Świat

Powrót na stronę główną
Świat Wywiady

Jak myśli Rosja?

Cztery lata wojny. Wszyscy się przeliczyli.

I Rosja, i Ukraina, i Zachód

Prof. Andrzej Wierzbicki – profesor nauk społecznych, kierownik Katedry Studiów Wschodnich na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego

Panie profesorze, kiedy ta wojna, rosyjsko-ukraińska, się skończy?
– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. To pytanie z zakresu prognozowania, a prognozowanie w naukach społecznych, prognozowanie rzeczywistości społeczno-politycznej, w tym międzynarodowej, to karkołomne przedsięwzięcie.

Minister Ławrow powtarza, że muszą zniknąć pierwotne przyczyny konfliktu. Pan rozumie, co on ma na myśli?
– Rozumiem. Oni to powtarzają od kilku lat – denazyfikacja, debanderyzacja, uczynienie z Ukrainy kraju może nie tyle przyjaznego Rosji, ile przynajmniej neutralnego. Przekształcenie Ukrainy z anty-Rosji, tak jak ją budowano, w kraj, który nie stanowi platformy dla rywalizacji geopolitycznej, przyczółka dla sił, które Rosja uznaje przez siebie za wrogie, tj. z perspektywy rosyjskiej – usunięcie źródeł konfliktu.

Czyli?
– Czyli sił Zachodu, NATO, Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, kto w tych Stanach Zjednoczonych rządzi, ponieważ niezależnie od władzy, republikańskiej czy demokratycznej, pomoc amerykańska dla Ukrainy jest dostarczana.

Doktryna Monroego po rosyjsku

Przyczyną była więc nie tyle sprawa terytoriów, ile to, kto w Kijowie rządzi.
– Nie uważam, że Rosja w tej wojnie chciała zająć całe terytorium Ukrainy. Choć pewnie ma ograniczone cele terytorialne. Ale one się zmieniają. Być może było to opanowanie Kijowa. Opanowanie Charkowa. Celem rosyjskim może też być odcięcie Ukrainy od Morza Czarnego. Chersoń, Nikołajew, Odessa… Czyli lądowe połączenie z Naddniestrzem. Dojście do linii Dniepru, całkowite zajęcie terytoriów, które proklamowano jako należące do Rosji po referendum w 2022 r. Być może to jest ten ostateczny cel.

A może mniej chodzi o ziemię, a bardziej o to, żeby zwasalizować Ukrainę?
– Możliwe, że w jakiś sposób tak. Przy czym my jako wasalizację będziemy zapewne traktowali neutralny status Ukrainy, czyli równy dystans do Rosji i do Zachodu. Ta wojna jest, o czym zapominamy, praktycznym przełożeniem rosyjskiej wersji doktryny Monroego. W 1993 r., jeszcze za Jelcyna, rosyjskie siły polityczne, od prawa do lewa, od liberałów do brunatno-czerwonych, uzgodniły, że obszar poradziecki to jest strefa wyłącznych wpływów i wyłącznych, przy tym żywotnych, interesów Federacji Rosyjskiej. I każdy, kto się pojawi na tym terenie jako rywal, jako ktoś, kto będzie chciał tam swoje interesy realizować, będzie traktowany jako intruz, jako najeźdźca, jako wróg. Z tym właśnie mamy do czynienia.

Te pomarańczowe rewolucje zostały w Moskwie uznane za wrogie działanie?
– Tak. One zostały w Moskwie przyjęte nie jako dążenie do demokracji, ale jako wejście na terytorium jej wyłącznych wpływów. Doskonale wiemy, że przecież nie o demokrację jako taką w nich chodziło.

To jest kluczowe – my mówimy o prawach narodu do wolności, do demokracji, a Moskwa o tym, kto co kontroluje.
– Tu chodzi o geopolitykę, o kontrolę nad przestrzenią, a nie o opowieść, że Ukraina broni wartości europejskich czy demokratycznych. Zresztą gdzie są te wartości? Zorganizowana przestępczość, oligarchia, wszechogarniająca korupcja, zabójstwa na tle politycznym – to jest Ukraina. Czy to są wartości europejskie? W latach 90. przyjeżdżał do nas na wydział, w ramach różnych konferencji, Andrij Doroszenko, jako przedstawiciel prezydenta Kuczmy w Radzie Najwyższej Ukrainy. Był rosyjskojęzycznym Ukraińcem i wielkim patriotą swego

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Od Watergate do masowych zwolnień

„Washington Post” kiedyś obnażył aferę i wzmocnił demokrację. Dziś sam jest ofiarą władzy

Korespondencja z USA

Gdy w 1974 r. dziennik „Washington Post” opisał kulisy afery Watergate, nie tylko uratował Amerykę przed dalszymi rządami człowieka, który skompromitował urząd prezydenta, ale także realnie wpłynął na amerykańską demokrację. Zjednoczył bowiem Kongres w wysiłkach na rzecz jej wzmocnienia, co zaowocowało reformami wymuszającymi na rządzie większą przejrzystość działań i ograniczającymi władzy wykonawczej pole do nadużyć i korupcji. To wówczas m.in. utworzono urzędy niezależnego prokuratora i specjalnych inspektorów w agencjach federalnych – organy kontrolne niezależne od Białego Domu, a Kongresowi przekazano większą kontrolę nad budżetem.

Wtedy też istotnie zreformowano system finansowania kampanii politycznych, wprowadzając limity wpłat od darczyńców prywatnych, a na polityków nałożono obowiązek upubliczniania zeznań podatkowych. Również wtedy ustanowiono wreszcie nowe standardy ochrony danych osobowych ludności. Samym obywatelom zaś przyznano prawo wglądu w dokumenty prezydenckie. Każda, nawet najmniejsza notatka prezydenta od momentu jego przeprowadzki do Białego Domu stawała się odtąd własnością publiczną.

Ujmując rzecz krótko, reportaż „Washington Post” zainicjował historyczny projekt udoskonalenia systemu checks and balances – kontroli i równowagi władz, który jest nieodzowny do sprawnego funkcjonowania demokracji.

Najczarniejszy dzień w historii prasy

Wydaje się, że amerykańska demokracja w roku 2026 wymaga nie mniejszej naprawy niż przed półwieczem. Jeśli jednak ktokolwiek miałby dziś obnażyć korupcję Donalda Trumpa, nie będzie to już „Washington Post”. Bynajmniej nie dlatego, że redakcji brakuje odwagi czy determinacji, by patrzeć władzy na ręce. Po prostu obecny właściciel gazety Jeff Bezos postanowił niedawno przerzedzić zastępy odważnych i zdeterminowanych.

4 lutego Bezos zwolnił prawie 400 osób, czyli niemal połowę redakcji, likwidując całe działy. Szokujący był też sposób, w jaki to zrobił – mejlowo. W efekcie korespondenci zagraniczni dowiadywali się, że właśnie stracili pracę, przebywając w strefach wojen tysiące kilometrów od domu. „Nigdy czegoś takiego nie widziałem. To był jeden z najczarniejszych dni w historii prasy. Studium destrukcji własnej marki z efektem natychmiastowym”, skomentował decyzję Bezosa Marty Baron, jedna z najbardziej wpływowych postaci w amerykańskich mediach i legendarny naczelny wielu prestiżowych tytułów, w tym „Washington Post” w latach 2013-2021 („Why Jeff Bezos gutted the Washington Post”, „The Guardian”, 11 lutego 2026).

Żyjemy w przełomowym okresie zachodzących gwałtownie zmian norm i zasad, nie zabrakło więc głosów, że redakcję „Washington Post” spotkał los, który od dawna jest udziałem rosnącej rzeszy pracowników, zwłaszcza korporacyjnych. Zwolnień dokonuje się już niemal rutynowo przy pomocy firm zewnętrznych. Te zaś nie patrzą na doświadczenie, osiągnięcia czy lojalność pracowników. Liczy się wyłącznie osiągnięcie celu: oszczędności dla firmy i redukcja kadry o wymaganą liczbę osób. Z takiej perspektywy prywatny przedsiębiorca Jeff Bezos miał więc prawo zrobić ze swoim biznesem, co mu się żywnie podoba, prawda? Prawda.

A ponieważ jest to prawda i mówimy o miliarderze oraz „jego” gazecie, tym bardziej powinniśmy starać się zrozumieć, jakie mechanizmy tu zadziałały i dlaczego. Osobliwe przypadki dziennika, który kiedyś miał duże zasługi dla demokracji, a teraz stał się obiektem w kolekcji zabawek oligarchy, składają się na dramatyczną opowieść nie tylko o świecie, w jakim żyjemy. To przede wszystkim przestroga przed światem, który być może nadchodzi.

Kaprys miliardera

Zacznijmy od motywów Jeffa Bezosa, założyciela Amazona, człowieka legendy, dziś działającego również w branży kosmicznej, medialnej, sztucznej inteligencji oraz venture capital. Według magazynu „Forbes” Bezos to trzeci najbogatszy człowiek świata z majątkiem szacowanym w 2026 r. na 266 mld dol.

Bezos nabył „Washington Post” w 2013 r. od rodziny Grahamów, wieloletnich właścicieli dziennika (jeszcze sprzed czasów Watergate). Ci chcieli sprzedać tytuł, bo nie czuli się na siłach stawić czoła zmianom koniecznym do utrzymania się na rynku. Bezos zainwestował w gazetę

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kto opodatkuje big techy

Czas zapłacić podatki od gigantycznych dochodów

Używając słynnego, choć wyświechtanego powiedzenia, można stwierdzić, że w amerykańskiej polityce ogon macha psem. Tyle że nie bardzo już wiadomo, kto jest w tej metaforze ogonem, a kto psem. Mowa o coraz bardziej symbiotycznej relacji pomiędzy tamtejszymi koncernami technologicznymi a rządem federalnym. Wbrew obiegowej opinii giganci z Doliny Krzemowej nigdy nie byli specjalnie odlegli od Waszyngtonu, bo od początku istnienia takich firm jak Facebook (potem Meta) czy OpenAI wisiało nad nimi widmo regulacji, a nawet rozczłonkowania. Dziś mało kto może o tym pamięta, ale przecież przed wyborami prezydenckimi w 2020 r. jedną z głównych kandydatek do nominacji w Partii Demokratycznej była senator Elizabeth Warren, idąca do Białego Domu pod hasłem „Break Up Big Tech”, czyli podzielenia koncernów technologicznych na mniejsze spółki w celu przywrócenia w tym sektorze gospodarki chociaż śladowej, a dzisiaj nieistniejącej konkurencji rynkowej.

O ile jednak wcześniej waszyngtońskie elity próbowały zachować przynajmniej pozory kontroli nad Doliną Krzemową, w obecnej administracji mamy do czynienia z hołdem lennym. Do tego stopnia, że nie wiadomo, kto decyduje i o czym. Świat z prędkością światła obiegło zdjęcie z ubiegłorocznej inauguracji drugiej prezydentury Donalda Trumpa, gdzie obok siebie stali Mark Zuckerberg, Jeff Bezos, Elon Musk i szef Google’a Sundar Pichai, wszyscy gotowi do pełnej współpracy z nową władzą. Żeby jednak zrozumieć naturę relacji tych ludzi i ich firm z Donaldem Trumpem, trzeba się przyjrzeć współczesnym relacjom państwa z prywatnymi korporacjami. To pomoże odpowiedzieć na pytanie, czy gdziekolwiek na świecie aparat państwowy ma szansę taką relację zdominować.

Europa pod ostrzałem

O tym, że centrum władzy w życiu politycznym przechodzi z sektora publicznego do prywatnego, mówił w wykładzie inaugurującym rok akademicki na Uniwersytecie Stanforda brytyjski historyk prof. Timothy Garton Ash. Przypomniał wówczas, że dawniej w czasach kryzysu szefowie największych amerykańskich koncernów przemysłowych pielgrzymowali po rozwiązania do Waszyngtonu, a teraz kierunek pielgrzymki z reguły jest odwrotny. To decydenci polityczni proszą ludzi z Doliny Krzemowej o znalezienie rozwiązania problemu dezinformacji w czasie pandemii koronawirusa, przełamanie paraliżu inwestycji infrastrukturalnych, przeprowadzenie zielonej rewolucji energetycznej czy, jak obecnie, o wygraną w globalnym wyścigu po sztuczną superinteligencję.

Ten argument w opublikowanej dwa lata temu książce „The Tech Coup” rozwinęła Marietje Schaake, była holenderska europosłanka, dzisiaj również wykładowczyni na Stanfordzie. Główną tezą jej książki jest założenie, że w dzisiejszych czasach suwerenność „wypływa”

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Mycie mózgów młodym Australijczykom

Media społecznościowe zakazane dla nastolatków

14-letnia Amy z Sydney zaczęła korzystać ze Snapchata, gdy miała 12 lat. Po szkole pisała do przyjaciół, wysyłała im „snapa”, by zachować „streak”. Streaki to cecha aplikacji Snapchat uważana za bardzo uzależniającą – nakłania parę użytkowników do wysyłania sobie codziennie co najmniej jednego zdjęcia lub filmiku. Nagrodą za trzydniowy streak jest emotka ognia, za sto dni – „100”, a za tysiącdniową serię specjalne trofeum.

10 grudnia 2025 r. Amy, podobnie jak większość australijskich nastolatków poniżej 16. roku życia, obudziła się bez dostępu do aplikacji. W pierwszych dniach obowiązywania nowego prawa, zabraniającego małoletnim korzystania z wybranych mediów społecznościowych, odczuwała skutki odstawienia mediów online, od których była uzależniona. Wiedziała, że nie może korzystać ze Snapchata, ale z przyzwyczajenia co rano otwierała aplikację, by zobaczyć kolejny raz, że konto zostało zablokowane. Opisała to w swoim dzienniku opublikowanym przez portal BBC. Czwartego dnia Amy zauważyła, że, owszem, jest jej smutno, ponieważ nie może wysłać snapa przyjaciołom, ale przecież piszą do siebie na innych platformach. Po jeszcze kilku dniach, mając więcej czasu dla siebie, spróbowała biegania. Po miesiącu zauważyła, że jej nawyki się zmieniają. Zwykle po wejściu w Snapchata, którego włączała kilka razy dziennie, sprawdzała też TikToka i Instagram – traciła poczucie czasu i, jak napisała, „dawała się złapać algorytmowi”.

Już tego nie robi. Po telefon sięga wtedy, kiedy czegoś bardzo potrzebuje. 14-latka twierdzi, że czuje się wolna po raz pierwszy od lat.

Australia mówi dość

Australijski parlament przegłosował nowe prawo rok wcześniej, jako jedną z regulacji funkcjonowania big techów (inne dotyczą m.in. obowiązku dzielenia się z autorami treści dziennikarskich zyskiem z reklam). Decyzja Canberry jest odpowiedzią na narastające problemy z cyberprzemocą, groomingiem (podstępnym nawiązywaniem więzi emocjonalnej, zaprzyjaźnianiem się z dzieckiem, by wykorzystać je seksualnie) oraz negatywnym wpływem social mediów na zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży.

Firmy technologiczne miały rok, by do zmiany zasad się przygotować. Rząd zobowiązał je do podjęcia „racjonalnych kroków” mających uniemożliwić młodym ludziom poniżej 16. roku życia zakładanie nowych kont na portalach społecznościowych i zablokować dostęp do kont utworzonych wcześniej. Na początek prawo objęło 10 platform: Facebook, Instagram, TikTok, YouTube, Kick, Reddit, Snapchat, Threads, Twitch i X. Na pozostałe przyjdzie kolej.

Australia jest pierwszym krajem, który odmawia uchylenia zakazu za zgodą rodziców – wraz z wyższym limitem wieku czyni to jej prawo najsurowszym na świecie. Za poważne lub powtarzające się jego naruszenia firmom technologicznym grożą niemałe kary finansowe, sięgające 49,5 mln dol. australijskich, czyli ok. 33 mln dol. amerykańskich. Nie dość jednak wysokie, bo, jak powiedział agencji Australian Associated Press były dyrektor wykonawczy Facebooka Stephen Scheeler, „zarobienie 50 mln dol. zajmuje Mecie (właścicielowi Facebooka i Instagrama – przyp. autorka) godzinę i 52 minuty”. Rodzice i dzieci nie będą karani za naruszenie zakazu.

Badania, które zlecił rząd australijski, wykazały, że 96% dzieci w wieku 10-15 lat korzysta z mediów społecznościowych, a siedmioro na dziesięcioro jest narażonych na szkodliwe treści, w tym materiały mizoginiczne i brutalne, a także treści promujące zaburzenia odżywiania i samobójstwa. Co siódmy ankietowany zgłosił,

z.muszynska@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Bułgaria: przyjście niezbawiciela

Euro przypieczętowało transformację – obywatelom odmówiono prawa głosu w fundamentalnej sprawie

Korespondencja z Bułgarii

Decyzja Rumena Radewa o rezygnacji z urzędu prezydenta Bułgarii była wydarzeniem bez precedensu w najnowszej historii kraju. Radew, sprawujący funkcję głowy państwa od 2017 r., a więc przez niemal dekadę, zdecydował się ustąpić w trakcie drugiej kadencji, wiele miesięcy przed konstytucyjnym terminem zakończenia mandatu. Tuż po Nowym Roku ogłosił, że rezygnuje z funkcji i wchodzi do bezpośredniej walki politycznej o pełnię władzy wykonawczej.

19 stycznia 2026 r. Radew wygłosił specjalne telewizyjne orędzie, w którym poinformował, że to jego ostatnie wystąpienie w roli prezydenta Republiki Bułgarii. Był to moment wyczekiwany z olbrzymim napięciem, jakiego bułgarska przestrzeń publiczna nie doświadczyła od burzliwej końcówki lat 90. Wcześniej przez wiele tygodni spekulowano, czy Radew rzeczywiście zdecyduje się na ten krok, czy ograniczy się do symbolicznych gestów i bezpiecznie domknie kadencję. Jeszcze kilka godzin przed wystąpieniem dominowały wątpliwości, czy na pewno do rezygnacji dojdzie, czy Radew po prostu nie wywiesi białej flagi, rozstając się z polityką jako nieudanym eksperymentalnym okresem w generalskiej biografii.

Nadzieje i rozczarowania

W chwili gdy prezydent pojawił się na ekranach, Bułgaria zamarła. Ludzie przerywali codzienne zajęcia, by śledzić orędzie. W kawiarniach, restauracjach, salonach fryzjerskich i małych sklepach telewizory przyciągały wzrok wszystkich obecnych. Na głównych ulicach Sofii grupy przechodniów zatrzymywały się, by oglądać transmisję na ekranach smartfonów. Taksówkarze podkręcali głośność odbiorników, pasażerowie w komunikacji śledzili wystąpienie na swoich urządzeniach, a media społecznościowe wypełniały się westchnieniami nadziei.

W tym kontekście orędzie nabrało szczególnego ciężaru. Radew był tego świadom i choć zachował charakterystyczny dla siebie spokój,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Droga na subkontynent

Umowa między największymi demokratycznymi obszarami świata nie zachwyca Donalda Trumpa

Po raz pierwszy o utworzeniu strefy wolnego handlu, która dzisiaj obejmuje 1,9 mld mieszkańców, obie strony zaczęły dyskutować w 2007 r. Świat był wówczas inaczej umeblowany i znaczenia umowy popisanej pod koniec stycznia br. nie da się zrozumieć bez krótkiego powrotu do przeszłości.

Dwie dekady rozmów

Unia Europejska była wtedy najjaśniejszą gwiazdą na firmamencie stosunków międzynarodowych, z gospodarką równą Stanom Zjednoczonym, niezachwianymi normami demokracji i ochrony praw człowieka oraz pod każdym względem różową przyszłością obywateli. Na Starym Kontynencie panowało przekonanie, że to raczej reszta świata powinna zabiegać o względy Europejczyków, a nie odwrotnie. Ci z kolei mogli łaskawie spojrzeć na oferty krajów globalnego Południa, ale tylko na własnych warunkach.

Druga strona tego równania też wyglądała inaczej niż dziś. Indie nie były jeszcze najludniejszym krajem świata ani nie dominował w nich agresywny, nacjonalistyczny, miejscami przesycony przemocą populizm. Początek rozmów między Brukselą a New Delhi miał miejsce w świecie przed Trumpem, Orbánem, Modim, brexitem czy eksplozją mediów społecznościowych. Świecie, dodajmy, znacznie bardziej przewidywalnym, w którym istniało jeszcze paliwo napędzające optymizm czasów „końca historii” i prognoz Francisa Fukuyamy.

Dwie dekady później na wielu płaszczyznach uprawiania polityki role całkowicie się odwróciły. Indie mają największy na świecie rynek wewnętrzny, dynamiczną i wciąż rosnącą klasę średnią, niskie koszty pracy, dostęp do relatywnie taniej energii. Mają również premiera, który swoje przywództwo postrzega w kategoriach cywilizacyjnych, a nie jedynie politycznych. Narendra Modi nie mówi nawet po angielsku, o czym często przypomina oksfordzki historyk i podcaster Tom Holland, autor książki o historii chrześcijaństwa „Dominion”. Nie mówi nie dlatego, że jest niekompetentny – on po prostu nie musi, co samo w sobie jest wyznacznikiem zmiany w myśleniu, jaka zaszła wśród tamtejszych elit. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że Indie dzisiaj nie zamierzają zginać karku przed nikim, nawet przed Stanami Zjednoczonymi.

Z kolei Unia Europejska desperacko potrzebuje dwóch rzeczy: dywersyfikacji partnerów w strategicznych obszarach, takich jak handel i bezpieczeństwo, oraz wzmocnienia pozycji geopolitycznej. Próba siłowego zwasalizowania Wspólnoty przez Donalda Trumpa i jego ruch MAGA, grożąca nawet naruszeniem suwerenności i integralności terytorialnej Danii, wybudziła europejskich przywódców z trwającego od 1989 r. letargu strategicznego. Co samo w sobie jest ciekawe, bo rok szantaży ze strony Trumpa był bardziej skuteczny niż prawie dwie dekady mniej lub bardziej intensywnych ataków na Europę przeprowadzanych przez Władimira Putina. Nic lepiej nie ilustruje priorytetów i punktów odniesienia europejskiej klasy politycznej niż szybkość reakcji na zagrożenia zewnętrzne. Oraz to, skąd one pochodzą.

Nagle więc brukselscy urzędnicy, razem z obudowującą ich codzienną pracę bańką ekspertów,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

W poszukiwaniu nowych biegunów

Mark Carney w Davos rzucił rękawicę Trumpowi. I może wygrać, bo jest większym realistą

Jednym z najczęściej powtarzanych dziś sloganów na temat rewolucyjnych wręcz zmian w stosunkach międzynarodowych jest przypisywane Antoniowi Gramsciemu, sparafrazowane przez Slavoja Žižka stwierdzenie, że stary porządek już umarł, a nowy wciąż walczy o to, by się narodzić – teraz natomiast trwa era potworów. Giuliano Da Empoli, włoski kulturoznawca i doradca polityczny, współpracujący m.in. z Matteo Renzim, twierdzi z kolei, że mamy do czynienia z okresem zdominowanym przez barbarzyńców, którzy anarchię wprowadzają celowo, bo w zamieszaniu wywołanym brakiem zasad łatwiej jest kraść i się wzbogacać, bez względu na społeczne czy wręcz ogólnoświatowe konsekwencje.

Z kolei jeśli wsłuchać się w słowa Donalda Trumpa, a następnie wczytać w dokumenty publikowane przez jego administrację, można odnieść wrażenie, że wszystko już wiadomo. Wracamy do XIX-wiecznej koncepcji stref wpływów, w których może istnieć tylko jeden ośrodek władzy. Wszystko, co wyszło spod ręki członków obecnej amerykańskiej ekipy rządzącej – od Narodowej Strategii Bezpieczeństwa przez Narodową Strategię Obrony po priorytety Departamentu Stanu – zdaje się jednoznacznie stwierdzać, że Waszyngton już dominuje nad półkulą zachodnią, Azję oddając Chinom, a Europę zostawiając samą w starciu z Rosją.

Współczesny świat w starych ramach

Czasem jako uzasadnienia tej teorii używa się argumentów pseudopragmatycznych. Jak w przypadku Wenezueli czy Grenlandii, gdzie Stephen Miller i Marco Rubio dwoją się i troją, żeby przekonać świat, że od amerykańskich interwencji w tych miejscach zależy bezpieczeństwo wewnętrzne USA. Można też używać pokrętnej logiki historycznej, jak w słynnym tekście „Prezydentura Lotu 93” robił to kilka lat temu Michael Anton, były już szef planowania polityki w Departamencie Stanu. On z kolei uzasadniał, że awanturnictwo militarne poza własną strefą wpływów prowadzi do upadku imperium, co wiadomo z historii Związku Radzieckiego, jego zdaniem przegranego w zimnej wojnie z powodu niepotrzebnej obecności wojskowej na Kubie.

Można przywoływać stare paradygmaty, jak doktryna Monroego z 1823 r., dająca Amerykanom prawo do chronienia zachodniej półkuli przed europejską rekolonizacją. Albo iść w stronę przepowiedni i hiperboli, jak słynna opowieść o Objawionym Przeznaczeniu, czyli religijno-strategicznej doktrynie zakładającej, że Stany Zjednoczone powinny rozciągać się od oceanu do oceanu, bo Bóg tak chciał.

Wszystkie te ćwiczenia mają jednak mniej więcej tyle sensu, ile wlewanie wody do dziurawej szklanki. Choćby nie wiadomo, ile cieczy wlać, nigdy nie zostanie ona w naczyniu – nie przyjmie jego kształtu.

Tak właśnie jest w 2026 r. ze światem, który Donald Trump próbuje wcisnąć w ramy rodem z XIX w. Nie trzeba być ekspertem od geopolityki ani profesorem historii, żeby rozumieć, że ten manewr skazany jest na porażkę.

Historie o świecie podzielonym na strefy wpływów Chin, Rosji i USA można z wielu przyczyn włożyć między bajki. Nawet jeśli trwają poważne dyskusje na temat tego, ile dziś mamy biegunów geopolitycznych. Jennifer Lind, wykładowczyni Uniwersytetu Stanforda i wybitna analityczka zajmująca się Chinami, w niedawnym eseju dla magazynu „Foreign Affairs” przekonywała, że są tylko dwa bieguny, a ten chiński jest znacznie silniejszy od amerykańskiego. Nie wszyscy jednak z tym się zgadzają.

Premier Indii Narendra Modi, lider postrzegający swoje przywództwo w kategoriach nie kadencyjnych czy partyjnych, lecz cywilizacyjnych (nie mówi po angielsku i samo w sobie jest to ciekawe – bo uważa, że nie musi), raczej nie zamierza poddawać się chińskiej dominacji, wszak Indie to dziś najludniejszy kraj świata i potężny gracz gospodarczy. Tak samo trudno uwierzyć, że Rosję stać na bycie czymkolwiek innym niż podwykonawcą Chin.

Tezy o zacementowanym już porządku światowym są publicystycznie chwytliwe, ale dalekie od rzeczywistości. Świat jest dziś w tzw. momencie kontradyktoryjnym – z jednej strony podzielony bardziej niż kiedykolwiek po 1945 r., z drugiej – bardziej niż kiedykolwiek połączony. Łańcuchami dostaw, powiązaniami handlowymi, wieloetnicznymi rodzinami, migracją i wszystkim innym, co zostało z umierającej globalizacji. Pozostaje pytanie, jak to wszystko pozszywać, żeby przy okazji uniknąć globalnego konfliktu.

Czego chce Mark Carney

Premier Kanady Mark Carney w wystąpieniu w Davos pokazał, że można podjąć taką próbę. Co więcej, istnieje realna szansa na zrobienie tego w sposób systemowy, a nie anarchiczny, oparty na nagiej sile militarnej i eksporcie wojny, jak chce to robić Trump. Jakkie Cilliers, południowoafrykański politolog i badacz trendów, stwierdził niedawno, że fakt zabicia starego porządku opartego na zasadach nie znaczy, że w jego miejsce nie może powstać nowy. Z tą różnicą, że będą to inne zasady, korzystniejsze dla państw postkolonialnych i rozwijających się. Wszystko wskazuje na to, że Carney dokładnie to chciałby osiągnąć.

Oczywiste jest, że premier swoje przemówienie budował od wielu miesięcy. W Europie nie brakuje polityków, którzy już po Davos chwalili się, że słyszeli na żywo pierwsze, prawdopodobnie próbne wersje tego wystąpienia. Wtedy jeszcze przyjmowali tezy Carneya ze zdziwieniem, dzisiaj widzą w nich pragmatyzm i racjonalizm. Nawet jeśli od Davos nie minęły jeszcze dwa tygodnie, a Carney już znalazł się pod gigantyczną presją z powodu swojej wizji rzeczywistości.

Żeby jednak zrozumieć, co naprawdę chciał osiągnąć, po co otwarcie sprowokował Trumpa i na co naprawdę może liczyć, trzeba cofnąć się do minionej wiosny, kiedy amerykańska administracja regularnie poniżała ówczesnego premiera Kanady Justina Trudeau, nazywając go gubernatorem i grożąc aneksją kraju oraz przekształceniem go w 51. stan USA.

Kiedy Trump przejmował władzę po raz drugi, wydawało się niemal pewne, że liberałowie, którym przewodził Trudeau i których dziś reprezentuje Carney, przegrają wybory w 2025 r. z kretesem. Winne temu były wewnętrzne czynniki strukturalne, jak rosnące koszty życia, kryzys mieszkaniowy, stagnacja gospodarcza i nierówności pomiędzy różnymi prowincjami w kraju. Jeśli jednak Trump kiedykolwiek dokonał cudu przy urnie, to właśnie wtedy, w dodatku nie w wyborach, w których sam startował.

W ciągu dwóch miesięcy liberałowie odrobili ponad 20 pkt proc. straty do konserwatystów, przegonili ich i obronili stanowisko premiera. Głównie dzięki Trumpowi, do którego zaczęto porównywać przywódcę Partii Konserwatywnej Pierre’a Poilievre’a – ostatecznie pozostawionego przez wyborców poza parlamentem. To był pierwszy globalny przypadek, w którym zbliżenie z Trumpem okazało się toksyczne, nawet jeśli było to jedynie zbliżenie estetyczne,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Od pochodni do podium

Włochy szykują się na zimowe igrzyska Mediolan-Cortina 2026

Korespondencja z Włoch

XXV Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina 2026 coraz bliżej. W ostatnich tygodniach sportowcy niosący olimpijską pochodnię przemierzyli Wenecję Euganejską i Nizinę Padańską w ramach podróży przez Włochy. Trasa prowadziła do Mantui, łącząc historyczne miasteczka i regiony będące symbolem tożsamości północnych Włoch. Gdy pochodnia dotarła do miasta, ulice wypełniły się mieszkańcami i turystami, którzy czekali na biegaczy niosących olimpijski ogień.

Sztafeta rozpoczęła się 26 listopada 2025 r. symbolicznym odpaleniem świętego ognia w Olimpii. Po uroczystym przekazaniu płomienia Włochom i przetransportowaniu go do kraju, 4 grudnia 2025 r. prezydent Włoch Sergio Mattarella przyjął i zapalił znicz na dziedzińcu Pałacu Kwirynalskiego w Rzymie, oficjalnie inaugurując podróż pochodni, która została od niego odpalona. Podczas ceremonii, w której uczestniczyli przedstawiciele świata sportu, samorządowcy i wybitni sportowcy – wśród nich tenisistka Jasmine Paolini – prezydent przekazał przesłanie pokoju i wezwał do olimpijskiego rozejmu, podkreślając jednoczącą rolę igrzysk.

Trasa licząca 12 tys. km prowadzi przez wszystkie regiony Włoch, ponad 60 miast będących etapami i ponad 300 miejscowości: od Koloseum i fontanny di Trevi w Rzymie, przez wenecki Canal Grande, po symboliczne miejsca odrodzenia, takie jak zniszczona przez trzęsienie ziemi Amatrice czy dzielnica Scampia w Neapolu.

– Każdy krok tej podróży przez nasze miasta przypomina światu o sile sportu w budowaniu mostów i przełamywaniu barier – podkreślał Giovanni Malagò, prezes Fundacji Mediolan-Cortina 2026. – To trasa łącząca korzenie z przyszłością, gościnność z innowacją i celebrująca to, co najlepsze w duchu włoskim.

Za organizację sztafety odpowiada potężna machina logistyczna, będąca efektem ponad dwóch lat planowania. Konwój o długości niemal 200 m porusza się z prędkością 4 km/godz., a każdy dzień rozpoczyna się o godz. 7.30 i kończy ok. 19.30 zapaleniem znicza w mieście będącym następnym etapem. Celem jest „stworzenie olimpiady, która wyjdzie na ulice” poprzez dziesiątki wydarzeń towarzyszących: koncerty, festyny miejskie, programy edukacyjne dla szkół i inicjatywy społeczne. Finał tej niezwykłej podróży nastąpi wieczorem 6 lutego 2026 r. w Mediolanie – w dzień ceremonii otwarcia igrzysk – gdy płomień dotrze na Stadion San Siro.

Po raz pierwszy w historii igrzysk olimpijskich i paraolimpijskich jednocześnie zapłoną dwa znicze w dwóch różnych miastach. Wykonane z aluminium lotniczego i zaprojektowane przez Marca Balicha we współpracy z Lidą Castelli oraz Paolem Fantinem zostaną zapalone w idealnej synchronizacji przy Arco della Pace w Mediolanie oraz na Placu Dibona w Cortinie d’Ampezzo. Znicze rozkładają się i składają, osiągając średnicę od 3,1 do 4,5 m.

Zimowe igrzyska powracają do Włoch po 20 latach od imprezy w Turynie. Stawka jest znacznie wyższa niż sportowe medale. Mediolan-Cortina 2026 to projekt, który ma połączyć dwa światy: globalną metropolię finansową i alpejskie kurorty Dolomitów. Dla rządu i samorządów to wizytówka turystyczna. Dla krytyków – zbyt kosztowny eksperyment infrastrukturalny.

Co, gdzie, kiedy i przede wszystkim za ile?

Mediolan-Cortina 2026 to jedna z najbardziej „rozproszonych” imprez w historii zimowych igrzysk. Rywalizacja odbędzie się w trzech regionach: Lombardii, Wenecji Euganejskiej i Trydencie-Górnej Adydze. Mediolan stanie się centrum sportów lodowych: hokeja, łyżwiarstwa figurowego i short tracku. Cortina d’Ampezzo i Dolomity – sercem sportów alpejskich, takich jak zjazdy narciarskie, supergiganty i kombinacje.

Igrzyska potrwają ponad dwa tygodnie i obejmą kilkadziesiąt konkurencji medalowych. Organizatorzy podkreślają też rolę transmisji telewizyjnych i cyfrowych, które przyciągną młodszą publiczność i pozwolą oglądać zawody tym, którzy nie mogą przyjechać.

Na zawody szykują się prawdziwe legendy narciarstwa, w tym Włoszka Federica Brignone, która odzyskała formę po ciężkiej kontuzji w zaskakującym tempie i będzie chorążą Włoch, oraz Amerykanka Lindsey Vonn, która wróciła do sportu z zamiarem zostania najstarszą medalistką igrzysk, a także gwiazdy z poprzednich olimpiad, takie jak Tina Maze, Viktoria Rebensburg, Martin Schmitt, Markus Eisenbichler oraz biatlonistki Tiril Eckhoff i Sandrine Bailly, co zapowiada emocje na najwyższym poziomie.

W narciarstwie biegowym Polskę reprezentować mają doświadczeni zawodnicy, w tym Izabela Marcisz i Maciej Staręga.

Szczególne zainteresowanie budzi kwestia biletów. Według zapowiedzi ceny są zróżnicowane: od relatywnie dostępnych wejściówek na eliminacje po pakiety premium na finały. Dziennik „Corriere della Sera” zwraca uwagę, że „organizatorzy chcą uniknąć wizerunku olimpiady tylko dla elit”, i zapowiadają pulę biletów subsydiowanych dla młodzieży oraz szkół. Zresztą na oficjalnej stronie igrzysk można sprawdzić rozpiętość cenową. Bilety na ceremonię otwarcia na San Siro wahają się od 260 do 2026 euro za osobę. Pakiety gościnne z typowym mediolańskim aperitivo zaczynają się od 3250 euro, a premium – od 8950 euro za osobę. Bilety na poszczególne konkurencje sportowe w Mediolanie i w Cortinie rozpoczynają się od 150 i 350 euro za osobę, wersja premium może kosztować kilka tysięcy euro.

Równolegle rozwija się sektor tzw. turystyki olimpijskiej. Biura podróży oferują pakiety łączące zawody sportowe z pobytem w Dolomitach, zwiedzaniem Mediolanu i gastronomicznymi trasami w Lombardii i Wenecji Euganejskiej. Dla branży hotelarskiej to ogromna szansa, ale też test wydolności infrastruktury. Miejsc noclegowych już brakuje.

Mediolan przygotowuje się do roli gospodarza wizerunkowego. Miasto kierowane przez lewicowego burmistrza Giuseppe Salę modernizuje transport publiczny, inwestuje w przestrzenie wokół hal sportowych i planuje strefy kibica. Dla metropolii to kolejny etap budowania marki globalnego centrum biznesu i kultury. Władze miejskie podkreślają, że igrzyska mają pozostawić trwałe dziedzictwo: nowe linie komunikacyjne, rewitalizowane dzielnice i infrastrukturę sportową dla mieszkańców.

Cortina d’Ampezzo stoi przed innym wyzwaniem. To luksusowy kurort, który musi pogodzić prestiż z masową turystyką. Lokalna prasa alarmuje o presji na ceny nieruchomości i ryzyku przeciążenia infrastruktury. Mieszkańcy obawiają się, że miasto straci kameralny charakter, który przez dekady budował jego markę. Jednocześnie wielu przedsiębiorców widzi w igrzyskach szansę pokoleniową. Restauratorzy, hotelarze i przewodnicy górscy liczą na długofalowy wzrost zainteresowania regionem. To tu ścierają się dwa obrazy przyszłości: Dolomity jako spokojny kierunek VIP albo jako globalna arena sportowo-turystyczna.

A co po igrzyskach?

Zimowa olimpiada we Włoszech od początku budzi kontrowersje i dzieli opinię publiczną. Skala inwestycji sięga miliardów euro. Centroprawicowy rząd Giorgii Meloni oraz lewicowy burmistrz Mediolanu podkreślają, że igrzyska przyśpieszają projekty, które i tak były konieczne. Krytycy zwracają uwagę, że prace realizowane pod presją terminów są znacznie droższe, a ich jakość często pozostawia wiele do życzenia. Dziennik „La Repubblica”, analizując przygotowania do igrzysk, ostrzega przed „ryzykiem spirali kosztów” i powtórzeniem błędów poprzednich olimpiad, gdzie część obiektów po zakończeniu zawodów straciła funkcję.

Minister infrastruktury i transportu Matteo Salvini w wywiadzie dla prasy podkreślał, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Coraz mniej Moskwy

Łotwa wyłącza nadawanie w języku rosyjskim

Korespondencja z Rygi

Po rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2022 r. Łotwa coraz gorliwiej pozbywa się śladów rosyjskości, interpretowanych jako relikty sowieckiej okupacji lub XIX-wiecznego rosyjskiego imperializmu. Nie ma już w Rydze pomnika radzieckich „wyzwolicieli” miasta, jakiś czas temu z mapy zniknęło Moskiewskie Przedmieście, a z Parku Kronwalda – pomnik Puszkina. Po łotewskiej reformie edukacji, która zlikwidowała szkolnictwo w językach mniejszości narodowych, Rosjanie mieszkający nad Dźwiną obawiają się kolejnego problemu: zamknięcia mediów nadających w języku rosyjskim.

W nowy rok Ryga weszła trochę nerwowo. Ostatniego dnia starego roku wicemer miasta z partii narodowców Edvards Ratnieks nawoływał, by zgłaszać służbom nazwiska sąsiadów, którzy wystrzeliwali fajerwerki według czasu moskiewskiego. 31 grudnia 2025 r. mieszkańcy Łotwy po raz ostatni usłyszeli także rosyjskie słowo w łotewskim radiu publicznym. Do historii przeszedł bowiem rosyjskojęzyczny 4 kanał radia, nadający również audycje w językach innych mniejszości narodowych.
Czy to już koniec, czy zaledwie początek totalnej derusyfikacji Łotwy?

Łatgalskie Przedmieście – i bardzo dobrze

Choć po odzyskaniu przez Łotwę niepodległości w 1990 r. uchwalano różne prawa wymierzone w mniejszość rosyjskojęzyczną, postrzegane przez nią jako dyskryminacja, a przez Łotyszy bardzo często odczuwane jako konieczna samoobrona przed społecznością, która w czasach radzieckich rozrosła się ponad miarę – to sytuacja w zasadzie była stabilna. Coraz więcej Rosjan w ramach procesu naturalizacji otrzymywało obywatelstwo, młodzi uczyli się w szkołach języka łotewskiego i korzystali z szans, które otworzyło wejście kraju do Unii Europejskiej w 2004 r.

Wydawało się nawet, że Rosjanie są w stanie wywalczyć „swoje” także na poziomie politycznym. Na przykład wtedy, gdy w 2009 r. pierwszy raz w historii Ryżanie wybrali na mera etnicznego Rosjanina Niła Uszakowa. Co prawda jego partia Zgoda nigdy nie została dopuszczona do władzy na szczeblu centralnym, otaczał ją „kordon sanitarny”, ale Rosjanie coraz bardziej czuli się częścią niepodległej Łotwy. Świętowali łotewskie rocznice 4 maja albo 18 listopada, zaciągali się do Zemessardze (Gwardii Narodowej) czy do wojska łotewskiego. Przyswajali język łotewski,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Hartuje nas zima

Nikt już się nie łudzi – Trump chce wyrzucić z kraju nie tylko kryminalistów, ale wszystkich, którzy przebywają w nim nielegalnie

Korespondencja z USA

Ostatnie skandale z udziałem policji ICE w Minneapolis dowodzą, że nowa polityka imigracyjna ma coraz mniej wspólnego z prawem i porządkiem, a coraz więcej z terroryzowaniem normalnych ludzi, w tym rodzin z dziećmi.

Liam Conejo Ramos

Liam Ramos ma pięć lat i chodzi do zerówki. Ze szkoły odbiera go tata, a gdy jadą do domu, Liam opowiada mu, co się wydarzyło w klasie.

Ale dziś tata jest rozkojarzony, nie słucha. Czy to dlatego, że po ich ulicy kręcą się dziwni policjanci z zakrytymi twarzami, których tata nazywa brzydkimi wyrazami? Liamowi nie wolno ich powtarzać.

W pewnym momencie tata dzwoni do mamy, a potem wypadki toczą się błyskawicznie. Policjanci rzucają się na ich samochód i wyciągają z niego ich obu. Tata nie ma nawet czasu wyłączyć silnika. Tata wyciąga ręce do Liama, Liam do taty, ale funkcjonariusze nie pozwalają im się dotknąć. Tata krzyczy. Krzyczy też sąsiadka, wymachując policjantom przed nosem jakąś kartką. Mówi, że jest upoważniona, by zabrać Liama do siebie. Ją też odpychają.

Jeden z policjantów każe Liamowi zapukać do drzwi, za którymi na pewno stoi teraz zmartwiona mama. Liam zaciska piąstki i prosi Boga, żeby tylko mama nie otwierała, żeby zrobiła wszystko tak, jak kazał tata.

Nie otworzyła. Uff, ulga. Ale policjanci są rozzłoszczeni. Wokół zbiera się coraz więcej ludzi. Krzyczą, gwiżdżą. Policjanci łapią Liama i wsadzają do tego samego samochodu, w którym wcześniej zniknął tata. Dopiero teraz Liam zaczyna płakać.

Liam Conejo Ramos i jego ojciec Adrian Conejo Ramos, mieszkańcy Minneapolis w stanie Minnesota, obywatele Ekwadoru – obaj z pozwoleniem na pobyt w USA w czasie, gdy oczekują na przyznanie im statusu uchodźców, zostali zaaresztowani i przewiezieni do ośrodka detencyjnego w Teksasie 20 stycznia tego roku. Zdjęcie przerażonego chłopca z twarzą niemal przyciśniętą do karoserii szarego SUV-a obiegło świat i stało się symbolem brutalnych działań służb imigracyjnych w dzisiejszej Ameryce.

Było też kolejnym publicznym starciem między mieszkańcami Minneapolis a administracją Trumpa, która – podobnie jak po morderstwie Renée Good zastrzelonej przez ICE dwa tygodnie wcześniej – forsowała własną wersję zdarzeń sprzeczną z relacjami świadków. Do dziś zresztą zaprzecza, że agenci użyli chłopca jako przynęty, by wywabić z jego domu i aresztować pozostałych członków rodziny, a także, że nie pierwszy raz zastosowali w pracy ten skandaliczny podstęp.

Gdy pod presją opinii publicznej do Minneapolis zawita dwa dni później wiceprezydent J.D. Vance, Ameryka usłyszy od niego, że odesłanie Liama wraz z ojcem do aresztu było wyłącznie formą „zaopiekowania się dzieckiem”, którego nie można było pozostawić na mrozie – w pobliżu nie było przecież nikogo, kto mógłby się nim zająć. Kłamstwo wzmacnia drugim, mianowicie, że ojciec porzucił Liama, uciekając przed policją. Gdy w końcu zdobywa się na szczerość, to tylko po to, by przyznać, że dwa dni po wywiezieniu Ramosów z miasta przez ICE nie ma pojęcia, gdzie obecnie znajduje się dziecko.

Tysiące agentów ICE

Gdy czytacie ten tekst, mija miesiąc, od kiedy Trump oddelegował na ulice Minneapolis najpierw dwa, a po śmierci Renée Good jeszcze dodatkowy tysiąc agentów ICE. Przyczyną było rzekome wykrycie przez niezależnego prawicowego dziennikarza (w istocie bardziej influencera i tiktokera) defraudacji setek milionów publicznych pieniędzy, czego dopuścili się członkowie społeczności somalijskiej w mieście.

Głosząc potrzebę zaprowadzenia porządku, jakiego nie są w stanie zapewnić lokalne władze, Trump odwołał funkcjonujący od lat 90. XX w. specjalny program azylowy dla Somalijczyków (przyznany im przez USA po wyniszczającej Somalię wojnie domowej) i postawił sobie za cel ich masową deportację. Sprostowania dotyczące faktów, że tiktoker niczego nie odkrył, a władze Minnesoty od lat prowadzą w sprawie tej defraudacji własne śledztwo, i że prawie 100 osób zostało już w związku z tym osądzonych, a część skazanych, nie przebiły się jednak do szerszej wiadomości publicznej. Podobnie jak zadawane od samego początku, choć oczywiście tylko na lewicy, pytania o to, czy najazd służb ICE na Minneapolis i ich wyjątkowa brutalność, nie tylko wobec osób aresztowanych, nie ma służyć jeszcze jakimś innym, oprócz deportacji Somalijczyków, celom. Czy Trump nie mści się w ten sposób na gubernatorze Minnesoty Timie Walzu, który jako kandydat na wiceprezydenta Kamali Harris nie szczędził mu w kampanii krytyki? Czy wreszcie agresja ze strony federalnych agentów na skalę nieoglądaną w innych stanach nie jest obliczona na wzniecenie zamieszek, które pozwoliłyby Trumpowi uruchomić sławetny Insurrection Act, by ogłosić w kraju stan wyjątkowy i nie dopuścić do wyborów połówkowych?

Prognozy dla republikanów nie są najlepsze, a Trump już nawet publicznie insynuował, że nie można dopuścić do przegranej, bo oznacza to, że czeka go impeachment.

Tydzień, w którym aresztowano Liama Ramosa, okazał się dla Minnesoty wyjątkowo tragiczny. Cztery dni później, w sobotę 24 stycznia, agenci ICE zastrzelili kolejnego oprotestowującego ich działania Amerykanina – Alexa Prettiego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.