Felietony

Powrót na stronę główną
Felietony Jerzy Domański

Policzmy jeszcze raz

I jak tu nie wierzyć w dość powszechne przekonanie, że nieważne, jak głosujemy, ważniejsze, kto liczy głosy. Znamy to aż za dobrze z różnych systemów politycznych. Po 1989 r., w ustroju demokratycznym, miało być inaczej. A jak jest? Miesiąc po wyborach wiemy tylko, że wynik podany przez Państwową Komisję Wyborczą jest fikcją. Wiemy, że są masowe protesty i kolejne błędne wyniki. Codziennie inne. Burzy to mozolne przekonywanie ludzi do powszechnego udziału w wyborach, „bo każdy głos jest ważny”.

Przy tak ogromnym przedsięwzięciu jak wybory ogólnopolskie wpadki mogą się pojawić. Ocenić je i podjąć decyzje co do ważności wyborów powinien Sąd Najwyższy. U nas też tak było. Przez ponad 20 lat. Aż przyszło PiS i rozwaliło system, by zabezpieczyć swoje partyjne interesy. Powołano Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. Sami neosędziowie. Powiązani z obozem Kaczyńskiego. Izby tej nie uznają europejskie trybunały. Według nich, i w ocenie najwybitniejszych polskich prawników, izba nie jest sądem, a sędziowie ci nie są sędziami, bo nie spełniają standardów niezależności i bezstronności. W tej sytuacji ich potencjalne orzeczenie będzie tylko polityczną deklaracją wierności partii, która ich tam obsadziła.

Ileż to razy w ostatnich latach politycy PiS

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Błędne koło

Pesymiści twierdzą, że dni brakowało Iranowi do stworzenia bomby atomowej, sceptycy marudzą, że aż trzech lat. Czy Izrael miał czekać? Iran nie ukrywa, że chce wymazać Izrael z mapy świata. Broń jądrowa świetnie do tego się nadaje. Iran to odrażający reżim, wspierający teraz czynnie Rosję, to państwo ortodoksyjnie religijne, nienawidzące cywilizacji zachodniej. Netanjahu jest politycznym bandytą, Izrael jest głęboko podzielony, jak Polska. Połowa Izraela, ta liberalna, nienawidzi go jak połowa Polski Kaczyńskiego i jego bandy. Netanjahu to typ dyktatora psychopaty, rządzi jednak w demokratycznym kraju, to jedyna demokracja na Bliskim Wschodzie (sądy są tam bardziej niezależne niż u nas, dlatego jak Bibi przestanie być premierem, idzie siedzieć). Paradoksalnie chyba tylko on, nacjonalista, mógł podjąć tak drastyczną decyzję jak uderzenie w 90-milionowy Iran przez liczące 10 mln państwo, oddalone na dodatek o tysiące kilometrów. To była decyzja straszna, ale racjonalna. Jak żyć w niewielkim kraju, leżącym jak na otwartej szczupłej dłoni, z bombą atomową trzymaną nad głową twoją i twoich dzieci przez psychopatę?

Iran stworzył dwie wielkie organizacje terrorystyczne, które popełniły wiele potwornych zbrodni, jest państwem zbójeckim, stosującym drakońskie kary i tortury, ciemiężącym obywateli, szczególnie kobiety. A był to kiedyś, nie tak bardzo dawno, względnie normalny, cywilizowany kraj, pełen sympatycznych ludzi – do chwili przejęcia władzy przez fanatyków religijnych. I trzeba pamiętać, że Irańczycy to Persowie, nie Arabowie. Wiele państw arabskich ich nienawidzi, bo to islamscy szyici. Mają mocarstwowe ambicje oraz złowrogie plany wobec sąsiadów.

Straszna jest spuścizna inwazji z 2003 r. na Irak, gdzie według szacunków mogło zginąć nawet 1 mln ludzi. Operacja wojskowa Izraela była „arcydziełem militarnym”, tak mówią wojskowi. Ale co to gwarantuje na dalszą przyszłość Izraelowi? Niczego nie gwarantuje, doprowadzi do opóźnienia irańskiego programu nuklearnego, za to spowoduje, że nienawiść Iranu do Izraela przybierze formę psychozy. Czy było inne wyjście? Nic nie robić – to czekać na zagładę. Rokowania i inspekcje ich programu nuklearnego to była gra pozorów i seria oszustw.

Jak wiemy, to teraz niejedyna wojna Izraela. Czy ten kraj poczęty

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Stanisław Filipowicz

Honor i hybris

Po kilku latach wracam do wydanej w roku 2019 biografii Józefa Becka „Najpierw Polska. Rzecz o Józefie Becku” pióra Jerzego Chociłowskiego. Książka nie wywołała właściwie żadnych reakcji. Szkoda, zasługiwała na zainteresowanie. Dzisiaj – tak myślę – warto ją sobie przypomnieć.

Pisząc te słowa, korzystam też z zachęty wybitnego znawcy stosunków międzynarodowych Johna Mearsheimera, często goszczącego na łamach „Przeglądu”. W 2019 r. ukazał się polski przekład jego pracy „The Tragedy of Great Power Politics”, jako „Tragizm polityki mocarstw”. Tłumaczenie opatrzył Mearsheimer specjalną „Przedmową do wydania polskiego”. Pisał: „Historia Polski powinna skłaniać jej mieszkańców do studiowania polityki międzynarodowej, by mogli zrozumieć jej brutalność i potrafili odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ich kraj tak często padał ofiarą mocarstw”. Zanim osądzimy politykę Becka, pomyślmy o tym wszystkim.

W okresie międzywojennym Polska znalazła się w tragicznym położeniu. Miała przeciwko sobie wrogo nastawionych, rosnących w siłę sąsiadów, którzy dążyli – jak ostatecznie się okazało – do jej unicestwienia. Czy było jakieś wyjście? Tragiczność oznacza brak wyjścia. W sytuacji tragicznej każde posunięcie kończy się niepowodzeniem – każdy wybór staje się porażką. Na tym właśnie polega tragizm historii. Co w takiej sytuacji nazwiemy błędem? Polityka Becka była racjonalna – budowanie sojuszy trudno przecież traktować jako działanie zaprzeczające trosce o losy państwa. Historia jest jednak bestią, która nigdy nie daje za wygraną. Jak się zakończyły nasze rachuby związane z sojuszami, wiemy.

Najbardziej poruszającym fragmentem biografii Becka jest opis porannych godzin dnia 1 września 1939 r. Cytuję: „Obudzony w piątek rano 1 września nalotem Beck nie zdradzał zdenerwowania. Spodziewał się, że niebawem obaj sojusznicy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Paweł Dybicz

Wiara w katechetów

Religia w szkole budzi emocje i spory polityczne już 35 lat. Nie tylko dlatego, że została wprowadzona tylnymi drzwiami, na mocy rozporządzenia ministra, z pogwałceniem konstytucji. W czasie rządów PiS nasiliły się głosy nawołujące do wyprowadzenia religii ze szkół, ograniczenia w nich wpływów księży i katechetów. Niejeden dzisiejszy parlamentarzysta zbił kapitał polityczny na haśle „religia do sal parafialnych”.

Laicyzacja postępuje, choć nie tak prędko, jak się wydawało jej zwolennikom, umacnia się pozycja głoszących potrzebę rzeczywistego rozdziału Kościoła od państwa. Znalazło to odbicie w decyzji obecnej ministry edukacji, by od przyszłego roku szkolnego ograniczyć lekcje religii do jednej w tygodniu.

To musiało się spotkać z protestem ze strony biskupów. Stanęli murem w obronie katechetów. Trybunał Konstytucyjny w ubiegłym roku orzekł, że tryb zmian dotyczący nauczania religii jest niezgodny z konstytucją. Z uwagi na to, że wyroki obecnego TK nie są publikowane przez rząd, Stowarzyszenie Katechetów Świeckich wysłało skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. To samo zrobił episkopat.

Nie jest tajemnicą, że biskupom chodzi nie tyle o nauczanie religii, ile o utrzymanie obecnej liczby katechetów, o ich uposażenia. Nie chodzi też o podniesienie poziomu nauczania religii. Ten jest tak niski, że nie brakuje opinii, wyrażanych również przez wierzących, iż lekcje

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Za przeproszeniem

Rzecz się dzieje w Polsce, czyli nigdzie. W Polsce, czyli „tam, gdzie zjeby”. Nie wolno wyrażać pogardy, to jest zarezerwowane dla zjebów, dlatego w Polsce kaczystowskiej wyścig o fotel prezydencki wygrywa człowiek stworzony na obraz i podobieństwo zjeba: chuligan, sutener, kibol, cwaniaczek wyłudzający mieszkania i żarliwy naprawiacz antypolskich narracji historycznych, za to kiedy wyciągnie się na światło dzienne nielegalnie nagraną prywatną rozmowę sprzed lat premiera Tuska, w której używa pogardliwego określenia wobec ludu pisowskiego, mamy skandal od Murzasichla po Kąty Rybackie. Kiedy cham się z chamstwem swoim obnosi jako orężem resentymentu na pohybel tym wszystkim, którym się w życiu udało (wszak udało im się czyimś kosztem, bo co by to było, gdyby tak wszyscy mieli udane życie, świat by tego nie uniósł), to naturalny bieg rzeczy. Jeśli jednak okaże się, że chamstwo wychynie z ust człowieka ogładzonego, że człek światły i obyty ośmieli się z ust chama wyjąć jego własne plugastwo i przeciw niemu skierować – ooo, wtedy to już transgresja jest i aberracja, i dyskwalifikacja. Należy ogłosić alarm, użyć ciężkiej artylerii przeciwpogardowej, biedni wykluczeni powinni to natychmiast zaskarżyć pozwem zbiorowym o przemoc językową, której zaznali i z tejże przyczyny spać nie mogą spokojnie.

A ja sobie swoją pogardę dla Edków tej ziemi cenię, odebrać jej nie pozwolę, a Donald Tusk dawno tak mi nie zaimponował jak w tym fragmenciku wyrwanym z „taśmy Giertycha”, nawet jeśli zaiste posłużył się tylko grą słów i prawił nie o zjebach, ale o „zjepach”, czyli betonowym elektoracie Zjednoczonej Prawicy.

Trzeba to sobie powiedzieć jasno: w najlepszym razie co drugi obywatel tego kraju ma kiełbie we łbie, wiedzę o społeczeństwie zastępuje mu katecheza, zapytany o światopogląd nie odpowie, dopóki nie wygoogluje, czy to nie słowo obraźliwe, jest tępy i zajadły, wykształcenie ma skąpe, za to resentyment bujny – jest zatem absolutnie bezbronną ofiarą wszelkich populizmów. Polityka nadwiślańska polega więc na tym, aby jego głos pozyskać, aby go uwieść w kampanii przedwyborczej i tak mu nakarmić ego, żeby nawet porzucony w przyśpieszonym trybie powyborczym wciąż czuł się kochany i godny uznania.

„Trzeba słuchać ludu, obiecać im, czego oczekują, a potem wygaszać ich oczekiwania – mają zapierdalać za miskę ryżu” – to cytat z nader łatwo zapomnianej taśmy bankstera Morawieckiego, wieloletniego premiera umiłowanego przez kruchtę

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Człowiek Nikt

Mogło być inaczej: triumwirat Trzaskowski – Tusk – Sikorski byłby wzorem dla Europy. Może żadne państwo nie miałoby u władzy ludzi równie wybitnych. Ale nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. A Polacy zawsze byli mistrzami w unicestwianiu własnych szans. Polacy – czyli polscy katolicy. Oraz polscy patrioci. Pisałem kiedyś na tych łamach: jeżeli polscy patrioci będą mogli zniszczyć polskie szanse – zrobią to. Więc zrobili. I prezydentem Rzeczypospolitej będzie znowu Człowiek Nikt.

Człowiek Nikt – bez doświadczenia politycznego. Nigdy nie był posłem, senatorem, eurodeputowanym, wiceministrem, ministrem, wojewodą… Więc od razu na najwyższą godność w państwie? Owszem, tak też bywa: fala społecznego wzmożenia niesie czasem ludzi, którzy są jej wyrazicielami. Lecz przecież tutaj nic takiego nie miało miejsca! „Obywatelski kandydat” był królikiem wyciągniętym z pisowskiego kapelusza. W dodatku królikiem wspieranym przez obce mocarstwo. „Amerykanie chcą nam wybierać prezydenta? To jest podłość!” – tak można strawestować dawne słowa dr. Dudy o Niemcach – słowa bezzasadne. Jednak dziś taka ingerencja odbyła się naprawdę. Politycy nie chcą jej komentować – wszak „Ameryka to nasz najważniejszy sojusznik!”. Owszem, najważniejszy – ale już trochę tak jak kiedyś Rosja. Dumny polski naród, ponoć przywiązany do niepodległości, znów posłusznie głosuje tak, jak każe obcy.

Przeszłości Człowieka Nikt nie znamy. To, co wychodziło na jaw w trakcie kampanii prezydenckiej, ukazywało się przypadkiem. Czy i co jeszcze wyjdzie – tego nie wiemy. W sprawie Człowieka Nikt toczą się trzy postępowania prokuratorskie. Ale polskim patriotom to nie przeszkadza – takie postępowania wobec Donalda Trumpa też przecież się toczyły. Człowiek Nikt grzeszył przeciw drugiemu, szóstemu, siódmemu i ósmemu przykazaniu. Ale polskim katolikom to nie przeszkadza, przeciwnie: krzyczą o miłosierdziu. Jak jednak mówić o miłosierdziu przy braku skruchy? Ujawnienia wykroczeń przeciw Dekalogowi nie pochodziły od grzesznika. I niczym go nie zawstydzały.

A Ewangelia? A słowa „Błogosławieni pokój czyniący”? Wszak pokój czynił jeden Rafał Trzaskowski, nieustannie wyciągający rękę do przeciwników i wzywający do narodowego pojednania. Człowiek Nikt mówił zupełnie odwrotnie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Podgryzanie i wyszczerzanie

Wydawało się, że tak abominacyjny, paranoiczny wróg jak PiS powinien scalać koalicję, a oni się kłócą i podgryzają Tuska. Premier ma swoje wady (znowu nie ma wizji, tej opowieści, baśni dla ludu, raz już przez to przegrał) i musi po raz kolejny udowodnić swoją polityczną wielkość, ale w tej właśnie chwili podgryzanie go jest głupie. A przede wszystkim autodestruktywne. To podcinanie gałęzi, na której siedzi cała liberalna Polska. Celują w tym Zandberg i Hołownia. Nawet widząc narcyzm Hołowni, dałem mu kredyt zaufania. Teraz wygląda na to, że głównym wrogiem Hołowni jest Tusk, bo jemu samemu marzy się urząd premiera. Co też władza robi z ludźmi! Zandberg najgwałtowniej atakuje Tuska. Przypomina zacietrzewionego marksistę. Rycerz w ciężkiej zbroi, ale jak PiS dojdzie do władzy, to on w tej zbroi spadnie z konia. Tego można nie przeżyć.

Zbliża się chwila, gdy Nawrockiego, darujmy sobie epitety, będę musiał oglądać codziennie w telewizji. Komentuję wydarzenia polityczne, więc nie ucieknę od jego wyszczerzonych zębów, przylepionego triumfującego uśmiechu. Z Dudą już się oswoiłem. Duda, chociaż odchodzi, to błaznuje, ale szczęśliwy, bo wie, że być może będziemy za nim tęsknić.

Nie mam jednak wrażenia

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Choć sprawa słuszna, czas najbardziej nieodpowiedni

Przypomnijmy: od lutego 1943 r. do połowy 1944 r. UPA przy aktywnym wsparciu ludności ukraińskiej na Wołyniu i w dawnej Galicji Wschodniej, obejmującej województwa tarnopolskie, stanisławowskie i lwowskie, dokonała zbrodni ludobójstwa na miejscowej ludności polskiej. Zamordowano wówczas, często w okrutny sposób, 50-120 tys. Polaków. A także kilka tysięcy Żydów, Ormian, Rosjan, kolonistów czeskich, a nawet Ukraińców, którzy próbowali chronić mordowanych Polaków, często członków swoich rodzin. Rodzin mieszanych, polsko-ukraińskich, było na Kresach Wschodnich wiele. W mieszanych rodzinach synowie przyjmowali religię, a w konsekwencji narodowość po ojcu, córki po matce. Na Wołyniu Ukraińcy byli na ogół prawosławni, w Galicji Wschodniej należeli przede wszystkim do Cerkwi greckokatolickiej. Kler tej ostatniej w większości stanowił duchowe i intelektualne zaplecze ukraińskiego nacjonalizmu.

Przyczyny ludobójstwa były złożone. Trzeba pamiętać, że na zachodniej Ukrainie w 1918 r. Ukraińcy przegrali z Polakami wojnę o własne państwo. Znaczna część społeczności, a zwłaszcza jej warstwy kierownicze, nie mogła z tą klęską się pogodzić, była wrogo nastawiona do państwa polskiego, w najlepszym razie wobec niego nielojalna, konspirowała zbrojnie, organizowała akty terroru. Planowała zamach na Józefa Piłsudskiego, zorganizowała też nieudany zamach na prezydenta Wojciechowskiego, a udane zamachy na Tadeusza Hołówkę czy ministra Bronisława Pierackiego. Nawiasem mówiąc, dwaj ostatni byli rzecznikami porozumienia polsko-ukraińskiego. Ofiarą terroru padali też Ukraińcy, zwolennicy porozumienia z Polakami. Na przełomie lat 20. i 30. podziemna Ukraińska Organizacja Wojskowa przeprowadziła, jak szacowano, grubo ponad 1 tys. napadów terrorystycznych na posterunki Policji Państwowej, dwory czy urzędy. Przeprowadzono wiele akcji dywersyjnych i sabotażowych, których celem była infrastruktura państwowa. Państwo polskie odpowiedziało na to akcją pacyfikacyjną, prowadzoną przez policję przy osłonie wojska. Aresztowano ok. 3 tys. osób.

Na to nakładały się inne problemy. Prawdą jest, że Polska nie była bez winy. Nie wywiązała się ze zobowiązań wynikających z małego traktatu wersalskiego, który zalecał przyznanie mniejszościom narodowym, głównie Ukraińcom, autonomii w dawnej Galicji Wschodniej. Na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie zlikwidowano katedry z ukraińskim językiem wykładowym, istniejące tam w czasach austriackich. Stopniowo likwidowano ukraińskie szkolnictwo, widząc w nim zaplecze ukraińskiego nacjonalizmu. Na Kresach panowała nędza, tereny te były cywilizacyjnie zacofane. Stopień zacofania łatwo ustalić, przeglądając przedwojenne roczniki statystyczne: sieć dróg, szkół, telefonizacji, liczbę samochodów, procent analfabetów itd. W tej sytuacji dla ludności wiejskiej, wciąż odczuwającej głód ziemi, z której żyła, szczególnie bolesna i budząca nienawiść była akcja przydzielania ziemi z reformy rolnej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Jest ta wojna czy jeszcze nie?

W jak przedziwnym czasie żyjemy, że w ogóle można na poważnie takie pytanie sobie zadać. Pamiętam, że wybitny brytyjski historyk Eric Hobsbawm, autor legendarnej trylogii „Wiek rewolucji”, „Wiek kapitału”, „Wiek imperium”, ale także „Wieku skrajności” o XX stuleciu, pisał o wojnie światowej 1914-1945, bo w jego oglądzie była to jedna tragiczna epopeja, poprzedzielana epizodami wojennymi na mniejszą skalę, ale zasadniczo tworzyła całość potwornego doświadczenia XX w., o którym zapominamy, nauki z niej wyciągnięte rzucając precz.

Wątpliwości, że trwa wojna, nie mają Ukraińcy, Palestyńczycy mordowani bombami, czołgami i głodem w Gazie oraz zabijani na Zachodnim Brzegu, Irańczycy, Jemeńczycy, Syryjczycy, Libańczycy. A Europa? Wciąż udajemy, że nas w tym nie ma, bo dopóki bomby nie spadną nam na głowę, wszystko jest odległe i niewyobrażalne? A milczenie wobec ludobójstwa w Gazie nie jest formą uczestniczenia w wojnie? A bezradność wobec agresji Izraela na Iran? Mocarstwa nuklearnego, które udaje, że nim nie jest, nie uczestniczy w światowym systemie kontroli broni jądrowej? Agresja na Iran jakże innym językiem jest opowiadana niż agresja na Ukrainę. Oglądamy spektakl, setki czy tysiące obrazów nieba przeszywanego lotem nie wiadomo czego, nie wiadomo skąd i jak, a równocześnie przenosimy się interpretacyjnie w świat baśniowego mchu i paproci, gdzie opowieść przechodzi w metafizyczną gadkę o imperium zła, o osi zła. To imperium jest zawsze gdzie indziej niż my, nasi sojusznicy i sprzymierzeńcy. Tamta wielka wojna, ze swoimi niuansami i woltami, miała podziały czytelne i zrozumiałe. Oczywiście nie jest tak, że w interesie zrozumienia chciałbym, żeby obecne zmagania militarne przybrały powszechny, globalny charakter, który rozwieje wątpliwości. Moim głosem

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Czy postkomunista jest gorszy od postsutenera?

Jadąc samochodem, wysłuchałem w Tok FM fragmentu rozmowy z jakimś profesorem. Nie słyszałem jej początku ani końca, w efekcie nie wiem, kim był ów profesor. Przekonywał, że zarzuty stawiane prezydentowi elektowi są niepoważne. Przede wszystkim nie wiadomo, czy są prawdziwe, bo na razie opierają się na plotkach, a nawet gdyby były prawdziwe, to co z tego?

No, część na pewno była prawdziwa, wszak sam prezydent elekt do niektórych, takich jak udział w ustawkach, przyznawał się, tylko je racjonalizował i bagatelizował. O ich prawdziwości przekonani byli nawet prezydent Duda i sam Jarosław Kaczyński. Ten pierwszy w kibolskich ustawkach nie widział nic złego, ten drugi dla lepszego ich zrelatywizowania zadeklarował rzekome osobiste w takich bijatykach uczestnictwo. Wizja Jarosława Kaczyńskiego w roli agresywnego kibola z maczetą czy bejsbolem w dłoni jest równie zabawna, jak nieprawdopodobna. Nic więc dziwnego, że od razu zaowocowała w internecie ogromną liczbą memów. Ale nie o Kaczyńskiego w roli kibola tu chodzi. Rozprawiający w Tok FM intelektualista wywodził, że nawet gdyby te zarzuty kierowane pod adresem dzisiejszego prezydenta elekta były prawdzie, to i tak są bez znaczenia. Obojętne bowiem, kim Nawrocki był i co robił w przeszłości, nie może to być brane pod uwagę w ocenie jego osoby obecnie. Ludzie w młodości popełniają wiele błędów, a dziś kandydat na prezydenta, później już prezydent elekt, nie lata na ustawki, nie macha maczetą ani bejsbolem, nie doprowadza też prostytutek do pokoi gości hotelowych. Tak perorował na falach radia zaproszony intelektualista.

Nawet do pewnego stopnia byłbym w stanie z tym się zgodzić. Człowiek w młodości robi różne głupstwa, później czasem z nich wyrasta. Do wyborów staje już jako wyrośnięty. Tyle że ten stający do wyborów reprezentuje ugrupowanie polityczne, które z założenia grzechów młodości nie wybacza. Co więcej, chce za nie ścigać do końca świata. Z upodobaniem ściga więc i piętnuje postkomunistów, odmawiając im moralnego prawa do udziału w życiu publicznym, a już szczególnie w życiu politycznym. Sam prezydent elekt stał do niedawna na czele instytucji tropiącej postkomunistów, byłych funkcjonariuszy służb PRL i ich współpracowników, prowadząc w ich sprawach kuriozalne już w tej chwili śledztwa i postępowania lustracyjne, nie bacząc na to, że dziś są często zupełnie innymi ludźmi, nieraz z dorobkiem zasług dla suwerennej od ponad 35 lat Polski.

Nawet zasługi Lecha Wałęsy, doceniane przez cały świat, są dla prawicowych doktrynerów nieważne, bo ich zdaniem w latach 70. był „Bolkiem”. Wszystko, co później zrobił, jest im obojętne. Bez znaczenia okazuje się to, że stał na czele

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.