Tag "aktorstwo"

Powrót na stronę główną
Kultura Wywiady

Wybierałam wolność

Moja droga była skomplikowana. Może przez wielką samotność na starcie życia

Maria Pakulnis – aktorka filmowa, teatralna i radiowa, laureatka Nagrody im. Stefana Treugutta za wybitną kreację aktorską w Teatrze Telewizji.

Po latach nieobecności wróciłaś do Teatru Telewizji poruszającą rolą pani Alving w „Upiorach” Ibsena w reżyserii Anny Augustynowicz. Twój powrót przyniósł ci nagrodę – wyróżnienie specjalne za wybitne osiągnięcie aktorskie. Jak to przyjęłaś?
– Nie spodziewałam się jakiegokolwiek wyróżnienia. Zresztą rzadko w życiu otrzymywałam takie nagrody. I nigdy nie miałam rozbuchanego ego, żeby oczekiwać czegokolwiek w długiej i skomplikowanej pracy pod każdym względem. Pod względem drogi, którą często podążałam nie z własnego wyboru. A czasami musiałam sama podjąć decyzję, żeby zrezygnować z różnych rzeczy.

Zachowywałaś się jak pani Alving z „Upiorów”?
– Wybierałam wolność i szacunek. Wybierałam szacunek do siebie. Kierowałam się prawdą, cokolwiek robiłam. Najgłębszą prawdą i rzeczowym podejściem, na tyle, na ile potrafiłam podejść do każdej roli. Miałam szczęście, ale człowiek obiera jakąś drogę. Ktoś rzuca do ciebie tę nitkę i albo ją złapiesz, albo nie, albo ją odrzucisz. Albo wybierzesz drogę łatwą, bo jesteś pokorny, albo hamujesz w sobie to, żeby nie pokazać, że myślisz inaczej, czego innego oczekujesz.

Nawiązujesz do książki „Moja nitka”, wydanej parę lat temu opowieści o drodze, którą przeszłaś.
– Moja droga była bardzo skomplikowana. Może przez wielką samotność na samym starcie życia. Ale nie mam pretensji do niczego, do losu, do tego, co przeżyłam, co musiałam przeżyć, i nie ubrałam tego w rolę ofiary. Nie. Po prostu jestem w pełni świadoma mojej drogi, błędów i innych rzeczy, które stały się w moim życiu. Tak musiało być, żeby odnaleźć siebie w świecie dorosłych, potem w świecie pracy, w świecie teatru, w świecie filmu i w świecie tej magii, w której nigdy nie zamierzałam być, bo nie śmiałam w ten sposób myśleć o mojej przyszłości.

Drogę aktorską zaczynałaś w Słupsku.
– Jestem szczęśliwa, że właściwie los skierował mnie tam na początek drogi. Epizod Słupska wydarzył się na chwilę przed wybuchem stanu wojennego. Pamiętamy, jak wtedy to wyglądało, w jakim momencie naszego życia byliśmy. W wielkiej niewiadomej. W momencie, kiedy młody człowiek kończy studia, jeszcze takie jak ja, jest pełen wiary, pasji i nadziei, że stanie się coś ważnego. My, świeżo po warszawskiej szkole teatralnej, chcieliśmy po prostu pracować. Marek Grzesiński całej naszej grupie kończącej studia zaproponował wtedy wyjazd, bo Maciej Prus przekazywał mu teatr w Słupsku.

Pracowaliście razem zaledwie rok.
– W takim krótkim czasie, zaledwie jednego sezonu, powstało dużo wspaniałych rzeczy. Ale już po paru miesiącach wiedziałam, że trzeba będzie szybko wracać do Warszawy. Na szczęście miałam możliwość powrotu.

Zaraz po studiach dostałaś propozycję angażu w Teatrze Współczesnym, ale nie skorzystałaś.
– Głupot w moim życiu narobiłam strasznie dużo, ale odrzucenie tej propozycji było jedną z największych.

Dlaczego wtedy zrezygnowałaś?
– Dlatego że jeszcze w szkole z całą grupą umówiłam się, że wyjeżdżamy i robimy teatr z Grzesińskim. Po dyplomie ze „Snu nocy letniej” złożyliśmy sobie przysięgę, że tak się stanie. W tym momencie przyszła propozycja z Teatru Współczesnego. I ja, nieświadoma tego, co robię, powiedziałam, że nie mogę jej przyjąć, bo nie złamię danego słowa. Szaleństwo, które chyba tylko ja mogłam popełnić. Od razu miała czekać mnie premiera z Zosią Mrozowską, przed oczyma pojawiły mi się spektakle, które proponowali mi Maciej Englert i Maciej Prus, który widział mnie w dyplomach w szkole teatralnej, a ja zrobiłam coś najgorszego, co można zrobić. Wybrałam teatr w jakimś sensie studencki. Potem zrozumiałam w pełni, co znaczy dla młodego aktora praca z mistrzami, od których można się sto razy więcej nauczyć. Ale wtedy wybrałam Słupsk.

Tymczasem czekał na ciebie etat we Współczesnym.
– Nie wiem, co kierowało Maciejem Englertem, ale dał mi znać, że mogę wrócić po jednym sezonie, że mam miejsce w tym teatrze i on mnie rozumie, bo kiedyś postąpił podobnie. Więc wróciłam. Axer akurat odchodził. A odchodził „Upiorami” Ibsena. Odchodziła też Joasia Szczepkowska, która miała grać Reginę, nieślubną córkę kapitana Alvinga. Dostałam propozycję od Axera, żeby wziąć za nią zastępstwo. To była jedna z najlepszych lekcji analizy materiału do grania. Axer zrobił mi szkolenie totalne. Poprowadził mnie tak, że dałam radę.

Taka krótka przygoda wejścia w trudny spektakl spowodowała, że szybko zostałam zaakceptowana w zespole. To było dla mnie bardzo ważne, bo do końca nie zdawałam sobie sprawy, ile mogę mieć siły w przekazie. Co mogę zrobić, jakie rzeczy mogę zrobić, jak różnorodne rzeczy mogę zrobić. Ostatnio powiedział mi wybitny aktor mojego pokolenia, że właściwie to żal, że nie studiowałam w Filmówce.

Wkrótce grałaś w filmach rolę za rolą.
– I zaniepokoiłam tym samego Zygmunta Kałużyńskiego. Kiedy mnie zobaczył w Gdańsku, bo mi kazano przyjechać na festiwal, spojrzał na mnie swoim groźnym okiem, a myśmy wszyscy się go bali potwornie, i powiedział: „No i co ja mam teraz z panią zrobić?”. Myślałam, że zemdleję. Nogi się pode mną ugięły: „Chryste Panie, po co ja tutaj przyjechałam?”. A przyjechałam jak stałam, w tym, co miałam. Wtedy nie było tam blichtru festiwalu filmowego. Było skromnie i normalnie, biednie, ale wspaniale, bo wspaniałe rzeczy w tym czasie wybitni reżyserzy robili, mając na karku cenzurę, ale wszyscy chcieli pracować i tworzyć.

Na tym festiwalu (1986) pokazano kilka filmów, w których zagrałam, i dzięki temu zostałam laureatką nagrody za rolę drugoplanową, bo się okazało, że liczy się nie tylko król, ale i dwór, czasami nawet bardziej. Ale wracając do „Upiorów”: to było duże przeżycie, tym bardziej że znalazłam się w jednej garderobie z Haliną Mikołajską, która wtedy wróciła do teatru po kilku latach nękania przez służbę bezpieczeństwa. Teatr był dla nas punktem wolności, jedynym miejscem, gdzie się nie bałam, gdzie wierzyłam, że jeżeli jestem w grupie tak wspaniałych ludzi, to doczekam dnia, kiedy wszystko zacznie wyglądać inaczej. Na każdym przedstawieniu pojawiał się Erwin Axer, siadał w fotelu, a ja przysłuchiwałam się ich rozmowom. Nie śmiałam jeszcze tak bezpośrednio się odnosić do tego, o czym mówili, ale ocierałam się o wspaniałych ludzi i to było cudowne.

Po czterdziestu paru latach wróciłaś do „Upiorów”.
– Okazało się, że będę pracować z człowiekiem, z którym debiutowaliśmy razem w Teatrze Telewizji. I tym razem Zbyszek Dzięgiel stał się moim dobrym duchem. Pierwszy raz zetknęłam się ze sposobem pracy Anny Augustynowicz – dla mnie to była nowość. Szalenie mi się spodobała jej asceza i dążenie do zupełnie innego grania niż u Axera. Wymagało to ode mnie ogromnego skupienia, trzymania na wodzy emocji, które eksplodowały w mojej głowie. Ważny był tylko problem, który noszę w środku. Liczył się tekst i tylko na tym można było się oprzeć.

Okazało się, że spektakl musimy zrobić bardzo szybko. Trzeba było opanować ogromny tekst i jeszcze na tyle,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Dylematy harnasia

Marek Perepeczko – aktor słabo wykorzystany

Podobno o mały włos Marek Perepeczko nie zostałby Janosikiem. Agnieszka, z którą Marek dzielił się wszystkimi swoimi wątpliwościami związanymi z rolą, jako chyba jedyna wiedziała (oprócz ekipy), co naprawdę działo się na planie. Większość publicznych wspomnień z czasów kręcenia serialu ma najczęściej charakter zabawnych dykteryjek, a oprócz Agnieszki tylko Witold Pyrkosz, komediowy Pyzdra w „Janosiku”, zdawkowo ujawnił, że Marek Perepeczko popadł już na początku zdjęć w konflikt z reżyserem Jerzym Passendorferem.

Nieporozumienia musiały być naprawdę poważne, skoro Passendorfer, który miał opinię ugodowego i wyrozumiałego reżysera, chciał pozbyć się Perepeczki z serialu. „Na początku były jakieś problemy – wspominał Witold Pyrkosz. – Chyba po trzech odcinkach pojawił się między nim i reżyserem poważny konflikt. Nie wchodziłem w to, bo mnie to mało interesowało, ale ponoć Passendorfer był bliski tego, żeby z Marka zrezygnować. W końcu się na to nie zdobył. Na szczęście dla Marka Perepeczki i dla filmu też. W „Janosiku” Marek trzymał się trochę z boku od naszej grupy, czyli ode mnie, Bogusza Bilewskiego i Jerzego Cnoty. Po zakończeniu serialu moje kontakty z nim były okazjonalne, ale zawsze sympatyczne (…)”.

Czego dotyczył spór filmowo-serialowego harnasia z reżyserem? Wszystko zaczęło się od kiepskiego scenariusza stworzonego przez krakowskiego prozaika Tadeusza Kwiatkowskiego; co do tego ekipa się zgadzała. Scenariusz poszedł bardziej w kierunku folklorystycznej opowieści o słynnym zbójniku, a aktorzy mieli posługiwać się wyłącznie góralską gwarą. Passendorfer chciał stworzyć atrakcyjne widowisko dla szerokiej widowni, trochę rubaszną przygodową opowieść w stylu płaszcza i szpady, z potyczkami, gonitwami i walką na szable. Reżyser na planie na bieżąco ratował scenariusz, zmieniając większość dialogów i dopasowując wyobraźnię scenarzysty do możliwości kamery filmowej. W rezultacie wiele scen planowanych było ad hoc, tuż przed zdjęciami, reżyser nie trzymał się jednej spójnej wizji, a opowieści wyraźnie brakowało tempa. (…)

Marek walczył o swoją wizję bohatera, a koncepcyjna dezorganizacja na planie z pewnością mu w tym nie pomagała. Zaproszony przez Perepa Marek Mokrowiecki gościł przez kilka dni na planie serialu. Występował akurat na Scenie Polskiej Teatru w Czeskim Cieszynie, uprawiał wspinaczkę, więc wyprawa przez zieloną granicę na drugą stronę Tatr nie była dla niego wyzwaniem: najpierw pociągiem do Starego Smokowca, potem kolejką do Szczyrby i hej, dalej przez góry.

– Pamiętam, że strasznie się kłócili z Passendorferem – opowiada Mokry. – Marek widział Janosika bardziej jako ludowego herosa. Moim zdaniem reżyser nie wykorzystał w pełni umiejętności i potencjału Marka.

Mokrowiecki ma rację. Widzowie pewnie nie dostrzegli niektórych niuansów, ale trudno zobaczyć np. Marka tańczącego „zbójnickiego”, mimo jego dużych zdolności tanecznych. Perepeczko nie chciał bohatera prymitywnego, cieszącego się jedynie jadłem i dziewkami, ale postrzegał Janosika bardziej poetycko, jako postać odrębną, wrażliwą, a jednocześnie imponującą nadzwyczajną siłą i licznymi umiejętnościami. Tymczasem raziły go przygotowywane naprędce sceny walki, które biły po oczach uproszczeniami i brakiem tempa.

„Podstawowymi wyróżnikami estetycznymi w takim filmie są ruch i rytm – mówił Perepeczko. – Tak jak w balecie. Wymaga to precyzyjnego opracowania dramaturgicznego każdej historii, każdej bójki, każdego starcia. Ze swojej strony robiłem, co mogłem. Ściągnąłem nawet grupę kaskaderów, którzy umożliwili mi rozgrywanie dynamicznych pojedynków na serio. Ale tymi naszymi próbami niezbyt się interesowano w ekipie. Stwierdzam to nie bez żalu, gdyż w „Janosika” zainwestowałem dwa lata życia. I sława tego filmu przylgnęła do mnie”.

Inteligentny aktor na planie filmowym wszędzie jest problemem, bo to reżyser ma zawsze rację. Tylko u Wajdy było inaczej. Zarówno scenarzysta, jak i reżyser od początku widzieli Marka Perepeczkę jako tytułowego bohatera. Już jednak w trakcie zdjęć próbnych pojawiły się pierwsze zgrzyty, bo kierownictwo produkcji kręciło nosem, że za przystojny i nie potrafi posługiwać się góralską gwarą. Z gwary jednak szybko zrezygnował sam reżyser, bo uznał, że byłaby niezrozumiała dla większości widzów; zdecydowano się na stylizację językową z góralską artykulacją i charakterystycznymi, ogólnie zrozumiałymi zwrotami. Do decyzji Passendorfera przyczyniła się także opinia filmowego Kwiczoła.

„Bilewski zaproponował, żeby gwara góralska, którą mówią zbójnicy, nie była prawdziwa, bo wtedy nikt by nas nie rozumiał poza góralami, tylko żeby to była taka niby-gwara – wspominał Witold Pyrkosz. – Trochę baliśmy się, jak na to zareagują prawdziwi górale, ale po premierze telewizyjnej okazało się, że to kaleczenie gwary wybaczono nam bez problemów. Poza tym po filmie górale czuli się wreszcie docenieni, a Tatry rozsławione”.

Narastające napięcia na

Fragmenty książki Marka Szymańskiego Samotność Janosika. Biografia Marka Perepeczki, Rebis, Poznań 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sylwetki

B.B. odmieniła nie tylko kino

Brigitte Bardot 1934-2025

B.B. Supergwiazdą kultury Zachodu stała się z wyboru, kiedy poczuła się kobietą wyzwoloną

Do filmu weszła przypadkiem. Supergwiazdą kultury Zachodu stała się z wyboru, kiedy poczuła się kobietą wyzwoloną. Obrończynią praw zwierząt uczyniło ją wrodzone współczucie dla słabszych.

Do statusu gwiazdy zbliżała się krokiem lekkim, choć po mocno wyboistej drodze. Rodzice, którzy w 1934 r. czekali raczej na syna, dali jej imię po celtyckiej bogini, patronce sztuki i magii. Wzrastała w Passy, prestiżowej dzielnicy Paryża, o największej liczbie Mercedesów na kilometr kwadratowy. Po pewnym czasie zorientowała się, że niedowidzi na lewe oko. Zdiagnozowano ambliopię, zespół leniwego oka, którego nie da się skorygować okularami. Okulary pomagały za to na lekki zez. Tymczasem upośledzone oko z trudem wyczuwa przestrzeń, więc Brigitte porusza się i gestykuluje wolniej, w sposób mniej skoordynowany. Później prasa uzna to za spontaniczną metodę aktorską.

Pan i pani rodzice

Rodzice okazują się surowi, czasem nieludzcy. Kiedy mała Brigitte wraz z siostrą tłuką talerz, który „był w rodzinie od 100 lat”, dostają po 20 pasów na goły tyłek. Gorzej, że rodzice „od teraz” każą mówić do siebie per pani i pan, bo dzieci okazały się osobami obcymi. „Pamiętajcie, że nie jesteście tu u siebie, tylko u nas! To nie jest wasz dom”, słyszą dziewczynki. W tym miejscu dzieciństwo kończy się nieodwołalnie. Brigitte ma siedem i pół roku, myśli o samobójstwie. W domu od rana do nocy słychać kłótnie rodziców. Podczas jednej z nich ojciec siada okrakiem na poręczy balkonu, grożąc, że zaraz skoczy. Za to podczas wystawnych kolacji dla wysoko postawionych przyjaciół oboje grają harmonijne małżeństwo.

Kiedy po śmierci ojca (1974) matka proponuje, by córki zwracały się do niej jak dawnej, „mamo”, Brigitte nie umie się na to zdobyć. W szkole dla dzieci burżuazji radzi sobie mizernie (powtarza siódmą klasę), także dlatego, że panuje tu koszarowy dryl i nauka pamięciowa. Matka, która z usposobienia jest niespełnioną artystką, widzi w Brigitte same defekty. Dziewczynka po powrocie ze szkoły patrzy w lustro w holu kamienicy i przyznaje jej rację. Chowa się w sobie. Otwiera się tylko na lekcjach baletu klasycznego – burżuazja posyła na nie dzieci, by zaznały praktyk dworu królewskiego. Matka przy okazji uczy ją trzymać się prosto: stawia jej na głowie dzbanek pełen wody, a kiedy ta się ulewa, wymierza dziewczynce policzek.

Pierwsze zdjęcie prasowe małej Brigitte ukazuje się dzięki protekcji znajomej rodziców na łamach „Jardin des Modes” w 1949 r. Brigitte jest modelką prezentującą sweterki. Matka zgodziła się, pod warunkiem że w tekście nie będzie wymienione nazwisko Bardot. Redaktorki zapamiętały, że dziewczynka, śmiejąc się, zasłaniała usta ręką, by ukryć przerwy między zębami. „Wyglądała dość pospolicie. A na zdjęciu była wspaniała”, wspominały po latach. Polecają ją wyżej i Brigitte ląduje na okładce francuskiego „Elle”.

Tak wpadła w oko Pierre’owi Braunbergerowi, producentowi filmowemu z talentem do wyławiania nowych twarzy. To on wypatrzy najpierw Gérarda Philipe’a, a później Jeana-Paula Belmonda. Podsuwa Brigitte początkującemu reżyserowi Rogerowi Vadimowi, który szuka dorastającej panienki do roli w swoim filmie. Podczas pierwszego spotkania dziewczyna ciągle zasłania usta, kiedy się śmieje. Nie szkodzi – Roger jest porażony jej niebanalną urodą. Zna się na tym – to on wypatrzył wcześniej Audrey Hepburn, a potem odkrył Catherine Deneuve i Jane Fondę. „Zazwyczaj słucha się osób, które coś mówią. Pan słucha, chociaż się nie odzywam”, powie podczas pierwszego spotkania ośmielona Brigitte, lat 14.

Dwa lata później będzie miała za sobą pierwszą próbę samobójczą (odkręca gaz) i zostanie kochanką Vadima. Na spotkania urywa się z lekcji. Roger pisze jej usprawiedliwienia, podrabiając pismo matki. Ale też podsuwa książki i wprowadza w świat artystów. Niebawem dziewczyna wykrzyczy: „Żegnaj, maturo, będę gwiazdą kina!”. Tymczasem, kiedy wzięcie zdobywa nowe medium – telewizja, Brigitte obnosi modne stroje przed kamerą.

Film zakazany przez Watykan

W kinie debiutuje koszmarnym kiczem „Wioska w Normandii” (1952). Wprawdzie gra u boku samego Bourvila, ale kwestie wygłasza drętwo i bełkotliwie, kompletnie nieustawionym głosem. Mocniej przemawia za to jej kobiecość, zwłaszcza w kostiumie kąpielowym. A w 15 kolejnych filmach statystuje jako siostra głównej bohaterki albo służąca. Zawsze jako „ślicznotka”, pozostając elementem tła. „Były to okropne chały, dobre jako środek nasenny”, powie po latach. Z tym, że dobrze płatne. Za pierwszą wyższą gażę kupuje mężowi używane BMW. Kiedy kręci pierwszy film (naga za plastikowym parawanem prysznica) za Kanałem La Manche, dziennikarze nazywają ją sex kitten, zmysłowym kociakiem. „Kogo pani najbardziej podziwia?”, pytają na konferencji prasowej. Odpowie: „Izaaka Newtona. Odkrył, że ciała mogą się przyciągać”. Jej cięte riposty z czasem przejdą do legendy.

Sceptycy mieli co wytykać dziewczynie: piegi, nierówne zęby (w dzieciństwie nosiła aparat ortodontyczny), pucułowate policzki, mizerną dykcję, chmurne wejrzenie. I wypowiedzi w radiu czy telewizji urywane w pół zdania, jakby nie była w stanie dokończyć myśli. Mówili o niej „Bufetowa”. Ważniejsze, że w tym samym 1952 r. poślubia Vadima, który cierpliwie przyswaja katechizm, by ceremonia mogła się odbyć w kościele. Para anonimowo trafia na okładkę „Elle” – Brigitte ciągle jest modelką bez nazwiska.

W 1953 r. Brigitte, wciąż jako starletka, spaceruje podczas Festiwalu Filmowego w Cannes po Croisette, jednej z najsłynniejszych promenad na świecie. Przechadza się w stroju kąpielowym, w topie bez ramiączek. Dziś powiedzielibyśmy, że Bardotka spacerowała w bardotce. Paparazzi sfotografowali ją od każdej strony i stracili zainteresowanie. Brigitte znaczyła tu tak niewiele, że nie zaproszono jej na finałowy bankiet. Zapamiętała to sobie. Kiedy w 1956 r. pokazany na festiwalu film „I Bóg stworzył kobietę” wyniósł ją na szczyty powodzenia, zorganizowała na finał własny bankiet na jachcie. I wszyscy, którzy się liczyli, zawitali do niej, pomijając uroczystość oficjalną.

Po tym sukcesie Roger Vadim poszedł za ciosem. Kiedy film promowano we Włoszech, kazał w Rzymie, w pobliżu Watykanu, zawiesić do wysokości drugiego piętra baner z Brigitte w bikini. I z napisem: „Zobacz film, którego zakazał Watykan”. Policja nie tylko szybko baner zdjęła, ale i zniszczyła wszystkie materiały promocyjne oraz kopie filmu. Ostatecznie Watykan ocenił film jako najgorszą pornografię. Podczas wystawy światowej w Brukseli watykańscy urzędnicy umieścili na swoim stoisku duży portret Brigitte Bardot, która została opisana jako „symbol zepsucia naszych czasów”. Efekt? Na stoisko przybywali bardzo liczni goście, aby naocznie sprawdzić, jak to „zepsucie” się prezentuje. Było coś na rzeczy, bo we Francji film promowano hasłem: „I Bóg stworzył kobietę, a diabeł wymyślił B.B.”.

W tym czasie nagie fotki Brigitte chodziły w Stanach po 5 dol. sztuka (wówczas suma nieprzyzwoicie wysoka). Pewien dyplomata francuski został w 1958 r. zatrzymany na amerykańskim lotnisku, ponieważ próbował przemycić do Stanów 50 tys. rozebranych zdjęć aktorki. Kroniki światowej dyplomacji nie podają, czy ostatecznie się obłowił, czy nie.

Ten szum był nieprzypadkowy, ponieważ film „I Bóg stworzył kobietę” stał się nowym rozdziałem w karierze Brigitte. Więcej, okazał się ważną datą w historii sztuki filmowej. Mimo że to kino klasy B: jedna dziewczyna i dwaj bracia, którzy rywalizują o jej względy i ciało. Zagrała tu panienkę głupiutką, ulegającą kaprysom, porywom namiętności, nieodpowiedzialną. Taką, która robi to, na co akurat ma ochotę, bez oglądania się na konsekwencje. Choć jednocześnie kruchą, ciepłą i współczującą. Nasuwało się porównanie z Jamesem Deanem, a Francuzom z bohaterkami powieści Françoise Sagan.

„Zobaczyliśmy kobietę, która w 1954 r. kocha się dlatego, że ma na to ochotę, jest zakochana w jednym mężczyźnie, a potem w drugim i z tego powodu nie czuje żadnego wstydu, wprost przeciwnie, ma poczucie wolności, które upaja”, pisała Françoise. Na jej pogrzeb Brigitte posłała kwiaty z karteczką: „Mojej siostrze”. Historycy uznali później, że ten film był pierwszym impulsem, który doprowadził do paryskich rozruchów z 1968 r.

Rybaczki i koński ogon

Brigitte była tak ujmująca, że miliony dziewcząt chciały teraz zachowywać się i wyglądać jak ona. Twarz we wcześniejszych filmach pokrywano jej makijażem jak maską – Vadim postawił na nagą twarz, a po każdym ujęciu na nowo targał jej włosy. Mówiono, że Brigitte nosi „sałatę na głowie”. Filmował jej ciało z każdej strony (także spocone), ale pokazywał też charakter. Pozwalał jej na planie improwizować, mówić własnym tekstem. Większość zdjęć wykonywano w plenerze, co wcześniej było nie do pomyślenia.

Tu przypomnienie: na filmy miłosne od zawsze chodziło się po instruktaż. Przecież to z kina dziewczęta nauczyły się zamykać oczy przy pierwszym pocałunku, to z kina wiedziały, kiedy do tego pocałunku stawać na palcach. To z ekranu chłopcy zgapiali, jak prosić dziewczynę do tańca, jak podawać kwiat i o czym rozmawiać z przyszłym teściem. A już kwestia mody, zwłaszcza damskiej, oraz tego, co nazywamy „szykiem” (czyli nie to, co dyktują żurnale, ale „co się nosi”), ma z filmem fundamentalny związek.

Gdyby nie Brigitte Bardot, całe pokolenie dziewcząt nie nosiłoby spodni rybaczek, włosów spiętych w koński ogon i tej jej bardotki bez ramiączek. To, co nosiła Brigitte, wręcz zachęcało do ruchu: wkładała dżinsy, szorty, jeżeli koszule, to męskie, najwyraźniej pożyczone od kolejnego absztyfikanta. Jeździła modelem Floride, podarowanym jej przez Régie Renault, z tablicą rejestracyjną B.B.1934. Prasa przypomniała z tej okazji, że za kwotę,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

O teatrze w czasach komercji

O teatrze w czasach komercji

Dlaczego łatwo godzimy się na cięcia w kulturze

Michał Borczuch – reżyser teatralny, twórca takich spektakli jak „Apokalipsa”, „Zew Cthulhu”, „Kino moralnego niepokoju”, „Mieszkanie na Uranie” i „Nagle, ostatniego lata” w Nowym Teatrze w Warszawie, „Moja walka” i „Czarodziejska góra” w TR Warszawa, „Paradiso” i „Wszystko o mojej matce” w Łaźni Nowej w Krakowie, „Lulu”, „Werter”, „Brand. Miasto. Wybrani” i „Aktorzy prowincjonalni. Sobowtór” w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie czy „Ulisses” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pracował też w teatrach w Niemczech, Szwajcarii, na Litwie oraz w Słowenii. Laureat Paszportu „Polityki” (2017). Wykłada w krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. 15 listopada 2025 r. w Starym Teatrze odbyła się premiera jego najnowszego spektaklu „Piramida zwierząt”.

Skąd pomysł na spektakl „Piramida zwierząt”?
– Gdy byłem uczniem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. Józefa Kluzy w Krakowie, w 1993 r. rozmawialiśmy o pracy Katarzyny Kozyry „Piramida zwierząt”. Mówiliśmy o procesie jej powstania i kontrowersjach, jakie wywołała. Był to dla mnie moment zetknięcia się ze sztuką, która fascynuje i przeraża, bo odsłania coś niepokojącego o świecie. Wróciło to do mnie dwa lata temu. Jako człowiek już zawodowo ustabilizowany przypomniałem sobie emocje i refleksje nastolatka, co wywołało we mnie pytanie o to, czy wciąż istnieje jakiś obraz sztuki, który mnie porusza. Spektakl wyrasta więc z bardzo osobistej i ważnej dla mnie historii.

„Nazywam się Kasia i zajmuję się sztuką. Po co jest sztuka? Sztuka jest po nic, ale nie mogę się jej oprzeć”, mówi Katarzyna Kozyra (grana przez Małgorzatę Zawadzką) w twoim spektaklu. Po co jest sztuka?
– „Piramida zwierząt” wróciła do mnie w momencie, gdy zacząłem mieć poczucie, że nie mogę znaleźć swojego miejsca w polskim teatrze. Teatry realizują plany, myślą hasłami, tematami i spełniają funkcję rozwiązywania problemów, a ja się w tym nie potrafię odnaleźć. Spytałem siebie, po co robię teatr, i doszedłem do wniosku, że po nic, bo to po prostu potrzeba opowiedzenia czegoś, a w gruncie rzeczy zostawienia jakiegoś śladu.

Może więc „po co?” jest złym pytaniem? W jednej ze scen bohaterowie rozmawiają o spaniu. „Ale umiem leżeć na fotelu i umiem też tak leżeć, że wszyscy myślą, że po prostu siedzę na krześle. A ja leżę – mówi Paweł Althamer (Mikołaj Kubacki). – Więc dużo tak leżę na krześle. Ale w łóżku nie umiem za długo leżeć”. Niby rozmowa o niczym, więc po nic, ale może właśnie takie rozmowy są ważne i potrzebne, a my chyba już ich dziś nie prowadzimy.
– Od kilku lat mam wrażenie, że dyrektorzy i dyrektorki teatrów, które kiedyś były otwarte na awangardę i eksperymenty, oczekują ode mnie czegoś bardzo konkretnego – nośnego tytułu, który się sprzeda. Czasem podczas rozmów z nimi zauważam, że rozmawiamy nie o sztuce, tylko o oczekiwaniach, których ja nie potrafię spełnić, ponieważ nie potrafię zrobić spektaklu na zamówienie. Pytanie, po co jest sztuka, jest niepotrzebne, jednak ludzie wokół nas ciągle je zadają.

Spróbuj więc im odpowiedzieć, po co potrzebna jest sztuka, skoro – cytując Doktorka ze spektaklu (Michał Badeński) – „ludziom bezrobotnym nie jest potrzebna”, „dzieci nie karmi”, „pracy nie daje”, „nie zarabia pieniędzy, trzeba w nią tylko więcej i więcej wkładać”?
– Sam się nad tym często zastanawiam. Zadałem kiedyś to pytanie żonie pewnego artysty wizualnego z RPA. Jest lekarką. Odpowiedziała mi, że sztuka jest podstawą utrzymania zdrowia psychicznego w społeczności. W sztuce chodzi nie o pocieszenie, ale o alternatywę, dzięki której wiemy, że przestrzeń, w której żyjemy na co dzień, nie jest jedyną rzeczywistością, w której możemy się poruszać. Sztuka jest taką nibyreligią.

Artur Żmijewski (Krzysztof Zawadzki) mówi w „Piramidzie zwierząt”: „Wydaje mi się, że (…) sztuka krytyczna została zastąpiona przez rynek, po prostu została sprzedana, na rzecz dekoracji, która wypełniła praktycznie całą przestrzeń”.
– Dziś mówi się o tym,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Maria Pakulnis o prawdzie nie tylko w teatrze

Laureatka nagrody Treugutta

W klimatycznej galerii Janusza Golika na warszawskiej Saskiej Kępie Maria Pakulnis spotkała się z Klubem Krytyki Teatralnej SDRP/polską sekcją AICT. Spotkanie odbyło się z okazji wręczenia artystce nagrody specjalnej im. Stefana Treugutta za rolę pani Alving w „Upiorach” Henryka Ibsena w reżyserii Anny Augustynowicz w Teatrze Telewizji.

Nagroda Treugutta już od lat premiuje osiągnięcia w teatrze małego ekranu, a zwłaszcza te, jak podkreślał Tomasz Miłkowski, prezes polskiej sekcji AICT, które wytyczają nowe ścieżki poszukiwań artystycznych.

Laudację wygłosił członek

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Dzisiaj aktor jest kimś innym

Nie uwolnimy się od „Wesela”. To uniwersalne narzędzie do czytania rzeczywistości

Juliusz Chrząstowski,
aktor Narodowego Starego Teatru w Krakowie

Przekładałeś dzisiejsze spotkanie.

– To przez moje obowiązki na uczelni – jestem prodziekanem wydziału aktorskiego w niepublicznej uczelni. Trochę obowiązków biurokratycznych na mnie spada.

Ale z własnego wyboru?

– Zawsze lubiłem uczyć, ceniłem zwłaszcza pracę z młodzieżą, z licealistami. Mam też dorosłych podopiecznych, amatorów, którzy czekają, żeby zrobić z nimi kolejną premierę w mojej rodzinnej Świdnicy. Prowadziłem teatr amatorski z dorosłymi w Skale, koło której mieszkam. Przez siedem lat jeździłem do Nowego Targu i prowadziłem zajęcia z młodzieżą.

Czyli to nie jest przypadek?

– Raczej potrzeba kontaktu z ludźmi, którzy lgną do teatru bez presji, zobowiązań i oczekiwań. Robią to dla zabawy, żeby móc się spotkać, przygotować premierę, przeżyć coś wspólnie. Wykonują różne zawody na co dzień, często niezwiązane z życiem artystycznym. I nagle wciągają się w wir działań twórczych, który ich spaja i rozwija. Prowadziłem także warsztaty recytatorskie, nadal je prowadzę w Świdnicy.

Sam zaczynałeś od konkursu recytatorskiego.

– Z takiego ruchu wyszedłem. Kiedyś jeździłem do Kłodzka, gdzie działał ważny animator kultury, Marian Półtoranos. Zorganizował swego czasu duży festiwal Zderzenia Teatralne. W Kłodzku zobaczyłem „Turlajgroszka” Teatru Wierszalin, Pieśń Kozła w jego szczytowym momencie, Schaeffera w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Z takiego ruchu wyrosłem i może dlatego jeszcze przed pandemią związałem się grupą, która chciała założyć pierwszy magisterski wydział aktorski w niepublicznej uczelni. Istnieją studia dwuletnie przy teatrach albo trzyletnie szkoły aktorskie, takie jak szkoła w Warszawie, która kończy się licencjatem. Ale nikt nie próbował utworzyć pięcioletnich studiów aktorskich w prywatnej szkole, bo to niedochodowe. A nasz wydział, choć nie jest dochodowy, został założony na krakowskim Uniwersytecie Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Katarzyna Deszcz, Tomasz Schimscheiner, Piotr Sieklucki, Artur „Baron” Więcek, Anna Cieślak, Dariusz Starczewski, Krzysztof Orzechowski i ja stwarzamy to od zera.

Ile to już lat trwa?

– Właśnie kończy pięcioletnie studia nasz pierwszy rocznik. Małgorzata Warsicka przygotowała z nimi dyplom, „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” Doroty Masłowskiej. Mamy poczucie sprawczości, coś razem zbudowaliśmy. Tylko że im więcej studentów, tym więcej krzątaniny z dyplomami. To kradnie czas i energię. Nie spodziewałem się, że to mnie tak dociśnie.

Satysfakcja przyjdzie, jak będą pierwsi absolwenci.

– Wtedy dopiero będzie widać, czy ta ścieżka kształcenia ma sens. Od początku mieliśmy poczucie, że coś trzeba zmienić w szkolnictwie aktorskim. Nie chodzi o to, że w państwowych szkołach źle uczą, tylko nam się wydaje, że trzeba to robić trochę inaczej. Trzeba się otworzyć nie tylko na teatr. Studenci powinni zapoznać się z tym, co to jest stand-up, self-tape, konferansjerka, lektorowanie, czytanie audiobooka, praca przed kamerą, organizacja produkcji. Należy więc studia związać z potrzebami rynku.

W szkołach państwowych zmiany programowe to bardzo trudny proces. A tutaj okazujecie większą elastyczność.

– Właśnie. Poza tym jesteśmy częścią dużego organizmu uczelni, studenci mają styczność z ludźmi studiującymi na kierunkach nieartystycznych. To też jest wartość. Na pokazy naszych studentów przychodzą nie tylko koledzy, którzy zawsze się śmieją, ale również, jak to mówimy, cywile, dla których liczy się odbiór czystego komunikatu ze sceny.

Pedagogika do końca cię nie wessała, skoro udało ci się zagrać Gospodarza w dwóch krakowskich „Weselach” Wyspiańskiego: w reżyserii Jana Klaty w twoim Starym Teatrze i w reżyserii Mai Kleczewskiej w Słowackim. Jak to się dzieje, że ten tekst tak w nas siedzi?

– Mam we krwi „Wesela” bardzo wiele. Niedawno w Warszawie, w Teatrze Narodowym, graliśmy „Wesele” Klaty. To było 100. przedstawienie. A „Wesele” Kleczewskiej w Teatrze Słowackiego właśnie miało 50. przedstawienie. Zagrałem też Czepca w „Weselu” w Radiu Kraków.

Czyli „Wesele” masz pod skórą.

– Tak, absolutnie. A jeszcze biorę udział w wydarzeniu teatralnym „Weselisko”, czyli

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Chwalili bardziej ciało niż duszę

Wielu ludzi próbowało umniejszać moje dokonania, ale się temu nie poddałam

Katarzyna Figura – aktorka filmowa i teatralna, laureatka wielu nagród branżowych, ostatnio Nagrody im. Ireny Solskiej, ustanowionej przez polską sekcję Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT), za wkład w polski teatr, odwagę i bezkompromisowość w budowaniu postaci.

Przed laty, w przerwie sesji okładkowej do „Tele Tygodnia”, wyszliśmy na korytarz i wtedy podeszło do pani dwóch młodych mężczyzn, zatrudnionych przy remoncie budynku. Poprosili o autograf. Okazało się, że mają przygotowany flamaster, ale nie mają nawet skrawka papieru, poprosili wobec tego, żeby złożyła pani podpisy na ich plecach.
– I?

Dostali autografy i zachwyceni wrócili do swojej ekipy. Często stykała się pani z takimi prośbami?
– O tak, często dochodzi do podobnych sytuacji. Może nie w tak szczególnej formie, ale jednak. Od kilkunastu lat mieszkam w Trójmieście i stykam się z niezwykle ciepłymi reakcjami ludzi, którzy, widząc mnie, zachwycają się tak, jakbym właśnie zeszła z ekranu i zjawiła się wśród nich, np. w osiedlowym warzywniaku. I nie mogą uwierzyć, że Katarzyna Figura kupuje warzywa. Że ktoś, kogo widzieli w „Kilerze” czy jeszcze wcześniej w „Kingsajzie”, jest dostępny na wyciągnięcie ręki. To są bardzo ciepłe spotkania i bardzo je cenię.

Pojawiła się pani na ekranie i niemal od początku nazwano panią polską Marilyn Monroe, kobietą dzieckiem, kobietą demonem, dziewczyną dynamitem, ikoną kina. Jak przyjmowała pani ten deszcz określeń?
– Nie ukrywam, że robiło to na mnie wrażenie. Wychowywałam się, oglądając na ekranie wspaniałe aktorki: Sophię Loren, Ginę Lollobrigidę, Claudię Cardinale, Brigitte Bardot… Chciałam być taka jak one. Ale od początku kariery próbowałam walczyć ze stereotypami. Miałam wrażenie, że krytycy skupiają się na moim wyglądzie, nie na talencie aktorskim. Chwalili bardziej ciało niż duszę.

Powtarzała pani często, że nie chce być gwiazdą, że chce pani po prostu pracować.
– Takie było moje życie – cały czas pracowałam. Nie odcinałam kuponów od tego, że uważano mnie za atrakcyjną czy ładną kobietę. Cały czas szłam za pracą, za rozwojem, czy to w filmie, czy w teatrze. Jestem dumna i usatysfakcjonowana z mojego życia. Nie mam żalu, nawet z tego powodu, że ktoś mnie próbował wciskać w jakieś ramy. Świetnie sobie z tym poradziłam. Zagrałam różnorodne role. Będąc młodą aktorką, grałam starsze kobiety. Teraz, kiedy już jestem starszą panią – mam przecież 63 lata – gram role atrakcyjnych kobiet. Ale gram też role kobiet bardzo zniszczonych przez czas. Jako aktorka, podsumowując swój dorobek, jestem spełniona. I nie mówię tylko o rolach zagranych w Polsce, ale także o tych zagranych za granicą. Wielu ludzi próbowało umniejszać moje dokonania, ale się temu nie poddałam. Uważam, że moja kariera jest nasycona i pełna.

Radosław Piwowarski powiedział kiedyś, że jest pani tytanem pracy i dla pracy zrobiłaby pani wszystko, nawet palec sobie ucięła.
– To zawsze jest zabawne, co mówi Sławek, myślę jednak, że przesadza, ma takie specyficzne poczucie humoru. Pewnie palca bym sobie jednak nie chciała obciąć, ale rzeczywiście moje życie jest niekończącą się pracą. Cały czas rozwijam się i tworzę. Bezczynności i marazmu nie biorę nawet pod uwagę, mimo że już mam swój wiek i formalnie jestem od kilku lat na emeryturze. Emerytura kojarzy się najczęściej z błogim odpoczywaniem, ale dla mnie takie odpoczywanie mogłoby oznaczać zastój, a do tego dopuścić nie mogę. Myślę, że akurat przy mojej energii, przy mojej naturze, nie byłoby to dobre.

Wciąż ma pani w sobie głód pracy?
– To nawet nie jest głód czy niezaspokojenie, to po prostu nieustanna praca nad sobą. Rodzaj aktywności, który jest dla mnie najważniejszy. Tu chodzi o zdobywanie wiedzy, rozwój i ewentualne przekazywanie tej wiedzy, jeżeli ktoś jest na to otwarty. Cały czas czytam. Przeglądam dziesiątki książek, scenariuszy, w wyobraźni buduję sceny. To dla mnie najpiękniejsze i najistotniejsze chwile: czytam książki, popijam wino i przenoszę się w inne światy. Z tego czerpię różne inspiracje. A potem wchodzę albo na scenę, albo przed kamerę, albo podróżuję z tym całym cudownym bagażem nowych odkryć, nowych-starych odkryć, bo to może być literatura, którą znam, ale wciąż do niej z sentymentem wracam.

Tak jak było z „Fedrą”. W 1985 r. w spektaklu Teatru Telewizji w reżyserii Laco Adamika grała pani Arycję, a przed kilkoma laty w Teatrze Wybrzeże w spektaklu reżyserowanym przez Grzegorza Wiśniewskiego wykreowała tytułową bohaterkę, którą zachwyciła pani całą Polskę.
– Dziękuję, jestem bardzo wdzięczna za te słowa i za Nagrodę im. Ireny Solskiej. Ale, wrócę, nie byłoby tej nagrody, gdybym od dziecka nie poszukiwała swojej drogi.

Zaczęło się od Kubusia Puchatka.
– A tak, od Kubusia Puchatka. To była moja pierwsza rola w ognisku teatralnym prowadzonym przez Halinę Machulską przy Teatrze Ochoty. Ja byłam Kubusiem, a moja koleżanka ze szkoły, Małgosia Bogdańska, Prosiaczkiem. To Małgosia namówiła mnie, żeby zapisać się do tego ogniska. Wtedy nie myślałam

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Misja: aktorstwo

To wzruszające, gdy tworzy się żywą i potrzebną ludziom opowieść

Magdalena Boczarska – aktorka filmowa, serialowa i teatralna. Rocznik 1978. Ukończyła PWST w Krakowie. Występowała na wielu warszawskich scenach, m.in. w Teatrze Narodowym, Teatrze Studio Buffo i Och-Teatrze. Aktualnie gra w Polonii i Teatrze IMKA. Współpracowała z Carrousel Theater w Berlinie i Teatro Tatro na Słowacji. Rola w filmie „Różyczka” przyniosła jej nagrodę dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej na FPFF w Gdyni oraz Srebrnego Pawia na MFF w Goa. Za występ w „Sztuce kochania. Historii Michaliny Wisłockiej” otrzymała Orła w kategorii najlepsza główna rola kobieca. Kreacja w „Piłsudskim” zapewniła jej drugą w karierze nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą w Gdyni. Ostatnio można ją oglądać w serialu kryminalnym „Langer”.

Jak ewoluuje sytuacja aktorów w erze streamingu? Pojawia się więcej zawodowych szans?

Zwiększa się różnorodność ról?
– Z jednej strony, kiedy platformy streamingowe rozpoczęły działalność, pojawiło się dużo więcej pracy. To, co produkują Netflix czy Max, jest ogólnodostępne i trafia na wiele zagranicznych rynków, zwiększając naszą widoczność na świecie. Z drugiej – redukują się inne pola eksploatacji, grania. Mam wrażenie, że kręci się też mniej filmów kinowych. Może dlatego, że pandemia wyznaczyła nową, bezpieczniejszą drogę dla producentów i pewniejsze wydaje się zrobienie filmu na platformę niż do kina.

Jako beneficjentce rewolucji streamingowej wypadałoby mi powiedzieć, że tak duża ilość pracy rozszerza nasze możliwości zawodowe. Trzeba jednak pamiętać, że wielkie platformy dyktują własne warunki i wyznaczają swoją politykę, która często ma wymiar korporacyjny – daleko jej do rozmów o charakterze artystycznym. To buduje zupełnie nową rzeczywistość, do której wielu z nas próbuje się przyzwyczaić. Inną kwestią są wybory samych widzów, nie wspominając o algorytmach i pozycjonowaniu treści. Mniej jest wolności i finezji niż kiedyś.

Ale trudno mówić o finezji w zestawieniu z algorytmem.

Twoja perspektywa obejmuje 20 lat w zawodzie aktorskim. Jakie największe różnice widzisz pomiędzy swoimi początkami a obecną sytuacją?
– Kiedy kończyłam szkołę teatralną w 2001 r., naszym celem było granie. Nieważne gdzie, byle na scenie. Jeśli nie udawało się w dużym mieście, wyjeżdżało się na prowincję i szukało pracy w teatrze. Marzyłam więc o etacie. Jakościowe seriale telewizyjne dopiero raczkowały. Takie produkcje jak „Ekstradycja” pojawiały się raz na dwa lata i stawały kultowe. Nie było jednak szans, żeby w nich wystąpić. Kiedy zaczynałam studia w krakowskiej PWST, emitowano pierwsze odcinki „Klanu” i „Złotopolskich”. Rynek pracy dla aktorów wyglądał zupełnie inaczej. Obejmował tylko kino, teatr, dwie telenowele oraz pojedyncze duże produkcje serialowe, w których pojawiały się gwiazdy.

Teraz debiutujący aktorzy mają z czego wybierać.
– Realia się zmieniły, bo mamy internet i platformy streamingowe. Szkoły teatralne powinny do tego doskoczyć. Myślę, że wielu młodych ludzi chce ukończyć studia aktorskie po to, żeby przygotować się do występowania w serialu albo filmie, a głównym nurtem edukacji wciąż jest granie na scenie. Scen teatralnych jednak nie przybywa. Część szkół otwiera się na zachodzące zmiany, a część musi przewartościować sposób nauczania. Powinno się bardziej zabezpieczyć studentów, aby ich warsztat odpowiadał na dzisiejsze zapotrzebowanie. Warto też uwrażliwić młodych na fakt, że w zawodzie zostanie prawdopodobnie 5-10% absolwentów szkół aktorskich.

Słysząc o aferach w szkołach teatralnych, przypomniałaś sobie swoje studenckie doświadczenia?
– Rozpoczęłam studia w krakowskiej PWST niedługo po skończeniu 18 lat. Z tej perspektywy można powiedzieć, że trafiłam tam jako osoba pełnoletnia, ale emocjonalnie wciąż byłam dzieckiem. Nikt jednak nie przekroczył przy mnie żadnej granicy. Nie czułam presji czy upokorzenia, mierząc się z wielkimi nazwiskami, osobami, które uznawaliśmy za mentorów. Nawet jeśli czasem z jakiegoś powodu płakałam, każda rozmowa – mniej lub bardziej dla mnie miła – odbywała się w dojrzały sposób. Nigdy mnie nie zastraszano ani nie deprecjonowano. Nie wyniosłam więc stamtąd negatywnych doświadczeń.

Czy po ujawnieniu tych afer zmieniły się relacje na linii reżyserzy-obsada i profesorowie-studenci? Powinno się bardziej zadbać o komfort psychiczny młodych aktorów?
– Nikogo nie wolno gnębić, poniżać ani zmuszać do przekraczania własnych granic. Jednocześnie nasz zawód jest jednym wielkim przekraczaniem granic i to stanowi jego ogromny paradoks. Jeśli tego nie zaakceptujemy, nie poradzimy sobie w dorosłym aktorskim życiu.

Nie jestem za przesadnym tworzeniem bańki ochronnej dla studentów, bo ona nie ma nic wspólnego z realiami zawodowymi, ale bliski jest mi szacunek dla czyjejś wrażliwości.

Szkoła to dobre miejsce, żeby się zmierzyć z tym, jak nasza praca może wyglądać. Młodzi ludzie budują swoje ambicje, ale potem brutalnie zderzą się z rzeczywistością. Kończą uczelnię, w której wymaga się, by szanowano ich podmiotowość, lecz po wyjściu z niej będą musieli się dostosować do innych warunków. W PWST zaczynają naukę dorosłe, wrażliwe osoby. Każda z nich musi wiedzieć, gdzie wyznaczyć swoje granice. I to jest podstawowa lekcja, którą powinny dawać szkoły aktorskie. Fantastycznie, że pojawiła się w nich opieka psychologiczna, bo zawsze jej bardzo brakowało.

Podniósł się komfort pracy na planie? Korzystałaś kiedyś np. z pomocy koordynatorów ds. intymności?
– Sama nigdy nie potrzebowałam wsparcia koordynatorów ds. intymności, może dlatego, że wypracowałam własny system ochronny. Miałam szczęście trafiać na osoby, które mi w tym pomagały i umiały o mnie zadbać. Pamiętam zdjęcia do „Różyczki”, w której było sporo scen erotycznych. Najpierw spotkaliśmy się z reżyserem, operatorem i moimi dwoma ekranowymi partnerami: Robertem Więckiewiczem i Andrzejem Sewerynem. Ustaliliśmy, czemu mają służyć intymne

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Aktor zwyczajny, aktor wyjątkowy

Król drugiego planu – tak mówiono o mnie i czasami faktycznie nim jestem. A to trudna sztuka, choć mało kto dziś o tym wie

Jan Frycz – jeden z najważniejszych aktorów filmowych i teatralnych swojej generacji. W 1978 r. ukończył PWST w Krakowie. W ostatnich 50 latach zagrał m.in. w „Wielkim Szu”, serialu „Blisko, coraz bliżej”, „Na srebrnym globie”, „Pornografii”, „Komorniku” i wielu innych. Nowe pokolenia kinomanów poznały go za sprawą roli złowieszczego Daria w serialu „Ślepnąc od świateł”. Zdobywca trzech aktorskich Orłów (na osiem otrzymanych nominacji).

Czy takie projekty jak serial komediowy „Edukacja XD” ekscytują, są jakąś odskocznią?
– Lubię, jeśli projekt mnie ekscytuje i zaskakuje. To jedna z jasnych stron naszego zawodu: nigdy nie wiemy, kogo lub co spotkamy na naszej drodze. Jest tyle niewiadomych, a to wywołuje we mnie ekscytację, o którą pan pyta. Wiadomo, że wszystko zaczyna się od scenariusza, a potem to już tylko praca własna. Tutaj było mi o tyle łatwiej, że widziałem pierwszy sezon serialu – „Emigrację XD” – i uznałem, że to mój typ humoru i ten rodzaj komedii, w którą chcę się zaangażować.

A potrafi pan sam siebie zaskoczyć jako aktor?
– Na pewno! Jestem absolwentem krakowskiej szkoły teatralnej, a tam bardzo dużą wagę przywiązywano do zespołowości. To, do czego człowiek jest zdolny w pracy artystycznej, zależy w dużej mierze od partnerów. I nie chodzi wyłącznie o aktorów – myślę też o reżyserach, scenografach, kostiumografach itd. W tym zawodzie nie mogę być sam. Samemu trudno jest ocenić wykonaną przez siebie pracę. Jako aktor wolę, żeby ktoś mnie w rolę „ubrał”, niż żebym ja sam miał to robić. Wtedy ta druga osoba z zewnątrz ma szansę mnie czymś zaskoczyć. W tym zawodzie nie chcę się „ubierać” na własną rękę. Nie wiem, czy mam dobry gust. Zaufanie to podstawa w aktorstwie.

Ale role wybiera pan sam. Czyli ten proces „ubierania się” i tak zaczyna się od Jana Frycza.
– Zgadza się, ale w dzisiejszych czasach roli nie można sobie wybrać. Co najwyżej można ją odrzucić. Często ta koncepcja wymarzonej roli okazuje się bardzo niebezpieczna. I zgubna.

Dlaczego?
– Użyję przenośni: uważam, że z dobrych uczuć powstaje zła literatura. Jeżeli czegoś bardzo się chce i pojawia się to pragnienie opowiedzenia danego tematu, to dany autor pisze książkę lub tworzy film z potrzeby serca. I nie widzi świata poza swoją twórczością. Tym samym traci dystans, który jest tutaj niezbędny. Dzieła powstałe głęboko z nas samych często bywają nieudane. Mnie aktorstwo kojarzy się przede wszystkim z zadaniem, które należy wykonać. To albo „zlecenie”, albo „cierpienie”. Nie ma nic pomiędzy.

To cierpienie często przychodzi do pana?
– Czasami, tak jak mówiłem, ten zawód mnie zaskakuje, głównie propozycjami. A ja to lubię.

Legendarny brytyjski aktor Alec Guinness powiedział kiedyś, że jest aktorem mniejszych ról, który miał szczęście być obsadzanym na pierwszym planie. Natomiast ja powiedziałbym, że Jan Frycz jest aktorem pierwszoplanowych ról, który ma szczęście być obsadzanym na drugim planie. Bo dzięki temu te drugoplanowe role wybrzmiewają. Są jakieś.
– Król drugiego planu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Teatr jest niezagrożony

W świecie, w którym coraz więcej rzeczy generuje AI, scena pozostaje przestrzenią, gdzie dzieją się rzeczy ludzkie

Agnieszka Żulewska  – aktorka. Zagrała m.in. w filmach „Chemia”, „Demon”, „Cicha ziemia” czy „Ostatni komers”. Związana z warszawskim Teatrem Rozmaitości. Można ją zobaczyć w serialu platformy Max „Porządny człowiek”.

Podobno lubisz po jakimś czasie wracać na ekran, by o sobie przypomnieć, i to projekt musi cię przyciągnąć. Co zatem było przyciągające w serialu „Porządny człowiek”?
– W aktorstwie bywa różnie. Najczęściej propozycja, którą otrzymuję, musi zadziałać na mnie jak magnes. Natomiast w przypadku „Porządnego człowieka” była to przede wszystkim reżyserka Aleksandra Terpińska. Prywatnie się przyjaźnimy. Imponuje mi swoim sposobem działania, myślenia i determinacją. Jest prawdziwą komandoską filmową! Pracuje wspaniale, z niezwykłą umiejętnością ogarniania wielkich planów filmowych. Jako twórczyni ma w sobie ogromną moc, dlatego chciałam spotkać się z nią w pracy.

Twoja bohaterka Kamila, silna, niepokorna kobieta, mogłaby być siostrą innych granych przez ciebie postaci. Masz typ ról, które przyjmujesz?
– Są role, w których czuję się dobrze, i takie, które kompletnie mi nie wychodzą. Źle się czuję w komedii – to dla mnie niezwykle trudny gatunek. Może chodzi o dystans do rzeczywistości, którego mi brakuje? Może coś nie pozwala mi wystarczająco „oddychać”, by komedię złapać i przez siebie przepuścić? Dlatego faktycznie propozycje, które dostaję, mają zwykle większy ciężar gatunkowy. To działa w obie strony – wiem, co mogę z siebie dać, bo jest to forma mi najbliższa; a reżyserzy wiedzą, że mogą mi taki materiał zaoferować, więc spotykamy się pośrodku. To często role kobiet silnych, ale z bagażem życiowych doświadczeń. Mam wrażenie, że to teatr jest miejscem, gdzie mam więcej przestrzeni na różnorodność i mogę bardziej poszaleć. Mam nadzieję, że film też będzie się zmieniał – a może to ja się zmienię? Dojrzewam, więc i moje możliwości aktorskie się rozwijają.

„Demon” Marcina Wrony to nie komedia, wręcz przeciwnie, ale masz w tym filmie fantastyczne sceny, na pograniczu komedii, groteski i właśnie ciężkiego dramatu.
– Może potrzebuję reżysera, który naprawdę czuje komedię i potrafiłby mnie przez nią poprowadzić. Sama intuicyjnie nie umiem tego gatunku wyczuć, trochę się gubię w jego rytmie.

Na pewno też komedią nie jest „Porządny człowiek”. Ponownie grasz matkę. W wypadku Kamili jednak mogłaś czerpać z doświadczenia własnego rodzicielstwa. Widzisz różnicę w przygotowaniu się do roli?
– Tak, to naprawdę radykalna zmiana w sposobie odbierania rzeczywistości – pojawia się ogromne wyczulenie na kwestie związane z posiadaniem potomstwa: jego znikanie, choroby, a także na więź między matką a dzieckiem. Po porodzie nagle otworzyła się potężna, bezgraniczna przestrzeń miłości do tego nowego człowieka. Praca nad tymi tematami na planie jeszcze bardziej to uwypukla.

Teraz inaczej patrzysz na zawód?
– Oczywiście. Wcześniej moje życie było przede wszystkim pracą, wszystko robiłam dla siebie, pod siebie. To dość egoistyczne podejście. Czerpałam garściami, a cała rzeczywistość była podporządkowana moim przyjemnościom i aktorstwu, które też było pasją. Po urodzeniu Gucia jest zupełnie inaczej. Priorytet przesunął się na niego, a dzięki temu mam wrażenie, że w pracy złapałam głębszy oddech. Zawód stał się czymś dodatkowym do tego, co najważniejsze

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.