Zemsta na generale

Zemsta na generale

99-letni bohater powstania warszawskiego, Zbigniew Ścibor-Rylski pod pręgierzem  IPN. Czy to nie rewanż za upomnienie buczącej młodzieży na Powązkach?

1 sierpnia 2012 r., 68. rocznica godziny „W”. Kiedy pod pomnikiem Gloria Victis na warszawskich Powązkach składają wieńce Donald Tusk i Hanna Gronkiewicz-Waltz, wśród zgromadzonego tłumu rozlega się buczenie. Słychać okrzyki: hańba!
– Proszę was w imieniu tych, którzy tu spoczywają – zwraca się do zebranych prezes Związku Powstańców Warszawskich gen. Zbigniew Ścibor-Rylski – uszanujmy pamięć wspaniałych dziewcząt i chłopców, którzy oddali życie za wolność i niepodległość swojej ukochanej ojczyzny. To nie jest miejsce do wygłaszania politycznych poglądów.
Tego dnia gwizdy i buczenia rozlegały się nie tylko na Powązkach. Słychać je było na Cmentarzu Powstańców Warszawy na Woli, a także na kopcu Powstania Warszawskiego na Czerniakowie. Kiedy podczas rozpalania tam znicza ogłoszono, że w uroczystościach bierze udział prezydent Warszawy, grupa kibiców Legii i działaczy ONR zaczęła krzyczeć: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”.
95-letni Zbigniew Ścibor-Rylski, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych, Warszawskim Krzyżem Powstańczym, a przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski, zawołał wtedy do tłumu: – Dlaczego wydajecie takie okrzyki! Serce boli. Zastanówcie się, gdzie macie komunę? Wiele tysięcy osób oddało życie, aby nie było komuny. Przepraszajcie, bo inaczej nie przyjmiemy waszych hołdów.
Nazajutrz ktoś wrzucił do internetu i rozesłał mejle z informacją, że Zbigniew Ścibor-Rylski, awansowany na generała brygady przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, jest donosicielem UB. Świadczą o tym przypisy Krzysztofa A. Tochmana do wydanej w 2011 r. przez rzeszowski IPN książki Marka Lachowicza „Wspomnienia cichociemnego”. Wynika z nich, że w 1947 r. Zbigniew Ścibor-Rylski został zarejestrowany przez Wydział I Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu jako TW „Zdzisławski” i współpracował ze służbami do 1964 r.
Sypnęły się obraźliwe wpisy anonimowych internautów. Swoje dołożyły prawicowe gazety. „Żałosny były bohater, który poniżył się do wyprzedaży zasług swej młodości spadkobiercom katów własnych kolegów – napisał w „Gazecie Polskiej” Krzysztof Wyszkowski – przeżył szlachetniejszych od siebie i został nominowany symbolem Powstania Warszawskiego mocą komunistycznego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację”.
Wkrótce potem w dzienniku „Rzeczpospolita” ukazała się publikacja o kłamstwie lustracyjnym Zbigniewa Ścibora-Rylskiego. Napisano, że w 2007 r., jako członek Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari, złożył on oświadczenie, że nie był tajnym i świadomym współpracownikiem służb specjalnych PRL. Okazało się to nieprawdą.
Biuro lustracyjne IPN wszczęło postępowanie.

Wojenna odyseja

Kim jest 99-letni dziś Zbigniew Ścibor-Rylski? Urodził się w 1917 r. w Browkach koło Kijowa w rodzinie polskiej szlachty herbu Ostoja. Przydomek Ścibor nadano Rylskim na początku XVIII w. Rok po wybuchu rewolucji październikowej rodzina musiała opuścić dwór. Po zdobyciu Kijowa przez wojska polskie w 1920 r. Ściborowie-Rylscy dotarli do Zamościa, gdzie senior rodu otrzymał posadę zarządcy u hrabiego Zamoyskiego. Tam Zbigniew spędził dzieciństwo. Na studia wstąpił do Szkoły Technicznej Podchorążych Lotnictwa w Warszawie. Ich ukończenie uniemożliwił wybuch II wojny światowej.
30 sierpnia 1939 r., kiedy została ogłoszona powszechna mobilizacja, student Ścibor-Rylski, przypisany do obsługi technicznej 1. Pułku Lotniczego, został przerzucony wraz z kolegami szkolnymi do Mińska Mazowieckiego. Dalej pociąg już nie jechał – na wschód przebijali się na piechotę. We wsi koło Anielina koloniści niemieccy wskazali wermachtowcom cel bombardowania, sygnalizując znakami na ziemi położenie kwater polskich lotników. Zmobilizowany student Zbigniew otarł się o śmierć.
Do pierwszego spotkania jego grupy z Niemcami doszło 7 września w czasie potyczki pod Mrozami. Polacy wyposażeni tylko w karabiny i granaty ręczne natknęli się na ostrzał artyleryjski. Doszło do walki na bagnety. Niemcy się wycofali.
Grupa Ścibora-Rylskiego w wojennym chaosie starała się przedostać do żołnierzy, którzy jeszcze walczyli z Niemcami. Na przedpolach Brześcia trafili na szpicę oddziału gen. Franciszka Kleeberga. 13 września niemieckie czołgi okrążyły z trzech stron twierdzę brzeską, w której bronili się Polacy. Trwający 18 godzin ostrzał artyleryjski zakończył się pożarem. Było bardzo wielu rannych, a obrońcom pozostało tylko pięć dział. Gen. Kleeberg wiedział, że rząd polski i naczelny wódz Rydz-Śmigły przedostali się do Rumunii, a wojska radzieckie przekroczyły granicę II RP. Mógł odlecieć wysłanym samolotem, jednak postanowił pozostać ze swoimi żołnierzami.
Nazwali się Samodzielną Grupą Operacyjną „Polesie” i ruszyli na południe. Po drodze musieli stawić czoła uzbrojonym bandom ukraińskich nacjonalistów. Z Niemcami starli się pod Łęczną. Zbigniew Ścibor-Rylski, jako że dobrze jeździł konno, należał do tzw. grupy straceńców – batalionu uderzeniowego, który wypierał wroga.
Po zdobyciu broni w centralnych magazynach w Stawkach koło Dęblina (Niemcy nie zdążyli ich opróżnić) jednostki SGO „Polesie” dotarły w rejon Kocka. Najcięższe walki toczyły się o Wolę Gułowską; tam młodziutki ppor. Ścibor-Rylski zyskał sławę nieustraszonego. Bili się do ostatniego pocisku. A na ich głowy z niemieckiego samolotu spadały ulotki adresowane do polskich oddziałów: „Zaprzestańcie walki. Jesteście sami. Niemcy szanują swoich jeńców i zapewniają wam rycerskie traktowanie w niewoli”.
Kleeberg zwołał naradę swoich dowódców. Postanowiono ogłosić kapitulację. Uczestniczący w tej odprawie Ścibor-Rylski ze zdumieniem zauważył, że generał w ciągu kilku godzin osiwiał. (Kleeberg osadzony potem w twierdzy Königstein w Saksonii, zmarł w kwietniu 1941 r.).
Jeniec Zbigniew Ścibor-Rylski zdołał z kilkoma kolegami uciec z niewoli. Niedługo cieszyli się wolnością – we wsi Krzywda okrążyli ich Niemcy. Ścibor-Rylski nie przyznał się, że jest oficerem. W nocy jeńców wywieziono do stalagu w Stargardzie. Pracowali tam w gospodarstwie przy uprawie buraków cukrowych. Pół roku później znaleźli się w jenieckim obozie w Pyritz (Pyrzyce). Cały czas myśleli o ucieczce. Pewnej nocy we trzech wyłamali kraty i wydostali się z obozu. Zamierzali dotrzeć do Generalnej Guberni. Po trzech tygodniach przedzierania się, kiedy jedynym ich pożywieniem była brukiew wyrwana na polu, dwaj towarzysze Ścibora-Rylskiego nie mieli sił iść dalej. Rozstali się, każdy poszedł w swoją stronę.
Osamotniony Ścibor-Rylski znalazł się w Puszczy Noteckiej, dotarł do dawnej granicy polsko-niemieckiej. Przepłynął Noteć i w mundurze kolejarskim, w który zaopatrzył go pewien leśnik, wsiadł pod semaforem do pociągu towarowego. Był przekonany, że jedzie na wschód. Tymczasem pociąg zatrzymał się w kopalni pod Jelenią Górą. Ścibor-Rylski znów miał szczęście – udało mu się niepostrzeżenie wydostać na powierzchnię. Po zmierzchu podjął dalszą wędrówkę. Do Warszawy dotarł 1 września 1940 r.
Nie miał żadnych dokumentów ani kenkarty. Pewnego dnia w Alejach Ujazdowskich spotkał mjr. Prohazkę, oficera, który we wrześniu 1939 r. był dowódcą pułku lotniczego na Okęciu. Pomógł w załatwieniu ausweisu i wprowadził ppor. Ścibora-Rylskiego do konspiracji. Zaprzysiężony jako żołnierz Związku Walki Zbrojnej (w 1942 r. przekształconego w Armię Krajową) otrzymał pseudonim „Stanisław”.

Virtuti do szuflady

W 1941 r. na polskim niebie pojawili się cichociemni – dowództwo ZWZ przygotowywało zbrojne powstanie. Już rok wcześniej komendant ZWZ płk. Rowecki przystąpił do organizowania miejsca zrzutów. „Stanisław” został oddelegowany na Wołyń do sztabu okręgu. Komenda Główna AK, mianując ppor. Ścibora-Rylskiego kierownikiem obsługi zrzutów, nadała mu także nowy pseudonim: „Motyl”.
Z chwilą wykształcenia się planu „Burza” zwiększyły się zadania okręgu wołyńskiego. Dowództwo dywizji liczyło na zrzuty, wręcz domagało się ich. Korzystając ze wskazówek por. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, przygotowano zrzutowisko, podano drogą radiową współrzędne do Londynu. 5 lutego 1944 r. por. Ścibor-Rylski został dowódcą kompanii w 27. Wołyńskiej Dywizji AK.
Chrzest bojowy kompania „Motyla” przeszła we wsi Sztuń, do której niemiecka kolumna wjechała w przekonaniu, że wojsko polskie opuściło miejscowość. Rozpętała się strzelanina, wybuchały granaty, dochodziło do walki wręcz. Zginął wówczas dowódca niemiecki wraz ze swoją grupą, „Motyl” zdobył cenną broń, odbito też sześciu jeńców radzieckich oraz polskiego żołnierza wziętego do niewoli. Ścibor-Rylski zyskał opinię świetnego stratega. Tego dnia mieli jeszcze inny powód do radości – doczekali się długo wyglądanego zrzutu dla wołyńskiej dywizji – niestety, pierwszego i ostatniego.
Mimo pomocy dwóch radzieckich pułków kawalerii polskie oddziały zostały zmuszone do cofania się, aż w końcu zamknięto je w kotle. Wydawało się, że całkowita likwidacja dywizji to kwestia kilku dni. Dowódca Ścibor-Rylski postanowił ratować swoich żołnierzy przed zagładą. Wyrwali się z okrążenia.
Dwa miesiące później łączniczka przywiozła rozkaz KG AK, aby „Motyl” stawił się w Warszawie. W punkcie kontaktowym otrzymał dokumenty na inne nazwisko. Jego nowe zadanie miało dotyczyć odbioru zrzutów w Warszawie. Został przydzielony do batalionu „Czata 49” podległego Kedywowi Komendy Głównej AK.
Rano 1 sierpnia 1944 r. powstańcy zaczęli pobierać broń z magazynu przy ul. Pańskiej. Por. Zbigniew Ścibor-Rylski przyszedł tam z dużą grupą młodych ludzi. Jego batalion wchodzący w skład zgrupowania ppłk. Jana Mazurkiewicza „Radosława” otrzymał zadanie zaatakowania Państwowego Monopolu Tytoniowego od strony ul. Dzielnej. Po krótkiej walce zajęli obiekt, zdobyli mercedesa, kilka ciężarówek, broń, amunicję i trochę żywności. Pozostałych przy życiu Niemców wzięli do niewoli.
2 sierpnia „Czata 49” wspólnie z batalionem „Zośka” zdobyły czołg po obrzuceniu go granatami i butelkami z benzyną. Wyskakujących z maszyny Niemców wzięto do niewoli. Ale jeszcze tego dnia powstańcy dostali się pod huraganowy ogień. Wielu zginęło, m.in. przyjaciel Ścibora-Rylskiego z gimnazjum. Tak silne natarcie Niemców spowodowało, że powstańcy musieli wycofać się z cmentarzy ewangelickiego i żydowskiego. Następne dni to dla żołnierzy „Czaty 49” okres ciężkich, ale skutecznych walk o utrzymanie Stawek, które po utracie Woli stały się wysuniętym bastionem obrony Starówki. Tu Niemcy użyli po raz pierwszy goliatów, samobieżnych, zdalnie sterowanych czołgów-min.
Ścibor-Rylski za bohaterską postawę na Woli został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Jego zwierzchnik w uzasadnieniu napisał: „Porucznik »Motyl« wyróżnił się osobistą odwagą w obronie barykady na Karolkowej. W momencie ataku czterech czołgów osobistym przykładem utrzymał żołnierzy na stanowiskach, zniszczył jeden czołg i zmusił piechotę do odwrotu. W nocy z 16 na 17 sierpnia dowodził wypadem na Stawki i tu wykazał wysokie zalety dowódcy: bystrą orientację w połączeniu ze zdecydowaną odwagą”.
Dołączył swoją opinię płk „Radosław”: „Por. »Motyl« to wybitny oficer. Wyposażony w dużą inicjatywę, inteligentny, niezwykle ofiarny i odważny. Posiada intuicję bojową. Przeprowadzał samodzielnie udane akcje wypadowe na Stawki i na Fort Traugutta”.
28 sierpnia w wyniku zbombardowania przez sztukasy kwatery „Czaty  49” przy ul. Mławskiej na Nowym Mieście zginęło kilkudziesięciu żołnierzy batalionu. Mimo rozprzestrzeniającego się pożaru dowódca Ścibor-Rylski odgrzebywał zasypanych pod gruzami kolegów. Nagła detonacja spowodowała, że kilkudziesięciu już uratowanych powstańców straciło życie. Ale nadal, nie zważając na niebezpieczeństwo osunięcia się murów, odkopywano towarzyszy broni… Następnego dnia na naradzie dowódców w zakrystii kościoła przy Freta, w której uczestniczył „Motyl”, zapadła decyzja: batalion „Czata 49” w sile 125 ludzi wejdzie przez właz do kanału na pl. Krasińskich i tą drogą dostanie się pod pl. Bankowy. Stamtąd mieli się doczołgać do kolektora pod Krakowskim Przedmieściem.
„Motyl” był ze swoimi ludźmi w kanałach ponad 20 godz. Ledwo się umyli po wyjściu na powierzchnię, dostali rozkaz zajęcia pozycji na Czerniakowie, gdzie rozgorzała ciężka walka o budynki gazowni przy Ludnej, na którą od mostu Poniatowskiego uderzył niemiecki batalion. Kiedy ruszyli na te zabudowania, nastąpił nalot na gmach ZUS, gdzie gromadzono rannych. Budynek płonął, częściowo się zawalił, ginęli chorzy i personel. Tylko dzięki ostrzałowi ludzi „Motyla” można było część rannych ewakuować. Ale w pobliżu, na ul. Zagórnej, Niemcy wtargnęli do szpitala powstańczego, gdzie leżało ponad 200 rannych, najciężej chorzy zostali wymordowani; pozostałych zabrano do siedziby gestapo przy Szucha.
19 września ulicę Wilanowską bronioną przez oddział kpt. Ścibora-Rylskiego zaatakowały goliaty. Ppłk „Radosław” zwrócił się przez radio do dowództwa radzieckiego na praskim brzegu Wisły o pomoc. Wsparcie jednak nigdy nie nadeszło. Niemcy rozstrzelali większość wziętych do niewoli oficerów i ok. 120 rannych w punkcie sanitarnym. „Radosław” dał rozkaz odwrotu kanałami do Śródmieścia. Przejście kolektorami było bardzo trudne, woda sięgała powstańcom po szyję, musieli się podciągać na linie. Wszędzie pływały trupy i przedmioty pozostałe po poprzednich uciekinierach. Relacja kpt. „Motyla” z tej przeprawy jest iście żołnierska: „Nie zabłądziliśmy, wyszliśmy na rogu Wilczej i Al. Ujazdowskich”. 2 października Ścibor-Rylski zakończył powstanie awansem na stopień majora.
Po kapitulacji poprowadzono ich pod karabinami do obozu przejściowego w Pruszkowie. „Motyl”, udając rannego cywila, dostał skierowanie do szpitala w Grodzisku Mazowieckim. Nie dotarł tam, zamieszkał w Łowiczu i współpracował z Janem Mazurkiewiczem „Radosławem”, który kierował siatką wywiadowczą. 7 maja 1945 r. zameldował mu, że w związku z zakończeniem działań wojennych kończy pracę konspiracyjną i udaje się do Poznania. Zaszczytne odznaczenia wojenne schował do szuflady.
W Poznaniu Zbigniew Ścibor-Rylski zaczął nowe życie pod zmienionym nazwiskiem. Wiedział o represjach, jakie spotkały członków polskiego państwa podziemnego (grupę gen. Leopolda Okulickiego skazano w tzw. procesie szesnastu w Moskwie) i żołnierzy Armii Krajowej (ppłk. Jan Mazurkiewicz po raz pierwszy został aresztowany w sierpniu 1945 r., potem jeszcze dwukrotnie). Dlatego nie ujawnił swojej tożsamości, a także uczestnictwa w powstaniu warszawskim. Nie zapisał się do partii ani do żadnej organizacji związkowej. Przez pewien czas pracował jako kierowca w Poznańskim Przedsiębiorstwie Transportowym. Potem zajmował się sprzedażą w Biurze Samochodów Remontowanych Motozbyt.
W 1946 r., kiedy odbierał z Gdyni 500 samochodów UNRRY, poznał Zofię Kochańską. Była 28-letnią wdową po cichociemnym, który zginął w 1944 r. Miała malutkie dziecko. W czasie okupacji Zofia Rapp-Kochańska vel Maria Springer zasłużyła się dla wywiadu Armii Krajowej.
Ścibor Rylski ożenił się z Kochańską, zamieszkali w Poznaniu. 15 lat później przeprowadzili się do Warszawy. Zofia prowadziła warsztat rzemieślniczy z wyrobami plastycznymi. Jej mąż został inspektorem technicznym w biurze projektowym należącej do stowarzyszenia PAX firmy INCO. Pracował tam do emerytury, czyli do roku 1977.

Cena paszportu

Według dokumentów zgromadzonych w IPN, Zbigniew Ścibor-Rylski został zarejestrowany w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu jako TW „Zdzisławski” w roku 1947. „Werbowany był na materiałach kompromitujących go”, napisał funkcjonariusz. Co tak kompromitowało sprzedawcę Motozbytu? „Niedopilnowanie dyscypliny pracy i dokonanie nadużyć przez podległych mu pracowników”.
W aktach prokuratorskich pierwsze konkretne materiały na temat aktywności TW „Zdzisławskiego” dotyczą roku 1957 i są związane z Międzynarodowymi Targami Poznańskimi.
2 czerwca TW informuje, że przeprowadził rozmowę z Janem H., przedstawicielem misji handlowej USA, na temat pomocy Polsce. H. narzekał, że jego poglądy na temat Polski spowodowały, iż w USA uważa się go za czerwonego.
23 czerwca kolejna informacja od tego TW: Dwaj przedstawiciele szwedzkiej firmy Ericsson, która ma swój pawilon na targach, stwierdzili, że obroty ich firmy spadły z 15 mln dol. do 1 mln rocznie i dyrekcja zastanawia się nad zlikwidowaniem przedstawicielstwa Ericssona w Polsce.
Notatka funkcjonariusza UB z listopada na podstawie rozmowy ze „Zdzisławskim”: „Zdaniem przedstawiciela misji handlowej USA Jana H., Związek Polaków w Ameryce powinien w pierwszym rzędzie przysłać do Polski maszyny dla rzemieślników, by mogli założyć warsztaty. To ważniejsze niż obdarowywanie żywością czy odzieżą za pośrednictwem Kościoła. Jan H. przypuszcza, że USA anuluje Polsce pożyczkę”.
Poza tym TW informuje, że „ogólnie delegacje zagranicznych handlowców przebywające na targach w Poznaniu są mile rozczarowane pozytywną postawą rządu odnośnie uczczenia rocznicy wydarzeń 28 czerwca (chodzi o tzw. wypadki poznańskie z czerwca 1956 r. – przyp. red.). Ale w pawilonie amerykańskim jeden z pracowników upozorował zepsucie się lodówki i znajdującą się tam żywność rozdawał przechodniom. Zrobił się tłok, Amerykanie robili zdjęcia”.
Zadanie dla TW: Dotrzeć do poznaniaków, którzy będą wynajmować zagranicznym gościom kwatery. Przekazać ich adresy.
Od 1956 r. rezydentem interesuje się Departament I MSW. Zaczęło się od prośby Ścibora-Rylskiego o wydanie paszportu dla niego, żony i jej syna na czasowy wyjazd do USA, gdzie na nigdy niewidzianego wnuka czekała babcia. Podanie zostało załatwione pozytywnie, gdyż szef Departamentu I liczył na to, że Rylska zostanie na stałe w USA i sprowadzi męża, który miał być wykorzystany do zadań specjalnych. Jednak kobieta wróciła z dzieckiem do Polski. Jak napisał przesłuchujący „Zdzisławskiego”, podjęła taką decyzję „ze względów klimatycznych”.
Służby Departamentu I, a także II były zainteresowane zamieszkałym w Chicago Polakiem Tadeuszem B. Miał on obywatelstwo Wielkiej Brytanii, a w Chicago prowadził biuro podróży. Ze Zbigniewem Ściborem-Rylskim znali się z czasów wojny.
Źródło „Zdzisławski” otrzymał zadanie nawiązania kontaktu z tym byłym cichociemnym. Donos TW brzmiał: „B. pozytywnie odnosi się do przemian w Polsce”.

Zabawa w ciuciubabkę

W 1964 r. Ściborowie-Rylscy przeprowadzili się do Warszawy. Kilka lat później do naczelnika Wydziału VII Departamentu II MSW nadeszła z poznańskiego UB tajna przesyłka specjalnego znaczenia: „W odpowiedzi na pismo z 14.4.1969 r. w sprawie Zbigniewa Rylskiego (w materiałach MSW ten informator występuje zwykle bez pierwszego, szlacheckiego członu swego nazwiska – przyp. red.) zawiadamiamy, że został on pozyskany jako tajny współpracownik o ps. Zdzisławski w 1947 r. W późniejszym okresie z racji swych znajomości był wykorzystywany jako jednostka manewrowa do różnych zadań oraz rozpoznawania dla Dep. I MSW działalności kół emigracyjnych w USA. Na tym odcinku był przygotowywany na przerzut do USA. Jednak ze względów rodzinnych sprawa upadła. Był jednostką sprawdzoną, o zdrowych poglądach politycznych, oraz pozytywnym ustosunkowaniu się do współpracy z naszymi organami. 30.9.1964 r. został z czynnej sieci wyeliminowany, ponieważ przeprowadził się do Warszawy”.
Do Ścibora-Rylskiego telefonuje Henryk R. Przedstawia się, jako pracownik wywiadu MSW, proponuje spotkanie w kawiarni Arkady. Zaproszenie jest uprzejme, ale stanowcze. R. już wie, że Ścibor-Rylski ponownie zabiega o wydanie paszportu dla żony i pasierba. Dostaną, on też pojedzie z rodziną do USA, ale pod warunkiem, że nadal będzie rozpracowywał mieszkającego w Chicago figuranta Tadeusza B. Skoro ten właściciel firmy turystycznej tak dobrze mówi o Polsce Ludowej, jest szansa na zwerbowanie go jako agenta. Nadarza się okazja, B. przylatuje w odwiedziny do swoich rodziców mieszkających pod Częstochową.
Doniesienie „Zdzisławskiego” z listopada 1969 r.: „B. podczas przyjęcia zorganizowanego przez jego znajomych w Warszawie uzgodnił z kilkoma osobami (nie ma nazwisk – przyp. red.), które mają krewnych w USA, co kupić dla nich za pieniądze od tych rodzin i na jaki adres przesłać. On pobierze od tego procent. Zamówienia dotyczą towarów trudno dostępnych w Polsce, jak np. końcówki do długopisów”.
Zadanie dla rezydenta: W dalszym ciągu przyjaźnić się z B., poznawać jego otoczenie.
Kolejne doniesienie źródła „Zdzisławski”: „Tadeusz B. obecnie mieszka w Rzymie. Podczas pobytu w Polsce ożenił się z Joanną, mieszkającą dotychczas w Warszawie. Kiedy był u narzeczonej, spotkał się z kolegami z okresu wojny. Z jego wypowiedzi na temat Izraela wnioskuję, że jest nieprzychylnie usposobiony do syjonistów”.
Zadanie od prowadzącego TW: Należy dopracować szczegóły dotyczące handlowych kontaktów figuranta B. w czasie pobytu w Polsce.
Rok 1970, czerwiec. Źródło „Zdzisławski” informuje, że Tadeusz B. w czasie pobytu w Polsce był zaproszony jako cichociemny na spotkanie z działaczami ZBOWiD. Ale zapomniał i nie poszedł. Następnie B. zorganizował biesiadę z byłymi towarzyszami broni w restauracji Baszta w Pyrach. Przy stole nie było rozmów politycznych. Mówiono głównie o emigrantach polskich w USA, którzy na starość chcą wrócić do Polski.
Ponadto „Zdzisławski” przekazał informacje o rosnącej liczbie wyjazdów Ślązaków do NRF.
Zadanie: W dalszym ciągu interesować się B. w Polsce i utrzymywać z nim stały kontakt w celu ustalenia listy jego znajomych.
Notatka funkcjonariusza z 14 grudnia 1970 r. „Przeprowadzono z TW rozmowę na temat sytuacji w jego otoczeniu w związku z podwyżkami z 12 grudnia. Twierdzi, że na mieście jest spokojnie, ale w kolejkach przed sklepem ludzie narzekają na drożyznę”.
Zadanie dla TW: Przekazać dane personalne znanych członków PAX. Opisać stopień znajomości z Bolesławem Piaseckim, ze szczególnym uwzględnieniem okresu okupacji.
Rok 1971. Notatka prowadzącego funkcjonariusza: „Trwają starania TW o pozyskanie adresu zamieszkałego w Kanadzie Polaka noszącego pseudonim »Andrzej Kowerski«. Niestety, bez rezultatu. »Zdzisławski« w czasie pobytu w Paryżu dowiedział się od swego dawnego kolegi o planowanym przyjeździe »Andrzeja Kowerskiego« do Polski”.
Rok 1976. TW informuje o swoim uczestnictwie w zjeździe byłych absolwentów szkoły wojskowej w Grudziądzu.
Rok 1979. TW informuje o nastrojach w PAX po niedawnej śmierci Bolesława Piaseckiego.
I to by było tyle. Skąpy ten materiał. Sprawia wrażenie, jakby TW „Zdzisławski” zwodził prowadzących go funkcjonariuszy na manowce, sprzedawał informacje, które nie mogły zaszkodzić inwigilowanym, albo takie, które znała ulica. Wreszcie, sądząc po sprawie cichociemnego o pseudonimie „Andrzej Kowerski”, agenta brytyjskiego wywiadu, na którego polskie służby bezpieczeństwa bezskutecznie czyhały w Wiedniu (Ścibor-Rylski miał być przynętą), osłaniał pozostających na emigracji rodaków przed zamierzeniami polskiego kontrwywiadu.
Udawało się, bo wprawdzie sam aparat służb specjalnych był groźny, ale funkcjonariusze UB, którzy zajmowali się Ściborem-Rylskim, w konfrontacji z swoim „źródłem” – człowiekiem wykształconym, znającym języki, obdarzonym talentem strategicznym (czego dowiódł w czasie wojny) – nie wykazali się zbytnią bystrością. Świadczą o tym spisane przez nich notatki ze spotkań z rezydentem, a jeszcze wyraźniej załączone do akt lustracyjnych ich teczki osobowe.

Nie pamiętam

Prokurator z IPN chciał przesłuchać wszystkich agentów tajnych służb, którzy mieli kontakt z lustrowanym generałem. Okazało się, że już nie żyli albo byli w tak podeszłym wieku, że nie mogli zeznawać.
Najmłodszy z tej listy 87-letni B. (wkrótce po złożeniu zeznań zmarł) na pytanie, czy miał kontakt służbowy z tajnym współpracownikiem o pseudonimie „Zdzisławski” odpowiedział, że nie pamięta. Kiedy okazano mu dokumenty Ścibora-Rylskiego, wśród których znajdowały się notatki z rozmów z tym TW, miał wątpliwości, czy to jest jego podpis. (Biegły ustalił, że tak).
Sąd zapewne zainteresuje notatka tego agenta o mieszkającym w Chicago, a potem w Rzymie cichociemnym Tadeuszu B.: „Próbowaliśmy uzyskać od figuranta uwagi na temat sytuacji wśród Polonii i ewentualnie naszych zadań w tym temacie. Nie chciał podejmować tematu, na współpracę się nie zgodził. Naciski nic nie dały. Powiedział, że najlepsze, co możemy zrobić dla amerykańskiej Polonii, to kontynuować naszą politykę w sprawach wizowych. (…) W związku z niewykryciem u figuranta podejrzanych lub wrogich działań proponuje się materiały o nim odesłać do archiwum”.
W zasobach archiwalnych IPN odnaleziono też karty personalne Leona G., funkcyjnego pracownika UB. Jest tam krótka wzmianka o współpracy „Zdzisławskiego”; funkcjonariusz wskazuje, że rezydent nie był kierowany do konkretnej sprawy operacyjnej, lecz wykorzystywany do sprawdzenia innych informatorów.
Materiał dowodowy IPN zamyka przesłuchanie lustrowanego. Generał nie wypiera się, że był TW. – Współpracowałem – zeznał – głównie po to, by wyciągać informacje z drugiej strony. Ostrzec przed aresztowaniami kilku moich kolegów z AK. Takie postępowanie zasugerował mi Jan Mazurkiewicz „Radosław”, dowódca z powstania warszawskiego.
Generał złożył do akt pisemne oświadczenie: „Zapewniam, że z powodu moich spotkań z funkcjonariuszami UB i SB żadna z osób trzecich nie poniosła jakiejkolwiek krzywdy i nie doświadczyła żadnych przykrości”.
– Nikomu nie zaszkodziłem – twierdził – moja żona wiedziała, w jakiej znalazłem się sytuacji. Uzgadniałem z nią wszystkie informacje przekazywane na temat jej rodziny. Mieszkający za granicą Polak o pseudonimie „Andrzej Kowerski” był agentem brytyjskiego wywiadu, polskie służby bezpieczeństwa czyhały na niego w Wiedniu, uprzedziłem go.
Na pytanie, w jaki sposób ostrzegał inwigilowane osoby, przesłuchiwany wyjaśnił, że wysyłał do nich pocztą anonimowe listy z ostrzeżeniami podpisanymi „przyjaciel”. Sam wkładał koperty do skrzynek pocztowych. Takich listów było kilkanaście, niestety, nie pamięta już nazwisk odbiorców.
Generał twierdził, że o swojej działalności informował m.in. Władysława Stasiaka, szefa kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, oraz kanclerza Kapituły Orderu Virtuti Militari gen. Stanisława Komornickiego (obaj zginęli w katastrofie smoleńskiej). To właśnie Stanisław Nałęcz-Komornicki miał mu zasugerować, żeby nie wpisywał do oświadczenia lustracyjnego kontaktów z UB i SB, mówiąc: „Po co masz się tym chwalić”.
Na początku przesłuchania Ścibor-Rylski twierdził, że tak jak nie podpisywał zobowiązania do współpracy z UB i nie brał pieniędzy, tak nie sporządzał żadnych donosów. Okazano mu 35 napisanych jego ręką informacji – zaskoczony potwierdził, że są autentyczne.
Po chwili dodał: – Nie mogę zrozumieć, skąd to się wzięło.
W uzasadnieniu zarzutu kłamstwa lustracyjnego prokurator zaznaczył, że mimo zniszczenia w 1991 r. wielu akt osobowych z archiwum MSW, w tym również teczki Ścibora-Rylskiego, w toku pogłębionej kwerendy udało się odnaleźć wiele materiałów. M.in. plan przedsięwzięć operacyjnych w przypadku wyjazdu tego TW do Ameryki. Wyraził on bowiem zgodę na podjęcie działalności wywiadowczej na terenie USA i przekazywanie polskiemu wywiadowi informacji dotyczących przebiegu pobytu w Stanach swojej żony.
W aktach nie ma takiego potwierdzenia na piśmie.
*
Sąd Okręgowy dla Warszawy-Pragi nie wyznaczył jeszcze terminu rozprawy głównej procesu lustracyjnego 99-letniego generała. Pierwsze posiedzenie, na którym zdecydowano o wszczęciu postępowania lustracyjnego, trwało tylko 20 minut. Oskarżonego wwieziono na salę rozpraw na wózku inwalidzkim. Zbigniew Ścibor-Rylski wyjaśnił, że nie może samodzielnie się poruszać i bardzo źle słyszy. Poprosił, aby pisemne postanowienie o wszczęciu lustracji sąd przesłał mu listownie. Domagał się też obrońcy z urzędu, gdyż kolejny adwokat wycofał się z uczestniczenia w tym procesie.

Fot. Michal Dyjuk/REPORTER

Wydanie: 25/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy