Słowo gangstera (2)

Słowo gangstera (2)

Najważniejsi świadkowie oskarżenia prof. Widackiego odwołują swe zeznania ze śledztwa

Na zlepianym z różnych spraw akcie oskarżenia po raz pierwszy pojawiły się rysy, gdy Łukasz Zyzda po przyjrzeniu się młodej kobiecie, która siedziała na ławie oskarżonych obok prof. Jana Widackiego, powiedział, że widzi ją pierwszy raz w życiu. A była to Teresa F. (żona Krzysztofa Filasa, do której miał trafić gryps przemycony przez Widackiego).
– Pan prokurator chyba mnie źle zrozumiał albo ja nie doczytałem protokołu zeznania, które podpisałem. Bo na pewno nie powiedziałem, że mecenas dał mi gryps od Filasa do jego żony. A może się zagalopowałem, były naciski…
Według aktu oskarżenia miało być tak: Jan Widacki, który bronił Krzysztofa Filasa, pseudonim „Bandzior”, osadzonego w krakowskim areszcie, przemycił stamtąd gryps do żony aresztanta, Teresy F., mieszkającej w Kasinie Wielkiej. Gryps miał zawierać instrukcje, jak przygotować fałszywego świadka.
Mecenas temu zaprzeczył, choć nie ukrywał, że raz był w domu swego klienta, by odebrać od jego żony antenę do telefonu – dowód w toczącej się wówczas sprawie (patrz „Słowo gangstera” odc. 1). Również Teresa F. twierdziła, że mąż nigdy nie wysyłał jej grypsów. Tak samo brzmiało wyjaśnienie Krzysztofa Filasa.
Oskarżenie było więc zbudowane na zeznaniu Zyzdy. Przed sądem tłumaczył, dlaczego kłamał – bo „był młody i głupi” i chciał się przypodobać niejakiemu Ł., z którego celą sąsiadował w więzieniu. – To właśnie Ł., który miał coś do Filasa i Widackiego, podsunął mi pomysł z tym grypsem – zeznał.
Natomiast żona Filasa poskarżyła się na szantażowanie jej przez śledczych z Białegostoku. Podczas przesłuchania była podpuszczana przez udającą życzliwość – na zasadzie kobiecej solidarności – panią prokurator, że powinna mieć pretensje do Widackiego, gdyż nie uratował jej męża przed dożywociem. Gdy Teresa F. na to nie reagowała, padły ostrzeżenia – jeśli w prokuraturze w Nowym Sączu nie zezna, co trzeba, będzie jeździć na przesłuchania do Białegostoku, a to kosztowna i fatygująca wyprawa. Męża też można przetransportować do więzienia na drugi koniec Polski… Ta rozmowa nie była protokołowana.
Kim jest Zyzda? Bandytą, który dla rabunku napadł na plebanię. Handlarzem narkotyków. W 2004 r. został oskarżony o to, że z więzienia wysłał grypsy do Jakuba Tokarza, członka znanej w Nowosądeckiem mafii, aby zamordował niejakiego Ż. – wspólnika oszukującego w interesach narkotykowych. Pośrednikiem w przesyłaniu tych grypsów miał być więzień Ł., który chwalił się, że ma na wolności ludzi wypełniających jego polecenia.
Do mordu nie doszło, bo o knowaniach Zyzdy dowiedziała się policja (Ł. o wszystkim doniósł prokuraturze). Zyzda w areszcie zadeklarował współpracę z organami ścigania, licząc na nadzwyczajne złagodzenie kary.
W sprawie grypsu od Filasa, rzekomo przeniesionego przez Jana Widackiego, tylko Ł. konsekwentnie podtrzymywał, że Zyzda w więzieniu opowiedział mu prawdę. Świadek, ubrany w czerwony kombinezon dla niebezpiecznych więźniów, chełpił się na sali sądowej, jak współpracując z prokuraturą w sprawach płatnych morderstw, wskazywał, gdzie są zakopane zwłoki ofiar bandy niejakiego Chowańca. Z Filasem nie lubią się od czasu, gdy zlecił mu – wspólnie z Chowańcem – zabicie adwokata, który nie wywiązał się z obrony. – Ja miałem go zlikwidować – zeznał Ł. – Ale nie zrobiłem tego, poszedłem na współpracę.
W aktach sprawy jest opinia psychologów o Ł.: „Skłonność do okrucieństwa, chorobliwa tendencja do opowiadania nieprawdziwych historii. Nie jest w stanie odróżnić prawdy od zmyśleń. Miał pięć prób samobójczych podcinania sobie gardła”.
Taki to m.in. świadek posłużył prokuraturze do zbudowania aktu oskarżenia przeciwko Janowi Widackiemu.

99 procent kłamstwa

Przełom w toczącym się procesie sądowym nastąpił trzy miesiące później, gdy przyszła kolej na świadka Sławomira R., „Woźnego”, którego Jan Widacki miał namawiać w areszcie w Białymstoku do złożenia kłamliwych zeznań, wspierających linię obrony klienta mecenasa przed sądem apelacyjnym.
Gdy sędzia odczytała Sławomirowi R. jego zeznania przed prokuratorem, oświadczył, że „w 99 procentach nie są zgodne z prawdą”. Mecenas niczego mu nie dyktował ani niczego za złożenie oświadczenia nie obiecywał. Nie było nacisków, żadnych gratyfikacji za przysługę. Pieniądze owszem dostał, ale nie od Widackiego. Kłamstwa w śledztwie to wynik zaangażowania się w oskarżenie mecenasa „wielu osób na wysokim szczeblu z szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości, polityki, z mediów”. Zależało im na przedstawieniu pełnomocnika Kulczyka jako człowieka powiązanego z mafią pruszkowską, co wskazywałoby, że takimi ludźmi otacza się znany biznesmen.
Pod koniec rozprawy Sławomir R. podsumował swe nowe zeznania: – Zostałem wykorzystany do oczernienia pana Widackiego. Poszedłem na ten układ i teraz boję się o swoje życie.
To wywołało kolejne pytania sędziów: – Czy w trakcie przesłuchań w prokuraturze składał pan żądania sprostowania protokołów z zeznań?
Świadek: – Prokurator na mnie żadnych treści nie wymuszał. Ja przyjeżdżałem na gotowca. (…) Zanim włączono magnetofon, pytali mnie, czy zrozumiałem, o co chodzi. Proszę sprawdzić, jak często były przerwy. Gdyby zrobiono badanie fonoskopijne tych nagrań, wyszłyby podszepty, podpowiedzi: „to zmień, tamto powiedz inaczej”. Instruowali mnie, gdy coś wychodziło nie w ten deseń.
Sędzia – Czy może pan przybliżyć krąg osób, którym zależało, aby pan zeznawał według ich instrukcji?
– Konkretnie nie mogę, bo się boję. Musiałbym zacząć od szefów służby więziennej, dalej prokuratorów, adwokatów, po zasiadających w Sejmie. Jest też wśród nich członek komisji, który bardzo naciskał, abym uprawdopodobnił zeznania Dochnala dotyczące Kulczyka. Bo mieli tylko słowo na słowo, więc potrzebowali kogoś, kto bezpośrednio spotykał się z Widackim. A że ja byłem podsłuchiwany, więc odczekali trochę i zaczęły się do mnie wycieczki z tych kręgów, żebym obciążył mecenasa.
Na kolejnej rozprawie R. wyjaśniał, jak został użyty do oskarżenia Widackiego: – Zaczęło się od tego, że gdy siedziałem z W., miałem telefon komórkowy i w pewnym momencie zadzwonili do mnie ludzie, którzy potrzebowali obciążyć profesora.
Sąd: – Gdzie znajdował się świadek, wykonując połączenia z telefonu komórkowego?
– Leżałem sobie na łóżku.
Sąd: – Czy świadek mógł dzwonić, leżąc w celi na łóżku, o każdej porze dnia i nocy?
– Praktycznie tak.
R. twierdził, że został szczegółowo poinformowany, co Dochnal zeznawał na niejawnym posiedzeniu komisji śledczej. Opowiedziano mu wiele szczegółów o zachowaniu lobbysty w areszcie w Piotrkowie Trybunalskim – np. że na jego życzenie służba więzienna sprowadzała specjalne serki. Ale uczono go, żeby do protokołu zeznań nie podawał konkretów, bo się pomyli i później może to być przez kogoś podważane.
Wiele pytań sądu dotyczyło wysłanego przez więźnia R. listu do posła Wassermanna.
– To nie do końca było pisane przeze mnie – zeznał „Woźny”
– słowa z listu: „Każdy może sprawdzić, że był u mnie mec. Widacki na tzw. widzeniu jako posłaniec”, nie są moje. Przy pisaniu był ktoś obecny, ale nie powiem kto, bo się boję. To nie ja szukałem kontaktu z Wassermannem; komisja ds. Orlenu mało mnie interesuje.
„Woźny” wyraźnie bał się ujawnić kulisy zmiany swego postępowania. Na wiele pytań, nie tylko sędzi Małgorzaty Wasylczuk, również oskarżonego profesora, odpowiadał wymijająco. Ale nawet na podstawie tych enigmatycznych odpowiedzi intryga wokół Widackiego rysowała się coraz wyraziściej.
Wyglądało na to, że miała w tym swój udział dziennikarka śledcza Dorota Kania, której odwiedziny u Sławomira R. w białostockim więzieniu zostały odnotowane jako „widzenie z adwokatem”.
– Czy świadek się domyślił – zapytał z ławy oskarżonych Jan Widacki – że ona jest dziennikarką?
– Wcześniej ktoś był u mnie i powiedział, że będzie taka wizyta i po co jest potrzebna. Nie odpowiem na pytanie, ile było tych odwiedzin. Ani kiedy była u mnie ostatni raz.
Sędzia: – Jak Dorota Kania przedstawiła się panu?
Sławomir R.: – Nie mówiła, jaki zawód wykonuje, reprezentowała Marka Dochnala.
– Czy składała obietnice?
– Nie mogę na to odpowiedzieć.
– Czy poza bezpośrednim kontaktem z Dorotą Kanią były też kontakty telefoniczne?
– Nie chciałbym mówić na ten temat, ani czy kontaktowali się ze mną red. Marszałek i mec. Kruszyński.
„Woźny” nie odpowiadał jasno, ale podsuwał tropy. Na rozprawę przygotował plik pism o tym, jak przed rokiem, gdy próbował dotrzeć z nową prawdą do gazet, niespodziewanie wywieziono go do zakładu karnego w Strzelcach Opolskich. Tam został okradziony i pobity przez służbę więzienną.
– Dawano mi do zrozumienia: Nie próbuj kombinować, masz potwierdzić to, co złożyłeś przed prokuratorem. A jak nie, to się powieś – zeznał na procesie.

Nie na krótkim łańcuchu

Czy można mu wierzyć? Dwukrotnemu mordercy, gwałcicielowi dziecka? Wcześniej wiarygodność R. starał się podważyć obrońca profesora, występując do sądu o dopuszczenie dowodów z wyroków Sądu Okręgowego w Białymstoku. Chodziło o sprawę Lecha K., w której głównym świadkiem oskarżenia był właśnie Sławomir R. Wtedy „Woźny” pomawiał K. o podżeganie do zabójstwa. Sąd oskarżonego uniewinnił.
Sławomirowi R. nie był też obcy szantaż. Na procesie zeznawała matka handlarza narkotyków z Łomży, który dostał 25 lat za zabójstwo popełnione wspólnie z R. Twierdziła, że „Woźny” z więzienia terroryzował telefonami całą ich rodzinę (kobieta nagrywała te rozmowy). R. obiecywał, że jeśli wpłacą mu na konto 60 tys. dol. i dostarczą do celi narkotyki, napisze do sądu apelacyjnego takie zeznanie w sprawie morderstwa, że wnuczek, którego wychowują dziadkowie, szybko zobaczy swego ojca na wolności.
Również oskarżona Małgorzata Danielak (ta, która w obronie swego męża przed sądem apelacyjnym namówiła mec. Widackiego, aby skontaktował się z R., bo ponoć świadek koronny Piotr W. przekazał mu rewelacyjne dowody na korzyść skazanego) zeznała, że R. domagał się od niej pieniędzy za kontakt z red. Anną Marszałek i informacje od Widackiego.
Wiele też mówi o osobowości R. list, jaki 24 kwietnia 2005 r. (czyli w przeddzień napisania
do Wassermanna) wysłał do prok. Walendziaka w Białymstoku: „Proszę mnie nie traktować jak mało rozgarniętego cwaniaczka. (…) Jeśli wyobraża pan sobie, że będzie mnie prowadzić na krótkim łańcuchu jak psa, to muszę powiedzieć, że może, a raczej na pewno tak nie będzie. Czego chcę? Doskonale pan wie, bo mówił pan, że ma problemy ze sprawą Widackiego. (…) Nie lubię stawiać warunków, ale mówię panu oficjalnie, jaka jest sytuacja. Proponuję mnie raz wysłuchać do końca. Bo to, że skleci pan akt oskarżenia, to później może się odbić panu czkawką. (…) Albo zacznie pan słuchać to, o czym mówię, i postara się pan zadziałać, albo proszę nie liczyć na mnie jako świadka”.

Marysia wie o sprawie

Ciągle pozostaje do pełnego wyjaśnienia sprawa kontaktów R. ze Zbigniewem Wassermannem. W dniu, gdy „Woźny” odwoływał swoje zeznania w śledztwie, najpierw wspomniał o odwiedzinach w więzieniu dwóch posłów z komisji śledczej. Ale nie chciał odpowiedzieć na pytanie, czy te spotkania były wcześniej aranżowane. Podał natomiast nazwisko jednego z gości – Wassermann.
Poseł temu ironicznie zaprzeczał: – Nie odwiedziłem Sławomira R. (z trudem przyszło mu przypomnienie sobie tego nazwiska) ani w więzieniu, ani na Kamczatce, ani na Antarktydzie. Ja w tej sprawie odegrałem tylko rolę skrzynki pocztowej.
Następnie przez dwie godziny Wassermann przekonywał sąd, że list Sławomira R. był dla prezydium komisji śledczej inspiracją do zawiadomienia prokuratury.
Ale trzy lata temu w śledztwie historię owego listu przedstawił inaczej. Ujawnił wówczas, że list „Woźnego” przekazał obrońcy Dochnala – mec. Piotrowi Kruszyńskiemu. Współpracująca z Kruszyńskim mec. Natalia Ołowska-Zalewska złożyła R. wizytę w białostockim areszcie. Oto, co zeznała w śledztwie:
– W czerwcu 2005 r. autor listu szukał kontaktu z pełnomocnikiem Dochnala. Postanowiłam pojechać do R. Nie mogę powiedzieć, czego się dowiedziałam w trakcie tej rozmowy – w każdym razie R. pokazał mi wizytówkę Widackiego. Ogólnie sprawiał wrażenie osoby wiarygodnej – takiej, która nie ma nic do stracenia i może sobie pozwolić na luksus bycia szczerym. Choć z drugiej strony miałam wrażenie, że obawiał się następstw ujawnionych mi informacji. Współczuliśmy mu. Wysłałam mu paczkę.
Potem, jak zeznał sam gangster, wydzwaniał do pani mecenas z aparatu, który mu donosił funkcjonariusz służby więziennej.
Następnie do uwięzionego R. pofatygowała się dziennikarka Dorota Kania. Przed sądem twierdziła, że list R. dostała „od kogoś z komisji”. Ale nie omieszkała pochwalić się swymi zażyłymi relacjami ze Zbigniewem Wassermannem.
– Nie powinna go otrzymać i nie otrzymała – zaprzeczył w sądzie poseł.
Jest też wiele sprzeczności w zeznaniach wokół sprawy Dochnala. Oskarżony lobbysta mówił w sądzie o knowaniach tajnych służb (ABW) przeciwko niemu. Zarzucał swemu byłemu pełnomocnikowi Ryszardowi Kucińskiemu kradzież 2 mln zł (śledztwo w toku). I celową opieszałość drugiemu obrońcy – prof. Piotrowi Kruszyńskiemu: – Najdłuższy dokument, jaki wytworzył w sprawie, to czterostronicowy prywatny list, w którym tłumaczy, że opinie, jakoby nic nie robił, są krzywdzące, bo się bardzo starał.
Mec. Kruszyński zeznał w śledztwie (a także w wywiadzie przeprowadzonym przez red. Kanię w „Życiu Warszawy”), że w kwietniu 2005 r. w kancelarii Ryszarda Kucińskiego był świadkiem rozmowy prowadzonej przez tego adwokata z Aleksandrą Dochnal, żoną aresztowanego lobbysty. Kuciński twierdził, że skontaktował się z nim prof. Widacki i przekonywał o celowości takiego postępowania Dochnala przed komisją śledczą, aby nie zaszkodziło Kulczykowi. Natomiast red. Kania powiedziała Kruszyńskiemu, że Widacki nie po raz pierwszy nakłania kogoś do fałszywych zeznań.
– Zdaję sobie sprawę – oświadczył w śledztwie Piotr Kruszyński – że naruszam tajemnicę adwokacką. Mam jednak obowiązek bezwzględnego działania na korzyść mojego klienta Marka Dochnala, od którego wiem, że Kuciński powtórzył mu treść rozmowy z Widackim. (…) Nie wiem, czy taka rozmowa rzeczywiście miała miejsce, oceniam to 50 na 50 procent.
Przed sądem Dochnal postrzegał przesłuchanie go w kwietniu 2005 r. przez komisję orlenowską jako intrygę ABW: – Polegała na tym, żeby dwa ptaszki ustrzelić jednym śrutem: mnie i Widackiego.
Świadek, a następnie jego żona i teściowa wiele mówili o postawie Doroty Kani, która powołując się na znajomości w Pałacu Prezydenckim i w rządzie, wkradła się w łaski jego najbliższej rodziny. Rewanżem za przeniesienie sprawy Dochnala z „czerwonej łódzkiej prokuratury” do Katowic (co ostatecznie okazało się niedźwiedzią przysługą) było zasilanie dziennikarki w pożyczki. Udokumentowana kwota to 245 tys. zł (Kania ostatecznie pieniądze zwróciła, ale ma zarzut powoływania się na wpływy).
Kompromitująco dla znanej dziennikarki śledczej zabrzmiały zeznania przed sądem Barbary P. – Dorota Kania przychodziła do mojej córki załamanej po aresztowaniu zięcia i dawała do zrozumienia, że rozmawiała o tej sprawie z Kaczmarkiem i Ziobrą, a także Marysią – tak się wyrażała o prezydentowej Kaczyńskiej. Często powoływała się na znajomość z funkcjonariuszami służb specjalnych. „Wiem to od chłopaków” – zwykła mówić. Gdy prosiła o pożyczenie dużych sum pieniędzy, córka bała się jej odmówić, żeby nie pogorszyć sytuacji męża.
Dorota Kania zaprzecza. Wkrótce przed sądem odbędzie się konfrontacja zeznań świadków z trójkąta: żona Dochnala, dziennikarka Kania i mec. Kruszyński.

Oko cyklonu w układzie

Wcześniej sąd skonfrontował byłego prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobrę z Januszem Kaczmarkiem, byłym prokuratorem krajowym. Nazwiska tych prominentów od samego początku pozostają w tle sprawy prof. Widackiego. Również zbrodniarz Sławomir R. odwołując swe zeznania, w niejasny sposób sugerował związek obu ówczesnych przedstawicieli najwyższego szczebla organów ścigania z aktem oskarżenia przeciwko profesorowi.
Przed sądem R. zeznał: – Formalnie żadnych wniosków do ministra sprawiedliwości czy prokuratora generalnego nie pisałem, gdy ministrem sprawiedliwości był pan Ziobro, a prokuratorem generalnym pan Karczmarek. Ale osoby, które się ze mną kontaktowały, powoływały się na to, że Ziobro i Kaczmarek zapoznają się z moją sprawą i na pewno nie pozostawią jej bez odzewu.
Ale nie mogę powiedzieć, czy mec. Natalia Ołowska-Zalewska miała być moim pełnomocnikiem.
– Z tego, co świadek powiedział – dociekał na rozprawie oskarżony Jan Widacki – wynika, że prokurator generalny lub minister sprawiedliwości, czy jeden z nich, robili panu nadzieję na wznowienie postępowania w pana sprawie karnej. Czy tak?
R. był jak zwykle tajemniczy:
– Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Tak, był to prokurator, ale nie mogę odpowiedzieć, jak się nazywa osoba, z którą miałem bezpośredni kontakt. Chętnie bym powiedział, ale nie mogę. Ja nie miałem bezpośredniego kontaktu ani z panem ministrem Ziobrą, ani z panem Januszem Kaczmarkiem. Nie odpowiem też na pytanie, czy to był prok. Engelking (zastępca prokuratora generalnego w latach 2006-2007 – red.).
Sławomir R. został też zapytany, czy wie, kto był rzeczywistym autorem listów, jakie otrzymywał od mec. Natalii Ołowskiej-Zalewskiej.
– Nie odpowiem na pytanie
– świadek wił się jak piskorz – czy to była osoba z kancelarii pani Ołowskiej-Zalewskiej, czy np. z jakichś służb, bo musiałbym wszystko rozwijać. Powiem tak: nic się nie działo przypadkowo. Tak samo jak treść moich listów do pani mecenas. One miały zawierać takie czy inne prośby, o odpowiednim wydźwięku (…).
W tym momencie sędzia okazała świadkowi list pisany przed odwołaniem przez R. jego zeznań w śledztwie – głównego budulca aktu oskarżenia Jana Widackiego.
R.: – Tak, to jest mój list do pani Ołowskiej-Zalewskiej. (…) Chciałem, żeby ta pani jako pośrednik, uczestnik pewnych rozmów, po prostu wywiązała się z tego, o czym z nią i wymienionymi tam osobami rozmawiałem, zanim zacznę zeznawać.
Zbigniew Ziobro na pytanie sądu, czy miał jakieś kryteria, którymi się kierował przy nadzorowaniu spraw z wysokości urzędu prokuratora generalnego, odpowiedział, że traktował swą rolę bardzo poważnie. Jeśli sprawa była głośna medialnie, to znaczy, że była poważna, więc go interesowała. Ale to Janusz Kaczmarek w listopadzie 2007 r., tuż po przegranych przez PiS wyborach podpisał decyzję o przeniesieniu śledztwa przeciwko Dochnalowi z Łodzi do Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach.
Dlaczego właśnie do Katowic?
Zbigniew Ziobro: – Rozważaliśmy tę prokuraturę jako cieszącą się moim uznaniem, a i takie były, jak podejrzewam, sugestie Janusza Kaczmarka.
Świadek raz po raz napomykał, że wiele faktów mogło już mu się zatrzeć w pamięci. Np. nie był w stanie podać nazwiska ówczesnego obrońcy Dochnala. – Zdaje się, że to byli mec. Kruszyński i Natalia Ołowska-Zalewska – potwierdził podpowiedź sędzi. – Wydaje mi się, że z panią mecenas rozmawiałem osobiście – dodał.
Na jaki temat? – Dotyczyło to niewłaściwej postawy prokuratorów w Łodzi wobec aresztowanego Marka Dochnala. Zdaniem pani mecenas, Dochnal gotów był współpracować ze śledczymi w Łodzi, ale oni nie byli tym zainteresowani.
Sąd: – Czy z tego spotkania sporządzono notatki?
Ziobro: – Nie.
– Czy w trakcie tego spotkania były jakieś rozmowy o uchyleniu aresztu dla Dochnala za współpracę?
– Nie pamiętam, ale mogła być taka możliwość.
– A czy nie przeszkadzało panu – zapytał wprost adwokat Widackiego – że jest to spotkanie prokuratora generalnego z obrońcą podejrzanego, który został pozbawiony wolności?
Ziobro w pierwszym odruchu: – Nie przeszkadzało. Po chwili dodał: – To były początki mojej pracy w tej funkcji, potem doszedłem do wniosku, że trzeba unikać takich sytuacji. Ale w ogóle ja w sprawie Widackiego nie wykazywałem większego zainteresowania.
Mimo tej deklaracji sędzia chciała wiedzieć, czy w czasie postępowania przygotowawczego Zbigniew Ziobro pozostawał w jakimś sporze z Janem Widackim.
Świadek: – Pan Widacki nie był główną postacią polityczną, z którą toczyłem spór.
Inaczej kwestię przedstawiał Janusz Kaczmarek: – Ziobro polecił mi, abym pojechał do Jarosława Kaczyńskiego, wówczas szefa PiS, i wytłumaczył, dlaczego „prokurator w Białymstoku chroni wszystkich, poza zwolennikami PiS”, bo taka dotarła do niego opinia od posła Wassermanna. W tym kontekście wymieniane było nazwisko Widackiego. Innym razem, gdy była mowa o układach, Jarosław Kaczyński, wtedy już premier, nazwał Jana Widackiego „kwintesencją układów”.
Zdaniem Kaczmarka przekazanie sprawy Marka Dochnala do Katowic wyglądało następująco: – Była interwencja adwokata Kruszyńskiego u Ziobry, że prokuratura w Łodzi niewłaściwie prowadzi postępowanie – podejrzany chce skorzystać z artykułu o świadku koronnym i wtedy ujawni rewelacje o tajnych kontach lewicowych polityków i kulisach prywatyzacji sektora paliwowego, a oni nie są zainteresowani. Były też rozmowy na ten temat z mec. Ołowską-Zalewską. To Ziobro faktycznie zdecydował o przeniesieniu sprawy do prokuratury katowickiej, zaufanej jednostki ówczesnego ministra sprawiedliwości.
Ponieważ w sprawę przeniesienia Dochnala zaangażowana była też Dorota Kania, sędzia zapytał obu świadków, jak oceniali to pośrednictwo.
Zbigniew Ziobro: – Z Dorotą Kanią znam się od dłuższego czasu, ale w okresie, o którym w sądzie mowa, moje relacje z tą dziennikarką nie były intensywne. O przekazaniu sprawy Dochnala innej prokuraturze nie rozmawiałem.
Janusz Kaczmarek zeznał, że miał do Kani jako dziennikarki śledczej pełne zaufanie. Ale nie mógł nie zauważyć, że chwaliła się swymi znajomościami z Kaczyńskimi. Osobiście przekonał się, że istotnie miała dojścia do pałacu. Kiedyś poinformowała go, że do prokuratora generalnego wpłynie list od prezydentowej w sprawie przetrzymywania w areszcie ciężarnej księgowej z firmy Dochnala. Rzeczywiście, taka korespondencja wkrótce nadeszła. Jedyną reakcją na nią prokuratora krajowego mogło być uchylenie aresztu.
Wkrótce kolejne konfrontacje na sali sądowej.

Wydanie: 40/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy