Miodokrady

Miodokrady

Nowa złodziejska specjalizacja – pszczoły i miód

Do położonego 8 km od Dzierzgonia Lubochowa w województwie pomorskim prowadzi wąska asfaltowa szosa, która wije się najpierw przez las, a potem między polami. Wokół wszystko kwitnie, kępy ziół i kwiatów zawłaszczają asfalt, tworząc na jego skrajach różnobarwny, pachnący dywan. Lubochowo to zagłębie pszczelarstwa. Największym pszczelarzem jest sołtys Andrzej Twardowski. W maju jego osiem pasiek liczących 230 pni, czyli uli z pszczołami, rozrzuconych kilka kilometrów od siebie w niedostępnych miejscach, ograbiono w połowie z miodu i z pszczół.

– Cały proceder mógł trwać nawet dwa tygodnie, zanim zauważyłem, że coś jest nie tak. My na wiosnę żyjemy w strasznym biegu. Ale 25 maja już byłem pewien, że ktoś mnie okrada. W niektórych pniach ramki, na których powstaje plaster, były zupełnie suche, bez miodu i pszczół, a przecież był maj, niezwykle zresztą słoneczny i ciepły w tym roku, kwitły rzepak i drzewa owocowe. Najpierw pomyślałem, że pszczoły zostały wytrute, ale w pasiekach nie było żadnych martwych owadów. Nie wyroiły się też, bo nie było nastroju rojowego. Zresztą matkom skracam jedno skrzydełko, żeby się nie roiły. Potem dokładnie przyjrzałem się pustym ramkom. Niektóre miały odbite charakterystyczne pionowe zagięcia po wirówce do miodu. Moja wirówka takich śladów nie zostawia, ktoś musiał odwirować miód na miejscu. Skradziono mi też ponad 100 ramek z zasklepionym miodem i pszczołami. W każdym ulu jest po 13 ramek. Ktoś wyjmował inteligentnie kilka najcięższych, a lekkie, z nektarem, zostawiał, delikatnie je rozsuwając, żebym nie zauważył braku. Moje ramki łatwo rozpoznać, sam je wyrabiam, wszystkie mają ścięty róg, aby nie gniotły pszczół. Gdyby policja uważniej przyjrzała się sprawie, może dałoby się złodziei schwytać. Straty szacuję na 100-150 tys. zł – co najmniej 50 tys. zł za miód i drugie tyle za pszczoły, bo moje rodziny pszczele są zadbane i wyselekcjonowane.

Złodzieje nie oszczędzili też pasieki położonej 100 m od domu Twardowskich. Gdy o kradzieży zrobiło się głośno, ludzie zaczęli kojarzyć fakty. Ktoś zauważył, że kiedy Twardowski wybierał się do pasiek, jechał za nim nieznany samochód. 23 maja widziano w okolicy dwa obce samochody i mężczyznę, który sterował dronem. Takich latających obiektów mrugających w ciemności różnobarwnym światłem zauważono w maju więcej. I choć tego nie potwierdzono, wątpliwości pozostały. 40 osób podpisało się pod stwierdzeniem, że drony nad wsią widziało.

– Z początku byłem tak zdruzgotany, że nie mogłem pracować – mówi Andrzej Twardowski. – Jak tylko odkrywałem w ulach kolejne ramki wytrząśnięte z pszczół i miodu, ściskało mnie w żołądku. Do moich pszczół jestem przywiązany, utrzymujemy się tylko ze sprzedaży miodu. Chciałem nawet zabrać rodzinę, wyjechać stąd na zawsze i niech kradną, co chcą. Ale potem jakoś się pozbierałem. Przyśpieszyliśmy odwirowanie miodu, który pozostał, żeby nie wpadł w ręce złodziei. Wsparło mnie też wielu młodych ludzi z wioski, którzy przez dwa tygodnie pilnowali moich pasiek. Mimo to nadal gdzieś w tyle głowy jest ten lęk, że złodzieje wrócą. Mógłbym założyć elektroniczny monitoring, ale on jest bardzo czuły. Ptaszek przeleci, już dostaję SMS, a ja nie mam czasu tego sprawdzać.

Po wizycie na komisariacie nastrój u mojego rozmówcy nieszczególny. Mimo to trzeba objechać pasieki i przygotować ule do wywozu na tzw. pożytki, czyli grykę, gdzieś w warmińsko-mazurskie, 80-100 km stąd.

Czasem do nich pomruczę

W tumanie kurzu, po dziurawej polnej dróżce pędzimy do miejscowości Tabory. Wokół żadnych ludzi, żadnych domów, tylko daleko, na górze czerwieni się rozwalona, poniemiecka zagroda. Pasieka stoi na działce po starym młynie, na lesistym pagórku nad strumieniem. – To ważne, aby pszczoły miały dostęp do czystej wody – podkreśla Andrzej Twardowski. – Zdarzało się, że ktoś wystawił ule na pole rzepaku i pszczoły zatruły się rosą z opryskiem, którą spijały z listków.

Zaczyna się sprawdzanie nastawek na ulach. Przy trzecim ulu lekka konsternacja – oznakowane ramki są nie w tej kolejności, przestawione. Na szczęście w pozostałych pniach wszystko gra, zdziesiątkowane po kradzieży rodziny dobrze się odbudowują, a plastry są ciężkie od miodu i oblepione owadami. Ule oznaczone literką G dziś w nocy pojadą na grykę, a te ze znakiem plus to mocne rodziny. W ulach bez oznakowania pracują rodziny najsłabsze. Choć jest parno i zbiera się na burzę, pszczoły są raczej spokojne. Kiedy stają się zbyt nerwowe, w ruch idzie dymiarka.

– Czasem oprócz próchna dokładam do dymiarki lawendę, żeby sprawić pszczołom przyjemność – ciągnie pszczelarz. – Choć pszczoła miodna jest w rejestrze zwierząt hodowlanych, po części pozostała dzika. Nie lubi żadnej chemii, urządzeń elektronicznych, wyczuwa adrenalinę. Nachodzenie pasiek przez intruzów bardzo ją rozdrażnia. Pszczoła szybko wpada w panikę. Po dzisiejszym przeglądzie dopiero za trzy dni wróci do normalnego funkcjonowania. Myślę, że nawet nasza rozmowa ją denerwuje. Gdy jestem sam, to czasem pomruczę tylko pod nosem, jakbym do nich mówił. Bo jestem wdzięczny moim pszczołom za to, że tak na mnie pracują. Nigdy też nie opróżniam ula z miodu do zera, zawsze zostawiam im kilka kilo. W tym roku mam 230 uli, ale były sezony, że dociągałem do 300. Tyle jestem w stanie sam obsłużyć, na zimę liczba rodzin się zmniejsza.

Z Taborów jedziemy do pasieki przy polu facelii, przystajemy przy nim na chwilę. – Tu powinno brzęczeć jak w ulu, a tak nie jest – kręci głową niezadowolony Twardowski. – Facelia nie daje nektaru, jest za sucho. Z tą rośliną bardzo trudno trafić w taki moment, żeby miodowała. W tym roku kwitnienie facelii zbiegło się z kwitnieniem lipy. A jak lipa przekwitnie, to już jest po sezonie. Najlepsza pogoda na lipę to parno i wilgotno, bez mocnego słońca. Pszczoły zabija brak bioróżnorodności, hektary monokultur, np. rzepaku. Gdyby pani musiała całe życie jeść np. ogórki, też by pani zachorowała. Pszczoła musi mieć przynajmniej sześć różnych rodzajów pyłków, możemy jej zapewnić pokarm energetyczny w postaci syropów, lecz pokarmu białkowego – pyłków – jej nie dostarczymy. Na szczęście są jeszcze łąki, miedze, polne dróżki i skarpy z dziką różą, makami, bławatkiem. Jedna moja rodzina pszczela wytwarza ok. 30 kg miodu.

Gdy stajemy przy pasiece, wraca napięcie. – Pszczółek coś mi tu mało – niepokoi się Twardowski, sprawdzając pierwsze ule w rzędzie. – A nie, może jestem już przewrażliwiony. To pewnie wina silnego wiatru, wtedy nadlatują na ostatnie ule.

Z ustawionej wśród lip pasieki w Kiezmarku Twardowski jest zadowolony. – Jest wesoło, jest ruch. Widać, że wszystko dochodzi do normy po majowym spustoszeniu – ocenia. Nie lubi, jak ktoś niszczy przyrodę bezmyślnie. – Nieraz ludzie zetną pół lipy, zbierając kwiaty na herbatę, a drzewo potem usycha. Albo wytną wszystkie drzewa, bo im na działce przeszkadzają. Dla pszczół największym postępem byłby brak postępu – powtarza za dr. Zbigniewem Lipińskim, autorytetem w sprawach pszczelarstwa z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Gościł go dwa razy w swoich pasiekach.

Laik by tego nie zrobił

Z wykształcenia Andrzej Twardowski jest stolarzem, ale pracuje nie tylko w drewnie, lecz także w kamieniu i w cegle. Kocha materiały naturalne, do modnych ostatnio lekkich, styropianowych uli nie ma przekonania. Powoli remontuje poniemieckie budynki gospodarcze, tak by zachować ich klimat. Odbudował dom po pożarze. Jest pierwszym pszczelarzem w rodzinie, para się tym zajęciem od 1996 r. Po kursie pszczelarskim ma tytuł czeladnika pszczelarza, gdyby był po szkole rolniczej, dostałby tytuł mistrza.

– Jak się nie napracuję, to nie usnę – mówi. – Tacy zazwyczaj są prawdziwi pszczelarze. Na sukces w tym fachu pracuje się cierpliwie latami. To jest przede wszystkim hodowla matek, aby mieć dobry materiał genetyczny, walka z chorobami, dokarmianie. Wstaje się w środku nocy, żeby wywieźć pszczoły na pożytki. Przygotowanie do sezonu zaczynamy już w marcu. Zimą szykujemy i odnawiamy sprzęt. Każdy ul, każda ramka są zrobione naszymi rękoma. Ja montuję, żona wykańcza, maluje. Jak mnie okradli, mówiłem na policji, że znam na pamięć wymiary ramek, uli, rodzaj drewna, z którego zostały wykonane, wszystko. Ale to dla nich nie był żaden dowód.

W ciągu ponad 20 lat zginął mu jeden ul. A w tym roku taka katastrofa. Wciąż się zastanawia, jaki mógł być powód. Czy złodziejom chodziło tylko o zysk, czy też ktoś chciał mu tak zaszkodzić, by przestał hodować pszczoły? Wrogów przecież nie ma. Planował wykończyć pracownię, otworzyć sklepik, wyjechać z dziećmi choć na parę dni, teraz nie wie, czy zdoła zrealizować te plany.

– Przepraszam z góry wszystkich prawdziwych pszczelarzy, których choćby w myślach podejrzewałem – zaznacza – lecz takiej kradzieży nie mógł dokonać ktoś, kto się na pszczelarstwie zupełnie nie zna. Żyjemy w strachu, zwłaszcza że w ostatnich latach takich przypadków jest coraz więcej. W Zalewie ograbiono dwie pasieki, były kradzieże w Zajezierzu, w Ostródzie i w Pieniężnie. Nie chodzi mi o pieniądze, lecz o sprawiedliwość.

Pszczoły umierają jak ludzie

Najsurowszą karą w prawie bartnym z XIV w. była kara śmierci przez powieszenie. Spotykała złodzieja, który kradł pszczoły lub miód z barci i został schwytany na gorącym uczynku. Przed wykonaniem wyroku wszyscy obecni bartnicy musieli dotknąć powrozu.

– Bartnik w dawnej Polsce był osobą ważną i szanowaną. Nie musiał składać przysięgi w sądzie – mówi Ryszard Voss, prezes Wojewódzkiego Związku Pszczelarzy w Gdańsku. – Jeszcze 20-30 lat temu środowisko pszczelarzy się znało, przynajmniej na poziomie województwa, teraz jest zdezintegrowane. Wskutek postępu cywilizacyjnego i związanych z nim chorób pszczół giną całe pasieki, a nieuczciwi pseudopszczelarze próbują szybko się dorobić cudzym kosztem. Do tego dochodzi anonimowość sprzedaży miodu czy pszczół przez internet. Jeszcze większym problemem od kradzieży jest wytruwanie pszczół przez środki ochrony roślin stosowane w rolnictwie. W maju rolnik z Bożegopola koło Wejherowa opryskał 60-hektarowe pole rzepaku. Opryski zaczął około godz. 17, czyli podczas największej aktywności owadów. Działaczka Greenpeace, która pojechała tam po zdarzeniu, opowiadała, że wokół panowała martwa cisza. Zagładzie uległy nie tylko pszczoły miodne, ale także masa dzikich zapylaczy. Stracił na tym sam rolnik, bo niedostatecznie zapylone rośliny dały niższe plony. Dlatego w tej kwestii powinny być ostrzejsze regulacje prawne. Na przykład zapis o winie umyślnej rolnika, który skutkowałby wstrzymaniem lub drastycznym ograniczeniem dopłat bezpośrednich.

Sprawa z Bożegopola zakończyła się ugodą, rolnik wypłacił pszczelarzom odszkodowania. W Rychlikach ofiarą pestycydów w końcu maja tego roku padło kilka pasiek. Pszczelarze zawiadomili policję i zgłosili sprawę do Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa. Andrzejowi Twardowskiemu też raz potruły się pszczoły.

– W USA czy w Kanadzie podstawowy dochód pszczelarza stanowi opłata za zapylanie, którą płacą rolnicy – mówi Ryszard Voss. – Zarobki ze sprzedaży miodu są uboczne. Walczymy o dopłaty bezpośrednie dla pszczelarzy, czyli o środki za zapylanie, niech to będzie np. odpis od sprzedaży rzepaku, gryki czy owoców. W Polsce nie zbadano oficjalnie, jak wartość zapylania wpływa na dochód narodowy. Na świecie szacowana jest na 150-260 mld dol. Obecnie z Krajowego Programu Wspierania Pszczelarstwa otrzymujemy 24 mln zł. Na jeden ul przypada ok. 5 zł. Polska przoduje w Europie, jeśli chodzi o naukę w dziedzinie pszczelarstwa, ale nie przekłada się to na praktykę. Wszystko kończy się na badaniach laboratoryjnych. Mamy środowisko naturalne mniej zniszczone niż kraje Europy Zachodniej, można by postawić na działalność gospodarczą z zakresu apiterapii – leczenia produktami pszczelimi. Na razie jednak nie budzi to zainteresowania.

Jest taka przepowiednia przypisywana Einsteinowi, że jeśli zginie ostatnia pszczoła, ludziom zostaną cztery lata życia. – Sytuacja nie wygląda aż tak dramatycznie, ale liczba pszczół miodnych z roku na rok maleje – tłumaczy Ryszard Voss. – Na przełomie lat 70. i 80. XX w. w Polsce były 3 mln rodzin pszczelich, dziś jest 1,5 mln. Średnie napszczelenie kraju to trzy-cztery rodziny na 1 km kw. Jeszcze gorzej ma się sprawa dzikich zapylaczy. Ostatnio w Niemczech przeprowadzono badania, które pokazały, że ubyło ich aż 40%. W Polsce nikt takich badań nawet nie robi. My, pszczelarze, mówimy, że pszczoły nie zdychają, one odchodzą, umierają jak ludzie.

Niemoc

Na pytanie o postęp w śledztwie w sprawie kradzieży w pasiekach Andrzeja Twardowskiego nie otrzymuję odpowiedzi z Komendy Powiatowej Policji w Sztumie. Powód – urlop rzecznika. Wcześniej rzecznik policji Karolina Gastoł-Zawicka informowała, że prowadzone jest postępowanie pod nadzorem prokuratury. „Każdy sygnał, jaki dostajemy od pokrzywdzonego, jest przez nas sprawdzany, w okolice pasiek kierowane są dodatkowe patrole – pisała. – Na razie nie potwierdziliśmy użycia dronów przez złodziei, ale będzie to jeszcze weryfikowane. Powołamy także biegłego, który pomoże wyjaśnić tę sprawę. Będziemy przesłuchiwać świadków”.

Gdy chcę się dowiedzieć, ile spraw o kradzieże w pasiekach jest prowadzonych w kraju i jak wygląda ich wykrywalność, informacji z Komendy Głównej Policji do chwili publikacji materiału nie otrzymuję.

– Policja twierdzi, że dużo robi, ale ja nie podzielam tego zdania – mówi Andrzej Twardowski. – Może zwrócę się o pomoc do prywatnych detektywów, a może odpuszczę. Mam rodzinę, nie chcę ryzykować.

Z pasiek wracamy tuż przed burzą. Przyroda zastygła w oczekiwaniu na deszcz. – Ten rok dla pszczelarzy jest szczególny, wyjątkowo ciepła wiosna spowodowała, że pszczoły wykorzystały każdą kwitnącą roślinę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta sprawa – dodaje na pożegnanie pszczelarz z Lubochowa.

Wydanie: 28/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy