Felietony
Podgryzanie i wyszczerzanie
Wydawało się, że tak abominacyjny, paranoiczny wróg jak PiS powinien scalać koalicję, a oni się kłócą i podgryzają Tuska. Premier ma swoje wady (znowu nie ma wizji, tej opowieści, baśni dla ludu, raz już przez to przegrał) i musi po raz kolejny udowodnić swoją polityczną wielkość, ale w tej właśnie chwili podgryzanie go jest głupie. A przede wszystkim autodestruktywne. To podcinanie gałęzi, na której siedzi cała liberalna Polska. Celują w tym Zandberg i Hołownia. Nawet widząc narcyzm Hołowni, dałem mu kredyt zaufania. Teraz wygląda na to, że głównym wrogiem Hołowni jest Tusk, bo jemu samemu marzy się urząd premiera. Co też władza robi z ludźmi! Zandberg najgwałtowniej atakuje Tuska. Przypomina zacietrzewionego marksistę. Rycerz w ciężkiej zbroi, ale jak PiS dojdzie do władzy, to on w tej zbroi spadnie z konia. Tego można nie przeżyć.
Zbliża się chwila, gdy Nawrockiego, darujmy sobie epitety, będę musiał oglądać codziennie w telewizji. Komentuję wydarzenia polityczne, więc nie ucieknę od jego wyszczerzonych zębów, przylepionego triumfującego uśmiechu. Z Dudą już się oswoiłem. Duda, chociaż odchodzi, to błaznuje, ale szczęśliwy, bo wie, że być może będziemy za nim tęsknić.
Nie mam jednak wrażenia
Choć sprawa słuszna, czas najbardziej nieodpowiedni
Przypomnijmy: od lutego 1943 r. do połowy 1944 r. UPA przy aktywnym wsparciu ludności ukraińskiej na Wołyniu i w dawnej Galicji Wschodniej, obejmującej województwa tarnopolskie, stanisławowskie i lwowskie, dokonała zbrodni ludobójstwa na miejscowej ludności polskiej. Zamordowano wówczas, często w okrutny sposób, 50-120 tys. Polaków. A także kilka tysięcy Żydów, Ormian, Rosjan, kolonistów czeskich, a nawet Ukraińców, którzy próbowali chronić mordowanych Polaków, często członków swoich rodzin. Rodzin mieszanych, polsko-ukraińskich, było na Kresach Wschodnich wiele. W mieszanych rodzinach synowie przyjmowali religię, a w konsekwencji narodowość po ojcu, córki po matce. Na Wołyniu Ukraińcy byli na ogół prawosławni, w Galicji Wschodniej należeli przede wszystkim do Cerkwi greckokatolickiej. Kler tej ostatniej w większości stanowił duchowe i intelektualne zaplecze ukraińskiego nacjonalizmu.
Przyczyny ludobójstwa były złożone. Trzeba pamiętać, że na zachodniej Ukrainie w 1918 r. Ukraińcy przegrali z Polakami wojnę o własne państwo. Znaczna część społeczności, a zwłaszcza jej warstwy kierownicze, nie mogła z tą klęską się pogodzić, była wrogo nastawiona do państwa polskiego, w najlepszym razie wobec niego nielojalna, konspirowała zbrojnie, organizowała akty terroru. Planowała zamach na Józefa Piłsudskiego, zorganizowała też nieudany zamach na prezydenta Wojciechowskiego, a udane zamachy na Tadeusza Hołówkę czy ministra Bronisława Pierackiego. Nawiasem mówiąc, dwaj ostatni byli rzecznikami porozumienia polsko-ukraińskiego. Ofiarą terroru padali też Ukraińcy, zwolennicy porozumienia z Polakami. Na przełomie lat 20. i 30. podziemna Ukraińska Organizacja Wojskowa przeprowadziła, jak szacowano, grubo ponad 1 tys. napadów terrorystycznych na posterunki Policji Państwowej, dwory czy urzędy. Przeprowadzono wiele akcji dywersyjnych i sabotażowych, których celem była infrastruktura państwowa. Państwo polskie odpowiedziało na to akcją pacyfikacyjną, prowadzoną przez policję przy osłonie wojska. Aresztowano ok. 3 tys. osób.
Na to nakładały się inne problemy. Prawdą jest, że Polska nie była bez winy. Nie wywiązała się ze zobowiązań wynikających z małego traktatu wersalskiego, który zalecał przyznanie mniejszościom narodowym, głównie Ukraińcom, autonomii w dawnej Galicji Wschodniej. Na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie zlikwidowano katedry z ukraińskim językiem wykładowym, istniejące tam w czasach austriackich. Stopniowo likwidowano ukraińskie szkolnictwo, widząc w nim zaplecze ukraińskiego nacjonalizmu. Na Kresach panowała nędza, tereny te były cywilizacyjnie zacofane. Stopień zacofania łatwo ustalić, przeglądając przedwojenne roczniki statystyczne: sieć dróg, szkół, telefonizacji, liczbę samochodów, procent analfabetów itd. W tej sytuacji dla ludności wiejskiej, wciąż odczuwającej głód ziemi, z której żyła, szczególnie bolesna i budząca nienawiść była akcja przydzielania ziemi z reformy rolnej
Jest ta wojna czy jeszcze nie?
W jak przedziwnym czasie żyjemy, że w ogóle można na poważnie takie pytanie sobie zadać. Pamiętam, że wybitny brytyjski historyk Eric Hobsbawm, autor legendarnej trylogii „Wiek rewolucji”, „Wiek kapitału”, „Wiek imperium”, ale także „Wieku skrajności” o XX stuleciu, pisał o wojnie światowej 1914-1945, bo w jego oglądzie była to jedna tragiczna epopeja, poprzedzielana epizodami wojennymi na mniejszą skalę, ale zasadniczo tworzyła całość potwornego doświadczenia XX w., o którym zapominamy, nauki z niej wyciągnięte rzucając precz.
Wątpliwości, że trwa wojna, nie mają Ukraińcy, Palestyńczycy mordowani bombami, czołgami i głodem w Gazie oraz zabijani na Zachodnim Brzegu, Irańczycy, Jemeńczycy, Syryjczycy, Libańczycy. A Europa? Wciąż udajemy, że nas w tym nie ma, bo dopóki bomby nie spadną nam na głowę, wszystko jest odległe i niewyobrażalne? A milczenie wobec ludobójstwa w Gazie nie jest formą uczestniczenia w wojnie? A bezradność wobec agresji Izraela na Iran? Mocarstwa nuklearnego, które udaje, że nim nie jest, nie uczestniczy w światowym systemie kontroli broni jądrowej? Agresja na Iran jakże innym językiem jest opowiadana niż agresja na Ukrainę. Oglądamy spektakl, setki czy tysiące obrazów nieba przeszywanego lotem nie wiadomo czego, nie wiadomo skąd i jak, a równocześnie przenosimy się interpretacyjnie w świat baśniowego mchu i paproci, gdzie opowieść przechodzi w metafizyczną gadkę o imperium zła, o osi zła. To imperium jest zawsze gdzie indziej niż my, nasi sojusznicy i sprzymierzeńcy. Tamta wielka wojna, ze swoimi niuansami i woltami, miała podziały czytelne i zrozumiałe. Oczywiście nie jest tak, że w interesie zrozumienia chciałbym, żeby obecne zmagania militarne przybrały powszechny, globalny charakter, który rozwieje wątpliwości. Moim głosem
Czy postkomunista jest gorszy od postsutenera?
Jadąc samochodem, wysłuchałem w Tok FM fragmentu rozmowy z jakimś profesorem. Nie słyszałem jej początku ani końca, w efekcie nie wiem, kim był ów profesor. Przekonywał, że zarzuty stawiane prezydentowi elektowi są niepoważne. Przede wszystkim nie wiadomo, czy są prawdziwe, bo na razie opierają się na plotkach, a nawet gdyby były prawdziwe, to co z tego?
No, część na pewno była prawdziwa, wszak sam prezydent elekt do niektórych, takich jak udział w ustawkach, przyznawał się, tylko je racjonalizował i bagatelizował. O ich prawdziwości przekonani byli nawet prezydent Duda i sam Jarosław Kaczyński. Ten pierwszy w kibolskich ustawkach nie widział nic złego, ten drugi dla lepszego ich zrelatywizowania zadeklarował rzekome osobiste w takich bijatykach uczestnictwo. Wizja Jarosława Kaczyńskiego w roli agresywnego kibola z maczetą czy bejsbolem w dłoni jest równie zabawna, jak nieprawdopodobna. Nic więc dziwnego, że od razu zaowocowała w internecie ogromną liczbą memów. Ale nie o Kaczyńskiego w roli kibola tu chodzi. Rozprawiający w Tok FM intelektualista wywodził, że nawet gdyby te zarzuty kierowane pod adresem dzisiejszego prezydenta elekta były prawdzie, to i tak są bez znaczenia. Obojętne bowiem, kim Nawrocki był i co robił w przeszłości, nie może to być brane pod uwagę w ocenie jego osoby obecnie. Ludzie w młodości popełniają wiele błędów, a dziś kandydat na prezydenta, później już prezydent elekt, nie lata na ustawki, nie macha maczetą ani bejsbolem, nie doprowadza też prostytutek do pokoi gości hotelowych. Tak perorował na falach radia zaproszony intelektualista.
Nawet do pewnego stopnia byłbym w stanie z tym się zgodzić. Człowiek w młodości robi różne głupstwa, później czasem z nich wyrasta. Do wyborów staje już jako wyrośnięty. Tyle że ten stający do wyborów reprezentuje ugrupowanie polityczne, które z założenia grzechów młodości nie wybacza. Co więcej, chce za nie ścigać do końca świata. Z upodobaniem ściga więc i piętnuje postkomunistów, odmawiając im moralnego prawa do udziału w życiu publicznym, a już szczególnie w życiu politycznym. Sam prezydent elekt stał do niedawna na czele instytucji tropiącej postkomunistów, byłych funkcjonariuszy służb PRL i ich współpracowników, prowadząc w ich sprawach kuriozalne już w tej chwili śledztwa i postępowania lustracyjne, nie bacząc na to, że dziś są często zupełnie innymi ludźmi, nieraz z dorobkiem zasług dla suwerennej od ponad 35 lat Polski.
Nawet zasługi Lecha Wałęsy, doceniane przez cały świat, są dla prawicowych doktrynerów nieważne, bo ich zdaniem w latach 70. był „Bolkiem”. Wszystko, co później zrobił, jest im obojętne. Bez znaczenia okazuje się to, że stał na czele
Utknęliśmy w błocie
Minęło już trochę czasu od wyborów, ale nadal rzesza Polaków cierpi na stres pourazowy. A przecież te wybory nie były klęską, to tylko przegrana, głosy były podzielone niemal po równo. Lecz nie pamiętam jeszcze tak wielkiego wstrząsu, żałoby i niesmaku. Nie pamiętam, może dlatego, że przeszłość zawsze się idealizuje, gdyż jest już wyjaśniona i wolna od niepokoju. Głęboki stres nie jest twórczy, łatwo się zmienia w zgorzknienie, w bierność, w ospałość, a nam potrzeba energii, by za dwa lata, może wcześniej, obronić Polskę przed najazdem barbarzyńców.
Trwa szukanie winnych. To brzydki spektakl, klęska jest zwykle brzydka. Że fatalny sztab, że zły wybór kandydata. Sam byłem za Sikorskim, o czym nieraz pisałem. Ale ktoś mi teraz mówi: „Pokazano by fotografię pałacu i żony – i żadnych szans. Lud by tego nie kupił”. Chyba tak. Bardzo źle to o nas świadczy. Trzaskowski za to kojarzył się z elitą, za dobrze wykształcony, za ładny, zbyt wymuskany i nie do końca autentyczny, gdy udawał twardziela. W Polsce ujawnił się dawny podział na panów i na lud. A lud w Polsce był szczególnie gnębiony, echa tego upodlenia wciąż są żywe. Nie ma zwykle jednej przyczyny katastrof, lecz jest ich kilka. Tak było z katastrofą smoleńską i tak jest z tą. Swoje zrobiły wielkie prądy, które ruszyły w morzu naszej cywilizacji, i wszystko dryfuje na prawo. U źródeł jest pewnie lęk przed nowoczesnością, świat zmienia się za szybko, wędrówki ludów, zmiany technologiczne, obyczajowe – i ludzie zamykają się w tym, co bezpieczne, więc w metalowej konserwie.
Chamska pospolitość Nawrockiego wielu się spodobała, tak jak tężyzna fizyczna. A grzechy? Kto ich nie ma? Ktoś celnie napisał, zgubiłem autora, przepraszam: „To jest wielki społeczny ruch, jak antysemityzm w Niemczech w latach 20.-30., zbudowany na legendach, rojeniach, fejkach i kłamstwie posuniętym do statusu ideologii. To jest walka z »gender«, »feminizmem«, »ideologią LGBT«, »kłamstwem klimatycznym«, »ekologizmem«, »chemtrailsami« i w obronie Najświętszej Panienki oraz polskiego języka, węgla i wołowiny, a to wszystko w ramach jednego spójnego uniwersum, w którym, uwaga, uwaga, wcale nie ma państwowych żłobków ani podatków progresywnych, nie ma wykluczenia komunikacyjnego ani niskich emerytur. Zaś na końcu tego ruchu jest anihilacja wszystkiego, co obejmie elastyczna definicja »lewactwa«, w którym zmieści się każdy, kto nie jest ostentacyjnie antylewacki”.
W ramach przekonania choćby trzech osób, by nie głosowały na Nawrockiego, a rzucono takie hasło, dzwonię do Pawła. Kiedy proszę go, by nie oddawał głosu na Nawrockiego, długo milczy, w końcu mówi, że to będzie trudne, i wspomina o reparacjach
Inaczej o ludobójstwie w Gazie
Zdaję sobie sprawę, że poza Polską tematyka wydarzeń w naszej ojczyźnie jest zagadnieniem niszowym, marginalnym i pomijanym. Z drugiej strony nie wiem, jaki procent Polaków odpowiedziałby twierdząco na pytanie, czy świat poza Polską istnieje. Nasza fiksacja narodowościowa, poczucie istotności i wyjątkowości są poza skalą. Polski kosmonauta, kapitan polskiej drużyny piłkarskiej (znowu przegrali), exposé polskiego premiera (jak łatać niełatalne błędy) – wątki polskie zawsze i wszędzie.
W opozycji do tej dominanty chciałem dziś zauważyć dwa wydarzenia, które wprawdzie miały miejsce w Polsce, ale wyrywają się znacząco z owego uwiązania do polskości jako centrum wszelakiego.
Oba wydarzenia, choć odmienne, odnoszą się do konieczności rozumienia i ustosunkowania się do zbrodni ludobójstwa, której od ponad półtora roku dopuszcza się Izrael w Strefie Gazy. Jak dotąd „polskim” wkładem w tej kwestii było milczenie (często przywołujące słynne słowa „Nie bądź obojętny” Mariana Turskiego), niekiedy zaś aprobata dla działań i języka zbrodniarzy wojennych (list żelazny dla Netanjahu, gdyby wybierał się do Polski; ścigany przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze za zbrodnie wojenne, ludobójstwo, nie zaryzykował, a rząd w jego obronie wyskoczył przed szereg).
Lista osób oraz instytucji, które w tej sprawie zachowują milczenie, jest porażająca, lecz w ubiegłym tygodniu mur konformistycznego i pełnego schematycznych uproszczeń przemilczania został naruszony. Polskę, duże miasta, odwiedził kanadyjski lekarz, psychiatra i badacz traumy Gabor Maté, urodzony w żydowskiej rodzinie w Budapeszcie, ocalały z Zagłady. Jest autorem bestsellerowych książek, wydanych także u nas, takich jak „Mit normalności. Trauma, choroba i zdrowienie w toksycznej kulturze”, „Rozproszone umysły. Przyczyny i leczenie zespołu deficytu uwagi”, „Bliskie spotkania z uzależnieniem. W świecie głodnych duchów”, „Więź. Dlaczego rodzice powinni być ważniejsi od kolegów”.
Rozmawiał z dziennikarzami, na spotkaniach z nim sale pękały w szwach.
Zdziesiątkowana w Zagładzie rodzina Matégo opuściła Węgry po rewolucji w 1956 r., emigrując do Kanady. Sam Gabor Maté ma w biografii przygodę polityczną bycia syjonistą oraz – co dużo bardziej zajmujące i nieoczywiste – odejście od tej wizji i jej radykalną krytykę. Od lat zabiera publicznie głos w obronie praw Palestyńczyków i przeciw opresji ze strony państwa izraelskiego. W ostatnich kilkunastu miesiącach ten jego głos stał się jeszcze donośniejszy.
Tematem spotkań
Dziecięca choroba prawicowości
Pytanie, które mnie prześladuje po wyborach prezydenckich, jest jedno: co się stało z młodymi ludźmi? Skąd taki gwałtowny skręt na prawo? Doskonale rozumiem, że młodość to bunt, sam byłem młody, choć dawno temu. Znam też analizy socjologów i psychologów społecznych. Z dotychczasowych badań wynika, że młodzi chcą radykalnych zmian. To także rozumiem. Dlaczego jednak ogromna ich część chce jeszcze słabszego państwa? Dlaczego chce więcej kapitalizmu w kapitalizmie? Tak bowiem interpretuję sukces Konfederacji.
Mam wrażenie, że na naszych oczach rodzi się ruch przypominający nieco zjawisko wysypu „pryszczatych” w dobie budowy socjalizmu w Polsce. Młodych ludzi, którzy domagali się przyśpieszenia, intensyfikacji i radykalizacji zmian (cierpiących na „dziecięcą chorobę lewicowości”, by użyć sławnej formuły Lenina). Dzisiejsi „pryszczaci” chcą urynkowienia wszystkiego, co urynkowić się da. Zwinięcia się państwa zamiast jego naprawy. Czytam, że marzą o założeniu własnej firmy i o tym, aby państwo niczego od nich nie chciało, zwłaszcza podatków, przy czym podobno przymykają oczy na całość haniebnej piątki Mentzena, interesują ich jedynie podatki i imigranci. Dane te odczytuję jako naszą wielką wspólną porażkę. Od czasów transformacji z początków lat 90. nie udało nam się zbudować w społeczeństwie przekonania, że państwo to dobro wspólne, jego utrzymanie zaś wymaga solidarnego dźwigania ciężarów, w tym podatkowych. Podobnie jak nie udało się zbudować samego państwa, które nie byłoby w pewnym sensie atrapą.
W klęsce tej wielką rolę odegrali polscy politycy, którzy bez względu na orientację ideową solidarnie popychali społeczeństwo na prawo w kwestiach gospodarczych. Kibicowali im liczni dziennikarze i komentatorzy z mediów głównego nurtu. Hegemonem w sferze ideowej stał się neoliberalizm z jego kultem rynku i niechęcią do państwa jako ponoć zbędnego regulatora relacji rynkowych. Powstał kult „wyczynowego kapitalizmu”, jak go określił prof. Marek Belka. Mnożyły się podejścia zgodne ze sławną formułą Tadeusza Syryjczyka, ministra przemysłu w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, że „najlepsza polityka przemysłowa to brak polityki przemysłowej”. Tak było np. w mieszkalnictwie, gdzie brak polityki mieszkaniowej uznawany był za najlepszą politykę mieszkaniową. Rynek miał wszystko załatwić sam. W ten sposób wychowaliśmy sobie całe pokolenia kapitalistycznych hunwejbinów
Zakażona zwyczajność
Hymn mi stanął w gardle. Wstałem, stanąłem w szeregu, owszem, ale nie mogłem śpiewać. To jeden z objawów traumy powyborczej – nie jestem w stanie celebrować wspólnoty z narodem, którego połowa jest zatruta i gloryfikuje wszystko to, czym się brzydzę. Hiszpanie mają łatwiej, bo od śmierci Franco ich hymn jest wyłącznie melodią. Na znak szacunku dla swojego państwa w ciszy i na baczność słuchają marsza królewskiego. Takoż i ja stoję, słucham, trochę jakby to był marsz żałobny, a nie mazurek, nie stoję więc na baczność, lecz ręce składam jak na pogrzebie, albowiem pogrzebane zostały nadzieje moje.
Nawrocki szczyci się tym, że został wybrany przez tzw. zwyczajnych Polaków, którym okazuje szacunek; wielkomiejska lewica grzmi, że Trzaskowski nie został wybrany, bo liberałowie mają we krwi pogardę dla ludu. Otóż kliniczne przypadki pogardy najwyższego stopnia, takiej wprost kipiącej, wściekłej, nienawistnej, obserwowałem zwykle wtedy, kiedym się w rzeczony lud dyskretnie wmieszał. Nie macie pojęcia, kanapowi marksiści, jak chyżo „klasa ludowa”, nad którą chcecie się pochylać, wbiłaby wam widły w bebechy, jak ochoczo spuściłaby z was krew niczym z rzeźnego wieprza, jak głęboko w dupie ma wasze farmazony o tym, że należy walczyć z klasizmem. Kiedy stadionowy zapiewajło uznaje, że nie kochasz ojczyzny, bo nie drzesz wystarczająco głośno mordy, gdy przychodzi do wołania o tym, co komu odbierzemy szablą – i upatruje w tobie „nieprawdziwego Polaka”, zauważa okulary, nie dość dorodny biceps, powierzchowność inteligencika, a potem pluje ci pod nogi z obrzydzeniem – to jest klasizm.
Nie mogę już słuchać altlewicowych połajanek na Tuska i rząd liberałów, tego bicia się w cudze piersi i tłumaczenia kolejnych wyborczych sukcesów brunatnego populizmu tym, że dzięki narodowym socjalistom katolickim prości ludzie odzyskali godność, a Koalicja Obywatelska nic dla nich nie robi. Nie mogę już patrzeć na facjatę rozjuszonego Zandberga, który wrzeszczy z mównicy do premiera, że ten mimo klęski wyborczej „dalej nic nie rozumie”, a potem Razem głosuje przeciw wotum zaufania dla rządu
Pacta sunt servanda
Powtórka z lansowania rządu technicznego okazała się jeszcze większą farsą niż pierwsza próba. Ta z tabletem w roli głównej i prof. Glińskim jako kandydatem na szefa rządu. Teraz PiS nie miało nawet tabletu. Zamiast niego wystąpił poseł Błaszczak. Nie było też kandydata na miejsce premiera Tuska.
Na co więc liczył prezes Kaczyński? Głównie na szok powyborczy w koalicji, która zareagowała na wybór Nawrockiego wzajemnymi pretensjami. Manewr z zastraszeniem rządzącej koalicji i próba wyrwania grupki posłów mogłyby się udać, gdyby premierem nie był zawodnik jeszcze bieglejszy w rozgrywkach politycznych niż Kaczyński. Czyli Donald Tusk, który powiedział w exposé, że nie zna słowa kapitulacja. Zrobił kilka ruchów i odesłał pomysły prezesa PiS do kosza.
Koalicja zapowiedziała nowe otwarcie. Niezbędne, jeśli chce serio powalczyć o utrzymanie władzy. Nowe otwarcie nie może jednak oznaczać bałaganu i rewolty. Obowiązuje przecież umowa, którą partie koalicji zawarły po wyborach w 2023 r. I trudno teraz podważać podstawy tego, co wówczas dobrowolnie podpisano.
Pacta sunt servanda to jedna z podstawowych zasad prawa cywilnego. W przypadku Koalicji 15 Października oznacza przestrzeganie zapisów umowy. Także co do zmiany na stanowisku marszałka Sejmu. Jak ktoś podpisywał i nie miał wyobraźni
Krajobraz po, horyzont przed
Pył bitewny opada, emocje cichną, choć w najbliższych latach nie będzie nam ich brakowało. Tych politycznych. Oswojenie się z postacią Karola Nawrockiego jako prezydenta RP będzie musiało potrwać. Jeśli nastąpi. Bo trudno wynik wyborczy, mimo że się go respektuje, uznać za czynnik wymazujący życiorys elekta. Pytań zresztą będzie przybywać, taka biografia nie znika w efekcie porażki Rafała Trzaskowskiego, Koalicji 15 Października, obozu rządowego. Tylko że Nawrocki, tak jak stał się niewidzialno-nietykalny w ostatnich tygodniach kampanii, był od lat i szczególnie w ostatnich miesiącach niewidzialny dla wymiaru sprawiedliwości, schowany za nieformalnym immunitetem. Na pytanie, jak to jest, że nic, żadne przesłuchanie, żadna indagacja czy zainteresowanie prokuratorskie nie grozi człowiekowi, na którym ciążą podejrzenia o malwersacje 30 mln zł podczas pełnienia funkcji publicznych i udział w kibolskich ustawkach, których inni uczestnicy byli skazywani na więzienie – przyjdzie czas odpowiedzieć.
Na razie jednak chciałbym się pochylić nad czymś innym niż brudnawa biografia Nawrockiego – nad politycznym wymiarem jego poglądów, które są skrajnie prawicowym miksem nacjonalizmu z elementami sympatii faszyzujących. Nie jest to figura hołubionego w Polsce konserwatyzmu spod znaku antysemity Dmowskiego, to raczej konstrukcja oenerowskiego bojówkarza. Wszystko to może oznaczać, że nie tyle PiS usadowiło w Pałacu Prezydenckim przedłużenie swojego wiernopoddańczego „długopisa”, ile skrajna, naprawdę skrajna prawica, wciąż jeszcze nie sięgnąwszy po władzę, bez wielkiego wysiłku własnego (geniusz Kaczyńskiego…) ma swojego człowieka w roli prezydenta. I to nadaje dynamice sprawicowienia polskiej sceny politycznej, i tak powszechnego i niepodważalnego, nowy impuls i znaczenie.
Rzecz jasna, Nawrocki z uwagi na przeszłość może być emisariuszem nie tylko skrajnej prawicy, ale także półświatka przestępczego. A za tym idą kolejne warianty osiągania realnego wpływu na jego działania, decyzje i sprawczość polityczną. Nie podzielam polskiej fobii antyrosyjskiej ani nie znam się na robocie wywiadów, ale zdziwiłbym się, gdyby krążenie wokół przyjaciół okołoustawkowych nowego prezydenta jeszcze nie ruszyło pełną parą. A polskie państwo sterczy oniemiałe.
I się gapi. I nic.
Porzucam na razie postać nowo wybranej głowy (pięści?) państwa. Myślałem trochę o samym wymiarze tak zorganizowanych wyborów, gdzie zwycięzca zgarnia całą pulę, nawet przy wygranej stosunkowo niewielką różnicą głosów. Te ponad 10 mln, które na niego nie głosowało, winno teraz całym sercem uznać, że to również ich prezydent, prezydent „wszystkich Polaków”, że majestat państwa ponad wszystko. Przecież to opowieść do włożenia między bajki.
W ostatnich dekadach właściwie tylko dwóch prezydentów udatnie wypełniało swoją funkcję, chociaż raczej nie spodziewano się tego po nich z racji historycznych zaszłości. Myślę tu o Wojciechu Jaruzelskim i Aleksandrze Kwaśniewskim







