Ekologia i Przegląd

ENERGIA Z NICZEGO?

Nasza energetyka zależy od węgla.A przecież woda, biomasa i wiatr też dają energię

Rozmowa z Grzegorzem Wiśniewskim, dyrektorem Europejskiego Centrum Energii Odnawialnej w Warszawie

– W ciągu zaledwie półtora roku, od marca 1999 r. do września roku 2000, pojawiły się dokumenty i zapadły decyzje, które z wielkim trudem torowały sobie drogę do polskiego prawa gospodarczego i ekologicznego. Czy to wystarczy, aby nadrabiać w tych dziedzinach miniony, zmarnowany czas?
– W marcu 1999 r. Sejm zobowiązał rząd do opracowania Strategii zrównoważonego rozwoju Polski do roku 2025. W lipcu tego samego roku Sejm zobowiązał rząd do opracowania innego, bardziej szczegółowego dokumentu Strategii rozwoju energetyki odnawialnej. W lutym 2000 r. rząd ustalił Założenia polityki energetycznej Polski do 2020 r. i określił potrzeby energetyczne państwa oraz źródła i sposoby zaspokojenia takich potrzeb. We wrześniu 1999 r. w Ministerstwie Środowiska rozpoczęto prace nad opracowaniem Strategii rozwoju energetyki odnawialnej. W tym samym miesiącu 2000 r. rząd przyjął Strategię rozwoju energii odnawialnej w Polsce. To objawy ożywienia w promowaniu energii odnawialnej; jestem przekonany, że to są niezłe podstawy jej rozwijania w Polsce. Na nich będą opierały się inne decyzje parlamentu, rządu, resortów gospodarki czy środowiska. Ale konieczne są też decyzje resortu finansów, dotyczące rozwoju regionalnego, samorządów powiatowych i gminnych, aby te podstawy nie okazały się “słomianym ogniem”.
– Jakie są powody powstania w krótkim czasie podstawowych aktów prawnych, od których w dużym stopniu zależy zwiększenie wytwarzania energii odnawialnej w Polsce?
– Nasza energetyka, ta wielka, przemysłowa i ta mała, domowa, od dawna zależą od węgla kamiennego. Wiadomo jednak, że spalanie nieodnawialnego węgla czy ropy naftowej wywiera fatalne skutki w atmosferze Ziemi. Odczuwalne są powszechnie skutki efektu cieplarnianego, a ostatni raport powołanego przez ONZ Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu potwierdza, że sytuacja jest gorsza, niż sądzono jeszcze pięć lat temu. Oceniono, że w tym stuleciu średnie temperatury mogą wzrosnąć aż o 5 stopni C. Efekt cieplarniany jest skutkiem naszej nieokiełznanej konsumpcji materiałów nieodnawialnych i nasycania atmosfery produktami ich spalania.
– Polska ratyfikowała Konwencję Klimatyczną już w 1994 roku, a w 1997 r. podpisaliśmy Protokół z Kioto, zobowiązujący nas – jak wiele innych krajów rozwiniętych – do zmniejszenia “produkcji” gazów szklarniowych o 6% do 2008 r. Czy mamy w tej dziedzinie osiągnięcia?
– I to znaczne, ale wiadomo, że jednym z najważniejszych i skutecznych sposobów ograniczania ich emisji była dotąd restrukturyzacja naszego przemysłu, działania na rzecz efektywnego wykorzystania energii, inwestycje chroniące atmosferę, opłaty i kary za emisję dwutlenku siarki, dwutlenku węgla czy tlenków azotu. Ale wykorzystanie źródeł energii odnawialnej to u nas często ciekawostka techniczna, akt szalonej odwagi; jak podają oficjalne statystyki – zaledwie 2,5% sięga udział tej energii w bilansie energii pierwotnej, czyli jeszcze bardzo daleko do zadowolenia. Większość energii odnawialnej wytwarza około 150 naszych wielkich wodnych elektrowni oraz energetyczne wykorzystanie biomasy (głównie odpadów drewna). Tymczasem udział tej energii w światowym bilansie paliwowym sięga już 19%. Dla porównania: w Austrii już w 1995 r. było to 24%, w Szwecji prawie 25,5%, w Danii 7,3%. .
– Jednak ciągle brak międzynarodowej zgody na hamowanie zanieczyszczania atmosfery. Konferencja Klimatyczna w Hadze zakończyła się niepowodzeniem.
– Chcę być optymistą, że nasze ustawy i decyzje rządu otworzą drogę do wielu rozwiązań praktycznych. W Polsce energetyka słoneczna i z wykorzystaniem biomasy należy do tzw. energetyk perspektywicznych. Jednakże co innego potencjał i strategie, a co innego tempo realizacji, przede wszystkim z powodu barier finansowych i technicznych. Do rozwoju energetyki odnawialnej dosłownie w każdej gminie trzeba decyzji samorządów, badań możliwości jej rozwoju, przenoszenia najlepszych technologii i zakupu urządzeń lub – lepiej – produkowania ich w kraju, adaptowania rozwiązań systemowych z innych krajów. W Strategii zapisano: że państwo będzie musiało ponieść odpowiednie nakłady finansowe, aby następował rozwój w tej dziedzinie. Wedle obliczeń specjalistów z ECEO, mamy w kraju szansę zwiększenia wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych w ciągu 10 lat do 2010 r. na poziomie 7,5%, zaś do 2020 r. nawet do 14%.
– Ale wszystkie rodzaje naszej energetyki odnawialnej są w powijakach.
– Oceniamy w ECEO, że największy postęp jest możliwy dzięki wykorzystaniu biopaliw, głównie odpadów drewna i słomy zbożowej. Obecnie większość tych materiałów ulega naturalnemu rozkładowi na składowiskach odpadów, w lasach i na polach lub jest spalanych. A zatem potęguje zanieczyszczenie atmosfery, zagraża tym samym środowisku i powiększa niekorzystny efekt cieplarniany w skali globalnej. Zasoby słomy zbożowej (znaczna jej część długo gnije na polach lub jest wypalana) sięgają corocznie 25 mln ton, a pracujące kotły na odpady drewniane mają moc około 600 MW. W gospodarstwach domowych, zakładach meblarskich i innej obróbki drewna oraz zakładach rolnych jest ponad 70 dużych kotłowni o mocy 0,1-40 MW opalanych korą, trocinami, zrębkami, czyli odpadami drewna. Na rynku jest co najmniej 20 producentów i importerów zautomatyzowanych kotłów na takie paliwo. Drugie tyle wytwórców ma możliwość produkowania kotłów opalanych balotami słomy zbożowej. Pomimo ciągle nielicznych, w porównaniu z możliwościami i potrzebami, instalacji do wykorzystania biopaliw, ten rodzaj energetyki odnawialnej uważany jest za najbardziej dynamiczny i popularny, zwłaszcza z powodu znacznych podwyżek cen oleju opałowego.
– Czy to są przysłowiowe “jaskółki czyniące wiosnę”, czy może “wyjątki potwierdzające regułę” mizerii naszej energetyki odnawialnej?
– Trzeba je uznawać za kroki w dobrym kierunku. Wiele gmin sparzyło się na budowaniu kotłowni na olej opałowy, teraz bardzo często budują instalacje opalane słomą lub odpadami drewna, głównie dla szkół, jak np. w gminie Trzcianna w sąsiedztwie Biebrzańskiego Parku Narodowego, czy Przemkowskiego Parku Krajobrazowego; gmina Tarnów zbuduje instalację korzystającą z energii słonecznej do ogrzewania basenu miejskiego ośrodka sportu, podobne urządzenia instaluje spółdzielnia mieszkaniowa w Zgierzu; energetykę odnawialną popiera Konińska Izba Gospodarcza oraz Polsko-Litewska Izba Gospodarcza. To niektóre z pożądanych działań.
– Czy pierwszy w Polsce, w powiecie suwalskim, kompleksowy program energetyki odnawialnej powstaje z waszym udziałem?
– Owszem, udało się skierować ponad 500 tys. dolarów z Amerykańskiej Agencji Rozwoju i Handlu (US TDA) do tego powiatu, by wykonać przez 12 miesięcy dokładne badania zasobów energetycznych wiatrów. Umowę podpisało starostwo suwalskie, powstanie konsorcjum inwestycyjne z udziałem gmin zainteresowanych wykorzystaniem takiej energii i zbudowaniem co najmniej 4 urządzeń elektrowni wiatrowych o łącznej mocy 50 MW. Badania na wysokości 10, 20, 40 i 60 m nad powierzchnią ziemi oraz dane historyczne o sile wiatrów, posłużą do sporządzenia cyfrowej mapy zasobów energii wiatrowej starostwa, do wyliczenia optymalnej lokalizacji i wysokości wież elektrowni wiatrowych, mocy generatorów oraz średnicy wirników. Ustalenia zaowocują około 2003 r.
– W latach 1997-2000 było w Polsce zaledwie około 30 elektrowni wiatrowych. Do rzadkości – łącznie mamy instalacje o powierzchni 20 tys. m kw. – zalicza się kolektory słoneczne. Tymczasem od 1990 r. światowe wykorzystanie energii promieniowania słonecznego wzrosło dwukrotnie, a energii wiatru – prawie czterokrotnie. I tylko trzy “pracujące” ujęcia gorących wód podziemnych.
– Nie można ukrywać, że korzystanie z energii odnawialnej jest kosztowne. Nikt nie powinien ulegać złudzeniu, że to “energia za darmo”. Zebraliśmy wyliczenia kosztów uzyskania i doświadczenia około 70 użytkowników 16 rodzajów technologii wytwarzania energii odnawialnej, np. kotłów na drewno i słomę, biogazowni na gaz z gnojowicy, z osadów ściekowych, z gazu wysypiskowego, elektrowni wiatrowych, wodnych i ogniw słonecznych. Jeżeli chodzi o produkcję ciepła, najdroższa z poddanych analizom (przy tych samych założeniach) jest technologia słoneczna – 147,3 zł za GJ, najtańsza – ręcznie obsługiwany kocioł małej mocy opalany słomą zbożową – 20,2 zł za GJ. Nakłady zwracają się w ciągu 3 do 20 lat, w zależności od technologii i kosztów urządzeń, np. elektrowni wiatrowej lub geotermalnej. Z małej elektrowni wodnej można uzyskać kilowatogodzinę energii za 0,23 zł, a z gazu wysypiskowego za 0,22 zł, natomiast z biogazowni komunalnej za 0,32 zł.
– Czy to są ceny konkurencyjne ?
– Nie wszystkie technologie są konkurencyjne, niższe lub porównywalne koszty można osiągnąć w przypadku powietrznych kolektorów słonecznych, małych kotłów na drewno i słomę, ciepłowni automatycznych na słomę, małych elektrowni wodnych oraz instalacji zasilanych gazem odzyskanym z wysypisk odpadów. Do drugiej grupy zaliczamy technologie wytwarzania po kosztach wyższych od cen krajowych. Ale mogą być konkurencyjne, jeśli ze względu na ich walory ekologiczne i społeczne (rozwój lokalny) będą wspierane kredytami oraz dotacjami, a także znajdą się w rejonach odległych od elektrowni węglowych.

Rozmawiał Tomasz Kowalik


EKO-INFORMACJE

– Program tworzenia społecznych ostoi przyrody rusza w Legnicy. Wybrane przez mieszkańców miejsca, ciekawe ze względu na ich walory przyrodnicze, będą objęte ochroną z pomocą Fundacji Ziemi Legnickiej Zielona Akcja. Projekt uzyskał wsparcie Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w kwocie 42 tys. zł oraz dotację – 26 tys. zł z puli ONZ. Realizacja programu, którym najpierw zostanie objęty region legnicki, a następnie cały Dolny Śląsk, rozpocznie się wysłaniem do szkół ankiet, w których młodzież wytypuje takie miejsca. Prawo zgłaszania swoich propozycji mają także grupy mieszkańców, indywidualni przyrodnicy, organizacje ekologiczne, samorządy. Ekolodzy z legnickiej organizacji liczą, że z napływających propozycji wybranych zostanie 20 miejsc. Trzy najciekawsze ostoje mają szansę na ochronę prawno-administracyjną.

– Niebezpieczny poziom skażenia radioaktywnego – wyższy niż promieniowanie pochodzące z 10 tys. reaktorów atomowych – stwierdzono w rzekach przepływających przez teren rosyjskiego kompleksu nuklearnego na Syberii. O skażeniu rzek – Tom i Romaszka – poinformowały rosyjskie i amerykańskie organizacje ekologiczne, które od lat monitorują ten rejon. Organizacje te dostarczyły dowodów, że jest to największe tego typu skażenie rzek, spotykane na świecie. Zażądały natychmiastowego wstrzymania odprowadzania odpadów promieniotwórczych z kompleksu. Kompleks ten był miejscem, gdzie za czasów ZSRR pracowano nad tajnym programem zbrojeń nuklearnych; w 1993 r. doszło tam do eksplozji, której rezultatem było skażenie promieniotwórcze.
Analizy przeprowadzone wspólnie przez Rosjan i Amerykanów wykazały, że poziom radioaktywnego strontu 90 w rzece Romaszka wynosi 10 tys. pikokiurów na litr, podczas gdy według norm amerykańskich dopuszczalny poziom tego pierwiastka w wodzie pitnej wynosi 8 pikokiurów na litr. Stwierdzono również niebezpieczny poziom fosforu 32.

– Około 280 mln zł dotacji otrzyma Kraków z funduszu ISPA na dofinansowanie realizacji dwóch inwestycji ekologicznych Są to projekty związane z modernizacją i rozbudową oczyszczalni ścieków Płaszów II oraz realizacją pierwszego etapu programu gospodarki odpadami komunalnymi w aglomeracji krakowskiej. Fundusz ISPA przyznaje dotacje do 75% wartości planowanych inwestycji, wartość krakowskich inwestycji to ponad 400 mln zł.
W oczyszczalni ścieków Płaszów II planuje się zbudowanie, obok istniejącej oczyszczalni mechanicznej, części biologicznej, która pozwoli na całkowite oczyszczanie przyjmowanych ścieków. Jej koszt to ok. 80 mln euro. Część polskich środków na ten cel będzie pochodzić m.in. z Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania i Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Pierwszy etap programu gospodarki odpadami komunalnymi przewiduje rozbudowę składowiska śmieci w Baryczy oraz budowę małej kompostowni i segregatorni śmieci. W drugim etapie inwestycji ma powstać spalarnia śmieci.


– Tworzone przez Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra” obserwatorium nietoperzy „Batmanówka” zdobyło główną nagrodę konkursu „Planet Partners” na najlepszą polską kampanię z dziedziny ochrony środowiska naturalnego. W szkole podstawowej w Kopankach k. Opalenicy (Wielkopolska) powstał pierwszy w Polsce punkt obserwacyjny kolonii rozrodczej nietoperzy. Strych stuletniej szkoły na letnie schronienie od wielu lat wybiera około 400 nocków dużych. Z powodu remontu strychu kolonii nietoperzy groziło unicestwienie. Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra” przekonało władze szkoły i gminy do takiego doboru terminu i sposobu remontu, by nietoperze nie ucierpiały.
Poniżej strychu wydzielono pomieszczenie, w którego stropie wykonano przezroczystą kopułę bezpośrednio pod nietoperzami. Można przez nią obserwować zwierzęta bez ich niepokojenia. Lokatorzy strychu są oświetleni specjalnymi, czerwonymi lampami. Obserwatorium jest wykorzystywane jako stanowisko badań naukowych. Specjaliści z „Salamandry” prowadzą tutaj szczegółowe obserwacje zachowania nietoperzy.
Drugie miejsce w pierwszej edycji konkursu „Planet Partners” zajęło Stowarzyszenie „Przyjaciele Helu” za projekt edukacyjny „Sojusz z Naturą”. Przyznano także cztery wyróżnienia: Północnopodlaskiemu Towarzystwu Ochrony Ptaków („Ochrona kolonii lęgowej bociana białego w Pentowie koło Tykocina”), Redakcji „Ekoświat” („Najpiękniejsze polskie drzewa”), Polskiej Zielonej Sieci („System obiegu informacji ekologicznych”) oraz Janowi Stachyrakowi („Ostoja przyrody i ostoja bioróżnorodności”).

– Usługi agroturystyczne, mleko, miód i kiszone ogórki mają szanse otrzymać znaki kontrolowanego pochodzenia – cenione w Europie oznaczenia miejsca usługi i sposobu produkcji towarów o najwyższych walorach. Takie są konkluzje konferencji poświęconej programowi Narodowej Fundacji Ochrony Środowiska (NFOŚ) pod nazwą „Tereny, ludzie, produkty”, który ma przygotować do otrzymania takich oznaczeń kilka produktów z terenu „Zielonych Płuc Polski”.
Program zmierza do wprowadzenia także w Polsce systemu znakowania towarów żywnościowych, świadczącego o wiadomym źródle ich pochodzenia i sposobie wytwarzania. System certyfikacji i norm prawnych w nim obowiązujących przygotowuje polskie Ministerstwo Rolnictwa. Projekt zainicjowany został na terenie trzech gmin z obszaru ZPP: Gródka (Podlaskie), Miłek (Warmia i Mazury) oraz Myszyńca (Mazowieckie). Chodzi o przygotowanie do otrzymania znaków: mleka ze Spółdzielni „Górna Supraśl” w Gródku, usług agroturystycznych w Miłkach opartych o kuchnię regionalną z ryb słodkowodnych oraz miodu i rzemiosła artystycznego z Myszyńca. Program został rozszerzony także o Związek Gmin Narwiańskich, gdzie produkuje się kiszone ogórki, podobno według przepisów z czasów królowej Bony. Jednym z podstawowych kryteriów przyznania takich oznaczeń jest długoletnia tradycja, ale i wysoka jakość produktu.
Pierwowzorem prac podjętych na terenie „Zielonych Płuc Polski” jest znak AOC (po polsku – „nazwa o znanym pochodzeniu”), który powstał w 1936 roku we Francji. Początkowo oznaczano nim przede wszystkim wina i szampany, obecnie wiele różnych produktów spożywczych. W krajach UE znane są obecnie dwa inne znaki: IGP (chroniona nazwa geograficzna) oraz AOP (chroniony znak pochodzenia).

– Strzyżyki, jedne z najmniejszych ptaków w Europie, zadomowiły się pod szczytem Babiej Góry, najwyższego szczytu Beskidów (1725 m n.p.m.). Strzyżyk jest, obok mysikrólików, najmniejszym ptakiem Europy. Ma niecałe 10 cm długości, brązowe pióra i charakterystyczny, krótki, zwykle zadarty ogonek. Ptaszek wydaje charakterystyczny odgłos, często przechodzący w alarmowy terkot. Strzyżyk porusza się szybko, zwinnie myszkując w rozmaitych zakamarkach. Lata prostoliniowo z furkotem, zwykle niedaleko domostw. Zdarza się często, że strzyżyk wpada do domu, obijając się o meble, nierzadko raniąc dotkliwie. Strzyżyk odżywia się owadami, a jego ulubionym przysmakiem są muchy.

* Lwy kapskie, rezydujące w syberyjskim ogrodzie zoologicznym, uznane wcześniej za podgatunek lwów nie istniejący od połowy XIX w., zostały rozpoznane przez Johna Spencera, kierownika zoo w Południowej Afryce. Lwy kapskie są uznane za podgatunek, gdyż stanowią odrębną rasę geograficzną, charakterystyczną dla Przylądka Dobrej Nadziei. Według oficjalnych danych, ostatnie lwy kapskie, żyjące na wolności, zastrzelono w połowie XIX w. Okazało się jednak, że dwa takie lwy – Simon i Rita – żyją w zoo w Nowosybirsku. Zoolodzy podejrzewają, że wiele lat temu pozostawił je tam cyrk wędrowny. Lwy kapskie są nieco większe niż lwy należące do innych ras geograficznych. Mają ciemną grzywę, sięgającą nawet do połowy grzbietu oraz czarną obwódkę dokoła pyska i ciemne końcówki uszu.
Afrykańskie lwy czują się w syberyjskich warunkach klimatycznych (temperatura dochodzi nawet do minus 40 stopni C) na tyle dobrze, że kilka miesięcy temu podwoiły swoją liczbę – na świat przyszły dwa kociaki. To nie pierwszy przypadek odnalezienia wśród zwierząt zamieszkujących ogrody zoologiczne gatunków uznanych za wymarłe. W prywatnym zoo byłego cesarza Etiopii, Haile Selassje, znaleziono lwy berberyjskie, należące również do podgatunku oficjalnie już nie istniejącego.

* Wędrówki suchą stopą nad bagnem przez zróżnicowane fragmenty lasu w Puszczy Białowieskiej będą możliwe dzięki otwartej po generalnym remoncie kładce, zwanej „Żebrami żubra”. Kilkusetmetrowa kładka wiedzie od drogi Białowieża-Pogorzelce do Rezerwatu Pokazowego Żubrów. „Żebra żubra” są fragmentem najstarszej w Polsce ścieżki edukacyjnej w Lasach Państwowych. Funkcjonująca od ponad 20 lat nazwa „Żebra żubra” powstała ze skojarzenia poprzecznych, dębowych bali na kładce z żebrami króla puszczy, którego – przy odrobinie szczęścia – można zaobserwować w lesie, wędrując kładką i dalej żółtym puszczańskim szlakiem. Z kładki i dalej na trasie, można podziwiać różne oblicza Puszczy Białowieskiej m.in. las olchowy, rosnące na torfie świerki, najbardziej charakterystyczny dla puszczy grąd. Można też zobaczyć przykłady gospodarki leśnej w puszczy w okresie międzywojennym.
Co roku Białowieski Park Narodowy odwiedza około 100.000 turystów. Park udostępnia im Rezerwat Pokazowy Żubrów, a także oznakowane szlaki piesze i rowerowe, a także ścieżki edukacyjne w Obrębie Ochronnym „Hwoźna”. Lasy Państwowe chcą stworzyć w puszczy pierwszą w kraju napowietrzną ścieżkę turystyczną miedzy drzewami. Właśnie zaczęto prace projektowe. Ścisły rezerwat można zwiedzać tylko pieszo z przewodnikiem w małych grupach. Ogółowi turystów udostępniana jest tylko siedmiokilometrowa trasa. Na pozostałe, dłuższe szlaki mogą jedynie wchodzić osoby w ramach swoich prac naukowych, a także odbywający praktyki studenci biologii czy leśnictwa.

* Huta Katowice SA złożyła w Inspektoracie Ochrony Środowiska wniosek o warunkowe wykreślenie jej z listy największych trucicieli W ciągu 10 lat wiele zakładów zmniejszyło produkcję lub wprowadziło modernizacje proekologiczne. Obecnie na liście zakładów szkodliwych dla środowiska są 63 firmy. O warunkowe skreślenie z listy trucicieli może się ubiegać zakład, który nie ma jeszcze do końca uregulowanych spraw ekologicznych, ale realizuje proekologiczny program, który ma pomóc w spełnianiu norm. Huta Katowice ma możliwość warunkowego opuszczenia listy przez wdrożenie sześcioletniego programu dostosowawczego. W stosunku do Huty Katowice zarzuty dotyczyły m.in. nadmiernego poboru wód gruntowych, zwiększonej emisji pyłów i gazów na tzw. spiekalni.

* Pierwsze pojedyncze sztuki tzw. śledzi rzecznych, nazywanych też paproszami, niespotykanych w polskich wodach od ponad 50 lat, złowili bałtyccy rybacy. Śledzie rzeczne są większe od morskich, ważą nawet ponad kilogram. Charakteryzują się tym, że przebywając w Bałtyku wpływają na tarło m.in. przez Zalew Szczeciński do pobliskich rzek, gdzie składają ikrę. Ryb tych nie łowiono w Bałtyku od ponad 50 lat. Przed II wojną światową było ich w wodach tego akwenu sporo. Wyginięcie śledzi rzecznych spowodowane zostało silnymi zanieczyszczeniami wód – wymagają bowiem wyjątkowo czystej wody. Według opinii naukowców ze szczecińskiej WSM, odradzanie się stada tych ryb to rezultat stałej poprawy czystości wód wpływających do Bałtyku oraz jego stanu.
W Zakładzie Rybołówstwa Morskiego w szczecińskim WSM znalazł się też samogłów – ryba charakterystyczna dla strefy międzyzwrotnikowej Oceanu Atlantyckiego. Złowili ją rybacy z Ustki poławiający łososie w okolicach Łeby. Przypuszcza się, że ryba ta dostała się najpierw do Morza Północnego, a później przez cieśniny duńskie do Bałtyku. Samogłów złowiony w Bałtyku ważył ok. 15 kg. Dorosłe egzemplarze tych ryb osiągają wagę do 2 ton. Żywią się larwami węgorzy. Prowadzone w szczecińskiej WSM badania mają m.in. na celu ustalenie, co było pokarmem samogłowa wyłowionego z Bałtyku. Przypuszcza się, że były to szproty.
Warto dodać, że w Zalewie Szczecińskim zadomowiły się ostatnio kraby, charakterystyczne dla wód chińskich. Prawdopodobnie przypłynęły przyczepione do kadłubów jednostek morskich.

* Nowoczesną oczyszczalnię ścieków otwarto w Głogowie. Inwestycja budowana przez Szwedów kosztowała blisko 54 mln zł, z czego gmina wyasygnowała 18 mln zł. Obiekt spełnia normy ochrony środowiska i wymogi Unii Europejskiej. Budowa trwała trzy lata. Gmina zdobyła pożyczkę w wysokości 25 mln zł z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz 6 mln zł – w połowie dotację, w połowie pożyczkę z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. „Oprócz tych niskooprocentowanych kredytów i dotacji 5 mln pochodzi z kredytu komercyjnego, a pozostałe pieniądze na inwestycję to środki własne, pochodzące z budżetu gminy”, poinformował Piotr Poznański z Urzędu Miasta w Głogowie. Stara, dotychczas pracująca instalacja nie spełniała warunków wymuszonych przepisami ochrony środowiska. Za zanieczyszczanie środowiska miastu groziły wysokie kary. Teraz zrzucanie wody z oczyszczalni do Odry nie będzie zagrażać czystości rzeki. Przepustowość nowej instalacji, która będzie oczyszczać ścieki pochodzące z Głogowa i kilkunastu okolicznych miejscowości, wyniesie do 21 tysięcy metrów sześciennych na dobę.
Oczyszczanie rozpoczyna się od mechanicznej segregacji. Na specjalnych kratach zatrzymywane są większe przedmioty takie jak butelki, czy gałęzie. Następnie ścieki przepływają przez tzw. piaskownik, gdzie odbywa się oczyszczanie z tłuszczu i piasku. Kolejnym etapem jest zatrzymanie tzw. osadów, czyli chemicznie ciężkich elementów. Potem następuje oczyszczanie biologiczne, polegające na wytrącaniu z wody azotanów i fosforanów. Tutaj następuje najbardziej efektywne oczyszczanie. Ścieki przepływają następnie przez osadniki wtórne i jest to ostatni etap, który ma pomóc w wyłapaniu tych zanieczyszczeń, które umknęły reaktorom biologicznym.

* 35% nie oczyszczonych ścieków, rosnące zagrożenie hałasem i brak rzek w pierwszej klasie czystości – to wszystko sprawia, że województwo mazowieckie jest ciągle jednym z najbardziej zagrożonych ekologicznie regionów w Polsce. Wnioski te pochodzą z raportu o stanie środowiska na Mazowszu, który przedstawiono w piątek dziennikarzom w Ministerstwie Środowiska. Mimo że sytuacja ekologiczna Mazowsza poprawia się z roku na rok, pozostało jeszcze wiele do zrobienia – informuje raport. Wciąż niezadowalający jest stan czystości Wisły i jej dopływów. Tylko 2% cieków na Mazowszu zaliczanych jest do II klasy czystości, większość rzek ma charakter pozaklasowy. Natomiast poziom zanieczyszczeń powietrza na Mazowszu określa się jako średni lub niski. Warszawiakom najbardziej przeszkadza hałas. Na 100 mieszkańców przypada 50 samochodów. Bardzo źle jest również z oczyszczaniem ścieków. Sytuacja ekologiczna Mazowsza stopniowo się poprawia.

* Trzy firmy nagrodził w tym roku minister środowiska tytułem Lidera Polskiej Ekologii. Siedem innych przedsięwzięć otrzymało wyróżnienia w konkursie o ten tytuł. Liderem Polskiej Ekologii zostało Przedsiębiorstwo Usług Chłodniczych „CiZ” z Bełku za utylizację i recykling urządzeń chłodniczych i sprzętu AGD. Elektrownia „Opole” została nagrodzona za system ochrony środowiska w procesie wytwarzania energii elektrycznej i ciepła. Trzecim nagrodzonym jest mielecka spółka MELNOX za proekologiczną technologię produkcji paneli podłogowych, zapewniającą racjonalne wykorzystanie zasobów.
Na ogólnopolski konkurs o tytuł Lidera Polskiej Ekologii wpłynęło 46 zgłoszeń. Tylko 35 spełniało kryteria konkursu. Obok uhonorowanych tytułem wyróżniono siedem firm. Spółka BIOVAC-BIOVAC z Kielc otrzymała wyróżnienie za biologiczno-mechaniczne oczyszczalnie ścieków, radomska spółka RAdkOM za kompleksową gospodarkę odpadami w Radomiu, spółka „Astwa” z Białegostoku została wyróżniona za prośrodowiskową gospodarkę odpadami, a nadleśnictwo Manowo za zbiorniki retencyjne „Mokre”. Elektrownię „Rybnik” wyróżniono za rozwiązanie pozwalające na odsiarczanie spalin, a hutę Ostrowiec w Ostrowcu Świętokrzyskim za proekologiczną modernizację linii produkcji stali. W konkursie wyróżniono też technologię wytwarzania cementu i spoiw z dużą zawartością popiołów, opracowaną przez Instytut Mineralnych Materiałów Budowlanych w Opolu i wdrożoną przez spółkę EKOBET-Siekierki z Warszawy.


Azbest nie truje, ale zabija

Początek kariery wyrobów azbestowych w polskim budownictwie to lata 60.

Jeszcze niedawno azbest był minerałem niezwykle popularnym, zwłaszcza w budownictwie. Sprawiały to jego właściwości termoizolacyjne i dźwiękochłonne, elastyczność, odporność na wysoką temperaturę, kwasy, alkalia i morską wodę.
Te i inne zalety oraz stosunkowo tania i łatwa produkcja sprawiły, że azbest znalazł zastosowanie w wielu technologiach. Najwięcej, bo aż 60-70% azbestu zużywano do produkcji wyrobów azbestowo-cementowych, w tym płyt dekarskich i okładzinowych, rur.
Aż 20-40% azbestu zawierały takie materiały, jak lepiki asfaltowe, kity uszczelniające, uszlachetnione asfalty drogowe, zaprawy gruntujące, papy dachowe i płytki podłogowe (PCW). Azbest zdawał egzamin w wyrobach ciernych, zwłaszcza w okładzinach i taśmach hamulcowych. Był też stosowany w wyrobach izolacyjnych, jak wata, włóknina, sznury, przędza, tkaniny i taśmy; używano ich m.in. do izolacji kotłów parowych, wymienników ciepła, zbiorników i przewodów rurowych, produkowano z nich tkaniny i ubrania ognioodporne, nawet kurtyny teatralne.
Najbardziej rozpowszechnionymi azbestowymi wyrobami uszczelniającymi były płyty azbestowo-kauczukowe i szczeliwa plecione, używane do uszczelniania urządzeń pracujących w wysokich temperaturach, w środowisku wody i pary wodnej, gazów i kwasów, smarów, olejów i rozpuszczalników, ługów i roztworów soli.
Na świecie trzy czwarte azbestu trafiło do budownictwa przemysłowego i użyteczności publicznej, jest on obecny w takich obiektach, jak szkoły, szpitale, domy mieszkalne. Tak jest we wszystkich krajach bez wyjątku, także w Polsce, choć na szczęście nie należeliśmy do światowej czołówki w stosowaniu wyrobów azbestowych.
W “najlepszych” latach 70. zużywaliśmy 100 tys. ton azbestu rocznie, natomiast w latach 80. – około 60 tys. ton. W przeliczeniu na głowę mieszkańca wynosiło to 1,7 kg, co lokalizowało Polskę na 16. miejscu; wyprzedzali nas ówcześni sąsiedzi: NRD – 3,3 kg i Czechosłowacja – 2,8 kg, a także Austria i Japonia.
Początek kariery wyrobów azbestowych w naszym budownictwie to lata 60., kiedy uruchomiono cztery duże zakłady tych wyrobów. Wkrótce zaczęto produkować także rury ciśnieniowe o dużym przekroju, co sprawiło, że azbest opanował instalacje wodociągowe. Pod ziemią i w budynkach zainstalowano około 600 tys. ton rur azbestowych. Przykład jeden z wielu to warszawskie Bielany: woda do budynków przy wielu ulicach tej dzielnicy dostarczana jest rurami azbestowymi.
Szacuje się, że na domach i fasadach budynków znajduje się 13,5 tys. m kw. płyt azbestowych. Popularny eternit zastąpił strzechy, pokryto nim około 80% wiejskich budynków mieszkalnych i gospodarczych. Takie same płyty znajdują się na dachach tysięcy domków, na prywatnych działkach rekreacyjnych i w ośrodkach wypoczynkowych. Około 200 tys. ton azbestu znajduje się na dachach obiektów przemysłowych.
Według szacunkowych danych Ministerstwa Gospodarki, w Polsce jest w użyciu 16,5 mln ton wyrobów zawierających azbest. To dużo, nawet bardzo dużo, jeśli zważyć jego szkodliwość dla środowiska, zwłaszcza dla ludzi i zwierząt.
Azbest nie truje, nie wydziela zabójczego promieniowania, a jednak zabija. Czyni to podstępnie, na raty. Zagrożeniem dla żywych organizmów są jego włókna mikroskopijnej wielkości. Rozproszone w powietrzu dostają się wraz z nim do płuc, wbijają się w pęcherzyki płucne niczym maleńkie harpuny i pozostając w nich, powodują groźne choroby.
Włókna azbestu mogą być przyczyną azbestozy (zwłóknienia tkanki płucnej) lub zmian opłucnowych. W pełni potwierdziły się przypuszczenia, że azbest jest przyczyną raka płuc. Osoby mające częsty kontakt z tym minerałem, np. ze względów zawodowych, zapadają na raka płuc 4-7-krotnie częściej, a jeśli palą papierosy, to nawet 50-krotnie! Azbest powoduje występowanie rzadkiego nowotworu, zwanego międzybłoniakiem opłucnej, który charakteryzuje się wysoką śmiertelnością i krótką przeżywalnością (chory umiera już po roku od wystąpienia pierwszych objawów). W latach 1976-1996 w Polsce odnotowano 1314 przypadków raka płuc u osób zawodowo związanych z azbestem.
Wymowne są wyniki badań przeprowadzonych wśród mieszkańców dwóch gmin: Olesna i Szczucina. Pierwsza z nich nie była zagrożona azbestem, natomiast część mieszkańców drugiej pracowała w miejscowych zakładach wyrobów cementowo-azbestowych, ponadto domy mieszkalne w gminie Szczucin były pokryte eternitem, a odpadami azbestowymi utrwalano lokalne drogi, podwórka, boiska szkolne i sportowe, odpadów używano również jako dodatku do materiałów budowlanych. A oto wyniki badań dotyczące mężczyzn (oni mieli najwięcej styczności z azbestem):
– w zagrożonej gminie Szczucin choroby układu oddechowego były 5-krotnie częstszą przyczyną zgonów niż w Oleśnie;
– w gminie Olesno był spadek zachorowań na nowotwory, natomiast w zagrożonym Szczucinie nastąpił ich wzrost i to 2-krotny; rak był przyczyną co 4.-5. zgonu.
Najpierw, bo w 1985 r., w Polsce zaniechano azbestu krokidolitowego (najgroźniejszego), zaś w 1997 r. została uchwalona “Ustawa o zakazie stosowania wyrobów zawierających azbest”. Lepiej późno niż wcale, rzecz jednak w tym, że w użyciu nadal jest 16,5 mln ton wyrobów azbestowych.
Nierealny byłby postulat likwidacji tej góry azbestu w okresie kilku lat, zwłaszcza że wciąż nie ma tanich wyrobów z tworzyw sztucznych, którymi można byłoby zastąpić wszechobecny eternit. Nie ma też takiej potrzeby, bo wyroby azbestowe, jeśli są w dobrym stanie, można nadal eksploatować. Wystarczy je tylko odpowiednio zabezpieczyć, np. malując płyty azbestowo-cementowe odpowiednią farbą.
Prawdziwym zagrożeniem są natomiast wyroby popękane, połamane, skorodowane lub w inny sposób uszkodzone, bo wówczas powodują emisję mikroskopijnych włókien do otoczenia. Według obowiązujących przepisów, są one traktowane jako odpady niebezpieczne i należy je niezwłocznie usunąć, a także odpowiednio zabezpieczyć. Nie może jednak odbywać się to tak, jak najczęściej bywa: wchodzi dwóch krzepkich na dach, zrywają eternitowe płyty i, łamiąc je, zrzucają na ziemię, a następnie pokruszone wywożą na polną drogę, do parowu lub do lasu. Taka “technologia” to nic innego, jak zamienianie powietrza w azbestowy aerozol.
Amerykanie, mimo że używają środków ochronnych, do pracy przy zrywaniu płyt azbestowych zatrudniają imigrantów; amerykański robotnik nie chce tego robić nawet za wygórowaną zapłatą. Naszego chłopa nie stać na wynajęcie “murzyna”, ale mając na względzie swoje zdrowie i życie, do takich prac powinien zaopatrzyć się przynajmniej w maskę i okulary ochronne.
Przestępstwem jest wyrzucanie zużytych wyrobów azbestowych gdzie popadnie. Taka praktyka to nic innego jak “szpikowanie” środowiska minami z opóźnionym zapłonem. Odpady powinny być pakowane w worki foliowe lub pojemniki jednorazowego użytku i przynajmniej zasypane ziemią.
(Obowiązujące zasady postępowania z materiałami zawierającymi azbest zainteresowani znajdą m.in. w rozporządzeniu ministra gospodarki z 14 sierpnia 1998 r.).

Władysław Misiołek


Czy istnieje dylemat: ochrona środowiska a rozwój gospodarczy?

Prof. Stanisław Speczik,
geolog, radny m.st. Warszawy
Nie ma żadnego dylematu. Jest tylko problem, jaką technologię posiadamy. Dylemat może wystąpić w kraju, którego nie stać na nowoczesne rozwiązania ani modernizację starych urządzeń. Natomiast, jeśli stawia się od razu zakład z nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi, to wówczas produkcja jest i czystsza, bo spełnione są wymogi ekologiczne, i tańsza. Jako przykład można podać znane kopalnie miedzi Bingam Canion w USA, które początkowo zamknięto na kilka lat, zaś po modernizacji i zainstalowaniu najnowocześniejszych technologii okazało się, iż miedź z najuboższej rudy jest najtańsza, zaś standardy ochrony środowiska są tak wysokie, że wodę wychodzącą z zakładu można pić. Dylemat zatem nie istnieje. Gdy jednak nie ma możliwości zmiany technologii i trzeba chronić powietrze poprzez filtry, a zakłady przyjmują do obróbki surowiec ze wszystkimi domieszkami, wówczas powstaje skażenie. W Polsce mamy z tym olbrzymie problemy, bo nasze elektrownie przyjmują węgiel kamienny, a zastosowane w programie oczyszczania powietrza filtry wychwytujące siarkę są mało wydajne, co powoduje wytwarzanie znacznych ilości szkodliwych odpadów. Bardziej efektywna jest mokra metoda wyłapywania siarki jeszcze przed spaleniem węgla. Gdyby od początku była inna technologia i inne myślenie, to nasz zasiarczony węgiel nie czyniłby tyle szkód środowisku i nie byłoby żadnego dylematu. Dylemat jest dla tych, co mają stary przemysł i nie mają pieniędzy. Ale najlepsze technologie na świecie, choć więcej kosztują, chronią zakład przed płaceniem kar, a produkt mają bardzo dobry. Dziś w USA projektuje się kopalnie w ten sposób, by po zakończeniu eksploatacji teren był już przystosowany pod budownictwo, a cała infrastruktura dała się przestawić na potrzeby przyszłych użytkowników, np. stacje transformatorowe, oczyszczalnie itd.

Prof. Zbigniew Głowaciński,
ochrona środowiska, Kraków
Dylemat istnieje przez cały czas. Mówi się tylko o rozwoju zrównoważonym, o ekorozwoju, który powinien doprowadzić do pełnego zrównoważenia celów ekologicznych i gospodarczych. Na różnych szczeblach podejmuje się zagadnienia świadomej strategii ekorozwoju, ale pewnie dużo tutaj frazeologii i obłudy. Choć ekologia rzutuje na efekty gospodarcze, lecz często poprzez wymuszenie. Niestety, Polska nie ma klarownej polityki ekologicznej, powszechne jest zaniechanie. Wprawdzie jest Ministerstwo Środowiska, ale tak się zachowuje, że ekorozwój i rozwój zrównoważony to tylko werbalne deklaracje. Jestem więc sceptykiem. Decydenci próbują zrównoważyć sprzeczne interesy, lecz szczytna idea nie zastąpi ekonomii realizowanej w imię przyszłości. Zachód popełnił wiele błędów, ale dziś wielkim nakładem kosztów rekultywuje zdegradowane tereny. Kraje Europy Wschodniej nie wyciągnęły z tego wniosków. Choć mają jeszcze co chronić, powtarzają błędy. Np. w niektórych rejonach Rosji doszło do zniszczenia środowiska. Polska miała rozwój opóźniony i dzięki temu ochrona przyrody zyskała, bo nie udało się wszystkiego zniszczyć. Jest więc o co walczyć

Radosław Gawlik,
poseł UW, b. wiceminister ochrony środowiska
Zapewne istnieje taki dylemat. Ja jednak go nie odczuwam, bo uważam, iż nie jest prawdą, że większe inwestycje w ochronie środowiska muszą grozić spadkiem ilości miejsc pracy, jak twierdzą klasyczni ekonomiści. Istnieje konkurencja do tworzenia miejsc pracy. Co prawda na wczesnych etapach rozwoju kapitalizmu, dopóki oszczędzamy ma inwestycjach chroniących środowisko, np. filtrach, oczyszczalniach ścieków, możemy taniej produkować i być bardziej konkurencyjni. Jednak w świecie wysoko rozwiniętym partie zielonych dostrzegły, że nie można handlować z brudasami i domagają się stosowania norm ochrony środowiska. U nas też obserwujemy proces upowszechniania normy ISO 14.000, kiedy duże koncerny domagają się od kooperantów, by przeszły na taką procedurę, której cechą jest spełnianie wymogów czystego środowiska. Za dwa lata stanie się to obowiązujące w całym obszarze. Biznes się tym przejmuje i powoli już nikt nie chce być nieekologiczny. W tej chwili inwestowanie w ekologię jest szansą na nowe miejsca pracy, bo inaczej nie inwestujący stracą te miejsca pracy. Powtarzam – od “brudnych” się nie kupuje. Tego nasi tradycyjni ekonomiści nie dostrzegają, ale świat musi pójść w tym kierunku, np. odtwarzalnych źródeł energii, naturalnego rolnictwa itd. To także daje więcej miejsc pracy, a poza tym więcej rozproszonych źródeł energii daje większe bezpieczeństwo. Rolnictwo ekologiczne stwarza szanse.

Prof. Halina Lorenc,
klimatolog, Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej
Odpowiem nieco pokrętnie – ponieważ taki dylemat generalnie istnieje – wprowadzono hasło “zrównoważonego rozwoju” od czasu postanowień konferencji w Rio de Janeiro (1992 r.), które nadal jest aktualne. Rzecz w tym, że nie wszystkie kraje mogą i chcą się do tego zastosować. To zależy od statusu ekonomicznego danego kraju, a także od tego, czy kraj ten poważnie traktuje swoje zobowiązania względem Protokołu z Kioto.

Dr inż. Janusz Mikuła,
prezes Polskiego Klubu Ekologicznego
Istnieje taki dylemat i będzie się on pogłębiał w zależności od strategii rozwoju regionalnego i strategii rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw. Chodzi o rozwój gospodarki i zapobieganie bezrobociu. Polska nie dysponuje jednak sprawnym systemem ochrony środowiska i instytucji kontrolnych, aby czuwać nad małymi przedsiębiorstwami. Istnieje obawa, że efekt obniżenia emisji szkodliwych substancji, które uzyskano dla bardzo dużych zakładów przemysłowych, zostanie zniweczony przez rozwój małych i średnich firm w obszarach wiejskich. Rzecz w tym, że plany zagospodarowania przestrzennego są dość ogólne, możliwe stają się manewry samorządów miast i gmin zagrażające nie tylko krajobrazowi, ale i przyrodzie. W latach 90. wyczerpaliśmy proste rezerwy w ochronie środowiska. Ograniczyliśmy wprawdzie emisję zanieczyszczeń w dużych zakładach przemysłowych, ale tempo ograniczania emisji tych zanieczyszczeń spada. Jeżeli nie wprowadzi się mechanizmów ekonomicznych, a nie tylko nakazowe, to nie będzie dalszych efektów w tym, co już uzyskaliśmy. Choć na razie, zgodnie z prawem, na większości terytorium mamy dotrzymane wielkości dopuszczalnej emisji zanieczyszczeń, to jednak nasze wskaźniki w przeliczeniu na 1000 USD produktu krajowego brutto są w przypadku niektórych trujących zanieczyszczeń nawet kilkunastrokrotnie wyższe niż w krajach Unii Europejskiej. Zatem nasze mechanizmy ekonomiczne trzeba zweryfikować. Do Klubu zgłasza się coraz więcej mieszkańców o pomoc w zmianie decyzji umieszczania w obszarach zamieszkanych różnych zakładów. Dylemat: ochrona środowiska a rozwój gospodarczy, narasta.

Notował BT


Bociany w finale

Towarzystwo “pro Natura”od lat chroni polskie ptaki. Otrzymało europejską nagrodę

Od dziewięciu lat polskie organizacje ekologiczne zajmują czołowe miejsca w konkursach Fundacji Ford Motor Company w dziedzinie Ochrony Środowiska i Dziedzictwa Kulturowego. W konkurencji 104 projektów zgłoszonych w 2000 r. z Polski oraz spośród około 1500 projektów z 9 krajów środkowowschodniej Europy najwyższe wyróżnienie uzyskała inicjatywa Polskiego Towarzystwo Ochrony Przyrody “pro Natura” z Wrocławia za realizowany od 1994 r. europejski program “Ochrona bociana białego i terenów podmokłych w Polsce”.
Towarzystwo “pro Natura” to typowa organizacja pozarządowa, której pomysły i zapał w ich realizowaniu wyróżniają ją spośród wielu podobnych. Wśród kilkunastu najbardziej aktywnych inicjatyw “pro Natura” zajmuje się nie tylko ochroną bocianów. Wiele energii i mozolnych często prac wykonują jego członkowie na rzecz ochrony zagrożonych gatunków, głównie nietoperzy. W sposób nietypowy zdobywają fundusze na swoją działalność; owszem, korzystają z pomocy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, czy Programu Małych Dotacji GEF/SGP, potrafią jednak poziomem swoich badań i upartym staraniem o profesjonalne wykonanie zadań przekonać do zaangażowania znacznych środków z Fundacji “EkoFundusz”, która dotuje odpowiednią działalność na podstawie opinii wybitnych specjalistów.
Prezes Fundacji “EkoFundusz”, prof. Maciej Nowicki, podczas wręczania nagrody krajowej podkreślił, że program realizowany

poza strukturami rządowymi

służy ochronie gatunkowej ptaków, a także renaturyzacji, ochronie czystości wód i przywracaniu różnorodności biologicznej ich siedlisk i żerowisk na terenach podmokłych. Ogromne znaczenie mają walory edukacyjne wykonywanych prac. Dzięki inicjatywie organizacji pozarządowych i trudowi ochotników udaje się ochronić cenne walory przyrodnicze oraz tradycje kulturowe społeczności lokalnych wielu regionów kraju.
Wrocławska organizacja przez kilka minionych lat dała się poznać z rozmachu w działaniu. Jej członkowie “mają oko” na stare i nowe gniazda bocianie, organizują ich naprawy, budują platformy ochronne pod gniazda na słupach energetycznych, kontrolują około 220 siedlisk i żerowisk bocianich. Starają się, aby bocianie “mieszkania” były objęte ochroną prawną, stały się akcentami w promocji turystycznej wielu miejscowości. Towarzystwo “pro Natura” – jako jedno z nielicznych w kraju – wykupiło około 180 ha gruntów i 70 ha poddało systematycznej renaturyzacji. Takie prace były “dużym plusem”, gdy rozważano powierzenie koordynacji problemu ochrony bocianów w skali krajowej właśnie organizacji “pro Natura”. W programie bierze udział kilka regionalnych organizacji ekologicznych, m.in. Mazowieckie Towarzystwo Ochrony Fauny, Północnopodlaskie Towarzystwo Ochrony Ptaków czy Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków.
W rywalizacji z wieloma organizacjami i programami w Europie działalność Towarzystwa “pro Natura” została wyróżniona za jej znaczenie międzynarodowe. Od kilkudziesięciu lat polskie bociany stanowią 25% światowej populacji tych ptaków, podczas gdy np. w Danii czy Holandii jest zaledwie po kilkadziesiąt gniazd bocianich. Nic dziwnego, że ptaki te są przedmiotem zazdrości ornitologów i ekologów w wielu krajach. Inicjatywa Towarzystwa “pro Natura” jest znana i ma współpracowników w wielu krajach, przede wszystkim leżących

na szlakach

wiosennych i jesiennych przelotów bocianów. Jak wiadomo, istnieją dwie takie trasy, liczące po 10-12 tys. kilometrów, którymi od wieków bociany lecą na zimowiska w Afryce. Zmysł orientacji wiedzie je nieomylnie ponad krajami Europy Zachodniej do Cieśniny Gibraltarskiej, czyli trasą zachodnią oraz trasą wschodnią nad Słowacją, Bułgarią do cieśniny Bosfor, na styku Europy z Azją. Tak długodystansowe przeloty należą w kategorii wędrówek ptaków do najdłuższych, wyczerpujących i zarazem pełnych niebezpieczeństw. Najpowszechniejszymi zagrożeniami w krajach uprzemysłowionych są linie energetyczne, gdy ptaki muszą co pewien czas zniżać lot i odpoczywać na ziemi. Równie niebezpieczne są gwałtowne wiatry, zmiany temperatury, burze, a także praktykowane w niektórych krajach polowania na bociany. Dlatego w wielu krajach na trasach wędrówek bocianów “pro Natura” ma licznych sympatyków i współpracowników, wspomaga swoim doświadczeniem tamtejsze programy ochrony ptaków przelotnych. Przykładem współpracy polskiej organizacji z Fundacją “Ciconia” w Liechtensteinie jest

wydanie niemieckiej wersji

naszego programu ochrony bocianów i terenów podmokłych. Na Słowacji zaś będzie realizowany podobny program edukacyjny.
Towarzystwo z Wrocławia, jak większość jemu podobnych, pozarządowych organizacji ekologicznych, zajmuje się sprawami, do których “nie mają głowy” bardzo nieliczni urzędnicy od ochrony przyrody i środowiska, tym bardziej że na takie trzecioplanowe sprawy nie ma pieniędzy, a często także brakuje dobrej woli i wiedzy. Do takich “banalnych” zajęć obrońców bocianów, nie tylko z Towarzystwa “pro Natura”, należy zachęcanie rolników do starannego zbierania z pól po żniwach resztek sznurka. Tragedie zdarzają się po wylęgu młodych, które zaplątują sobie nogi w sznurki.
Z funduszy ekologicznych sfinansowano unikalny w skali światowej program edukacyjno-krajoznawczy “Bociania wieś – Żywkowo” (izba edukacyjna, przeszkolenie opiekuna i przewodnika, wydanie przewodnika i ulotek informacyjnych, założenie platform i naprawa starych gniazd).
W 1996 r. w Hamburgu odbyła się jedna z największych międzynarodowych konferencji, poświęconych bocianom, z udziałem ponad 150 ornitologów i ekologów. Jej uczestnicy zwrócili się z apelem do wszystkich rządów, organizacji ekologicznych i instytucji naukowych krajów Unii Europejskiej o działania sprzyjające zwiększeniu liczby tych ptaków, o ochronę ich siedlisk i stabilizację bytu.

Grzegorz T. Tylmaniak


PRZYRODNICZE SKARBY UNESCO

Podziemny raj

Słowacki Raj, jak nazwano masyw wapiennych gór w Karpatach Zachodnich (w łańcuchu Rudaw Słowackich), urzeka turystę wąwozami, rozpadlinami, kanionami i wodospadami o wysokości nawet 60 metrów. Ten dziki i romantyczny region jeszcze bardziej fascynuje tym, co jest pod ziemią – jaskiniami. Są ich setki, niektóre sięgają na głębokość 450 m, ciągną się kilometrami aż na tereny Węgier. Na liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego zarejestrowano je jako kompleks grot Aggatelek-Domica (od nazw miast – węgierskiego Aggatelek i słowackiego Domica).
Pod wpływem działania wody wiele jaskiń przekształciło się w podziemne rzeki na kształt rur, kanałów, wielkich tuneli, niektóre mają postać ogromnych hal i kopuł. Woda rozpuszczając wapień, przez tysiąclecia wytworzyła w tych grotach niezwykłe formy naciekowe: dziwaczne kolumny i czapy, które wciąż rosną (nawet do 100 mm rocznie). Jednym z tych dzieł natury jest olbrzymi stalagmit “Obserwatorium” uważany za największą tego rodzaju formę naciekową na świecie: wysokość – 25 m, średnica – 8 m, waga około 1000 ton.
Do najciekawszych i największych (również w skali Europy) należy jaskinia Baradla-Domica. Jest to zespół grot, w których natura demonstruje fantazję architektoniczną. Jaskinia ciągnie się na przestrzeni 15 km po stronie węgierskiej i 7 km po słowackiej, większość jej grot znajduje się w rejonie krasowym Eszak-Borsodi-Karszt (w pobliżu Aggatelek).
Nazwy poszczególnych grot nawiązują do ich wyglądu: Chińska Pagoda, Sala Skalna, Sala Olbrzymów itp. W wysokiej na 16 m Sali Skalnej jest jezioro o długości 500 m i szerokości 15 m (zasilane przez dwie podziemne rzeki – Styks i Acheront). W Sali Olbrzymów, jednej z największych w Europie (120 m x 30 m x 40 m), można pomieścić tysiąc osób. Wspaniała akustyka Sali Koncertowej sprawia, że latem są w niej organizowane koncerty. Powietrze tego podziemnego świata jest tak krystalicznie czyste, że niektóre groty są wykorzystywane jako obiekty sanatoryjne.
W kompleksie Aggatelek-Domica są również jaskinie lodowe. Powstały tam, gdzie nawet podczas gorącego lata jest na tyle zimno, że lód nie topnieje. Jedną z nich jest Jaskinia Dobszyńska Lodowa (8 km długości) z lodowym wodospadem o wysokości 13 m. Panująca w niej temperatura nigdy nie jest wyższa niż -7 st. C.
Dotychczas na pograniczu słowacko-węgierskim odkryto 712 jaskiń, ale nie ma pewności, że poznano już wszystkie. W wielu znaleziono kości ludzi i zwierząt, kamienne narzędzia i gliniane naczynia, które świadczą, że groty Aggatelek-Domica były schronieniem dla pierwotnego człowieka. Dzisiaj pojawiają się w nich puryści, żeby podziwiać jeden z przyrodniczych cudów świata.

Wład


Wilcza zagłada w Kraju Fiordów

Rząd Norwegii wydał wyrok śmierci na stado szarych drapieżników

23 myśliwych ze śniegołazami ugania się po lasach doliny Osterdalen w południowej Norwegii. W ślad za nimi podążają ekologowie, którzy dzielnie nocują w namiotach przy dwudziestostopniowym mrozie. Łowcy zamierzają ustrzelić dziewięć wilków – taką misję powierzył im rząd w Oslo. Obrońcy środowiska czynią wszystko, aby uratować szare drapieżniki. Gdzie bowiem mogą przetrwać te zwierzęta, jeśli nie w bezkresnych i słabo zaludnionych przestrzeniach Skandynawii?
Konflikt obu stron jest niezwykle emocjonalny. Myśliwi otrzymali już telefony z pogróżkami: “Zanim zginą wilki, pierwsi umrzecie wy”. Bardziej umiarkowani przyjaciele zwierząt podali rząd i łowców do sądu, by “powstrzymać egzekucję”.
W Norwegii toczy się zadziwiająca “wilcza wojna”. Władze postanowiły zmniejszyć populację tych zwierząt, gdyż szybko rozmnażające się wilki czynią coraz większe szkody wśród owiec. Wyrok śmierci wydany na dwa wilcze stada wywołał jednak ostre protesty międzynarodowej prasy, organizacji ekologicznych, a także rządu sąsiedniego kraju, Szwecji, która nadal zamierza szare drapieżniki chronić. Cała sprawa może zaszkodzić wizerunkowi Norwegii w świecie. “Zagranica widzi nas jako naród bez socjalnej inteligencji, dziwne państewko, położone na uboczu i na wpół zwariowany naród Wikingów”, pisze wychodzący w Oslo dziennik “Aftenposten”. Brytyjski magazyn telewizyjny, BBC Wildlife, oburza się: “Wilki będące w Szwecji pod ochroną są w Norwegii masakrowane”. Amerykański “New York Times” szydzi: “Dobry przyjaciel Szwedów jest dla Norwegów złym wilkiem”.
W Skandynawii, jak w większości krajów Europy, wilki zostały niemal doszczętnie wytępione. Paradoksalnie to właśnie rząd Norwegii doprowadził w 1982 roku do uchwalenia konwencji w Brnie, zgodnie z którą – wilki zostały objęte ochroną. Nie zawsze jednak przestrzegano jej ustaleń. Kiedy w 1984 roku w Kraju Fiordów

pojawił się basior,

który przywędrował ze Szwecji, urządzono na niego niemal ogólnonarodowe łowy. Dopiero po 18 miesiącach udało się wytropić i zastrzelić drapieżcę. Wilcze zwłoki przywieziono z pompą do gmachu parlamentu w Oslo, a myśliwski triumf uczczono szampanem. Wypchany basior stoi dziś w jednym z banków w Trondheim.
Kiedy wreszcie zaprzestano polowań, w Skandynawii zaczęły pojawiać się pierwsze wilki z Rosji – najpierw pojedyncze sztuki, potem pary, wreszcie stada. Organizacja Właścicieli Lasów oskarżyła nawet ekologów o potajemne przywiezienie do Norwegii szarych drapieżników i wyznaczyła w Internecie nagrodę w wysokości 203 tysięcy koron dla każdego, kto znajdzie dowody na rzecz tego “przestępstwa przeciw faunie”. Wilki jednak z całą pewnością przywędrowały bez pomocy człowieka. Nie wiadomo, ile tych zwierząt krąży obecnie w puszczach Kraju Fiordów. Władze twierdzą, że co najmniej 12 stad, czyli około 120 osobników. Zdaniem organizacji ekologicznych, wilków jest najwyżej 80, przy czym zaledwie 30-40 to zwierzęta “rdzennie norweskie”, reszta ma rewiry na terytorium Szwecji i w Norwegii poluje tylko sporadycznie. Biologowie, jak Petter Wabakken z Evenstad, podkreślają, że wilków i tak jest za mało – przetrwanie tych zwierząt może zapewnić populacja co najmniej 200, może nawet pięciuset osobników. Rolnicy norwescy są innego zdania – “Musimy pozbyć się wilków”, głosi Ole Anton Braend z doliny Osterdalen, któremu szare drapieżniki rozszarpały lub śmiertelnie poraniły 20 owiec. “Boimy się też o nasze dzieci”, mówi hodowca, aczkolwiek ostatni atak wilka na człowieka nastąpił w Kraju Fiordów przed ponad 100 laty.
Rząd norweski wyznaczył “strefę ochronną dla wilków” na południu, między Kristiansand a Oslo, tylko że na tych terenach od stu lat wilka nie widziano. Szare drapieżniki czują się za to najlepiej właśnie w lasach Osterdalen, gdzie dosłownie roi się od łosi. W Osterdalen od wieków rozrzucone są jednak “wyspowo” pojedyncze, chłopskie zagrody, zdarza się więc, że wilki rozszarpią także owcę. Hodowla od dawna jest całkowicie nieopłacalna pod względem ekonomicznym. Dziennik “Verdens Gang” ocenia, że jedna owca z tego regionu kosztuje podatnika 4 tysiące koron. Władze w Oslo subwencjonują jednak swych rolników, by utrzymać “tożsamość kulturalną regionu”. W 1998 r. rząd obiecał hodowcom, że uczyni dolinę “strefą wolną od wilków”. Urzędnicy w Oslo nawet nie przeczuwali, jaką burzę protestów ściągną przez to na swój kraj.
Gniew międzynarodowych ekologów jest tym większy, gdyż Norwegowie, pewni siebie dzięki dochodom z eksploatacji złóż ropy naftowej, nie przejmują się zbytnio ochroną zwierząt w imię “pielęgnowania narodowej tradycji”. Pielęgnowanie to także

polowania na walenie,

mimo moratorium ogłoszonego przez Międzynarodową Komisję Wielorybniczą. Morskie łowy opłacają się tylko dzięki sprzedaży tłuszczu ubitych waleni łasym na ten “przysmak” Japończykom. Inna narodowa tradycja polega na marcowych polowaniach na foki. Szare futra dorosłych fok od dawna już nie znajdują nabywców, toteż myśliwi zabijają małe foczki o futrze białym, a rząd, wbrew oficjalnym zapewnieniom, dotuje te brutalne łowy. Obrońcy zwierząt nie mają w Kraju Fiordów łatwego życia. W 1988 roku inspektor polowań na foki, Odd Lindberg, musiał przed rozsierdzonymi myśliwymi uciekać do Szwecji po tym, jak ujawnił, że foczki obdzierane są żywcem ze skóry. Świat zobaczył wtedy wstrząsające filmy, ukazujące agonię okrutnie mordowanych zwierząt.
Teraz kolejny skandal wywołał wyrok śmierci na wilki. “Czy możemy sobie pozwolić na utrzymywanie ekosystemu bez drapieżników? Nawet sto wilków to za wiele! To jakiś kiepski dowcip!”, irytuje się Rasmus Hansson z norweskiego oddziału organizacji ekologicznej Wide Fund for Nature. Na każdego z 4,5 miliona Norwegów przypada przecież 72 tysiące metrów kwadratowych kraju, jednak dla kilkudziesięciu wilków nie ma miejsca! Szkody wyrządzane przez szare drapieżniki są zresztą minimalne. Z 2,4 miliona owiec, które każdej wiosny wychodzą na norweskie łąki, 94% jesienią

bezpiecznie wraca do obory.

Ze 130 tysięcy zwierząt, które giną, większość tonie w bagnach i jeziorach lub pada ofiarą trujących ziół. Drapieżniki uśmiercają około 30 tysięcy owiec rocznie, jednak główni zabójcy to rosomaki i lisy. Wilki porywają każdego roku najwyżej 600-800 tych zwierząt hodowlanych.
Tych strat byłoby jeszcze mniej, gdyby nie specyficzny sposób wypasu w dolinie Osterdalen. Hodowcy po prostu wypędzają owce na łąki i pozostawiają je swemu losowi, bez pasterzy i bez psów, które mogłyby skutecznie trzymać wilki w szachu, jak to się dzieje w Rumunii czy we włoskich Abruzzach. Rolnicy nie mają zamiaru tej metody zmieniać, ze względu na “odwieczną tradycję”. Pozbycie się wilków wydaje się lepszym rozwiązaniem.
Rząd norweski, najwyraźniej pod wrażeniem międzynarodowych protestów, zmniejszył liczbę przeznaczonych do odstrzału szarych drapieżników z 18 do 9. Myśliwi obecnie tropią już tylko parę wilków. Planowano łowy przy użyciu helikoptera, jednak, z obawy przed jeszcze większą kompromitacją, zrezygnowano na razie z tego pomysłu.
Ekologowie mają nadzieję, że myśliwych powstrzymają sądy lub że wilki do kwietnia zdołają uniknąć obławy. Na 6 kwietnia rząd zarządził koniec polowania. Także tropiciele nie są pewni sukcesu. “Mamy trudną robotę. Wilki to mądre zwierzęta i mają dobry instynkt”, przyznaje przywódca myśliwskiej wyprawy, Leonhard Mikalsen. Inni łowcy, z obawy przed odwetem ekologów, odmówili ujawnienia swych nazwisk.

Krzysztof Kęciek


WYDAWNICTWA

„Podaj Dłoń Naturze”

– W krajach Europy Zachodniej przeciętnie 70-80% ludności mieszka w miastach. Miasta zajmują 2% powierzchni Ziemi, rozrastając się w szybkim tempie. Według prognoz, wokół Londynu do roku 2016 wybudowanych zostanie ponad milion domów jednorodzinnych. Podczas gdy w ciągu 20 lat liczba mieszkańców Chicago wzrosła o 4%, powierzchnia miasta zwiększyła się o 50%. Sięganie po coraz nowe miejsca pod zabudowę powoduje, że życie na terenach zurbanizowanych jest coraz trudniejsze. Nie wahajmy się użyć określenia, że niejednokrotnie miejskie społeczności są „wywłaszczane” z ważnych dla nich terenów zielonych, bez pytania o opinię i zgodę. W 12. numerze „Biuletynu Polskiego Klubu Ekologicznego” dowiemy się, iż angielskie doświadczenia w ochronie przyrody miejskiej mają szanse być poznane i wykorzystane w naszym kraju. W grudniu 2000 r. rozpoczął się w pięciu miastach Polski projekt „Podaj Dłoń Naturze”. Specjaliści z brytyjskich uniwersytetów i instytucji pracujących na miejskich terenach zielonych będą współpracować z organizacjami ekologicznymi, dzieląc się swą wiedzą i doświadczeniem.
– Początek każdego roku sprzyja przyznawaniu nagród osobom, które w jakiś sposób zasłużyły się światu, społeczeństwu, środowisku. Również miesięcznik „EKOŚwiat” w pierwszym numerze przedstawia sylwetki osób, które w jakiś szczególny sposób – wielkimi, spektakularnymi osiągnięciami lub cichą, żmudną, codzienną pracą – zasłużyły się dla polskiej ekologii, dla ratowania środowiska przed destrukcją, bądź dla kształtowania np. upowszechnienia nowej, ekologicznej świadomości polskiego społeczeństwa. Redakcja ustanowiła honorową nagrodę i dyplom „Rajskiego Jabłuszka”, które otrzymali: dominikanin, o. Jan Góra z Poznania, dyrektor naczelny elektrowni Turów – Jerzy Łaskawiec, poseł na Sejm RP, przewodniczący sejmowej Komisji Ochrony Środowiska – Czesław Śleziak, dyrektor II LO, prezes Regionalnego Centrum Edukacji Ekologicznej w Łodzi – Dariusz Jędrasiak.
– Wydawnictwo Bayer sp. z o.o. opublikowało (rok temu wydano pierwszą edycję) książkę pt. „Ziemia, jej przyjaciele 2000”. Na publikację złożyły się opisy dziewięciu nagrodzonych w konkursie – Indywidualnej Ekologicznej Nagrody Bayera – projektów nadesłanych zarówno przez osoby indywidualne, jak i grupy. Prowadzone przez nich działania na rzecz ochrony środowiska skłaniają do refleksji, zaś ich opisy są swoistym wzorcem, jak również mogą dostarczyć wielu wzruszeń.
ELŻ


Wkładka ”Ekologia i Przegląd” powstaje dzięki finansowemu wsparciu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej

Wydanie: 9/2001

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy