Felietony

Powrót na stronę główną
Felietony Jan Widacki

Reparacje i ekshumacje

Gdyby hasłowo przedstawić główne cele i zadania polskiej polityki zagranicznej wskazane przez polską prawicę, byłyby to właśnie reparacje i ekshumacje. Reparacje od Niemiec i ekshumacje ofiar UPA na Ukrainie.

To nic, że za wschodnią granicą wojna, że ruskie drony przelatują przez tę granicę. To nic, że Trump ma słabość do Putina, że po spotkaniu na Alasce najpierw zaproponował Ukrainie pokój na warunkach kapitulacji, a później jakby jego zainteresowanie Ukrainą i całą Europą mocno osłabło. W dalszej perspektywie ma dogadanie się z Rosją, bo przeciwnika Stanów Zjednoczonych widzi nie w niej, ale w Chinach. To nic, że Trump zaczyna wojnę celną z całym światem, w tym z Unią Europejską (której było nie było jesteśmy członkiem), że transatlantycka jedność NATO, jeśli jeszcze nie pęka, na pewno się osłabiła. To nic, że jedność Unii Europejskiej, głównie za sprawą postawy Węgier czy Słowacji, jest wyraźnie zagrożona. To wszystko nic! Polski prezydent jedzie do Berlina z absurdalnym żądaniem reparacji wojennych. Od Ukrainy zaś, która dzielnie walczy nie tylko o swoje istnienie, ale także jest naszym „przedmurzem”, domagamy się rozliczeń ze zbrodni UPA sprzed ponad 80 lat! Akurat teraz!

Domaganie się, w dodatku na najwyższym państwowym szczeblu, reparacji od Niemiec jest nie tylko absurdalne, bo wiadomo, że z prawnego punktu widzenia nie ma dziś dla nich żadnych podstaw. Co zresztą prezydentowi Nawrockiemu powiedzieli w oczy i prezydent Niemiec, i kanclerz. Nie tylko ośmiesza nas na arenie międzynarodowej (wyśmiała nas prasa niemiecka i nawet czeska), ale jeszcze ochładza i tak nie najlepsze ostatnio stosunki z Niemcami. W sytuacji, gdy nasze niebo jest praktycznie bezbronne, co pokazała ostatnia rosyjska prowokacja, kiedy pomoc sojuszników

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Faszyści ante portas? Nie, są na szczycie

Zastrzelenie w USA skrajnie prawicowego aktywisty Charliego Kirka odbiło się echem zarówno w USA, jak i na świecie, w tym w Polsce. Może nie warto pomijać tych reakcji, co, jak sądzę, się dzieje. Trzeba zdać sobie sprawę, w jakim punkcie jest polska scena polityczna, Sejm, prezydent. Te zachowania nie są naiwne ani niewinne, są groźne, bo można je także odczytywać jako zapowiedź miejscowych aktywności. Nie jest też tak, że agresywna „żałoba” po amerykańskim faszyście jest czymś nagłym i zaskakującym – faszyzujemy się, m.in. przez przemilczanie, bagatelizowanie i legitymizowanie w przestrzeni publicznej nie tyle poglądów przypominających rdzeń faszyzmów zastanych i odradzających się, ile faszyzmu expressis verbis. Oswoiliśmy się z tym, to zarzut głównie wobec politycznego centrum, nie reagujemy, udajemy, że nie słyszymy, symulujemy, że nie zrozumieliśmy czegoś, czego nie da się inaczej interpretować.

Dwa słowa o zastrzelonym amerykańskim faszyście, którego zresztą polski prezydent odziera całkiem z jego politycznego modus operandi, nazywając z czułością godną lepszej sprawy „młodym mężczyzną, mężem i ojcem”. Rzecz w tym, że nic z tego nie uczyniło Kirka gwiazdą skrajnej prawicy i ulubieńcem Trumpa.

Symptomatyczne też, że Facebook usunął wpis Piotra Wilkina, polskiego komentatora, na temat pakietu „poglądów” Kirka (całość zdjętego komentarza zamieściło OKO.press). Czegóż to nie wolno przeczytać na „polskim” FB? „Charlie Kirk był gościem, którego życiowa misja to było szczucie na »podludzi« – którymi, w zależności od humoru czy też dostępnej amunicji erystycznej, byli: lewicowi akademicy (jego organizacja Turning Point USA opublikowała »czarną listę« »lewackich« pracowników naukowych), Latynosi, czarnoskórzy (…), słowem, facet praktycznie nie robił w życiu nic, tylko wskazywał palcem wrogów”. „Jaka była jego postawa wobec przemocy w polityce? Cóż, dość powiedzieć, że kiedy szaleniec wparował do domu państwa Pelosi i prawie zatłukł siekierą męża Nancy Pelosi, Paula, Charlie Kirk

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Wszystko dla demokracji

Nalot dronów na Polskę nie tylko przypomniał o tym, że wojna na wschodzie nas dotyczy. Ujawnił też, jak wiele jest zakutych łbów. Ale przecież powiedziały nam o tym już wybory, głosy na Brauna i Nawrockiego. Teraz to niemal w 100% ich wyznawcy snują teorie spiskowe: te drony to ukraińska robota, chcą nas wciągnąć w wojnę. Ale przecież nawet moi znajomi, którzy mają sporo oleju w głowie, po „dronowym deszczu” zachowują się niemądrze. Znajoma kazała mężowi kupować nasiona, przede wszystkim grochu, by sadzić na balkonie na czarną godzinę, poza tym postanowiła kupić we Włoszech mieszkanie, by być dalej od wschodniej granicy. W sklepie słyszę, jak klientka rozmawia z ekspedientką, gdzie najlepiej uciekać, uzgadniają, że poza Europę.

Gigantyczny wir fałszywych informacji w sieci, kłamstw i nonsensów ukazuje, jak powszechny jest brak rozumu. Więcej tego niż kiedyś? Nie, teraz po prostu głupota i zła wola mają potężne narzędzia, by się upubliczniać. Gdyby dawne pokolenia dysponowały internetem, strach pomyśleć, co by pisano. Teraz głos wybitnego intelektualisty waży w sieci tyle samo, ile głos durnia. Dureń i szaleniec zalewany jest milionem informacji, ale wybiera te, które współgrają z jego głupotą lub ją karmią.

Tusk i Nawrocki zostali wyciągnięci w środku nocy z łóżek i zaraz się spotkali, by radzić, co robić, aby ratować naród. To było bliskie i ciepłe spotkanie, jak bywa w środku nocy, gdy mroźny podmuch ze wschodu, a ma się jeszcze pamięć kołdry. Wielki niepokój prezesa, co z tego wyniknie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Dlaczego boli myślenie

Wartość tego, co piszemy, najsprawiedliwiej weryfikują czytelnicy, a w dłuższej perspektywie czas. Z nim nie ma żartów. Bez litości i sentymentu odsyła prawie wszystko do archiwum. Na wieczne zapomnienie. Na szczęście są wyjątki i o jednym z nich mogę napisać. Z satysfakcją, bo dotyczy Krzysztofa Teodora Toeplitza. Człowieka w polskiej kulturze wyjątkowego. KTT to już postać pomnikowa. Erudyta. Intelektualista. Elita w najlepszym rozumieniu tego słowa. Niepowtarzalny fenomen. Indywidualista, którego znakiem firmowym było racjonalne myślenie. Jego przebogata twórczość oparta była na głębokiej i wszechstronnej wiedzy. Na tolerancji. I na tradycji rozumu i oświecenia.

KTT miał duży wpływ na kształtowanie postaw i ocen polskiej inteligencji. Na budowanie kapitału umysłowego i wrażliwości obywatelskiej kilku pokoleń Polaków. Zwłaszcza tych bardziej zainteresowanych polityką, kulturą i mediami. Sam zetknąłem się z jego pisarstwem już jako uczeń Liceum Ogólnokształcącego im. Juliusza Ligonia w Chorzowie. Był dla naszej grupki kimś, kto pokazywał nowe horyzonty i objaśniał świat. No i ten niespotykany, niepodrabialny kunszt słowa.

Na naszych łamach, a wcześniej na łamach „Przeglądu Tygodniowego”, ukazało się ponad 800 jego felietonów. Ostatni niespełna dwa tygodnie przed śmiercią. Minęło 15 lat i uznaliśmy, że pora przypomnieć teksty, które dla wielu nie tylko naszych czytelników były busolami, dzięki którym orientowali się na podobny sposób myślenia.

Nie byłoby tego zbioru, gdyby nie państwo Halina i Michał Kabatowie. To ich autorski wybór z wielkiej przeglądowej spuścizny KTT. Ideą przewodnią było pokazanie tego, co najbardziej charakterystyczne dla jego pisarstwa, i przypomnienie tych prognoz i przestróg, które ciągle są aktualne, tak jakby pisał je do bieżącego numeru. Mamy więc nad czym myśleć. I mamy kolejne argumenty, że tylko korzystając z siły rozumu, możemy lepiej urządzić świat. Najlepiej rozumieją to ci, którzy byli wychowani na publicystyce KTT, jego admiratorzy jak państwo Kabatowie, i środowisko „Przeglądu”.

Dziękuję pani Bożenie Toeplitz za pomoc i życzliwość oraz władzom ZAiKS, które wsparły finansowo wydanie tej książki.

„Dlaczego boli myślenie” to pozycja, której miejsce jest w każdej bibliotece. A przede wszystkim lektura obowiązkowa. Polecamy ją tym, którzy już znają te teksty i zobaczą, jak bardzo są aktualne. Oraz tym, którzy dopiero teraz odkryją moc jego intelektu i talentu.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Kaj staje siódemka

Zbyszek Rokita zaś napisoł „Kajś”. No, prawie – jego nowa książka o Górnym Śląsku została sporządzona jako forma sylwiczna, oprócz fragmentów eseistycznych o historii regionu i jego geopolitycznym usytuowaniu znajdziemy tu części dramatów, krótkie prozy, a także zdjęcia Arka Goli, największego spośród fotografów, w których Śląsk się przegląda. Rzecz nosi tytuł „Aglo” – pod taką samą nazwą Rokita z Golą robią co roku w Bytomiu najbardziej śląski z festiwali literackich. Aglo – od aglomeracji, konurbacji górnośląskiej, którą Rokita nazywa swoją domowiną, używając słowiańsko-łużyckiego odpowiednika niemieckiego heimatu. Liczące ponad 2 mln mieszkańców śląsko-dąbrowskie wielomiasto jest czwartą co do liczebności metropolią Unii Europejskiej, po Berlinie, Madrycie i Rzymie.

I ja w tym molochu się urodziłem, odchowałem, zakładałem i rozkładałem rodziny (piyrszo libsta z Chorzowa, piyrszo ślubno z Gliwic), a jako zapiekły antysamochodziarz przez cztery dekady przemierzałem go komunikacją miejską, najczęściej tramwajami, czyli po śląsku banami. To w nich podsłuchiwałem ludzi, wsłuchiwałem się w ich opowieści i tak się zebrało i wzięło całe to moje pisanie z bany wyjęte, z godek i plotek tłumu śląskiego, w który wciśnięty przejeżdżałem kolejne dzielnice. Rokita przemierza Aglo siódemką, królową śląskich banek, najdłuższą na Śląsku 46-przystankową trasą z Katowic, przez Chorzów i Świętochłowice, aż do Bytomia. Jeździłem nią sześć lat na uniwersytet, to była moja linia przesiadkowa, kiedy akurat czterdziestka zjeżdżała do zajezdni, przesiadałem się w Batorym; mieszkałem też pół roku przy chorzowskim dworcu kolejowym, nad wiecznie remontowanym torowiskiem siódemki, mam z tą trasą przejechane dnie i nieprzespane przez nią noce, czytam więc książkę Rokity nostalgicznie, bo to moje rewiry opisuje z okna banki.

Na przykład katowicki plac Wolności z wysokim, pustym cokołem usytuowanym centralnie: „Za Cesarstwa Niemieckiego był to pomnik niemieckich cesarzy, za II Rzeczpospolitej – powstańców śląskich, za III Rzeszy – żołnierzy Wehrmachtu, a za PRL – żołnierzy sowieckich. Co jakiś reżim przychodził do Katowic

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Paraliż państwa

Gdy 3 września, po półgodzinnym oczekiwaniu, Karol Nawrocki uścisnął wreszcie dłoń Donalda Trumpa, spotkał się z zapytaniem, czy Trump dobrze wymawia jego nazwisko: „Nouroki?”. „Bardzo dobrze”, odpowiedział przymilnie Nouroki.

Ta wizyta wywołała triumfalny ryk polskiej prawicy i pokorną akceptację mediów liberalnych. Ale co właściwie przyniosła? Wszak dalszą obecność żołnierzy amerykańskich Trump zadeklarował sam z siebie, po pytaniu dziennikarza. A o zaproszenie Polski na przyszłoroczny szczyt G-20 wicepremier Radosław Sikorski zwrócił się do władz USA dzień wcześniej.

O czym więc rozmawiano przez całe trzy godziny? Tego nie wiemy: spotkanie było utajnione – nie tylko przed opinią publiczną, lecz i przed polskim rządem. Czyż jednak człowiek, który nie miał śmiałości upomnieć się o brzmienie swego nazwiska, miałby śmiałość prosić o coś Trumpa? Podziękował mu tylko – ale za co? Za wsparcie w kampanii wyborczej! A to znaczy, że bezprecedensowa ingerencja w wewnętrzne sprawy Polski doczekała się oficjalnej pochwały – z najwyższego szczebla. Pisałem już w tej rubryce, że Nawrocki może zagrażać polskiej niepodległości. No i stało się: Polska jest wasalem zamorskiego mocarstwa. I to mocarstwa skłóconego z naszymi sojusznikami z Unii Europejskiej.

Polski prezydent zwalcza polski rząd! Cui bono? Po uporczywym nazywaniu Donalda Tuska „najgorszym premierem po roku 1989”, po bombardowaniu rządu kolejnymi wetami, po antyrządowych atakach na Radzie Gabinetowej nastąpiła w przeddzień wizyty faza niespotykanie brutalnej konfrontacji. Próby jakiegoś

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Wystrzegajmy się tych, którzy mają zawsze rację

Na jednej z czerwonych bejsbolówek, w których lubi paradować prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, widnieje skromny napis. Informuje, że Trump, czyli człowiek w tej czapeczce, ma zawsze we wszystkim rację („Trump was right about everything” – „Trump miał we wszystkim rację” – przyp. red.). Byłoby to nawet dość zabawne, gdyby nie fakt, że takie przekonanie o sobie ma, i jeszcze z tym się obnosi, prezydent supermocarstwa, człowiek, który – tym razem już bez odrobiny przesady – ma istotny wpływ na losy świata.

Nie chcę odbierać chleba psychologom i diagnozować, jakie cechy osobowości demonstruje tym sposobem prezydent Trump. Mniejsza o to. Jest prezydentem supermocarstwa, a urząd objął w wyniku zwycięstwa w demokratycznych wyborach. Samo jego błaznowanie to jeszcze nic szkodliwego. Tylko że to błaznowanie wpisuje się w szerszy nieco kontekst. Trump jest nieprzewidywalny. Plecie co mu ślina na język przyniesie, kolejnego dnia sobie zaprzecza, dziwi się, że przypomina mu się, co powiedział wczoraj, a nawet jest zdumiony, że powiedział to, co powiedział.

Obiecywał, że wojnę w Ukrainie zakończy w jeden dzień. Jak widać, zeszło mu trochę dłużej – wojna zaś trwa i końca jej nie widać. Spotkał się z Putinem, nawet bił mu brawo, gdy ten pokazał się na lotnisku w Anchorage, ściskał mu długo dłoń, prowadził po czerwonym dywanie, a później zaproponował Ukrainie przyjęcie warunków Putina, czyli de facto bezwzględną kapitulację. Dziwił się potem, że Zełenski nie wyraża zachwytu tą propozycją. Do Waszyngtonu musieli polecieć przywódcy państw europejskich i przekonywać Trumpa, że taka kapitulacja przed Putinem byłaby kapitulacją nie tylko Ukrainy, ale także zachodniego świata ze Stanami Zjednoczonymi na czele.

Teraz Trump mówi, że jest trochę zniechęcony i zdenerwowany postępowaniem Putina – ale to zdenerwowanie i zniechęcenie jakoś się nie przekłada na czyny. Odgrażał się Putinowi nowymi sankcjami, ale już przestał o nich wspominać. Tyle że wspiera Ukrainę sprzętem wojennym, za który każe płacić swoim

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Pogadanka o nieśmiertelności

Coraz niechętniej oglądam polityczne obrazy płynące z Polski i ze świata. Mrocznieje nam krajobraz. Sroży się Rosja, niesie śmierć Ukraińcom i groźbę okupacji. Drony ze wschodu poszybowały do Polski. Nawrocki pieszczący się z Trumpem. Potem wielka parada wojskowa w Chinach, Putin, Kim Dzong Un i Xi Jinping w objęciach. Wzruszająca trójca. Wszystkich ich łączy głęboki humanizm, szczególnie zaś cechuje Kim Dzong Una, który na masową skalę morduje i dręczy obywateli, a Rosji dostarcza mięsa armatniego. Sojusz tej świętej trójcy robi ponure wrażenie. I to zupełne ogłupienie ludzi, często mądrych i pełnych empatii, którzy zaczęli kochać Hamas i traktować go jako szlachetny ruch narodowowyzwoleńczy. W świecie, a też u nas, jest coraz podlej. Grozi nam rozmnożenie broni jądrowej i zbliża się katastrofa klimatyczna, w którą powszechnie się nie wierzy. Prezydent USA głęboko nie wierzy, podobnie nasz.

Jako przypis do spotkania w Pekinie, gdzie planowano nowy podział świata, Putin i Xi, nie wiedząc, że mikrofony nie zostały wyłączone, pogadali o nieśmiertelności. Wszyscy dyktatorzy mają problem ze śmiercią, śmierć to słabość i koniec władzy, a oni zasłużyli na wieczność jak egipscy faraonowie. „W przeszłości ludzie rzadko dożywali 70 lat, dziś mówi się, że w tym wieku wciąż jest się dzieckiem”, miał optymistycznie powiedzieć Xi. Putin dodał, że rozwój transplantologii pozwala mieć nadzieję na coraz dłuższe życie. Xi Jinping mówił, że część naukowców przewiduje

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Lękowy pęd owczy

Rosja na Polskę gerbery nasłała? Czyli testuje już coraz bezczelniej, czy szeregowiec z Oklahomy w razie czego będzie gotów zginąć za Suwałki, czy jednak Trump w końcu oficjalnie ogłosi, że to nie jego sprawa. Nie po to żołnierze amerykańscy rozwijali czerwony dywan pod nogami szlachetnego gościa z Kremla, żeby mu wypowiadać wojnę, czyli Putin ma prawo domniemać, że cały ten art. 5 NATO to tylko blef.

Kiedy w pierwszej chwili, jeszcze ze sklejonymi snem oczami, na widok alarmujących nagłówków pomyślałem, że może u nas także zaczęła się wojna, przyszło mi do głowy najpierw to, że wszyscy nieuczciwi pracodawcy, którzy wykręcają się od wypłacenia należności, będą mieli nowe tłumaczenie dla swoich pracowników – „ruscy ojczyznę atakują, jak można się w takiej chwili upominać o wypłatę?!”. A zaraz potem znowu przypomniał mi się fragment „Sezonu na słoneczniki” Igora Miecika, wybitnego reportażu z wojny o Donbas, w którym jeden z cywilów przeczekujących w piwnicy bombardowanie odbiera telefon i okazuje się, że to bank upomina się o zaległą ratę.

Biednym wiatr w oczy wiać nie przestanie. I jeszcze tylko przemknęło mi przez myśl, czy warto w czwartek oddawać felieton, skoro w piątek zaczynają się manewry Zapad, a zatem prawdopodobieństwo wybuchu wojny pełnoskalowej, a nawet pozaskalowej, III światowej po prostu, wzrosło niepomiernie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Szahaj Felietony

Krezusy lizusy

Oniemiały obserwowałem w telewizji fragment kolacji baronów z Doliny Krzemowej z Donaldem Trumpem. Nie wierzyłem własnym oczom i uszom. Oto grono władców nowych mediów prześcigało się w lizusostwie, kadząc prezydentowi Trumpowi. Było to żenujące widowisko, jako żywo przypominające akty wiernopoddańcze znane z innych krajów i innych ustrojów – autorytarnych czy wręcz totalitarnych. Wódz otoczony pochlebcami, władca odbierający hołdy, król łaskawie wysłuchujący pochwał dworu. I to gdzie? W Ameryce! Kraju, który zawsze szczycił się wolnością słowa, prawem do krytyki, do zachowania własnego zdania, nieufnością do władzy i gotowością do obrony swojego stanowiska wbrew wszystkim i wszystkiemu. To przecież te zachowania, które można było zaobserwować w trakcie wspomnianej kolacji, były przedmiotem kpin w amerykańskiej kulturze masowej, słusznie utożsamiającej je z ustrojami na poły feudalnymi lub zbudowanymi na strachu. To ona wylansowała bohatera szczycącego się niezależnością i gotowością do buntu. Piętnowała lizusostwo i oportunizm. No i proszę, bohaterowie Ameryki okazali się zastraszonymi lizusami, oportunistami, bezwstydnie zabiegającymi o łaski króla.

Nie sądziłem, że czegoś takiego dożyję. Pokazuje to jednak, w jakim miejscu jest obecnie Ameryka. Pozbawiona krytycznej czujności, dryfująca bezradnie, chaotyczna i zagubiona moralnie i politycznie. Piszę to z wielkim bólem jako ktoś, kto kocha Stany. Czuję żal i wściekłość. Tym bardziej że siły antyamerykańskie i antyzachodnie prezentują zdecydowanie i konsekwencję. Jak tak dalej pójdzie, ich triumf będzie jedynie kwestią czasu.

Wspomniana kolacja obnażyła również mit o sile amerykańskiego kapitalizmu, wynikającej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.