieszył się uznaniem prezesa Kaczyńskiego, który w 2022 r. niespodziewanie powołał Arent na szefową olsztyńskiego okręgu partii, jednego z czterech w województwie utworzonych pod kątem wyborów parlamentarnych.

W tym czasie uaktywniła się ona na niwie sejmowej. Co prawda, już wcześniej, w 2018 r., zastąpiła partyjną koleżankę Małgorzatę Wassermann w komisji śledczej ds. afery Amber Gold, jednak niczym szczególnym się nie wyróżniła. Za to dała popis w lutym 2022 r., gdy Andrzej Rozenek z trybuny sejmowej zasugerował, że były szef ABW jest współodpowiedzialny za śmierć Barbary Blidy. Wtedy posłanka Arent zareagowała, krzycząc z sali: „Strzeliła sobie w łeb!”. Potem jedna z jej znajomych wyznała w mediach: „To rządy PiS tak ją zmieniły”. Miała na myśli także wcześniejszy wyskok olsztynianki, kiedy ta wyrywała telefon z rąk Kingi Gajewskiej z PO, filmującej słynne wystąpienie prezesa Kaczyńskiego o „kanaliach” i „zdradzieckich mordach”. Jak widać, w takich przypadkach pani Arent zawsze stara się pokazać wodzowi z bojowej strony.

Chociaż czasami nie przeczuwa kłopotów, jak w przypadku słynnego agenta Tomka, czyli Tomasza Kaczmarka, którego zaprosiła na imprezę imieninową, a ten chciał pobić byłego męża swojej partnerki Katarzyny Sz. (potem została

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Walka o kawałek ziemi

Olsztyński ratusz chce przejąć fragment sąsiedniej gminy, by przenieść tam areszt, sądy i prokuraturę. Trafia jednak na opór ze strony wójta i starosty powiatu

W gminie Purda o tej operacji nie mówią inaczej jak aneksja. Może dlatego, że kojarzy się z aneksją Krymu i stawia w niekorzystnym świetle władze sąsiedniego miasta. Tymczasem prezydent Olsztyna Robert Szewczyk przekonuje, że z 235 ha ziemi, o które chce poszerzyć granice miasta, aż 98% jest własnością skarbu państwa, administrowaną przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa (KOWR), w tym ponad 37 ha zajmują Rodzinne Ogrody Działkowe „Krokus”.

Między działkami a nową obwodnicą Olsztyna czeka 170 ha lekko pofałdowanego pola, które po wyrównaniu znakomicie nada się np. pod osiedle mieszkaniowe. Własność gminy stanowią tylko lokalne drogi, a więc zaledwie 1,6% tego obszaru. Dlatego w olsztyńskim ratuszu uznano, że to najlepszy kierunek powiększenia miasta. – Ale to jedyny teren pod nasze inwestycje, które zadecydują o rozwoju gminy. Wcześniej nie mogliśmy tam nic robić, bo ziemia przez 10 lat była wydzierżawiona rolnikowi. A gdy prezydent Olsztyna zobaczył nasze plany, które przesłaliśmy do ratusza, nabrał apetytu na przejęcie gruntów – twierdzi Teresa Chrostowska, wójt gminy Purda.

Działki do aneksji

Purda to jedna z najpiękniejszych krajobrazowo gmin Warmii, z obszarami przyrodniczo chronionymi, pełna lasów i jezior, z wsiami o zabudowie jednorodzinnej. Część wiosek jest naznaczona przeszłością pegeerowską, tak jak Trękusek (ferma drobiu), rozsławione przez Andrzeja Leppera Klewki (gdzie rzekomo mieli lądować talibowie) i wreszcie Stary Olsztyn, który mimo nazwy jest o wiele młodszy od stolicy regionu. I właśnie ta miejscowość jest jedyną osadą na terenie, który zamierza przejąć Olsztyn. Mająca ok. 200 mieszkańców wieś szczyci się tym, że tuż po wojnie w rodzinie administratora państwowego majątku ziemskiego urodził się słynny artysta, Marek Jackowski, lider zespołu Maanam. Potwierdza to tablica z jego wizerunkiem i stojąca nieco dalej drewniana rzeźba muzyka. Jak jednak zapewnia wójt Purdy, nikt ze Starego Olsztyna nie chce zostać obywatelem miasta. Podobno wszyscy wolą nadal mieszkać na wsi, gdzie życie jest tańsze, a w zagrodzie można hodować kury albo utuczyć świniaka. Co prawda, trzeba się liczyć z pewnymi niewygodami związanymi z wiejskością, ale do miasta jest przecież rzut beretem. Pieszo można dotrzeć w kwadrans, idąc szutrową drogą obok ogródków działkowych „Krokus”.

Prawie 1 tys. działek, formalnie leżących na terenie gminy Purda, niemal w 100% jest użytkowanych przez olsztynian z pobliskich osiedli – i ten argument przemawia za przyłączeniem ROD do miasta. – Ogrody „Krokus” będą traktowane tak samo jak pozostałe na terenie Olsztyna. Są to miejsca pełniące w mieście funkcję oaz zieleni. Wspierają naturalną retencję, zapewniając cień i obniżając temperaturę w czasie upałów. Ale pełnią także funkcje społeczne, umożliwiając mieszkańcom w każdym wieku korzystanie z ich rekreacyjnego potencjału, przybliżają Olsztyn do realizacji wizji miasta-ogrodu, stale obecnej w naszej strategii rozwoju. Dlatego zależy nam na jak najlepszym ich funkcjonowaniu – deklarował prezydent Robert Szewczyk na spotkaniu z przedstawicielami działkowców 15 stycznia br.

Oni sami byli podobno zaskoczeni planami gminy Purda. Twierdzili, że nie były z nimi konsultowane. Na przykład w planie zagospodarowania przestrzennego gminy w bezpośrednim sąsiedztwie ogrodów wskazano miejsce pod zabudowę wielorodzinną. Mają tam się znaleźć również usługi oraz przemysł „mogący negatywnie oddziaływać na środowisko”, czyli generujące „hałas, nieprzyjemny zapach czy wzmożony ruch pojazdów”, jak to ujęto na stronie Urzędu Miasta Olsztyn.

Wójt Teresa Chrostowska odpowiada, że gmina planuje tam budynki wielorodzinne, ale do czterech kondygnacji. Obok mają być usługi i handel,  nie ma mowy o zakładach szkodzących środowisku. Dodatkowy niepokój działkowców wzbudziły też wieści o zainteresowaniu władz Purdy budową na tych 170 wolnych hektarach centrum logistyki Lidl. Firma planowała postawić taki obiekt w Gietrzwałdzie, z drugiej strony Olsztyna, ale chyba zrezygnuje z tego zamiaru na skutek protestów prawicowych działaczy, którzy nie godzą się na obecność potężnych magazynów w pobliżu sanktuarium maryjnego. Wójt Chrostowska mówi, że rozważa wszystkie propozycje dające szansę na rozwój. Na razie jednak Lidl nie wykazuje zainteresowania lokalizacją w jej gminie.

Popierają tego, kto daje więcej

O braku zainteresowania władz gminy działkami mówi Antoni Łabuz, prezes ROD „Krokus”. Ogrody istnieją już ponad 40 lat i prezes nie pamięta, by z gminy Purda nadeszła jakaś pomoc. Prosił o wsparcie finansowe na wymianę skorodowanych

rur wodociągowych, ale nawet nie dostał odpowiedzi. Podobnie jak ostatnio na pisma z wnioskami dotyczącymi buforowej strefy zieleni wokół działek. Żadnych odpowiedzi i żadnych deklaracji. Za to prezydent Robert Szewczyk przesłał zobowiązanie do przeznaczenia części wolnych gruntów na poszerzenie terenu działek o strefę zieleni, a nawet modernizacji szutrowej drogi prowadzącej do Starego Olsztyna (gmina w swoich planach ujęła budowę ścieżki pieszo-rowerowej wokół ROD „Krokus”). W planach ratusza znalazło się także „wielofunkcyjne osiedle średniej skali zabudowy otoczone zielenią”. No i najważniejsze – zlokalizowane przy obwodnicy Olsztyna „miasteczko prawne”, które mają tworzyć nowo wybudowane sądy, prokuratura i areszt śledczy (może też komenda policji).

– Mnie jest obojętne, w jakim układzie administracyjnym będą nasze działki, bo to i tak jest teren skarbu państwa. Ale popieram tego, kto nam więcej oferuje – wyznaje prezes. Niektórzy działkowcy obawiają się, że jeśli miasto przejmie te grunty, to za jakiś czas

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.