Wpisy od Sarah Bomba
Dzieci z przedmieść
Jak Francja radzi sobie z edukacją imigrantów?
Korespondencja z Francji
Poziom nauczania obniża się na całym świecie. Możliwości intelektualne dzieci, którym sami rodzice nieraz przyklejają ekran do twarzy już w najmłodszych latach, coraz bardziej maleją. We Francji te zaniedbania nakładają się na nieudane polityki integracyjne, co dodatkowo degraduje edukację. A podobnie jak w wielu krajach europejskich rośnie tu liczba uczniów z rodzin imigranckich, zwłaszcza w dużych miastach. W niektórych dzielnicach Paryża w podstawówkach i liceach przeważają już dzieci, których rodzice przybyli do Francji z Afryki Północnej, Afryki Subsaharyjskiej czy Bliskiego Wschodu. Te zmiany demograficzne wpływają na jakość nauczania i funkcjonowanie szkół, które w dodatku zmagają się z brakiem nauczycieli.
Katastrofę edukacyjną wynikającą z połączenia nieudanej integracji dzieci z rodzin imigranckich ze zmianami technologicznymi i ogólnym zaniedbaniem sektora edukacji najlepiej ilustruje przykład 93. Departamentu, znajdującego się na północny wschód od Paryża. Na domiar złego mniej więcej od początku roku 2000 francuski system edukacyjny przestał zapewniać uczniom równe szanse, co poskutkowało m.in. radykalizacją młodzieży z przedmieść i często wiąże się z próbą kontroli i segregacji.
Szkolna nędza
93. Departament, Seine-Saint-Denis, uchodzi za najbardziej zróżnicowany etnicznie w regionie paryskim, a edukacja jawi się tam jako problem najważniejszy. Ponad 31% mieszkańców departamentu to osoby urodzone za granicą lub mające status imigranta. Spośród 512 207 imigrantów tylko część ma obywatelstwo francuskie. Liczba dzieci imigranckich w szkołach jest tutaj znacząca, dotyczy to zarówno szkół podstawowych, jak i średnich, a poziom placówek należy do najniższych w regionie, co skłania do zastanowienia się nad związkiem między problemami edukacyjnymi a modelem integracyjnym Francji.
Jak podaje radio RFI, nauczyciele, rodzice oraz samorządowcy w Seine-Saint-Denis od lat alarmują o pilnych potrzebach inwestycyjnych, szacowanych na 358 mln euro – tyle zakłada „pilny plan” dla 93. Departamentu (Olivier Chartrain, „Le ministère fait mine de découvrir les inégalités scolaires en Seine-Saint-Denis”, „L’Humanité”, 12 marca 2026), który miałby poprawić sytuację tamtejszych szkół.
Według mieszkańców brakuje 5 tys. nauczycieli i personelu pomocniczego (informacje zebrane przez nauczycielskie związki zawodowe SE UNSA), budynki szkolne są w złym stanie (część w ścianach ma azbest, w innych brakuje izolacji, co powoduje, że dzieci zimą są proszone o przynoszenie koców).
Podkreśla się ponadto nierówności pomiędzy szkołami w Seine-Saint-Denis a tymi w Paryżu czy innych, bogatszych rejonach Francji. Z danych wynika m.in., że w 93. Departamencie częściej nie zastępuje się nauczycieli, którzy odchodzą (niektóre szkoły mają nawet 20% wakatów), w klasach jest mniej doświadczonych nauczycieli, brakuje zajęć uzupełniających (muzyka, wychowanie fizyczne itd.). Nauczyciele podlegający ministerstwu edukacji (tzw. agrégés) omijają 93. Departament szerokim łukiem.
Pogłębiające się podziały
W ostatnich latach francuskie służby wielokrotnie alarmowały o przypadkach radykalizacji nieletnich, także w Seine-Saint-Denis, gdzie zatrzymywano młodych ludzi posiadających materiały związane z islamskim ekstremizmem. Zwraca się też uwagę na wzrost przemocy. W lutym 2025 r. władze objęły „wzmocnionym zabezpieczeniem” 21 gimnazjów i liceów w 93. Departamencie. Po serii wydarzeń związanych z agresją (np.
Wstyd musi zmienić obóz
Przez prawie 10 lat Dominique Pelicot odurzał swoją żonę Gisèle, aby obcy mężczyźni mogli ją gwałcić
Korespondencja z Francji
Rok 2024 we Francji został naznaczony sprawą gwałtów w Mazan, gdzie przez prawie 10 lat Dominique Pelicot odurzał swoją żonę Gisèle, aby oferować ją obcym mężczyznom i nagrywać filmy z dokonywanych na niej gwałtów. Gisèle Pelicot dzięki wyrażeniu zgody na publiczny proces stała się światowym symbolem walki z przemocą seksualną.
17 lutego ukazała się jej książka – świadectwo tych wydarzeń. Została już wydana w 22 językach, a we Francji sprzedała się w ponad 100 tys. egzemplarzy. Według dziennika „Libération” Gisèle Pelicot przeszła od statusu ofiary do ikony. Proces jej oprawców był szeroko komentowany na całym świecie. W samej Francji poszerzył debatę o przemocy seksualnej i prawach ofiar, a także o tym, że dotychczas ofiary były zawstydzane przez system sprawiedliwości. Sprawa przyczyniła się też do zmiany definicji gwałtu i napaści seksualnej w prawie karnym. Do wcześniejszych kryteriów tego przestępstwa, czyli użycia przemocy, przymusu lub groźby, dodano brak udzielenia swobodnej i jasno wyrażonej zgody.
Oskarżeni, którzy mieli od 22 do 70 lat, nie przyznawali się do gwałtów, przekonywali, że chodziło o „grę seksualną”. Najbardziej szokowała ich bezczelność. Kiedy sędzia zadał pytanie, czy pani Pelicot zgodziła się na współżycie, odpowiedź brzmiała: „nie”. Gdy pytał: „Czy zgwałcił pan panią Pelicot?”, odpowiedź również brzmiała: „nie”.
Od sprawy kryminalnej do debaty społecznej
Wszystko zaczęło się w 2020 r. od pozornie drobnego incydentu. Dominique Pelicot został zatrzymany przez ochronę po przyłapaniu go w supermarkecie na nagrywaniu kobiet od dołu, pod spódnicą. W trakcie przeszukania jego telefonu i komputera policja natrafiła na materiały, które ujawniły jeden z najbardziej wstrząsających przypadków przemocy seksualnej we współczesnej Francji. Śledztwo wykazało, że przez lata odurzał żonę, a kiedy była nieprzytomna, zapraszał dziesiątki mężczyzn, aby ją gwałcili. Pelicot opracował nawet szczegółowy „regulamin” dla sprawców: mieli myć ręce ciepłą wodą,
Kto zastąpi obecną mer Paryża?
Mieszkańcy stolicy Francji nie tylko wybiorą nowego mera, lecz także zagłosują według nowego, bardziej bezpośredniego systemu wyborczego
Korespondencja z Francji
15 marca odbędzie się pierwsza tura wyborów na mera Paryża. Przekrój profili tegorocznych kandydatów jest bardzo zróżnicowany – od Rachidy Dati, „self-made woman”, paryskiej milionerki, po Sarah Knafo – przyjaciółkę prawicowego Érica Zemmoura.
Wyborcy francuscy oraz obywatele innych państw członkowskich Unii Europejskiej, jeśli są wpisani na listy wyborcze we Francji, głosują na radnych gminnych (w Paryżu są to radni Paryża). Zasady wyborów różnią się w zależności od wielkości gminy – poniżej lub powyżej 1 tys. mieszkańców. Najbliższe wybory na radnych gminnych i radnych Paryża odbędą się właśnie 15 oraz 22 marca br. Mieszkańcy głosować będą również na radnych wspólnoty między-gminnej, a w przypadku metropolii Lyonu – na radnych metropolitalnych. Radni gminni i radni Paryża wybierani są na sześć lat, mer Paryża pełni zaś funkcję zarówno administracyjną, jak i reprezentacyjną: kieruje miejskimi służbami, przygotowuje budżet i ma istotny wpływ na kształt polityki miejskiej.
Do tej pory to radni dzielnicowi decydowali, kto obejmie stanowisko burmistrza, jednak w 2026 r. mieszkańcy Paryża zagłosują bardziej bezpośrednio – a to oznacza, że najbliższe wybory mają wyjątkowe znaczenie. Dodatkowo, po raz pierwszy od lat, skrajna prawica w sondażach notuje tak wysokie poparcie, co jest bezprecedensowym zjawiskiem w stolicy Francji.
Między skrajną prawicą a status quo
Po ćwierćwieczu dominacji socjalistów w ratuszu – w latach 2001-2014 rządził Bertrand Delanoë, a od roku 2014 do 2026 Anne Hidalgo – stolica Francji może stanąć przed politycznym zwrotem. Coraz częściej mówi się, że prawica ma realną szansę na odzyskanie władzy w mieście, które przez lata kojarzone było z lewicowym modelem zarządzania. Paryż funkcjonuje dziś jako lewicowa wyspa, trochę jak Warszawa w Polsce. W zbliżających się wyborach Paryżanie oddadzą dwa głosy: jeden na radnych swojej dzielnicy,
Amerykańskie zbrodnie wyzwoleńcze
Nie da się dokładnie wyliczyć zbrodni seksualnych dokonanych przez Amerykanów. Oskarżanie „wyzwolicieli” wciąż jest politycznie niepoprawne
Korespondencja z Francji
W Polsce panuje przekonanie, że żołnierze amerykańscy są wyzwolicielami świata, świętą armią niosącą pokój i niezawisłość, gwarantującą szczęśliwe jutro naszej ojczyzny. Tymczasem państwa, które historycznie doświadczyły obecności amerykańskiego hegemona, często postrzegają to „wyzwolenie” w zupełnie inny sposób.
Wyjątkowo brutalnym przykładem są zbrodnie na tle seksualnym popełniane przez żołnierzy amerykańskich na mieszkankach Normandii w 1944 r. – były to bestialskie akty przemocy. Aimée Helaudais Honoré, jedna z ofiar tych wydarzeń, w liście do córki opisała, jak amerykańscy żołnierze zastrzelili jej męża, a następnie, jeden po drugim, wciąż i wciąż ją gwałcili („Les viols de Françaises par des G.I. américains en 1944, un tabou brisé”, la-croix.com, 24.05.2024). Z rąk amerykańskich żołnierzy zginęło wiele kobiet – nie mając możliwości opowiedzenia światu o doznanym cierpieniu. Przez dekady temat ten był całkowicie marginalizowany, a do debaty publicznej powrócił relatywnie niedawno, często za sprawą świadectw ujawnianych pośmiertnie, np. przez dzieci ofiar („Les viols de Françaises par des G.I. américains en 1944, un tabou brisé” AFP, 5.06.2024).
Francuski wątek uzupełniają relacje z okupowanej Japonii, gdzie w miastach – o zdziesiątkowanej męskiej populacji – dochodziło do regularnych polowań na kobiety. Na samej Okinawie w ciągu pierwszych pięciu lat okupacji amerykańskiej odnotowano 76 przypadków gwałtu lub gwałtu połączonego z zabójstwem, przy czym podkreśla się, że liczba ta niemal na pewno jest zaniżona, ponieważ większość przestępstw nigdy nie została zgłoszona. Uświadamianie opinii publicznej skali amerykańskich zbrodni wojennych i seksualnych to dziś pilna potrzeba. W obliczu współczesnych napięć geopolitycznych pamięć o ofiarach przemocy seksualnej podczas II wojny światowej powinna stanowić ostrzeżenie, a nie zostać ponownie wymazana z historii.
Normandia, ziemia Bachusa
Normandia w 1944 r. stała się nie tyle ziemią wyzwoloną, ile miejscem, gdzie alkohol połączony z żołnierską bezkarnością doprowadził do zawieszenia podstawowych norm w relacjach międzyludzkich. Sprawcami okrutnych czynów byli zachodni „wyzwoliciele”. Ich występki dotyczyły wielu obszarów życia: od wypadków drogowych, przez grabieże, oszustwa, przemyt towarów objętych reglamentacją, po bandytyzm, zabójstwa i – przede wszystkim – gwałty. Dochodziło do poważnych naruszeń dyscypliny wojskowej, które wraz ze zniszczeniami spowodowanymi walkami sprawiły, że „wyzwolenie” w Normandii kojarzy się z okresem bolesnym i traumatycznym.
W październiku 1944 r. Amerykanie zabili rolnika i zgwałcili jego córki tylko dlatego, że nie chciał odstąpić im koniaku. Nieco wcześniej, w lipcu, proboszcz Denneville został zamordowany, ponieważ bronił kobiety przed gwałtem („1944: viols et crimes, le dossier noir des soldats américains”, franceinfo.fr, 20.06. 2020). Takie historie powtarzały się nieustannie na zachodnim i północnym wybrzeżu, chociażby w takich miastach jak Cherbourg-en-Cotentin czy Bousbecque. Według historyków między czerwcem 1944 r. a czerwcem 1945 r. zostało popełnionych 3620 gwałtów (J. Lilly, F. Le Roy, „L’armée américaine et les viols en France: juin 1944–mai 1945”, Vingtième Siècle. Revue d’histoire”, 2006).
Jednak podanie dokładnej liczby zbrodni na tle seksualnym dokonanych przez Amerykanów jest niemożliwe. Leon Radzinowicz, kryminolog, który badał to zjawisko w Anglii, ocenia, że w czasie wojny jedynie ok. 5% ofiar gwałtu składało zawiadomienie o przestępstwie. Ówczesne
Republika ubóstwa
Dlaczego Francja pogrąża się w regresie społecznym?
Korespondencja z Francji
O ile 20 lat temu Polacy wyjeżdżali na Zachód „za chlebem”, o tyle dziś ten Zachód, szczególnie Francja, coraz bardziej przypomina kraje „rozwijające się”. Choć w jej przypadku można raczej mówić o zwijaniu się państwa, a przede wszystkim jego obecności w życiu obywateli.
Gwałtowny wzrost nierówności majątkowych i dochodowych (np. kurczenie się stanu posiadania najbiedniejszych przy powiększaniu się majątku najbogatszych) w ostatnich dekadach doprowadził do oligarchizacji społeczeństwa, choć takie słowa jak oligarcha, korupcja i kolesiostwo na Zachodzie zastępuje się eufemizmami typu przedsiębiorca, lobbing, budowanie relacji itd. Towarzyszą temu pogłębiające się podziały światopoglądowe i kryzys polityczny, w obliczu których liberalne rządy coraz drastyczniej tną wydatki publiczne, co skutkuje rosnącym ubóstwem i bezrobociem. Zadziwiające jest to, że dzisiejsi liberałowie nie dostrzegają podobieństwa między ich polityką oszczędnościową a polityką kanclerza Heinricha Brüninga tuż przed dojściem Hitlera do władzy.
Bardzo podobne sygnały recesji
Warto zatem przypomnieć co nieco z historii. W latach 30. XX w. finansowo-gospodarcza zależność Europy od Stanów Zjednoczonych spowodowała – w wyniku spadku popytu w USA – falę recesji w Europie. Spadek cen wpływający na zyski przedsiębiorstw oraz gwałtowny wzrost bezrobocia (w Niemczech w 1933 r. było ponad 6 mln bezrobotnych) zachęciły ekonomistów głównego nurtu do promowania deflacyjnych polityk gospodarczych mających na celu obniżenie kosztów pracy, tak aby je dostosować do nowej sytuacji. Doszło do tego ograniczenie wydatków publicznych, co miało przywrócić nadwyżkę budżetową i wzmocnić wiarygodność państw. Taką politykę prowadził prezydent USA Herbert Hoover do 1932 r., Pierre Laval we Francji w latach 1934-1935, a przede wszystkim Heinrich Brüning w Niemczech w latach 1930-1932. Sfrustrowani sytuacją robotnicy oraz intelektualiści zaczęli się uciekać do skrajności, co doprowadziło do wydarzeń, które wszyscy dobrze znamy.
Dziś nie tylko we Francji, ale i w całej Europie zauważalne są zarówno kulturowe, jak i konsumenckie sygnały recesji. Jednym z nich jest tzw. efekt szminki: spadek popytu na dobra trwałe, a wzrost na produkty traktowane jako namiastka luksusu. Najlepszym przykładem tego mechanizmu jest popularność laleczek Labubu, które pozwalają konsumentowi sprawić sobie luksusową przyjemność przy poniesieniu względnie niskich kosztów.
Równolegle daje się zauważyć zmianę zachowań dotyczących jedzenia, czyli tzw. kryzysową gastronomię – maleje liczba wizyt w restauracjach, a zwiększają się zakupy drobnych przekąsek i kaw. Indeksy nastrojów konsumenckich ostro spadają m.in. we Francji, w Niemczech czy we Włoszech. Nastroje gospodarstw domowych są jednym z najlepszych wskaźników nadchodzącej recesji. Społeczeństwo sygnalizuje niepokój zmianą wzorców konsumpcji – ubóstwo i rozwarstwienie rosną wcześniej w kulturze, dopiero potem w raportach makro. Ubożenie klasy średniej świadczące o zbliżającej się recesji wywołuje działania zapobiegawcze,
Francja jako hub AI
Strategiczne porozumienie z krajami Zatoki Perskiej pozycjonuje Francję jako europejskie centrum sztucznej inteligencji
Korespondencja z Francji
Na początku 2025 r. Francja i Zjednoczone Emiraty Arabskie podpisały umowę ramową o budowie wielkiego projektu – kampusu z centrum danych dla AI o mocy 1 GW. Koszt inwestycji szacowany jest na 30-50 mld dol. Z kolei partnerstwo z Arabią Saudyjską obejmuje współpracę w dziedzinie zaawansowanej technologii (deep tech), AI i ekosystemów start-upowych. Saudyjczycy skupiają się na dywersyfikacji gospodarki i widzą w AI kluczowy czynnik wzrostu. Dzięki tym działaniom Francja, przechodząca bezprecedensowy w XXI w. kryzys, zyskuje dostęp do kapitału, talentów i infrastruktury międzynarodowej, wzmacniając jednocześnie swoją pozycję wobec konkurencji z USA i Chin, jeżeli chodzi o rozwój nowych technologii.
Zmiana kierunków zależności
W obliczu coraz szybciej zmieniającego się świata i przemian technologicznych państwa Zatoki Perskiej, które dotychczas bogaciły się dzięki złożom ropy naftowej, są zmuszone przenieść ciężar inwestycji na inny obszar. Staje się nim stopniowo sztuczna inteligencja. Transformacja gospodarcza skłania te kraje do nawiązywania współpracy z państwami mającymi realny potencjał dla rozwoju AI.
Choć najnowsze partnerstwo Francja zawarła ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, to Arabia Saudyjska, jako największa gospodarka regionu i lider w obszarze AI, wyznacza trend transformacji, który wpływa na całą Zatokę. Scentralizowana polityka Arabii Saudyjskiej zakłada długoterminową strategię inwestycyjną. Jak czytamy w raporcie francuskiego Ministerstwa Gospodarki, Finansów oraz Suwerenności Przemysłowej, Energetycznej i Cyfrowej, Saudyjski Urząd ds. Danych i Sztucznej Inteligencji (Saudi Data & AI Authority, SDAIA) utworzony w 2019 r. nadzoruje realizację Narodowej Strategii Danych i Sztucznej Inteligencji (National Strategy for Data & AI, NSDAI).
Dzięki tej strategii, z początkowym budżetem 20 mld dol., królestwo do 2030 r. ma się uplasować wśród 15 najważniejszych państw świata w dziedzinie AI. Wyszkolonych zostanie 20 tys. specjalistów, będzie ona też wsparciem powstania ponad 300 start-upów opartych na technologiach sztucznej inteligencji.
Warto w tym kontekście podkreślić, że Arabia Saudyjska zajmuje obecnie 14. miejsce na świecie pod względem potencjału w dziedzinie AI i jest pierwszym państwem arabskim w tym rankingu. Fundusz utworzony na ten cel wynosi 40 mld dol. Powołano także spółkę Humain, z kapitałem docelowym 100 mld dol., która ma wspierać dywersyfikację gospodarki i uniezależnienie jej od ropy naftowej.
Królestwo, jeśli chodzi o ramy regulacyjne AI,
Upokarzające włamanie do Luwru
Sławne muzeum z przestarzałym systemem bezpieczeństwa
Korespondencja z Francji
W samym sercu państwa przechodzącego bezprecedensowy w XXI w. kryzys polityczny nastąpiła rzecz niesłychana: w niedzielę 19 października z najczęściej odwiedzanego muzeum na świecie skradziono niezwykle cenne obiekty, o wartości idącej w dziesiątki, jeżeli nie setki milionów euro, a jak podają francuskie media, wręcz „nie do oszacowania”. Zrabowano głównie biżuterię z okresu napoleońskiego, wysadzaną diamentami i innymi cennymi kamieniami – sprawcy jednak nie będą mogli w żaden sposób jej odsprzedać, co oznacza, że „wartość rynkowa” tych klejnotów jest równa zeru.
Przebieg „skoku stulecia”, jak nazywa go francuska prasa, był banalny. Złośliwcy mogą powiedzieć, że komiczny czy kabaretowy. Jednak odzwierciedla on poważniejszy problem: całkowite zaniedbanie we Francji kultury, a nawet szerzej – instytucji publicznych.
Jak to się stało?
Jak w każdy dzień pierwsi zwiedzający pojawili się w Luwrze o godz. 9. Pół godziny po otwarciu muzeum obok skrzydła z Galerią Apollina pojawiło się czterech mężczyzn, dwóch na skuterach i dwóch kierujących podnośnikiem, za pomocą którego dostali się na balkon na pierwszym piętrze. Następnie, przy użyciu szlifierki kątowej, wcześniej pozostawionej na miejscu, wyłamali okno. W środku złodzieje w kominiarkach i żółtych kamizelkach zaatakowali dwie gabloty pancerne. Sterroryzowali ochroniarzy i skradli osiem klejnotów, wśród których znajdowały się ozdoby z czasów Pierwszego Cesarstwa, bogato zdobione szafirami i szmaragdami. Według oficjalnych informacji podczas ucieczki upuścili obok balkonu koronę cesarzowej Eugenii, wysadzaną 1350 diamentami. Eksponat został uszkodzony.
Zadziwiające jest, że w pierwszym momencie nikt z personelu, poza paroma zastraszonymi ochroniarzami, nie zorientował się, że doszło do włamania. France Info podaje, że personel dopiero po dłuższej chwili powiadomił ochronę i rozpoczął ewakuację. O godz. 9.38 sprawcy wsiedli na swoje jednoślady i po nieudanej próbie podpalenia podnośnika uciekli ulicami Paryża. Według zeznań turysty będącego świadkiem wydarzeń ludzie „usłyszeli hałas, ktoś uderzał w okno. Personel poszedł sprawdzić, ale szybko się wycofał. Pracownicy zaczęli biec i powiedzieli im, żeby się ewakuowali”. Na szczęście nikt nie został ranny.
Zdarzenie to nie tyle wstrząsnęło opinią publiczną, ile wywołało wśród obywateli Republiki niedowierzanie, że w tak łatwy sposób można okraść Luwr, najsłynniejsze muzeum świata. Przy tym wszystkim osobom stojącym w kolejce do wejścia w pierwszej połowie dnia kazano czekać dalej, mówiono o „problemach technicznych”. Część oczekujących dopiero z mediów miała się dowiedzieć, że doszło do rabunku i zwiedzanie Luwru w tym dniu nie będzie możliwe.
Zwierciadło kryzysu
Francuzi widzą w tym włamaniu odzwierciedlenie wszystkiego, co dzieje się w państwie. Wszystkie placówki kultury, podobnie jak instytucje publiczne, są skrajnie niedofinansowane. Zdaniem Cour des comptes, Trybunału Obrachunkowego, pomimo rocznego budżetu operacyjnego w wysokości 323 mln euro „kwoty te są niewielkie w porównaniu z szacowanymi potrzebami”. Polityka oszczędnościowa co chwilę zmieniającego się rządu skutkuje trwałymi zaniedbaniami w sferze publicznej, czego skrajnym przykładem jest bezprecedensowa kradzież w Luwrze.
Związki zawodowe Luwru już dawno ostrzegały przed problemami z bezpieczeństwem w muzeum. Jedna z pracownic ochrony, Elise Muller, zwraca uwagę na budżet instytucji, który był tworzony kosztem bezpieczeństwa właśnie. Ze względu na niedofinansowanie kierownictwo muzeum musiało ustalić priorytety – najważniejsze było zapewnienie bezpieczeństwa podczas dużych wydarzeń. Nikt nie wpadł na pomysł, że pewnego niedzielnego poranka bandyci wybiją szybę i ukradną biżuterię.
System bezpieczeństwa w Luwrze jest przestarzały, brak funduszy nie pozwolił na zakup nowocześniejszego sprzętu. Dyrektorka muzeum Laurence des Cars podkreśla niedostatki zewnętrznego monitoringu, który nie obejmuje wszystkich elewacji, oraz fakt, że kamery są już stare, co uniemożliwiło zarejestrowanie zagrożenia. Laurence des Cars przyznaje, że po objęciu stanowiska była zaszokowana stanem infrastruktury ochronnej. Zaplanowana modernizacja to koszt 80 mln euro, jednak postępuje powoli z uwagi na, z jednej strony, skomplikowane procedury przetargowe, z drugiej zaś – ograniczenia finansowe. Warto dodać, że szkło gablot pochodzących z 2019 r. chroniło eksponaty wyłącznie przed atakami z broni palnej, nie przed innymi metodami włamań.
W czerwcu ub.r. odbył się strajk pracowników, który miał uwrażliwić opinię publiczną i polityków na kwestie bezpieczeństwa w Luwrze. Według wspomnianej wcześniej przedstawicielki związków zawodowych podejmowane w ostatnich latach decyzje budżetowe w żaden
Ekspresowa moda, trwałe szkody
Francuzi coraz ostrzej reagują na zalew branży tekstylnej produktami z Chin
Korespondencja z Francji
Fast fashion, czyli moda ekspresowa, zalewa rynki europejskie tanimi i nietrwałymi produktami odzieżowymi. Firmy takie jak Shein, Temu czy AliExpress oferują ogromny wybór ubrań, często znacznie większy niż tradycyjne sklepy (niejednokrotnie przy tym kradnąc projekty innych firm odzieżowych), i stosują bardzo agresywną reklamę. Model ten opiera się na szybkim obrocie towarem bardzo niskiej jakości, co ma poważne skutki ekologiczne. Przemysł tekstylny odpowiada za ok. 10% światowej emisji gazów cieplarnianych i zużywa ogromne ilości wody.
Nieakceptowalne są ponadto warunki pracy w krajach produkcji fast fashion – mówi się o pracy przymusowej i dziecięcej. Moda ekspresowa osłabia też francuski (i europejski) przemysł odzieżowy: liczba miejsc pracy od 1990 r. spadła w nim trzykrotnie, obecnie zagrożonych jest kolejne 20 tys. miejsc pracy, a w przyszłości nawet 50 tys.
Francja wprowadziła już środki zaradcze, m.in. premię za naprawę ubrań i obowiązek oznaczania produktów tzw. eko-score’ami (system oceny wpływu produktów na środowisko). Nowe przepisy mają iść jeszcze dalej.
Tymczasem w Polsce w czerwcu br. Poczta Polska podpisała umowę z Temu, chińskim gigantem handlu elektronicznego, i mimo licznych głosów krytyki decyzja ta wciąż jest usprawiedliwiana przez neoliberałów, wedle zasady, że każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę na wolny rynkek, ma być pewny, że mu tę rękę wolny rynek odrąbie.
Świadomość społeczna i naciski
Zmiany prawne są bardzo często rezultatem presji społecznej. Nie inaczej było z ograniczeniami wobec chińskich gigantów odzieżowych. Firmy te oprócz ogromnego wpływu na degradację środowiska mają na sumieniu praktyki ocierające się o przestępczość systemową, w tym przypadku pracę przymusową i wykorzystywanie dzieci.
Mało przy tym się mówi o dramacie lokalnych przedsiębiorców, którzy, nawet jeśli chcieliby produkować w swoich krajach, napotykają wiele problemów, ponieważ ich koszty produkcji zawsze będą wyższe niż koszty towarów importowanych z Chin. Dlatego tanie, nietrwałe, do tego szkodliwe dla zdrowia ubrania stały się prawdziwą plagą współczesności.
Na szczęście problem ten jest bardzo zauważalny we Francji, gdzie w szczególności młode pokolenie pomnaża wysiłki w celu ograniczania własnej konsumpcji. Temat jest szeroko nagłaśniany poprzez działania influencerów, mówiących o katastrofie klimatycznej, zapraszanie do telewizji rzetelnych ekspertów zajmujących się tym tematem czy różnorakie akcje społeczne, a ludzie regularnie mobilizują się na rzecz działalności ekologicznej.
Ważny jest także w tym kontekście patriotyzm gospodarczy. Oddolne inicjatywy, takie jak bojkot nieetycznych producentów, przynoszą wymierne skutki. W sondażu organizacji Max Havelaar 60% Francuzów opowiada się za gotowością do bojkotu fast fashion. Szczególnie dotyczy to dużych sieci modowych (22%) oraz marek wielkiej dystrybucji (16%).
Dla Francuzów bardzo istotne jest wspieranie lokalnych producentów i manufaktur – pozwala to krok po kroku uwalniać się od globalnej ekspansji marek typu Zara, H&M, Topshop, Forever 21 itd., która nastąpiła w pierwszej dekadzie obecnego wieku. Według badań przedstawionych przez Statkraft i OnePoll 80% Francuzów odczuwa niepokój związany z następstwami zmian klimatycznych, co sprzyja wspomnianemu już ograniczaniu konsumpcji i wywieraniu presji na rządzących w celu wzmożenia wysiłków np. na rzecz hamowania rozwoju firm, które najbardziej zanieczyszczają środowisko.
Droga legislacyjna
W Polsce propozycja nałożenia kar na chińskie firmy spotyka się nie tylko ze sprzeciwem, lecz nawet z oburzeniem liberalnych polityków, którzy powołują się na argument o „ograniczaniu wolnego rynku”. Ze względu na tak dogmatyczny tok myślenia o systemie kapitalistycznym niemożliwe stają się jakiekolwiek konsultacje międzypartyjne w tym zakresie.
Tymczasem we Francji propozycję ustawy ograniczającej tzw. szybką modę złożył nie polityk lewicowej proweniencji, lecz deputowany Republikanów Antoine Vermorel-Marques, który zauważa rosnący problem marginalizacji francuskich producentów w obliczu zalewu chińskich
Francuski dług wobec Trypolisu
Jak libijskie miliony zasiliły kampanię Sarkozy’ego
Korespondencja z Francji
Były prezydent Nicolas Sarkozy, jedna z ciekawszych postaci V Republiki, został niedawno skazany na pięć lat więzienia w procesie dotyczącym afery korupcyjnej powiązanej z byłym przywódcą libijskim Muammarem Kaddafim i nielegalnego finansowania kampanii wyborczej w 2007 r.
Po raz pierwszy w sprawie libijskiego finansowania Nicolas Sarkozy został zatrzymany 20 marca 2018 r. Wyrok zapadł jednak dopiero w tym roku i został opatrzony klauzulą natychmiastowej wykonalności, co oznacza, że będzie obowiązywał, nawet jeśli były prezydent odwoła się od decyzji sądu. W toku śledztwa i procesu Sarkozy’emu zarzucono m.in. nielegalne finansowanie kampanii wyborczej, bierną korupcję i tuszowanie przywłaszczenia środków publicznych. Aby jednak zrozumieć złożoność malwersacji finansowych, które zaważyły na przyszłości byłego prezydenta, należy w pierwszej kolejności odnieść się do zawiłych powiązań w jego najbliższym otoczeniu.
Kamuflowanie pieniędzy po francusku
W paryskim światku elit pierwszej dekady XXI w. roiło się od nazwisk, które później miały się pojawiać na salach sądowych. Jedną z takich postaci był Ahmed Djouhri, biznesmen i znajomy wielu francuskich polityków. W 2006 r. poznał on Nicolasa Sarkozy’ego, wówczas ambitnego polityka, który już rok później miał objąć urząd prezydenta Francji.
Francuski wymiar sprawiedliwości interesował się Djouhrim od dawna. W 2018 r. Djouhri został zatrzymany w Londynie w związku z podejrzeniem udziału w tajemniczych transakcjach finansowych. Jedna z nich dotyczyła przelewu na kwotę 500 tys. euro dla Claude’a Guéanta, który współpracował z Sarkozym jako szef gabinetu od 2002 r., gdy późniejszy prezydent był jeszcze ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Jeana-Pierre’a Raffarina. Według śledczych po wyborach prezydenckich Guéant miał otrzymać przelew z zagranicznego konta. Wkrótce potem, w 2008 r., nabył luksusowe mieszkanie w prestiżowej XVI dzielnicy Paryża, o wartości 717 500 euro. Oficjalnie środki miały pochodzić ze sprzedaży dwóch obrazów flamandzkiego malarza Andriesa van Eertvelta malezyjskiemu prawnikowi Sivie Rajendramowi. Remont mieszkania miał być w całości opłacony w gotówce, co sugeruje, że część łapówki została przekazana poza wspomnianym przelewem.
W opinii niezależnych ekspertów wspomniane dzieła sztuki, choć opatrzone certyfikatem wyceniającym je na 500 tys. euro, w rzeczywistości były warte najwyżej kilkadziesiąt tysięcy (na dokumencie widnieje podpis Georges’a de Jonckheere’a, lecz marszand specjalizujący się w malarstwie flamandzkim zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek potwierdzał tak wysoką wycenę dzieł). Zespół dziennikarski programu „Cash Investigation” podczas konsultacji ze znawcą sztuki i rynku antyków Peterem de Boerem ustalił, że w latach 90. prace van Eertvelta sprzedawano za dzisiejszą równowartość ok. 22 tys. euro, obecnie zaś ich wartość rynkowa nie przekraczałaby 40 tys. euro.
Na tym jednak historia się nie kończy. Trop prowadzi dalej, do dwóch biznesmenów: Wahiba Nacera i Khaleda Bugshana, którzy mieli przelać 500 tys. euro na konto malezyjskiego prawnika. A ten miał przekazać środki Guéantowi. Cały łańcuch operacji finansowych to klasyczny przykład tego, co francuscy śledczy nazywają déguisement d’argent, czyli kamuflowaniem pieniędzy, by nadać legalną formę środkom wątpliwego pochodzenia.
Wokół Djouhriego również narastały kontrowersje. W 2009 r. sprzedał swoją willę na Lazurowym Wybrzeżu, wartą według szacunków ok. 1,8 mln euro, za niemal pięciokrotnie wyższą kwotę (9,5 mln euro). Nabywcą był pośrednik, który odsprzedał nieruchomość funduszowi inwestycyjnemu LAP, powiązanemu z libijskim kapitałem. Za kulisami tych operacji, jak podają liczne źródła, miał stać Wahib Nacer – człowiek, który pojawia się w tle niemal każdej podejrzanej transakcji. Sieć powiązań między francuskimi elitami politycznymi, biznesmenami z Bliskiego Wschodu i zagranicznymi pośrednikami pokazuje, jak skomplikowane potrafią być mechanizmy prania pieniędzy w najwyższych kręgach władzy. I jak precyzyjnie działa system mający na celu ukrycie źródeł nielegalnych środków.
Pensje z szafy
Pierwsza podróż Nicolasa Sarkozy’ego do Trypolisu nie była przypadkowa. Każdy szczegół tej wizyty został starannie zaplanowany przez jego najbliższego współpracownika, Claude’a Guéanta, oraz wpływowego pośrednika Ziada Takieddine’a, francusko-libańskiego przedsiębiorcę. Właśnie ta podróż miała otworzyć nowy rozdział w relacjach Paryża z reżimem Muammara Kaddafiego, co przerodziło się w jedną z największych we współczesnej Francji afer korupcyjnych, której dowodów nie da się podważyć.
Aby zrozumieć całą historię, warto przytoczyć świadectwo Moftaha Missouriego, bliskiego współpracownika Kaddafiego, który po latach zgodził się udzielić wywiadu francuskim dziennikarzom. W jego relacji pojawia się scena, która wygląda jak fragment politycznego kabaretu. Missouri twierdzi, że po poufnym spotkaniu Kaddafiego z Sarkozym w 2005 r. (czyli, gdy ten był jeszcze ministrem spraw wewnętrznych) otrzymał od libijskiego przywódcy nagranie ich rozmowy. Słychać rozmowę prowadzoną po angielsku, podczas której Sarkozy wyjawia Kaddafiemu






