Jak umiera szpital

Jak umiera szpital

W tym tygodniu siostry elżbietanki przejmą – zgodnie z umową – szpital na Goszczyńskiego. W prezencie dostaną aparaturę wartą 12 mln zł

Nie kupuje się sprzętu, a ordynatorom zabroniono wszelkich, nawet najdrobniejszych inwestycji. Nie szkoli się, nie powstają tu prace naukowe, a lekarze raczej odchodzą, niż przychodzą. Nawet kawałka ściany nie warto pomalować. Bo to taki szpital – swój, a już nie swój. 240 łóżek.
Warszawski szpital powoli zamiera, bo nie wiadomo, co z nim zrobią prawowite właścicielki, właśnie odzyskujące pełnię władzy zakonnice. Placówka nosi nazwę Szpitala Sióstr Elżbietanek i to one zadecydują, czy będzie tu szpital, czy bardziej dochodowe przedsięwzięcie. Mówi się o prywatnym szpitalu, jednak coraz mniej, bo na tym trudno zarobić, albo o domu dla przewlekle chorych. Leczonych tylko za pieniądze. Ten pomysł wydaje się ciekawszy, bo bogatych, którzy mogą zapłacić za taką usługę, jest coraz więcej.

Jak hieny

Klub starszych panów utworzył się w poczekalni, w podziemiu budynku. Czekają na wizytę u prof. Krystyny Ilmurzyńskiej, znakomitej specjalistki, do niedawna ordynator oddziału kardiologii. – U nas we wszystkich kościołach księża nawoływali, żeby zbierać podpisy, apelować, by zakonnice nie zlikwidowały szpitala – mówi pacjent, pan Karol. Tu przed wojną urodził się jego siostrzeniec, on sam 30 lat temu został tu uratowany z zawału przez (wtedy zwykłą panią doktor) Krystynę Ilmurzyńską. Pan Karol, jako starszy człowiek, przyznaje, że jest trochę nerwowy. Zawsze gdy idzie na badanie, zastanawia się, czy nie pocałuje klamki.
– My, lekarze, też mamy już dość tego poczucia zagrożenia – mówi dr Waldemar Gierbliński, ordynator liczącego 65 łóżek oddziału wewnętrznego. – Już w zeszłym roku próbowano nasz oddział sprzedać innej placówce, ale chętni chcieli tylko sprzęt, nie pracowników.
– Pobliskie szpitale zachowują się jak hieny – komentuje jeden z lekarzy. – Najchętniej wydarliby nam chorych i kontrakt z kasą.
Inny lekarz uważa, że sygnałem obumierania placówki jest brak wizyt przedstawicieli firm farmaceutycznych. Nic nie chcą sponsorować, nie zachwalają swoich leków, nawet kubka nie kupią, widać wiedzą, że szpital długo nie pociągnie.

Zakurzony sprzęt za 2,5 miliona

W 1993 r. ówczesny wojewoda zawarł ugodę z zakonem elżbietanek. Teren szpitala i znajdujące się na nim budynki (po wojnie odbudowane przez państwo) zostały zwrócone siostrom jako „prawowitemu przedwojennemu właścicielowi”. Z kolei one zgodziły się, by przez dziesięć lat placówka istniała w obecnym kształcie, bez ponoszenia kosztów dzierżawy. Te dziesięć lat mija w tym tygodniu, a zgodnie z dokumentem, siostry przejmują budynek „wraz z wyposażeniem”. Wartość sprzętu to około 12 mln zł. Aby go zachować, siostry muszą spełnić tylko jeden warunek: „utrzymać leczenie pacjentów na obowiązujących zasadach”. W 1993 r. nikt nie słyszał o kasach chorych, więc dziś zapis może oznaczać utrzymanie kontraktu z kasą chorych. Nie wyklucza to powstania prywatnej kliniki.
Na razie wiadomo, że siostry zaproponowały miastu wynajęcie budynku za 2 mln rocznie. Takiego wydatku w budżecie miasta jednak nie przewidziano.
Co z pracownikami, co z pacjentami? Na to pytanie nadal nikt nie potrafi odpowiedzieć.
– Błąd popełniono przed laty – podkreśla prof. Walerian Staszkiewicz, dziś już niepracujący u elżbietanek, były szef tamtejszej kliniki chirurgii naczyniowej. – Tak skonstruowana umowa oznaczała powolną agonię. Rujnowała szpital. Przecież po wojnie to były zgliszcza odbudowane za państwowe pieniądze. Trzeba było zapłacić siostrom i mieć sprawę czystą. A dziś? Wchodzenie miasta w taki niepewny interes jest bezsensowne. Osobiście wolałbym przeznaczyć te 2 mln na Monar, żeby w szpitalach nie musieli przebywać bezdomni.
Szpital upada powoli. Pół roku temu przestała istnieć klinika chirurgii naczyniowej. Rocznie przeprowadzano w niej 1,4 tys. operacji, wykonywano 10 tys. badań. 70% szkoleń lekarzy tej dziedziny odbywało się właśnie tutaj. Zapewniano, że chirurgia zostanie odtworzona. Dziś rozległe piętro straszy pustką pokoi i nieużywaną salą operacyjną. Martwy stoi też specjalistyczny sprzęt za 2,5 mln zł. Dyrektor szpitala, Dorota Jarosz, powtarza mi tak jak pół roku temu, że aparaturę „zagospodaruje”. Kiedy? Jak? Nie wiadomo.

Tu była pierwsza kardiologia

Przykład martwej chirurgii jest złym zwiastunem dla lekarzy z oddziału wewnętrznego. Codziennie, idąc na swoje trzecie piętro, mijają ciche korytarze. Był oddział, nie ma oddziału. Tak samo może być z nimi.
– Nasz szpital jest jedynym w okolicy pełniącym całodobowy dyżur – podkreśla ordynator oddziału wewnętrznego. – Pracuje tu 13 lekarzy, a poczucie zagrożenia raczej nas konsoliduje. Ale jak długo?
Za to pielęgniarki, a szczególnie salowe zupełnie nie czują się skonsolidowane. Na kardiologii jest ciasno, dostawka za dostawką. Kroplówka za kroplówką. Pani Maria dojeżdża spod Warszawy i kurczowo trzyma się tych paruset złotych. – Jak siostry zamkną szpital, to pójdę do nich pod bramą głodować – zapewnia. Na razie rozdaje cienką zupę i opowiada, że teraz już wszystkiego w szpitalu brakuje. To zły znak. Chyba jednak będą zamykać.
Chirurgia stoi martwa, za to podejmuje się inne dziwne decyzje. Wiele zabiegów – w tym próby wysiłkowe – przeniesiono na parter. Teraz zawałowcy zwożeni są ciężką windą. Wszystko, co dzieje się w szpitalu, jest albo zamykaniem, albo chaosem.

Ordynator kombinuje

Szpital rozpadał się powoli. Początkowo miał trzy świetne kliniki. Znakomitą gastrologię stworzył prof. Butruk. Szybko zorientował się, że w tym niepewnym miejscu niewiele zdziała i przeniósł się do Centrum Onkologii. Ale największą dumą szpitala był pierwszy w Polsce oddział kardiologii z prawdziwego zdarzenia, stworzony w 1955 r. przez prof. Żero. To tu szkoliły się kadry dla przyszłego Instytutu Kardiologii. Przyjmowano ponad 2 tys. pacjentów rocznie, przeprowadzano pionierską wówczas koronarografię. Dziś prof. Żero upamiętnia tablica, a długoletnia ordynator oddziału, prof. Krystyna Ilmurzyńska, przyjmuje w podziemnej przychodni. Za konsultacje jednego pacjenta dostaje 2 zł, co jest normalną stawką, więc nie narzeka. Nienormalne jest jednak chyba to, że szpital nie chce skorzystać z jej doświadczenia i mówiąc najogólniej, pani profesor nie jest zapraszana na oddział, któremu nadała tak wysoką rangę. – Zaczęłam tu pracę w 1953 r. – wspomina. – Budynek był jeszcze częściowo wypalony, zrujnowany. Pamiętam odbudowę, radość z oddziału kardiologii i rozbudowę szpitala o dodatkowe skrzydło. A teraz to wszystko ma zostać zmarnowane.
Trzecim oddziałem, dumą szpitala była wspomniana chirurgia naczyniowa. Teraz dumy nie ma, pozostał ostry konflikt między dyrektorem szpitala a byłym ordynatorem oddziału, który nie może pogodzić się z faktem, że sprzęt stoi u elżbietanek, zamiast ratować życie w jego nowym miejscu pracy, w Szpitalu Bielańskim.
Prof. Staszkiewicz przyszedł do kliniki osiem lat temu. To, co zastał, m.in. aparaty do wspomagania oddechu, nadawało się do Muzeum Techniki. Nowy sprzęt został kupiony przez wojewodę, samorząd i zachęconych przez profesora sponsorów. Podobnie o sprzęt starali się ordynatorzy kardiologii i wewnętrznego.
– Przez wiele lat pracowałem na tym oddziale – mówi Waldemar Gierbliński, ordynator oddziału wewnętrznego. – Kiedy siedem lat temu zostałem szefem, wszystko musiałem odbudowywać, przecież prof. Butruk zabrał sprzęt ze sobą. Na pewno mi się udało, mamy przyzwoite wyposażenie.
Beznadziejną umowę z elżbietankami na razie najboleśniej odczuł prof. Staszkiewicz. Nie mógł zabrać sprzętu, bo należy do zakonu.
Dyr. Dorota Jarosz (mówi się, że liczy na tę samą posadę u zakonnic) przyjmuje od miesięcy postawę uspokajającą. Jej zdaniem, nic specjalnego się nie dzieje, a szpital funkcjonuje normalnie.
Rzeczywiście, da się żyć z dnia na dzień. – Szpital, jak wszystkie inne, ma podpisaną umowę na pierwszy kwartał, do chwili likwidacji kas chorych – potwierdza Krzysztof Szlubowski, rzecznik prasowy Mazowieckiej Kasy Chorych.
– Dzisiaj to jest grajdoł – ocenia jeden z lekarzy. – A ta agonia na pewno jeszcze trochę potrwa. Najgorsza jest bezmyślność, potem bierność władz miasta. Najpierw zgodzono się na bzdurną umowę, zgodnie z którą zakupiony przez szpital sprzęt stawał się własnością sióstr, teraz nikt nie chce ratować szpitala. A najgorsze, że nikt nie chce z nami rozmawiać o przyszłości.
Powolne zamykanie placówki uczuliło lekarzy na sytuację innych szpitali, które wracają do zakonnic. Wnioski nie są dla nich pocieszające. Placówki przestają istnieć.


W szpitalu biorą najchętniej

Łódzki samorząd lekarski, a więc izba odpowiedzialna także za etykę środowiska, w osobie dr. Grzegorza Krzyżanowskiego wycofał się z pomysłu legalizacji szpitalnych łapówek. Dziwne! Przecież wszystko było tak fachowo przygotowywane – już były propozycje zmian ustawowych, a także projekt usług podstawowych (zapewne wraz z ostatnim namaszczeniem), które przysługiwałyby każdemu. Za lepsze leczenie pacjent płaciłby w szpitalnej kasie, pieniądze podzieliliby między sobą lekarz i szpital. Proste. Dr Krzyżanowski i jego koledzy mieliby szansę wcielić w życie swoją pełną dosadności receptę: „Biedni będą gorzej leczeni”. Proste.
Pomysł miał już sojuszników w samorządzie warszawskim, a także wśród sław medycyny, takich jak znawca prionów, prof. Paweł Liberski. Nawet ci, którzy się oburzali, coś tam dobrego w pomyśle znaleźli. A to, że sprawa przypomina o niskich zarobkach lekarza, a to, że może za lepszą salę czy pielęgniarkę (?) pacjent jednak mógłby zapłacić.
Pomysł legalizacji łapówek i anemiczny odpór środowiska świadczą o tym, że branie jest odruchem, nie wybrykiem. 87% lekarzy (badania Fundacji im. Batorego) uważa, że koperty to wyraz wdzięczności, nie łapówka. 70% tych, którzy usłyszeli wprost, że w grę wchodzą tylko pieniądze. Z sumą poniżej 500 zł nikt nie wybiera się do ordynatora. Kto raz dał, a stać go, będzie dawał zawsze. I tak dalej, i tak dalej.
To właśnie lekarze we wspomnianej ankiecie uznani zostali „za najbardziej biorących”. Płacimy już za wszystko, za operację, za łóżko, za informację. Rzeczywiście, po co tu ustawa?
Dlaczego więc samorząd łódzki ustępuje? Czyżby zwyciężyła prosta kalkulacja: po co dzielić się ze szpitalem, płacić podatek, jeśli można nadal brać nielegalnie, bo jak mawia pewna sława medycyny: „Łóżko ma cztery nogi, każda kosztuje”.

 

Wydanie: 7/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy