Wpisy od Stanisław Filipowicz
Róża Luksemburg i Kalwin
Przerzucam wydane niedawno „Notatniki” Alberta Camusa. Coraz mniej mam cierpliwości do zawiłych wywodów. Prawdziwy talent jest lakoniczny. Zresztą, ile warta jest dzisiejsza „literatura”? W czasach, gdy – dzięki funkcji „kopiuj wklej” i wsparciu AI – już właściwie każdy może zostać autorem „książki”? Tych książek, dodam na marginesie, jest coraz więcej, ale nikt ich nie czyta, bo wszyscy są zajęci pisaniem.
U Camusa w notatkach z 1948 r. odnajdziemy cytat pochodzący z rozprawy „O rewolucji” Róży Luksemburg. Czytamy: „Panowanie szerokich mas ludowych jest całkiem nie do pomyślenia bez wolnej, nieskrępowanej prasy, bez swobodnego życia stowarzyszeń i zgromadzeń”.
Jaką siłę mają nasze marzenia o wolności? Bywa różnie. Niestety, na ich drodze bardzo często staje kult prawdy – gdy dochodzi do głosu, wolność zaczyna przeszkadzać. Tak było w czasach wielkich rewolucji, tak jest dzisiaj, w dobie wojen kulturowych, kiedy liberalną zasadę wolności i wzajemnego uznania obezwładnia pomieszana z nienawiścią pogarda.
W jaki sposób prawda staje się narzędziem przemocy? Dlaczego wolne słowo tak często musi się cofać? Niestety, fanatyzm bez trudu usuwa ze swojej drogi sceptycyzm. Wahanie nie może stać się źródłem siły – sceptycy nigdy nie sięgają po miecz. Przewagi wolności słowa mają kruche podstawy: głód prawdy jest zawsze silniejszy niż szlachetne powątpiewanie. Czy nasza przyszłość należy do fanatyków i demagogów?
No dobrze, skręciłem w złą stronę, nasunęły się złe skojarzenia. Wracam więc na właściwe tory. Pomówmy o rozumie i tolerancji, pomówmy o tradycji Zachodu. Kalwin, Genewa, rok 1553, czas reformacji, na szali postawiono prawdy otwierające drogę do zbawienia. Kalwin głosi swoje nauki z najgłębszym przekonaniem,
Co zapamiętamy?
Badania opinii publicznej pokazują, że w Polsce maleje liczba zwolenników Unii Europejskiej. Polexit na horyzoncie? Prawo nie stwarza przecież wysokiej bariery – stosowna ustawa, podpis prezydenta i jesteśmy poza Unią. Czyli gdzie? Czy politycy – przedstawiający Brukselę jako matecznik Szatana – potrafiliby na to pytanie odpowiedzieć? Bo tu antyunijna demagogia już nie wystarczy, potrzebna jest zdolność przewidywania. Może Brytyjczycy otworzą nam bramy Zjednoczonego Królestwa?
Kto dziś pamięta Stefana Zweiga? Jego opowieść o Europie „Świat wczorajszy. Wspomnienia pewnego Europejczyka” łączy ukłon oddany przeszłości z gorzką refleksją. Zweig urodził się w 1881 r., wspomina Europę, którą starła z powierzchni ziemi I wojna światowa, kładąc do grobu „złoty wiek pewności i bezpieczeństwa”. Opisuje też czas po katastrofie i kolejną katastrofę – erupcję nazistowskiego szaleństwa. „Wbrew woli – pisze – stałem się świadkiem najstraszliwszej klęski rozumu i najdzikszego triumfu brutalności w historii świata”. Popatrzmy, nic nie jest dane raz na zawsze. Może lepiej zastanawiać się, niż opłakiwać? Chcielibyśmy spisywać nasze własne wspomnienia dotyczące świata, który zapadł się pod ziemię?
Zweig opuścił Europę pod przymusem, jako wygnaniec. Dopóki mógł, stawał w jej obronie. Nie tracił wiary w jej przyszłość nawet wtedy, gdy fanfary zła stawały się coraz głośniejsze. Odczyty, wykłady, artykuły w codziennej prasie, eseje. Był wszędzie – nieustannie w drodze. Tłumaczył, analizował, zachęcał do zastanowienia.
W eseju „Idea europejska w swoim rozwoju historycznym” przypominał: w historii Europy okresy konsolidacji przeplatały się zawsze z momentami rozdarcia. Średniowiecze rozwinęło sztandary wspólnej wiary, ale w epoce reformacji cud, jakim było „panowanie stworzonej na nowo łaciny”,
O sztuce myślenia do góry nogami
Czy warto zajmować się przeszłością, czy to nie strata czasu? Przeszłości przecież już nie ma. Komu potrzebny jest gruz pamięci, po co nam wypłowiałe obrazki? Natrętne mamidło naszych czasów – pojęcie postępu – zachęca nas do przekory. Obrazków jednak nie lekceważmy, wielka albowiem jest siła przykładów. Czasami potrafią powiedzieć więcej niż wielotomowe biblioteki. Pokazać to, czego nie potrafilibyśmy – a może nawet nie chcielibyśmy – zobaczyć.
Wniosek: nauczmy się patrzeć przeszłości prosto w oczy. Na przykład kwestia dobra i zła. W jakim punkcie trzeba przyłożyć oko, by uchwycić różnicę? Jak sobie radzić, gdy wszystkie prawdy stanęły na głowie i musimy myśleć „do góry nogami”, uczestnicząc w coraz większym zamieszaniu? Tak to dziś wygląda. Toczą się wojny, coraz wyraźniej widzimy, że pojęcia prawa i moralności wyrwały się nam spod kontroli. Ostatecznie kto ma siłę, ten ma rację.
Żyjemy w czasach, które z wielkim zapałem deklarują się po stronie „wartości”. W moich najbardziej przygnębiających snach widzę transparenty z napisem: „Jesteśmy po stronie wartości”. Kto? Oczywiście „My”. A zatem? Wiadomo, ci lepsi. Oto maligna naszych czasów – założycielska fikcja „wolnego świata”. Pogląd, zgodnie z którym Zachód stanął na szczytach dziejów, prowadząc krucjaty w obronie „wartości”. Broniąc cywilizacji przed barbarzyńcami. Kolejna manifestacja tej „prawdy” nabrała dziś kształtu w Iranie.
W 1812 r. Napoleon postanowił wyruszyć na Moskwę. Jego intencje były szlachetne – określając swoje stanowisko wobec Rosji, oświadczył: „Trzeba ich odrzucić tak daleko w głąb lodowatej pustyni, żeby nie wrócili i nie wtrącali się do spraw cywilizowanej Europy”. Cywilizacja wypowiedziała wojnę antycywilizacji.
Ciekawe, minęło ponad 200 lat, a my wciąż nie opuszczamy naszego posterunku – żyjemy w trwodze, z myślą o nadciągającej nawałnicy. Eksperci każą się mieć na baczności. Snują swoje przewidywania: dwa, trzy lata, a może pięć. Wszystko jest jasne, czasu zostało niewiele. Z drugiej strony kalkulacje strategów obejmują dziesięciolecia. Planujemy wydatki, próbujemy zaciągać kredyty. Jakie źródła mają zatem potoki „jasnowidzenia” podsycające atmosferę napięcia? Komu są tak bardzo potrzebne werble wojenne? Co oznacza to podwójne widzenie,
Demony polityki
Zło rodzi dobro, dobro staje się początkiem zła. Takie wnioski wysnuwał Niccolò Machiavelli, przypatrując się sprawom naszego świata w „Rozważaniach nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza” i losom Florencji w „Historiach florenckich”. Największe zbrodnie polityczne wynikają na ogół z upodobania do rzeczy wielkich – otoczonych aureolą świętości i dostojeństwa. Właśnie wtedy zło przemawia językiem dobra, przyswaja sobie jego reguły, pochłania jego treść i obraca ją na własną korzyść, ukrywając się za jego fasadą.
Fanatycy terroru byli zawsze entuzjastami świętej sprawy, stojącymi na postumencie najwyższych wartości. W dniach terroru jakobińskiego Francją rządziły hymny republikańskie – namiętne peany obrońców wolności, równości i braterstwa. Dobro stawało przeciwko złu. Jak wielkich ofiar domaga się dobro?
Robespierre, przywódca czasów terroru, brak poświęcenia traktował jako zdradę. Spał krótko, czuwał. Amerykański historyk Colin Jones w znakomitej pracy „Upadek Robespierre’a. Ostatnie 24 godziny terroru” stawia nam przed oczami postać mściwego fanatyka – człowieka pozbawionego wahań, które mogłyby stworzyć szczelinę w monolicie doktryny. „Nieprzekupny” – taki przydomek nadano Robespierre’owi – nie pragnął żadnej nagrody ani żadnych zaszczytów. Mieszkał skromnie, w pokoju wynajmowanym u stolarza. Żył dla sprawy, studiował donosy. Nie pomyślał, że skończy tam, gdzie wysyłał swoich wrogów – na gilotynie.
Ciekawe, tyrani nowoczesności (podobnie jak dzisiejsi dyktatorzy mody) upodobali sobie stylistykę skromności, wybrali surową lakoniczność. Mundur symbolizuje poświęcenie, stać się może szczelną maską nikczemności. Ostentację uprawiali tylko rzymscy cezarowie,
Czas Apokalipsy
W powietrzu jest wojna, Europa oddycha wojną. Nadzieje na trwały pokój nie mają żadnej podstawy. Przeczą im wszystkie przewidywania dotyczące nieuchronnego starcia pomiędzy Wschodem i Zachodem. Dokąd zmierza Europa, na co ostatecznie gotowi są nasi „chętni”? Na co ich stać? W wywiadzie dla „Newsweeka” Emmanuel Todd, autor wydanej u nas właśnie „Klęski Zachodu”, mówi: „Sytuacja jest absurdalna: europejskie rządy, które nie były w stanie wygrać wojny z Rosją razem z Amerykanami, wyobrażają sobie, że mogą ją wygrać bez Amerykanów”. Ile jest warta europejska polityka, skoro nie ma w niej miejsca na trzeźwe oceny? Niedobrze. Upojenie fikcją to równia pochyła, z łatwością może się przerodzić w obłęd. Jak wiele dzieli nas od eksplozji namiętności, po której pozostać mogą już tylko popioły?
Ktoś zapyta: a cóż takiego wynika z apeli w obronie pokoju? Wszystkim przecież i tak rządzą głębiej ukryte mechanizmy i to właśnie one zdobywają przewagę nad dobrymi intencjami i deklaracjami. Być może tak właśnie jest.
W okresie poprzedzającym wybuch II wojny światowej o pokoju mówiono nieustannie. Przypomina o tym Richard Overy w swojej historii II wojny „Krew i zgliszcza”: „W 1936 r. odbył się wielki kongres pacyfistyczny w Brukseli, na którym powołano Międzynarodową Kampanię Pokojową (International Peace Campaign, IPC) jednoczącą grupy antywojenne i pacyfistyczne z całej Europy Zachodniej”. Klimat nie sprzyjał wojnie. Pod petycją w sprawie zwołania konferencji pokojowej, skierowaną do premiera Chamberlaina w marcu 1939 r., zebrano ponad milion podpisów. Politycy brytyjscy dążenie do rozlewu krwi nazywali „aktem godnym wściekłego psa”.
Niestety, fatum wojny okazało się silniejsze od wszelkich zahamowań. To ciekawe, oświecenie nie stworzyło żadnych form mądrości, która chroniłaby nas przed szaleństwem. Jesteśmy zawsze tylko o krok od utraty równowagi. Opętanie zaczyna się wraz z językiem – im więcej mówimy o wojnie, tym bardziej oczywista staje się jej obecność. Pokój ma szanse tylko wtedy,
Czy leci z nami pilot?
Są wreszcie powody do optymizmu: nasz kanon powszechnej, niewymuszonej mądrości poszerzył swoje granice. Do medycyny i piłki nożnej dołączyła geopolityka. Trudno już policzyć jej znawców. Tak bywa – największą karierę robią słowa, które nie mają żadnego konkretnego znaczenia. Można za ich pomocą wykonywać tragikomiczne figury i wciąż być na fali.
Ale uwaga – z myśleniem jest podobnie jak z gotowaniem: pomieszać można wszystko, tylko nie zawsze coś z tego wychodzi. Słucham i zastanawiam się: czym jest geopolityka? Magiel polityczny, obserwacje historyczne, wróżenie z fusów. Sporo chwytów propagandowych, ale to normalne, geopolityka jest częścią ideologii. Pojęcie „przestrzeni życiowej”, które pokochali naziści, było projekcją politycznych obsesji, a nie elementem prawdy o świecie.
Mapy, najlepiej studiować mapy. A jednak im dłużej to robimy, w tym głębszą możemy popaść konfuzję. Mapy nieustannie się zmieniają. Nie zapomnijmy – każde stulecie miało swoje własne mapy. W tym miejscu nasuwa się ciekawe i ważne pytanie: jaki sens mają zmiany na mapach? W jakich relacjach pozostają dwie siostry – historia i geografia? Jeden z patronów geopolityki, Halford Mackinder, twierdził, że historia jest „pochodną” geografii. Na pewno?
Mapy Europy stanowią przypadek szczególny, tu ruch jest największy. Półkula zachodnia? Popatrzmy: granice stoją tam w miejscu. Na naszym kontynencie – nieustanne wstrząsy i zamęt. Może właśnie tu – jak rzec można, odwracając tezę Mackindera – geografia jest tyranizowana przez historię?
Na przykład Napoleon, jakaż dezynwoltura, jaka fantazja! Na mapy nie zwracał specjalnej uwagi, interesowały go idee. Nie wdawał się w żadne przyziemne kalkulacje, wierzył w moc przeznaczenia. Planując wyprawę na Moskwę, wyjawił adiutantowi: „Czuję się popychany w kierunku jakiegoś nieznanego celu”. Wschód go fascynował. „Europa to kretowisko – mówił – wielkie imperia i wielkie rewolucje istniały tylko na Wschodzie”. W 1812 r. nie pomyślał nawet, że w Rosji może padać śnieg. Nic nie interesowało go bardziej niż własne pragnienia. Czy historia może się powtarzać? Iluż to Napoleonów stoi dziś w letnich mundurach, gotowych do drogi?
A my? No cóż, drążymy w kretowisku swoje tunele. Nasi rządzący niespecjalnie przypominają Napoleona, ale w
Migawki z życia narodu wybranego
Miewaliśmy premierów i prezydentów. Nawet królów los nam posyłał. Ale to nie koniec – na kartach naszej historii pozostawiła ślady także dyktatura, i to najprawdziwsza. 5 grudnia minęła 195. rocznica ustanowienia dyktatury Józefa Chłopickiego. To właśnie jego spiskowcy, bohaterowie nocy listopadowej, postanowili uczynić stróżem naszego przeznaczenia. Rzecz całą, z podaniem interesujących szczegółów, opisuje Maurycy Mochnacki w „Powstaniu narodu polskiego w roku 1830 i 1831”.
Autor „Powstania…” nazwał Chłopickiego złośliwie „wielkim pacjentem rewolucji”, a to dlatego, że w dniach przesilenia zapadł on „w wielką niemoc”, kazał sobie krew puszczać, przez dni kilka desperował i hamletyzował. Ostatecznie jednak, mimo że „wymawiał się najuporczywiej”, ustąpił i zażądał władzy całkowitej. „Potrzeba mi dyktatury do utrzymania karności”, oświadczył.
Azaliż, jak to w uroczym kraju naszym bywa, wszystko miało własny koloryt i swój kształt osobliwy. Otóż dyktator – stawiając na głowie tradycję sięgającą czasów rzymskich – zaprowadza, jak pisze Mochnacki, „bezrząd”. Realizując swój czyn dziejowy, wyzwala moc bałaganu. Przeznaczeniem pierwszych dni powstania staje się chaos.
Po co dyktatorowi Sejm i rząd? – zastanawiał się Mochnacki. Grudzień roku 1830 stawia nam przed oczami groteskowe desenie. Na pierwszy plan wysunęło się urzędowanie, cudownemu rozmnożeniu uległy wszelkie stanowiska rządowe. „Kto w Boga wierzył – zauważa Mochnacki – chciał urzędować”. Na scenę tłumnie wkroczyli – ten aspekt musi nas wzruszyć najbardziej – kombatanci: „Ten siedział lat parę w więzieniu – a więc zrobić go ministrem! Ów pod przeszłym rządem otrzymał niezasłużoną dymisję z rządu,
Umysł (ponownie) zniewolony
Kiedy to było – wczoraj czy przedwczoraj – gdy pokropiwszy święconą wodą cienie przeszłości, przypinaliśmy sobie anielskie skrzydła? Obalenie „komuny” oznaczać miało zmartwychwstanie wolnego słowa – zwycięstwo nieskrępowanej prawdy strącającej do niebytu myśl zniewoloną. Wzruszające to były chwile.
Gdzie się podziały nasze anielskie skrzydła? Co ujrzymy, stając dzisiaj przed lustrem?
W „Zniewolonym umyśle” Czesław Miłosz umieścił jako motto słowa „starego Żyda z Podkarpacia”: „Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak”. Niestety, dzisiaj wszyscy chcą mieć 100 procent racji. „Paskudny gwałtownik” odzywa się coraz mocniejszym głosem. Gdzie są nasze wzniosłe intencje, wahania i powątpiewanie? Przedziwny cykl historii – po zmartwychwstaniu wolnego słowa nastąpiło wskrzeszenie języka fanatycznej jednostronności.
Powinniśmy się czuć zaskoczeni? Po latach zaglądam do mającego kiedyś mocny rezonans eseju Milana Kundery „Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej”. Snując swe rozważania, Kundera wprowadzał na scenę postać „wandala”. Czytamy: „Wandal to dumna z siebie ograniczoność umysłu: wystarcza sobie samemu i w każdej chwili gotów jest dochodzić swoich praw. Ten dumnie ograniczony umysł wierzy bowiem, że możność dostosowania świata do jego obrazu należy do jego niezbywalnych praw”.
Jak wiele z tych obserwacji powinniśmy wziąć do siebie? Czym jest dzisiaj „Zachód”? Jak zrodziła się obsesja moralnej przewagi, która, o zgrozo, stała się jednym z prawideł „wolnego świata”? Jak doszło do tego, że jesteśmy gotowi uderzać innych naszą „prawdą” po głowie?
Niestety, kołowrót umysłu zniewolonego wciąż się obraca. Mam na myśli nie tylko zjawisko internetowych baniek komunikacyjnych. Chodzi o więcej, o głęboką deformację wzorców, które ongiś tworzyły osnowę kultury wolnego słowa. O blokowanie przestrzeni refleksji zgodnie z
Kto kogo powinien się bać?
Kroczymy dumnie. Nasze sztandary powiewają na stosach makulatury – własną mądrość przeznaczyliśmy na przemiał. Rozum abdykował, króluje efekciarstwo. Przodownikami w krainie absurdu są oczywiście politycy. Naiwnie myślałem, że stylizacje oparte na asortymencie sieci handlowej Militaria.pl. należą do epoki słusznie minionej. Ale gdzie tam, pojawiły się repliki. I znowu oglądamy imitacje mundurków na tle machin bojowych.
Propaganda inscenizuje Orwella – organizuje treningi jednomyślności. Argumenty nie mają dziś większego znaczenia – język polityki stał się narzędziem gwałtu. Ma ogłuszać, wywoływać halucynacje, powodować napady gorączki. Animatorzy politycznych widowisk nie mają dziś żadnych poglądów, oni po prostu tworzą „narracje”. Jako ich napęd wykorzystują emocje. W maglu politycznym cynizm miesza się ze skrajną naiwnością, afektacja z wiarą w cuda. Powstaje mieszanka, za pomocą której można wysadzić świat w powietrze.
Wysłuchujemy morałów na temat dezinformacji, podczas gdy kłamstwo stało się jednym z głównych narzędzi władzy. Liberalna polityka nacechowana jest dziś pogardą – jesteśmy traktowani jak widzowie w tanim kinie, którzy powinni uwierzyć w każde głupstwo. Najważniejsze, by nie myśleć inaczej – Wielki Brat grozi palcem. Wahania prezydenta USA, jak potraktować sprawę dronów, które naruszyły naszą przestrzeń powietrzną, jeden z portali internetowych określił następująco: „Nowe bzdury Trumpa o dronach”. Zgłębiając tę puentę, zapytałbym jedynie: w którym to kraju bzdury odgrywały zawsze większą rolę i do czego to ostatecznie doprowadziło? Co o tym mówią kroniki?
Wstyd. Kiedyś ta bańka pęknie, już widać symptomy. Jeśli porównamy oficjalny przekaz polityczny – wzmacniany przez zaangażowane media mainstreamu – z klimatem opinii ukształtowanych w internecie, okaże się, że istnieją dwa odrębne porządki myślenia. Bardzo wyraźnie widać to w komentarzach i wyjaśnieniach
Wielka masakra kotów
Wielka masakra kotów nie jest fantazją. Doszło do niej w XVIII-wiecznym Paryżu. W tych czasach sympatię dla kotów utożsamiano z pańskim wykwintem. Do tego – jak zawsze – koty oskarżano o konszachty z diabłem. Czasami hamulce przestawały działać, tak jak u schyłku lat 30., gdy szału dostali czeladnicy drukarscy z ulicy Saint-Séverin. Zwierzęta chwytano do worków, następnie, po symbolicznym procesie, wieszano. Sceny gwałtu powtórzyły się potem wielokrotnie w pantomimie. Instynkt odwetu miał mocne, głęboko ukryte korzenie. W corocznych obrzędach nocy św. Jana paryżanie wrzucali do ognisk całe worki kotów.
Niebawem dręczyciele kotów przywdziali szaty dostojeństwa. Nadeszła rewolucja – „lud suweren” stanął na szczytach władzy ze wszystkimi swoimi skłonnościami i upodobaniami. Urzekający wiek XVIII – czas Oświecenia, epoka postępu. Na jego straży stanęła gilotyna.
Co oznacza postęp? Konkretne udoskonalenia? Owszem. Jednak zasada postępu, sprowadzona na tory abstrakcji związanej z pojęciem dobra, staje się niebezpieczną pokusą, czasami prowadzi do zbrodni. Ile okrucieństw popełniono w epoce kolonizacji, powołując się na wymogi związane z postępem „cywilizacji”?
Odnosząc się do losów wielkiej iluzji, Czesław Miłosz pisał: „Wiek XIX nie zasługuje na podziw i kiedy I wojna światowa zaczęła pruć jego materię, wysypały się z niej trociny. Posąg humanitarnego, rozumnego, stałego postępu, któremu składano hołdy, okazał się kukłą”.
Nasz dorobek robi wrażenie: dwie wojny światowe, miliony poległych. Trzecia – kto wie, być może na progu? Nauczyliśmy się czegoś? Patrząc na postawy polityków oświeconego Zachodu, można odnieść wrażenie, że wszelkie nauki poszły w las. Pojawił się charakterystyczny rodzaj egzaltacji związanej z wojną. Jest z nią dziś do twarzy. Politycy stają się potrzebni i ważni. Tak, tak – synowie Achillesa. Waleczni, z błyskiem w oku. Tańczą na parapecie.
Amerykański generał rzuca śmiałą myśl: mówi o „starciu Kaliningradu z powierzchni ziemi”. Odważnie. Ciekawe, czy zastanawiał się nad zasadą odwetu nuklearnego. W czyim imieniu występuje? W imieniu mieszkańców Braniewa, Bartoszyc, Gołdapi? Odnosząc się do przyczyn i przebiegu








