Następca Hitlera

Następca Hitlera

Jeszcze po kapitulacji III Rzeszy zwycięskie mocarstwa tolerowały rządy następcy führera

Zdawać by się mogło, że samobójstwo Adolfa Hitlera przypieczętowało koniec III Rzeszy. A jednak… Podczas gdy w nocy z 8 na 9 maja 1945 r. przedstawiciele sił zbrojnych hitlerowskiej Rzeszy podpisywali w Berlinie akt bezwarunkowej kapitulacji, we Flensburgu (Niemcy północne) w brytyjskiej strefie okupacyjnej funkcjonował niezakłócenie nowy rząd Rzeszy, powstały 1 maja na mocy testamentu führera. Ten bowiem, zanim 30 kwietnia popełnił samobójstwo, przekazał władzę prezydenta Rzeszy i naczelnego dowódcy sił zbrojnych w ręce admirała Karla Dönitza. Nowy reżim przez nikogo nieniepokojony „rządził” aż do 23 maja 1945 r. – fakt mało komu znany, bo wstydliwy dla aliantów i okupantów zarazem.
Hitler zniósł w testamencie istniejącą od 1934 r. unię personalną prezydenta i kanclerza Rzeszy. Teraz pierwszym mianował Dönitza, a drugim Goebbelsa. Nowa głowa państwa jednak nie bardzo się przejęła testamentem Hitlera, bo zadekretowała odwołanie Goebbelsa z tego stanowiska, nawet aresztowanie go. To ostatnie okazało się niewykonalne, gdyż

jednodniowy kanclerz Goebbels

już nie żył, popełniwszy 1 maja samobójstwo. Dönitz pozbył się najbardziej skompromitowanych nazistów. Pokazał drzwi Joachimowi von Ribbentropowi, który chciał być nadal ministrem spraw zagranicznych i kilkakrotnie nachodził go we Flensburgu. Usługi w charakterze ministra spraw wewnętrznych oferował Dönitzowi także największy oprawca III Rzeszy, szef policji i SS, Heinrich Himmler. Nieproszony zjawiał się we Felnsburgu, zanim zrozumiał, że jest persona non grata. Wtedy przebrał się w mundur kaprala Wehrmachtu o nazwisku Heinrich Hitzinger. Dopiero 21 maja został rozpoznany przez Anglików, lecz udało mu się popełnić samobójstwo. Dönitz poprzestał na powołaniu tylko kilku kluczowych ministerstw, oczywiście z MSZ na czele. Cała ta rządowa mozaika liczyła 350 osób z sekretarkami włącznie. Pokoje agend rządowych zdobiły portrety Hitlera, o którym tam mówiono, że „poległ jak żołnierz na posterunku dowódczym, walcząc do ostatniego tchu przeciwko bolszewizmowi”. Nad bezpieczeństwem nowej władzy czuwała kompania marynarki wojennej. Warta przed budynkiem rządowym oddawała

honory hitlerowskim pozdrowieniem.

Albert Speer, minister także w nowym rządzie Rzeszy, w pamiętnikach, jakie wydał po odsiedzeniu wyroku norymberskiego, całą tę maskaradę rządzenia nazwał „operą komiczną”. Nie przeszkadzało mu to jednak być w tej operze aktorem.
Dönitz zainstalował się ze swym rządem w nietkniętym przez wojnę Flensburgu, w dzielnicy Murwick, przylegającej do zatoki Morza Północnego. Siedzibę miała tam także główna kwatera naczelnego dowództwa Wehrmachtu, chociaż w Berlinie podpisano akt bezwarunkowej kapitulacji. Na dachu budynku rządowego powiewała flaga wojenna Rzeszy ze swastyką. We Flensburgu zadomowiły się także szczątki przedstawicielstw dyplomatycznych. Oto do siedziby nazistowskich władz wkracza, pozdrawiany honorami przez posterunek, żołnierski poseł Chorwacji, dr Kosak. Przychodzi do MSZ, by uroczyście zaprotestować przeciwko aktowi kapitulacji Rzeszy, bo doszło do tego bez przekonsultowania uprzednio rządu Chorwacji, wojennego przecież sojusznika Rzeszy.
Dönitz udziela wywiadów prasie zagranicznej, przemawia przez własną rozgłośnię radiową, uruchomioną za zgodą Anglików. Także inni bonzowie nazistowscy przemawiali przez radio „do narodu niemieckiego”. Oczywiście, za wiedzą Anglików. W niektórych jednostkach brytyjskich żołnierze otrzymywali nawet polecenie, by oddawali honory jeńcom oficerom Wehrmachtu. Dönitz prosi do siebie obu alianckich generałów, by przekonywać ich o dalekosiężnych zaletach tolerowania tej enklawy III Rzeszy. Jedyny jego argument to groźba bolszewicka.
O ile w kierunku wschodnim
dyrektywa Dönitza dla Wehrmachtu

brzmiała: „walczyć”, to na froncie zachodnim miano już unikać starć, co sprawiło, że w opanowanej przez Brytyjczyków północnej części Niemiec znalazło się około 2 mln Wehrmachtowców, częściowo napływających ze wschodu. Ich status jeniecki nie był wszakże początkowo całkiem klarowny, ponieważ polityczny Londyn nie wykluczał, że Wehrmacht może się jeszcze przydać na wypadek ewentualnego starcia z Rosjanami. Kalkulacja taka kiełkowała w umyśle Churchilla, o czym świadczy m.in. jego depesza do Trumanna: „Podczas gdy nasze narody absorbuje myśl ukarania surowo Niemiec, zrujnowanych i rozłożonych na obie łopatki, Rosjanie – jeśli tylko zechcą – będą mieli okazję dotrzeć do Morza Północnego i do Atlantyku”.
Kiedy w Izbie Gmin zapytano Churchilla, czy za jego wiedzą i zgodą marszałek Montgomery toleruje dziwoląga we Flensburgu, premier zdobył się jedynie na lakoniczne, wymijające zdanie: „Szczegółowo przyjrzę się całej sprawie”.
Kalkulacja Dönitza była prosta: nieuchronny konflikt zbrojny między Angloamerykanami a Moskwą, w którym Niemcy okażą się przydatni. W nagrodę alianci obejdą się z Niemcami łaskawiej. Churchill z kolei zaskoczony ekspansjonistycznymi sukcesami ZSRR w Europie rozumował: lepiej nie przekreślać jeszcze całkowicie karty niemieckiej, bo a nuż się przyda. Z Amerykanami wszakże otwarcie tej karty nie rozgrywał.
Wątpliwości operetkowego rządu, czy po podpisaniu bezwarunkowej kapitulacji wszystko to ma jeszcze jakiś sens, rozwiało wystąpienie radiowe Churchilla, w którym wzmiankował o Dönitzu jako o „desygnowanej głowie państwa niemieckiego”. Dönitz odebrał to sformułowanie jako pośrednie uznanie de facto jego reżimu. Analogiczną wymowę miało także milczące respektowanie przez Anglików nietykalności administrowanej przez nazistów enklawy. Anglicy wspólnie z Niemcami wytyczyli na mapie sztabowej nawet granice tej enklawy. Po podpisaniu aktu bezwarunkowej kapitulacji, we Flensburgu zjawiła się komisja aliancka w osobie brytyjskiego generała brygady Forda i amerykańskiego generała majora Rooksa, która w rozmowach z Niemcami ustaliła zasady dalszego funkcjonowania rządu Rzeszy w nowo powstałej sytuacji.
17 maja radio moskiewskie wyraziło zdziwienie, że postanowienia alianckie o rozbrojeniu Niemiec nie są dotrzymywane, czego jaskrawą ilustracją jest rząd we Flensburgu. 17 maja do alianckich przedstawicieli

dołączył radziecki generał

Truskow, który wszakże służbową misję na „rządzonym” przez nazistów terenie zaczyna od złożenia wizyty grzecznościowej… admirałowi Dönitzowi jako głowie państwa. Po tym dopiero nawiązuje kontakt z alianckimi generałami.
Generałom ulokowanym na statku „Patria” ekipa Dönitza zaczęła przedkładać memoriały, statystyki, pomysły, jak porządkować życie codzienne w Niemczech. Początkowo alianci reagowali na niemiecką aktywność zainteresowaniem. W połowie maja jednak nadeszła od głównodowodzącego, gen. Dwighta Eisenhowera, depesza, pierwszy zwiastun innych wiatrów. Niemcy otrzymali polecenie zdjęcia z gmachu flagi Rzeszy, co brytyjski gen. Rooks przekazał Dönitzowi „z wyrazami ubolewania”. Wkrótce nadszedł rozkaz aresztowania naczelnego dowódcy Wehrmachtu, marszałka polnego Wilhelma Keitla, który przed kilkoma dniami, legitymując się upoważnieniem Dönitza, podpisywał w Berlinie akt kapitulacji.
Aresztowanie Keitla nastąpiło jednak z poszanowaniem wszelkich reguł protokołu wojskowego. Marszałek opuszcza budynek rządowy w asyście ordynansów i adiutanta. Żegnany wojskowymi honorami wsiada do alianckiej limuzyny.
Do wojskowych alianckich coraz częściej i głośniej zaczyna jednak docierać prawda o zbrodniach nazistowskich, o obozach koncentracyjnych, czego echa rejestruje służba prasowa Dönitza. Ten szybko zdobywa się na refleks: upoważnia „Sąd Rzeszy ds. pracowniczych” do podjęcia śledztwa przeciwko winnym i zwraca się do Eisenhowera o umożliwienie sądowi podjęcia czynności. Kuriozalna sytuacja we Flensburgu przenika coraz częściej także do mass mediów, które zgodnie wyrażają zdziwienie, że bezwarunkowa kapitulacja nie zmiotła automatycznie tego upiora. W „New York Herald Tribune” czytamy o „komedii groteskowego niemieckiego widma rządowego”.
Ukazane wyżej rozumowanie Churchilla było jednak obce Amerykanom. Departament Stanu sygnalizował Eisenhowerowi: „Ministerstwo nie może zrozumieć, dlaczego Dönitzowi i jego grupie tak długo pozwolono kontynuować działalność rządową. „Świadom wsparcia Waszyngtonu, gen. Eisenhower wydał

polecenie aresztowania rządu

Dönitza, nie przejmując się, że tym samym wchodzi na podwórko Montgomery’ego. Eisenhower wysłał do Flensburga swego doradcę politycznego, Roberta Murphy’ego, który zapytał Dönitza, czy może wylegitymować się jakimś dokumentem, przedstawiającym go prawnie jako głowę państwa. Pokazano mu jedynie dalekopisową wiadomość z Berlina o nominacji, przesłaną po śmierci führera przez Martina Bormanna. Amerykanom to wystarczyło, by uznać, że Dönitz sprawuje władzę prawem kaduka. Poinformowany o tym Eisenhower wydał rozkaz aresztowania Dönitza. 23 maja o godz. 10 wezwano go do siedziby alianckiej na „Patrii”. Rooks w towarzystwie angielskiego i radzieckiego generała odczytał pismo naczelnego dowódcy sił sprzymierzonych, nakazujące wzięcie całego rządu do niewoli jenieckiej. „Patrię” Dönitz opuszczał już pod strażą, witany przez mrowie dziennikarzy, fotoreporterów i kamerzystów. Aresztowanym dano pół godziny na spakowanie się. Przedstawiciel marynarki wojennej, gen. Admirał Hans Georg von Friedeburg, który obok Keitla podpisywał w Berlinie akt bezwarunkowej kapitulacji, zamknął się w toalecie i połknął cyjanek. To samo uczyniła sekretarka Dönitza. Całą ekipę załadowano na samochody ciężarowe, przewieziono do budynku miejscowej policji, gdzie poddano wszystkich raz jeszcze gruntownej rewizji. Z lotniska bardziej znaczący bonzowie odlecieli do miejscowości Bad Mondorf w Księstwie Luksemburg. W budynku rządowym zaś żołnierze brytyjscy zajęli się plądrowaniem. Największym trofeum była buława marszałkowska Dönitza.
W 1978 r. amerykański historyk Arthur Smith wydał w RFN książkę pod ironizującym tytułem „Niemiecka armia Churchilla”, w której szczegółowo dokumentuje omawiany tu polityczny dziwoląg z Flensburga. Medialnie nie pastwiono się jednak później nad tematem, zaciągnięto gęstą kurtynę milczenia, bo dla każdej strony rzecz była kłopotliwa i niezręczna.
Jedyną miejscowością w całych okupowanych Niemczech (poza przypadkiem Flensburga), w której mimo kapitulacji Rzeszy nie pojawił się

żaden żołnierz aliancki,

było miasteczko Schwarzenberg w górach Harzu. Przez 42 dni od kapitulacji była to ziemia niczyja między jednostkami amerykańskimi i radzieckimi. Władzę sprawowała tam nadal stara administracja nazistowska. Osobliwość ta dostarczyła po wojnie tworzywa dla trzech powieści. Ostatnia ukazała się w roku 2004. Takich osobliwości, lecz w miniwymiarze, było zaraz po wojnie więcej. Jeszcze przez kilka tygodni po bezwarunkowej kapitulacji Niemiec Wehrmacht toczył zacięte boje z 800-osobową jednostką Gruzinów na holenderskiej wysepce Texel. Ci sami Gruzini kilka miesięcy wcześniej walczyli po stronie niemieckiej na froncie wschodnim. Gdy jednak pod koniec wojny przerzucono ich na zachód i kazano walczyć z aliantami zachodnimi, zbuntowali się i obrócili broń przeciwko Niemcom. Ponad 500 poległo. Ci, którzy przeżyli, także skończyli tragicznie, bo uznani za kolaborantów dostali się w ręce NKWD.

Autor jest dziennikarzem, wieloletnim korespondentem w Niemczech

 

Wydanie: 22/2005

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy