Na kresce aż do śmierci

Na kresce aż do śmierci

Ile osób musi zginąć na drogach, żeby powstrzymać piratów

8 listopada 2021 r. Jeden drift, czyli kontrolowany poślizg świadomie zainicjowany przez kierowcę, drugi, ale ten trzeci już kontrolowany nie jest. Mokro, beemka na letnich oponach uderza w przystanek autobusowy na warszawskim Ursynowie. Potem obraca się i wpada na słupek. 18-letni Igor, niemal zmiażdżony, jest w szoku, chce biec przed siebie, adrenalina działa, ale ludzie go powstrzymują. W tym czasie kierowca wysiada z auta, ogląda je i do kogoś dzwoni. Potem odkręca tablicę rejestracyjną. Tak mu ktoś doradził? Druga tablica odpada sama. W ogóle nie jest zainteresowany Igorem, obchodzi go wyłącznie auto.

Chłopak trafia na oddział intensywnej terapii, operowany w stanie ciężkim. Ma rozerwany pęcherz moczowy i złamaną miednicę – czeka go długa rehabilitacja. Potrzebuje trzech dawek krwi. Po operacji następuje silne wewnętrzne krwawienie. Trzeba go wprowadzić w stan śpiączki farmakologicznej. Będzie musiał leżeć na płasko nawet 18 tygodni, żeby wszystko się zrosło. Igor jest w klasie maturalnej.

Stojąca na przystanku 16-letnia dziewczyna też mogła zostać zmiażdżona. Na facebookowej grupie „Obywatele Ursynowa” pojawia się apel ojca Igora: „Bardzo proszę o kontakt świadków wypadku. Lekarze walczą o życie syna. Sprawca wypadku do tej pory nie podjął próby kontaktu z nami. (…) Policja miała rozpatrywać sprawę jako wykroczenie. Dopiero po mojej interwencji i głośnym upominaniu się sprawa będzie rozpatrywana jako wypadek”. To nie do końca prawda. Policja zebrała dowody, zabezpieczyła samochód, przesłuchała świadków. Odbyły się więc oględziny jak do wypadku. Nie było ani przez chwilę kwalifikacji jako wykroczenie. Bo wtedy sprawca dostałby po prostu mandat. Prokuratura podejmie decyzję o śledztwie. Na razie nikt nie został zatrzymany. Dla dobra postępowania policja nie może informować, czy jest monitoring z przebiegu zdarzenia, czy kierowcy zostało odebrane prawo jazdy i czy sprawdzono go pod kątem obecności środków odurzających w organizmie.

– Współczuję ojcu i zapewniam go, że robimy wszystko, żeby sprawca odpowiedział za swój czyn – mówi Robert Koniuszy, oficer prasowy z Komendy Rejonowej Policji Warszawa II.

Czasem modlę się, żeby syn umarł przede mną

31 lipca 2017 r. Tomek, informatyk tworzący linie produkcyjne, programujący maszyny, mówiący po angielsku i niemiecku, wraca z pracy motocyklem. W Skawinie jedzie z dozwoloną prędkością, kiedy z ulicy podporządkowanej wjeżdża w niego samochodem kobieta. Tomek prawdopodobnie uderza głową w słup. Ma 30 lat. Pół roku w śpiączce. Lekarze sugerują odłączenie od aparatury. Duże obrażenia głowy i mózgu, amputowany fragment stopy. Problemy z nerkami. Operacja szczęki, przez kilka miesięcy założona tracheo- i gastrotomia. Po pół roku budzi się i zaczyna mówić, co zakrawa na cud. Dwa miesiące na intensywnej terapii, a potem rodzina przenosi go do prywatnego ośrodka rehabilitacyjnego w Krakowie. Koszt miesięcznego pobytu – 25 tys. zł. Spędza tam siedem miesięcy. Koszt rehabilitacji, która wciąż trwa – już ponad pół miliona złotych. Dorzućmy wizyty u neurologopedów, neuropsychologów, hipoterapię.

Tomek nie wróci do pracy. Rodzice prowadzą mały sklep, ale wszystko musieli podporządkować rehabilitacji. Wsparcie państwa jest zerowe zwłaszcza dla takich osób jak Tomek, w śpiączce albo w stanie minimalnej świadomości, które potrzebują bardzo intensywnej, stałej rehabilitacji. W 2017 r. nie ma w Polsce żadnego ośrodka, który by to oferował. Działa tylko Budzik dla dzieci. Termin zabiegu z NFZ w związku z amputowaną stopą – 2027 r. Miesięczna rehabilitacja Tomka kosztuje 4-5 tys. zł, renta to ok. 1 tys. zł miesięcznie. Za rehabilitację powinien płacić ubezpieczyciel sprawcy wypadku. Cały czas toczy się postępowanie przed sądem. Powiatowy ośrodek osób niepełnosprawnych przyznaje Tomkowi… umiarkowany stopień niepełnosprawności. Facetowi, który ma amputowane pół stopy i nie jest w stanie nigdzie wyjść sam, zabrano kartę parkingową. Nadal ma duże problemy z pamięcią, zaburzenia równowagi i spowolnioną mowę. Nie umie powiedzieć nic w obcych językach. Jest zdany na pomoc rodziców i siostry.

27 maja 2019 r. Autostrada, zderzenie z samochodem ciężarowym. Karolina w piątym miesiącu ciąży. Mąż umiera na miejscu. Gaja rodzi się z wagą 900 g. Karolina ma odmę płuc, uszkodzoną wątrobę, uraz czaszkowo-mózgowy, uszkodzony kręgosłup, pękniętą miednicę, złamaną kość krzyżową, które zostały ustabilizowane za pomocą śrub. W konsekwencji częściowy niedowład lewej nogi, rozproszone uszkodzenie splotu lędźwiowo-krzyżowego. Zanik mięśni, silne bóle neuropatyczne.

W październiku 2020 r. operacja usunięcia jednej ze śrub, która uciskała nerw. Niestety, ból się nasila. Karolina ma trudności ze schylaniem się i utrzymaniem równowagi. – W niedalekiej przyszłości dojdzie do całkowitego zaniku mięśni, a ja pozostanę z okropnym bólem, będę mieć coraz większe trudności w poruszaniu się. Nie poddaję się jednak. Jestem mamą ślicznej dziewczynki, która ma tylko mnie. Samotne macierzyństwo z takimi problemami jest bardzo trudne – opowiada 30-letnia dziś Karolina.

30 marca 2004 r. 19-letni Rafał z Przasnysza wychodzi do kolegi, ma do przejścia 700 m. W okolicy dworca autobusowego potrąca go samochód. Siła uderzenia miażdży Rafałowi jedną nogę, auto przejeżdża też drugą stopę. Kierowca zna Rafała, wie, gdzie mieszka, ale zamiast udzielić mu pomocy i zawieźć do szpitala, pakuje go do samochodu, podjeżdża pod dom, wyrzuca przed bramę i ucieka. Rafał ledwo doczołguje się do drzwi i wali w nie. W szpitalu pijany lekarz wsadza zmiażdżoną nogę w gips – obrzęk rośnie, po krótkim czasie zostaje założona szyna.

Na dworcu jest zamontowany monitoring, więc rodzice liczą na szybkie ustalenie sprawcy zdarzenia. On jednak nigdy się nie ujawnia. Rafałem trzeba się opiekować 24 godziny na dobę. Sprawa komplikuje się, kiedy umierają jego dziadkowie, a ojciec zaczyna chorować na alzheimera. Matka zostaje sama z dwiema ciężko chorymi osobami. Córka bardzo pomaga, ale ma własną rodzinę i problemy. Wkrótce matka popada w długi, których nie ma jak spłacić. Kiedy policja zajmuje się wypadkiem, nawet nie wspomina o możliwości ubiegania się o odszkodowanie z Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Matka dowiaduje się o tym dopiero w 2010 r., gdy sprawa już się przedawniła. Roznosi ulotki, ale nie wystarcza jej na opał, bywa, że nie je przez kilka dni…

Rafał ma założone zbiórki w internecie. Trafiają się osoby, które pod pozorem pomocy chcą zarobić na tragedii. – Najgorzej jednak zostałam potraktowana przez własne państwo. Od lat starałam się o zasiłek pielęgnacyjny. Wniosek odrzucono, ponieważ uznano, że już mam jedno świadczenie – dwa razy niższą emeryturę z racji opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem. Sąd pierwszej instancji przyznał mi rację, ale kolegium odwoławcze zaskarżyło wyrok i teraz czekam na sprawę przed Najwyższym Sądem Administracyjnym – opowiada matka.

Rafał oślepł na jedno oko. W wyniku wypadku ma zakrzepicę żył biodrowych, co może skutkować zatorem. Stopa jest sina, to grozi amputacją całej nogi.

Matka: – Mam prawie 70 lat, pokrzywione palce i kręgosłup. Mam myśli samobójcze. Jestem słaba. Rafał w tym roku skończy 37 lat. Nie jest samodzielny. Jego stan pogarsza się z roku na rok. Co się z nim stanie, kiedy odejdę? Czasem modlę się, żeby umarł przede mną. Nie wyobrażam sobie zostawić go samego…

Myślałeś, że możesz kogoś zabić?

Startują na sygnał dany przez piękną kobietę. Gnają na kreskę, ile fabryka dała. Przekraczają wszystkie linie ciągłe. Jest fun, że łał. Bo „ja lubię zap…”.

– Miałem dziewięć razy zabrane prawo jazdy – mówi amator nielegalnych wyścigów w serialu reporterskim „7 żyć” (TVN).

– A myślałeś, że możesz kogoś zabić?

Cisza, tępe spojrzenie w kamerę. Twarz w masce.

– Przegrałem z mustangiem, jechałem na kresce – 200 km/godz. Ganiamy się z policją po Warszawie – to z kolei opowieść z programu „Interwencja” w Polsacie z lipca tego roku.

Jak się robi nielegalny wyścig? Ogłasza się zlot fanów motoryzacji, jest przejazd po mieście, koncert, a potem niespodzianka, wiadomo co. Miejsce niespodzianki podaje się w ostatniej chwili. Koleś jest dumny, że wygrał niedawno z beemką. Było hardcorowo. Od sześciu lat hardcorowo jest w Warszawie na Żeraniu, na drodze dojazdowej do terminalu cargo przy lotnisku na Okęciu, określanym w slangu jako punkt „C”, w alei Krakowskiej – punkt „C2”. Na Modlińskiej. Na Radzymińskiej. Miasto Jest Nasze, organizacja, która od lat walczy o surowsze kary dla kierowców piratów, przygotowała Mapę Dróg Śmierci – bordowymi liniami pocięte są Warszawa i okolice, a strategiczne punkty to tajemnica poliszynela, wszyscy też wiedzą o „czwartkowych ćwiartkach”, czyli nielegalnych jazdach. Żeby zmylić policję, do mediów społecznościowych wrzuca się błędne info o czasie wyścigu.

– Dopóki nie dojdzie do większej tragedii, będziemy to robili – zapewnia uczestnik wyścigów.

Na Facebooku grupa fanów nielegalnych wyścigów skupia 80 tys. członków. Tak trudno namierzyć organizatorów? Jest i strona internetowa warsawnightracing.pl, tu kwitnie biznes związany z wyścigami. Koszulka – 119 zł, bluza za 185-250 zł. Kupisz także drogo breloczki czy naklejki. Kto siada za kółkiem robionych pod kątem wyścigów samochodów z wypożyczalni? To również biznes. Legalny? Samochody trochę się rasuje, na jedną jazdę, bo wiadomo, że może dojść do demolki.

– Ktoś j… gościa na pasach – mówi koleś wyścigowy. – Były wypadki ze skutkiem śmiertelnym. Na kreskach jest trochę adrenalinki.

Nielegalne rajdy oglądają setki ludzi. To dzieje się w wielu miastach w Polsce. Co robi policja? Wysyła jeden radiowóz na cotygodniowe wydarzenie. Przestawione priorytety. Niedawno warszawscy motocykliści kończyli sezon. Robili drifty na ulicy Połczyńskiej, później zablokowali przejazd aleją Prymasa Tysiąclecia. Świadkowie twierdzą, że był jeden patrol policji, kogoś nawet ukarano mandatem…

Gdy w Nowej Zelandii po trzęsieniu ziemi w 2020 r. wyłączony został w jednym z miast kwartał ulic i zaczęły tam się odbywać nielegalne wyścigi samochodowe, policja posłała helikoptery, sprawę załatwiono w tydzień. Można? Kogo więc chroni polska policja? Synków bogatych i wpływowych tatusiów, kolegę z własnych szeregów, który lubi jechać na kreskę, panów prokuratorów i polityków – amatorów szybkiej jazdy? Plotek jest sporo.

Jak z tego wyjść?

Ile nieskutecznych mandatów można nałożyć na jednego kierowcę? Więcej niż 330, a w czterech przypadkach więcej niż 500! Tak było zdaniem NIK w latach 2016-2018. Rekordzista otrzymał w tym czasie mandaty na ponad 147 tys. zł.

Już w raporcie opublikowanym w 2013 r. NIK zwracała uwagę, że nakładanie na takie osoby mandatów nie ma ani wychowawczego, ani zapobiegawczego oddziaływania. Tymczasem wystarczyłoby egzekwować przepisy, bo połowa ukaranych nie płaci mandatów, budżet państwa traci miliony, kary się przedawniają. Wprowadzona na początku 2016 r. centralizacja systemu poboru mandatów nie poprawiła skuteczności ich ściągania ani nie zapewniła wiarygodnych danych o stanie należności i zaległości z tego tytułu. Jednocześnie koszty funkcjonowania systemu wzrosły o prawie 6 mln zł rocznie, czyli o ponad 30%. Po trzech latach od reorganizacji zaległości w opłacaniu mandatów zwiększyły się o ponad 148 mln zł.

W odpowiedzi na wystąpienie pokontrolne NIK minister finansów poinformował, że jednym z rozważanych rozwiązań jest wygaszenie scentralizowanego systemu z uwagi na jego niewydolność oraz zapewnienie obsługi mandatów przez system Poltax Plus.

NIK już dekadę temu, gdy skarb państwa tracił ponad 100 mln zł rocznie z powodu przedawnienia się należności z mandatów, rekomendowała uzależnienie możliwości usunięcia punktów karnych zgromadzonych w centralnej ewidencji kierowców od uiszczenia nałożonej kary. Rekomendacja ta nie została zrealizowana i pozostaje aktualna.

Równie haniebne jest, że taryfikator mandatów drogowych nie wzrósł od niemal 25 lat. Kiedy go ustanawiano, średnie wynagrodzenie wynosiło ok. 1,1 tys. zł. Z badania przeprowadzonego przez Krajową Radę Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego wynika, że aż 82% Polaków popiera wprowadzenie surowszych kar za przekraczanie prędkości. Kary, aby były skuteczne, powinny być, jak w Skandynawii, proporcjonalne do zarobków. Tak uważa Wojciech Kotowski, ekspert od prawnych aspektów wypadków drogowych. – Najlepszym rozwiązaniem byłoby uzależnienie wysokości mandatów od poziomu dochodów, co jednak wymagałoby zmiany całego systemu karania – mówił na łamach PRZEGLĄDU w sierpniu br.

Dla dr. Łukasza Polowczyka, filozofa i etyka, mandaty w wysokości proporcjonalnej do zarobków nie powinny podlegać dyskusji. – Gdy biedak zapłaci wysoką karę, będzie to dla niego tragedia, prawdopodobnie wiążąca się z egzekucją komorniczą oraz wieloma kłopotami natury biurokratycznej i społecznej, natomiast dla kierowcy lamborghini analogiczny mandat będzie nieodczuwalny. Takie rozwiązanie byłoby sprawiedliwe, a jednocześnie mogłoby wpłynąć na sposób zachowania się na drodze bogatszych kierowców – podkreśla Polowczyk.

Premier zapowiada, że nowe stawki mandatów mają wejść w życie od stycznia. Problem w tym, że zmiany prawne są na razie w Senacie, potem musi je podpisać prezydent. Czy rzeczywiście zostaną wprowadzone od nowego roku?

Zdaniem działaczy Miasto Jest Nasze liczy się nie tylko wysokość kary, ale również jej nieuchronność. Egzekucja mandatów za wszystkie wykroczenia drogowe poprzez system CANARD, policję oraz inne uprawnione służby powinna być prowadzona w uproszczonym postępowaniu administracyjnym, a nie jak obecnie w postępowaniu wykroczeniowym, które nieuczciwi kierowcy często przeciągają, by uniknąć kary.

No i jeszcze jedno. Ubezpieczyciele muszą mieć udział w finansowaniu leczenia ofiar wypadków drogowych. Obowiązkowa składka na rzecz NFZ w ramach OC będzie bardzo silnym czynnikiem motywującym dla towarzystw ubezpieczeniowych, by wymagały od swoich klientów bezpiecznej jazdy. Stawki obowiązkowego ubezpieczenia OC będą ściśle powiązane z liczbą punktów karnych i popełnionych wykroczeń drogowych.

Dla wątpiących w sens zmian prawnych jest konkret pokazujący ich skutek: po wprowadzeniu prawa, które nakazało kierowcom przepuszczać pieszych, zanim wejdą oni na pasy, liczba śmiertelnych wypadków na przejściach spadła o prawie 40% w porównaniu z pandemicznym rokiem 2020. A przecież nawet nasi eksperci opierali się przed taką modyfikacją, choć mieli pozytywny przykład Litwy, gdzie zmiana przepisów zmniejszyła w ciągu kolejnego roku o połowę liczbę pieszych zabijanych na pasach.

Fot. Dariusz Borowicz/Agencja Gazeta

Wydanie: 48/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy