Tag "aktorzy"

Powrót na stronę główną
Kultura Wywiady

Czasami czuję ten ciężar

Teatr Telewizji jest największą sceną świata

Michał Kotański – dyrektor Teatru Telewizji

W ostatnich dwóch latach, za pańskiej dyrekcji, Teatr Telewizji stanął na nogi. Wyciągnął pan asy z rękawa. Czy osiągnąwszy tak wiele, ma pan jeszcze coś do ujawnienia przed nowym sezonem?
– Program będziemy ogłaszali na początku września. Wtedy opowiem więcej o planowanych na kolejny sezon premierach, teraz dopinamy szczegóły i nie chcę jeszcze za dużo o nich mówić.

Żeby mieć o czym mówić we wrześniu?
– Dzisiaj mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie uda nam się najpewniej utrzymać zarówno liczbę produkcji, jak i ich poziom. Jeszcze trzy lata temu spektakle w TVP były robione szybko i za nierealne budżety. Wynikało to z niewiary decydentów w sens misji publicznej. Decyzja obecnego prezesa telewizji o zwiększeniu finansowania ambitnych projektów, rozmowy wewnątrz telewizji o tym, jak można odświeżyć formułę Teatru TV, większe zaangażowanie i współpraca innych agencji TVP – to zmienia podejście do teatru wewnątrz tej dużej korporacji, jaką jest Telewizja Polska.

I co, naprawdę się zmieniło?
– Zmieniło się. Zarówno, jeżeli chodzi o jakość, ale też poruszane tematy. Kiedy w pierwszym roku uruchamialiśmy niektóre produkcje, usłyszałem, że będę ekskomunikowany. Ze smutkiem konstatuję, że nadal nie jestem. Publiczność oczekuje oprócz rozrywki również poważnej rozmowy. I budowania przestrzeni, która wychodzi poza polaryzację, ogarniającą już chyba wszystkie sfery życia publicznego.

O jakich spektaklach pan mówi?
– O takich jak „Prałat” czy „Jak nie zabiłem swojego ojca”. Rozmowy po ich emisji, nawet jeżeli były dla niektórych mocne czy wchodziły w rejony mogące budzić kontrowersje, były potrzebne i w stu procentach spełniały definicję misji publicznej. Obecnie politycy i media w zdecydowanej większości odpuścili sobie rozmowę. Liczy się cyrk. Przy okazji warto wspomnieć, że Jacek Kurski miał przecież ambicje, żeby Teatr Telewizji był wartościowy i był mocną jednostką produkcyjną wewnątrz TVP. No ale zapału,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Hanka podnosi się z każdego upadku

Historia była wyjątkowo okrutna wobec nas, zwykłych ludzi na Górnym Śląsku

Grażyna Bułka – aktorka teatralna i filmowa związana z Teatrem Śląskim w Katowicach i Teatrem Korez. Trzykrotna laureatka Złotej Maski za najlepszą rolę kobiecą, uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi (2023) oraz Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2017). Hanyska Roku 2016 i Ambasadorka Śląska (2026).

Porozmawiajmy o „Mianujom mie Hanka” Alojzego Lyski. Jak do ciebie trafił ten tekst?
– Mirek Neinert był na gali ogłoszenia wyników konkursu na jednoaktówkę po śląsku w Teatrze Śląskim, chyba w 2015 r. Tam usłyszał fragmenty „Hanki” czytane przez Dariusza Chojnackiego. Od razu wiedział, że to tekst na monodram. Mało tego, czuł, że to, co napisał Alojzy Lysko, może się stać nowym „Cholonkiem”.

W jakim znaczeniu?
– Czuł – i jak widać, się nie mylił – że „Hanka” stanie się w Teatrze Korez kolejnym kamieniem milowym na drodze prezentowania na scenie teatralnej historii Górnego Śląska i życia Ślązaków w sposób szczery, szlachetny i wartościowy. Mirek od dłuższego czasu szukał tekstu napisanego po śląsku, po naszymu, który stanie się godnym następcą „Cholonka”. Niełatwe zadanie.

„Cholonek”, a przede wszystkim wasza realizacja tego tekstu, to majstersztyk. Wysoko podnieśliście poprzeczkę.
– Szalenie. Dlatego stworzenie spektaklu, który oczarowałby widownię teatralną w podobny sposób, to było nie lada wyzwanie. Ale żeby zacząć myśleć o pracy aktorskiej, trzeba najpierw znaleźć tekst, który ma tę moc. W każdym razie Mirek powiedział mi, że jeżeli czekam na coś, co może być po „Cholonku”, to to jest właśnie „Hanka” Lyski.

I jak, miłość od pierwszego wejrzenia?
– Nie znałam tego tekstu, a już zaczęłam kręcić nosem. Głównie dlatego, że nie jestem miłośniczką monodramu.

Trudno to sobie wyobrazić po sukcesie „Mianujom mie Hanka” i liczbie granych przez ciebie spektakli. I to nie był twój pierwszy monodram.
– Owszem, ale ja nigdy nie lubiłam monodramów. (…) Aktorzy generalnie mają parcie na monodram, bo im się wydaje, że kiedy sami odpowiadają za spektakl, to jest im łatwiej, bo na scenie nie zależą od gry innych członków zespołu. A mnie, powtarzam, właśnie najbardziej brakuje partnera do dialogu. Lubię grać z ludźmi, kocham tę sceniczną interakcję. Mirek dosłownie wcisnął mi tekst „Hanki”. Zaczęłam czytać i po paru stronach wiedziałam, że to jest moje, dla mnie i ja tego nie wypuszczę z rąk. Że ta historia jest warta wszelkich poświęceń, że moja niechęć do monodramu jako gatunku scenicznego nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo to jest coś po prostu skrojone na mnie i jeżeli tego nie zrobię, będę żałowała do końca życia.

Mirek Neinert podjął się reżyserii spektaklu. Wasze wizje dotyczące tego, jak ten tekst powinien zostać zaadaptowany na potrzeby teatru, jak masz go zagrać, były spójne, czy ścieraliście się w kwestiach reżyserskich?
– Od początku wiedziałam, jak chcę, żeby to wyglądało, bo czułam, w czym tkwi siła tego dramatu. Wizje moja i Mirka pięknie się zespoliły; doskonale wiedzieliśmy, w jakim kierunku mamy podążać, na co zwracać uwagę, gdzie postawić pauzę, a gdzie wykrzyknik. To sprawiło, że praca nad sztuką szła jak po maśle. Zasada była prosta: bierzemy tekst i dokładamy do niego emocje. Ja silnie poczułam ten tekst, bo chociaż on opowiada o czyjejś wyimaginowanej historii, to jest mi niebywale bliski, a co najważniejsze, podobna historia zapewne wydarzyła się w co drugiej śląskiej rodzinie. Poza tym jestem matką dwóch synów, więc kiedy opowiadam, że synowie mojej bohaterki giną na wojnie albo w wybuchu w kopalni, mocno mnie to dotyka. I co z tego, że opowiadam jako Hanka,

Fragmenty rozmowy z książki Grażyny Bułki i Tomasza Kowalskiego Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd, Sonia Draga, Katowice 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Geniusz czy żebrak?

Zabezpieczenie socjalne dla artystów

Ustawy o zabezpieczeniu socjalnym dla artystów jeszcze nie ma, ale już zdobyła niemałą sławę z powodu hejtu w sieci. Nawałnicę inwektyw wywołał szef Konfederacji Sławomir Mentzen, mówiąc: „Słuchajcie, artyści. Wielu z was wypowiada się publicznie, z nieukrywanym poczuciem wyższości, w sprawach, o których nie macie zielonego pojęcia. Do tego z pogardą traktujecie ciężko pracujących i finansujących was ludzi, którzy muszą na was płacić, nawet gdy zarabiają mniej od was. Nie macie do tego żadnych podstaw. Jeśli jesteś aktorem, to znaczy, że umiesz ładnie czytać napisany przez kogoś tekst, potrafisz udawać kogoś, kim nie jesteś, i pajacować na scenie tak, żeby publiczności się podobało. Nie jesteś w niczym lepszy od magazynierów, sprzedawców, kelnerów i rolników. Wiedzę o prawdziwym świecie masz nawet zwykle mniejszą niż oni. Ładnie czytasz z kartki i tyle”.

Kiedy indziej z ust polityka wyrwało się słowo „darmozjady”.

Kij został włożony w mrowisko, w środowisku artystycznym kto tylko mógł, wyraził oburzenie. Wysłuchanie publiczne w sejmowej Komisji Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu było kontynuacją dawania odporu słowom polityka, który akurat nie należy do osób często widzianych w teatrze,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Winny jestem losowi wdzięczność

Nagroda krytyków teatralnych dla Mirosława Baki

Marka artystyczna Mirosława Baki jest stała i podkreślana przy okazji niemal każdego nowego spektaklu teatralnego. Aktor prawie 40 lat udowadnia, że jego wymagający zawód może być najwyższej próby, a rzemiosło w tym zawodzie w jego wykonaniu to klasa sama w sobie.

Hamlet wiele wytrzyma

Dojście do takiego poziomu, jaki dzisiaj prezentuje Baka, to lata różnych doświadczeń, wyrzeczeń, upadków w sensie dosłownym i przenośnym, ale przede wszystkim wielu znaczących sukcesów. Od tych ostatnich mogło zawirować w głowie, ale nie zawirowało, choć artysta dość odważnie przyznaje, że bywa próżny. Wielką radość sprawił mu album wydany z okazji 50-lecia festiwalu w Cannes, gdzie jest jego zdjęcie z pokazywanego tam w maju 1988 r. słynnego „Krótkiego filmu o zabijaniu” w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego. Jednak owej okolicznościowej „próżności” nie zauważyłam na scenie. A mam to szczęście, że mogę obserwować od początku teatralne zmagania Mirosława Baki, a i filmowe i telewizyjne nie są mi obce.

Kiedy się spotkaliśmy? W Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, w pierwszym sezonie Mirka Baki w tym zespole, a więc był to rok 1988. Oczywiście nie od razu zauważyłam jego wielkie możliwości sceniczne. Szczupły (do dzisiaj), wysoki blondyn, o chłopięcej aparycji, skupiony i uśmiechający się z pewną nieśmiałością, nie brylował w zespole, w którym prym wiodły gwiazdy. Ale usłyszałam już wtedy tembr głosu, który łatwo było mi zapamiętać. Dusza radiowca jest we mnie do dzisiaj.

Kiedy polska sekcja Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT) działająca przy Stowarzyszeniu Dziennikarzy RP jednogłośnie, bez jakichkolwiek wątpliwości uznała – choć krytycy teatralni, jak wiadomo, miewają różne zdania – że Nagroda im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego za wybitne osiągnięcia aktorskie w dziedzinie sztuki teatralnej powinna trafić właśnie teraz do Mirosława Baki, z radością przyjęłam propozycję wygłoszenia laudacji. Było to uhonorowanie artystycznego dorobku niezapomnianego gdańskiego Hamleta, który zapewne jako jedyny artysta sceniczny doświadczył 200 ekstremalnych prób w ciągu dziewięciu miesięcy, nim w 1996 r. w Teatrze Wybrzeże doszło do premiery spektaklu w reżyserii Krzysztofa Nazara. Przygotowania okazały się prawdziwym sprawdzianem wytrzymałości fizycznej i artystycznej. Po kilku latach (2000) doszła jeszcze tytułowa rola w „Ryszardzie III”, również w reżyserii Nazara. Przedstawienie to określano jako „oddziałujące na wszystkie zmysły widzów”, choć nie dyskutowano o nim tak zażarcie jak o „Hamlecie”.

O tych dwóch realizacjach Mirek Baka napisał pracę magisterską (nieco spóźnioną, bo powstała ona 25 lat po zakończeniu studiów we wrocławskiej PWST), którą zadedykował reżyserowi.

Krótkie CV Bakersa

Mirosław Baka ma 62 lata. Urodził się w Ostrowcu Świętokrzyskim, a miasto dumne z dokonań byłego mieszkańca uczyniło go w ubiegłym roku honorowym obywatelem. Rodzinnie nie miał kontaktów teatralnych. Mama pracowała w kiosku, tata i dziadek w hucie, a on chętnie spędzał swój młodzieńczy czas z dziadkami i pradziadkami. W Ostrowcu pobierał pierwsze ważne nauki. Był aktywnym harcerzem, doszedł do stopnia podharcmistrza, ale również demonstrował indywidualność kontestatora i zdarzało mu się obrywać za brak pokory. Przywiązanie do własnych zasad i „bycia sobą” stanowiło jego kredo nie tylko w tamtych latach.

Przez jakiś czas trenował w Ostrowcu w drużynie piłki wodnej. Był także gorącym kibicem kobiecej drużyny siatkówki w swoim liceum. Pisał wiersze dla wybranych koleżanek… i doświadczał młodzieńczej fascynacji teatrem. W podstawówce recytował wiersze na apelach i w konkursach, w liceum rozśmieszał w szkolnym kabarecie. Po maturze do szkoły teatralnej w Warszawie (dzisiejszej Akademii Teatralnej) dostał się bez problemów, ale po pierwszym roku wyrzucił go rektor Andrzej Łapicki, ponoć za namową pani Mai Komorowskiej, bo uznali, że nie jest odpowiednim „materiałem” na aktora. Łapicki określił to po latach jako swój „błąd pedagogiczny”, a Baka uważał, też po latach, że ten zimny prysznic porażki był ważny. Zaczął więc naukę w różnych szkołach policealnych w Ostrowcu: m.in. elektrycznej, wychowania przedszkolnego, był też ratownikiem w pogotowiu. To doświadczenie uważa za nader cenne, bo na jednym dyżurze mogła się zdarzyć kondensacja wielu emocji, które są tak ważne w zawodowym doświadczeniu aktora.

Drugie podejście do aktorstwa to wydział zamiejscowy krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Tę uczelnię skończył bez problemu. Na pierwszym roku oficjalnie zadebiutował w filmie Mirosława Borka „Daleki dystans” (1985), na drugim zagrał w serialu „Ballada o Januszku”, a na trzecim

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Poraź talentem, zrób wrażenie i zniknij

Widzowie polubili moje serialowe bohaterki

Ewa Szykulska – jedna z najbardziej rozpoznawalnych aktorek kina i teatru

Rolą jednej z trzech dziewczyn – dziewczyny pracującej na poczcie – w „Dziewczynach do wzięcia” w reżyserii Janusza Kondratiuka pokazałaś, że nie pozwalasz zaszufladkować się do jednego typu ról.
– Wypłakałam i wykrzyczałam u Janusza tę rolę. Było mi o tyle łatwo, że byłam już wtedy kobietą Kondratiuka, a bardzo chciałam zagrać… Dziewczynę do wzięcia. I zagrałam. To  jedyna wyproszona rola na moim koncie. Warunkiem, że ją dostanę, była moja zgoda na zeszpecenie. Przez srebrne nakładki zniszczyłam sobie zęby, bo się porozsuwały, ale w tym zawodzie przecież zdarzają się gorsze rzeczy, np. 20 kg na plus do roli albo na minus. (…) Dzięki „Dziewczynom” nabrałam szacunku do ludzi, których w odniesieniu do sztuki nazywa się amatorami albo naturszczykami. Moi koledzy często powtarzali i powtarzają, że w naszym zawodzie trzeba być profesjonalnym. Cholera jasna, czy profesjonalnym się stajesz, bo pewne rzeczy tyle razy powtarzasz? A czy nie chodzi przede wszystkim o to, na ile mocno rozbłyskasz, grając, nieważne, czy jako amator, czy profesjonalista? Jeśli jest taka potrzeba, zawsze bronię amatorów przed profesjonalistami z tytułem magistra.

Chciałam być w „Dziewczynach” tak zwyczajnie przezroczysta jak moje koleżanki z planu – a potem też przyjaciółki w życiu – jak Ewa i Regina, czyli Ewa Pielach i Regina Regulska. Obserwowałam obie i wtulałam się w nie. Chciałam zagrać w tym filmie na pograniczu grania i niegrania. Tak, żeby widzowie nie wiedzieli, czy ja gram, czy ja jestem. Żeby wytworzyło się coś między jawą a snem. Może się udało? (…)

Na planie „Dziewczyn” zdarzały się nam różne przygody, śmieszne i mniej śmieszne, znaczące i ulotne. Podczas kręcenia sceny na schodach ruchomych na dworcu kolejowym w Warszawie jakiś no name, cham bez zębów złapał mnie za tyłek. Mnie – Księżniczkę, Królewnę Śnieżkę! Aktorkę! Byłam w brązowym, nędznym paltociku z tygrysim kołnierzykiem, nieumalowana, ale jakbym włożyła ładną sukienkę, to…

Ten facet nie widział w tobie gwiazdy, tylko dziewczynę do wzięcia…
– Nie obraziłam się. Po chwili spokorniałam. Dlaczego uważam, że jestem lepsza od innych? Bo mówię cudzym tekstem, kamera mnie „bierze” i zobaczą mnie na ekranie? Z tego powodu nie mam prawa myśleć, że jestem wybrańcem bogów. (…)

Na przełomie lat 70. i 80. stałaś się jeszcze bardziej rozpoznawalna dzięki rolom w niezwykle popularnych serialach telewizyjnych. Były to m.in. takie hity, jak: „07 zgłoś się”, „Rodzina Połanieckich”, „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Jan Serce”, „Ballada o Januszku”.
– W serialu „07 zgłoś się” zagrałam dwie postaci w dwóch odcinkach nakręconych przez dwóch reżyserów. Wolę siebie w roli młodej kurewki niż szantażowanej dyrektorowej. Odcinek z tą pierwszą moją bohaterką przypomniałam sobie niedawno. Praca na planie tego serialu była dla mnie w porządku, bo dało się odczuć, że między aktorami nie ma przeciwciał. Byłam w uroczym – na pewno dla mnie, nie wiem, jak dla innych – amoku grania. To strasznie ważne, żeby grać z ludźmi, których lubisz, a oni, mam nadzieję – ciebie. Żebyśmy się nie odpychali, niezależnie, czy gramy postacie, które się lubią, czy nie. Żeby nie było rodzaju wyższości między aktorami, bo jeśli jest, to się robi pusto i bez sensu. Musi stykać, musi kopać „prund”.

W „Karierze Nikodema Dyzmy” idealnie oddałaś osobowość ekscentrycznej hrabiny Lali Koniecpolskiej, Niemki, która wyszła za mąż za polskiego arystokratę, wielbicielki szybkiej jazdy samochodem i – jak to Lala mówiła łamaną polszczyzną – adoratorki „mezczyzn, które nie boją się ryzyka”. Dyzma był w jej typie. Dlatego pułkownik Wareda, grany przez Leonarda Pietraszaka, ostrzegł go podczas wyścigów konnych skupiających śmietankę przedwojennej Warszawy: „Uważaj, Nikodem. Lala Koniecpolska to prawdziwa wampirzyca”.
– Świetnie mi się grało z Romkiem. Jak to się mówi w aktorskim żargonie, maksymalnie skupieni na sobie „wyżeraliśmy” z siebie wzajemnie, czerpaliśmy z siebie, nie kalecząc się przy tym. Byliśmy dla siebie pożywką. Pasożytowaliśmy na sobie. Patrząc po latach np. na naszą scenę z samochodem, myślę, że dobrze ją zagrałam, uruchamiając strumień wewnętrznej energii, intuicyjnie. To jest rozkoszna sytuacja dla aktora, gdy wtula się w rolę, wtapia się w nią, i tak było wtedy z Lalą Koniecpolską. Przywłaszczyłam sobie od Romka najkrótszą lekcję aktorstwa. Pokrywa się ze wskazówkami Janiny Żejmo z planu „Człowieka z M-3”. W przypadku Romka sprowadza się do słów: „Przypierdol i odskocz”.

Co znaczy?
– Poraź talentem, zrób wrażenie i zniknij.

Żeby skorzystać z tej „najkrótszej lekcji aktorstwa”, trzeba ją było najpierw zrozumieć.
– Romek nie znosił niezdolnych kolegów. Nie obrażał ich, nie wytykał im błędów, tylko dawał im popalić w trakcie gry, zresztą mówiąc tekstem zapisanym w scenariuszu. Niuansami potrafił wywołać istną burzę z piorunami. Trup ożywał. Taki mało zdolny partner filmowy Romka czy partnerka nie wiedzieli, co stanie się za moment. Musieli mierzyć się ze swoimi rozchwianymi emocjami i pod presją często bardzo szybko uczyli się sztuki aktorskiej od Romka.

Dyzmę zagrał genialnie. Z pasją pochłaniał tę rolę. Niby grał lekko, ale to było coś niezwykłego. Był wielki jako Dyzma, bo nie bał się być mały. Cała ekipa miała radochę z gry. Przetańczyliśmy ten film. Graliśmy jak w szale. Być może nasza energia przeniknęła przez ekran. Każdy z aktorów chciał dobrze wypaść, ale nikt nikogo nie przeskakiwał, nie rywalizowaliśmy ze sobą w sposób chamski i nieetyczny.

Zapewne duża w tym zasługa reżysera Jana Rybkowskiego.
– Pan Jan… Pan Jan Rybkowski… Pan Tata Jan Rybkowski… ubóstwiał aktorów i opiekował się nami. Był dla nas czuły i cudowny. Związywał się z nami. Po skończonej pracy nad jednym filmem zapraszał nas, „swoich aktorów”, do kolejnego. Tak było np. ze mną. W „Karierze Nikodema Dyzmy” zagrałam po „Rodzinie Połanieckich” w jego reżyserii. Z Markiem Nowickim, operatorem i scenarzystą, tworzyli z panem Janem fantastyczny tandem.

Pamiętam, gdy w jakiejś knajpce we Włoszech nasz kochany reżyser tak perorował, tak nie mógł się nas nachwalić, że aż sztuczna szczęka wypadła mu na kamienną posadzkę. Nie wiedzieliśmy, co robić. Śmiać się? Podać reżyserowi szczękę? Rybkowski rozwiązał problem jakoś tak naturalnie. Jakby nic się nie stało. Ten pobyt we Włoszech był bardzo radosny. W Wenecji spontanicznie przyłączyła się do nas grupa amerykańskich studentów ze szkoły teatralnej. Razem wędrowaliśmy na kolacje (to dużo powiedziane) i tańce.

W Wenecji kręciliście sceny do…
– …„Rodziny Połanieckich”. Konkretnie na Placu Świętego Marka, a więc w najważniejszym punkcie miasta. Wydaje się nieprawdopodobne, że właśnie dla nas w takim miejscu udało się zatrzymać zawsze nieprzebraną falę turystów. Zwracaliśmy ich uwagę strojami z epoki. (…) Pamiętam też w Wenecji gondolę z niezwykłymi pasażerami. Gondolier płynął nią po Canal Grande. Razem z nim płynęły kobieta okryta żałobnym welonem i – najpewniej – jej córka, także ubrana na czarno, oraz trumna. To nie była scena z filmu

Fragmenty książki Entliczek mętliczek. Ewa Szykulska w rozmowie z Karoliną Prewęcką, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Granie potwora zostawia ślad

Po pewnym czasie odczuwasz skutki swojej pracy jak bóle fantomowe

Hejt za rolę, czyli gdy fikcja boli za bardzo

Tomasz Schuchardt stworzył przekonujący portret oprawcy, tyrana swojej partnerki. Jego kreacja, autentyczna i oparta na sile, jest jednym z najmocniejszych elementów filmu. I właśnie dlatego aktor stał się celem mimowolnych ataków niektórych widzów.

Tuż po premierze zaczęły się pojawiać reakcje ludzi, którzy nie potrafili oddzielić fikcyjnej postaci filmowej od aktora. Schuchardt został mimowolnie odpowiedzialny za ekranowego Grześka i emocje kierowane w jego stronę. W mediach i nawet w świecie rzeczywistym zaczęły się mnożyć komentarze pełne niechęci i złości. Sam aktor przyznał, że ktoś podszedł do niego i nazwał „przemocowcem”. Tymczasem ataki, jeśli już, powinny być kierowane wyłącznie do fikcyjnego bohatera. Ale to Schuchardt jest obrzucany błotem. Obrywa za postać, której miał nadać wiarygodność. Za postać, którą budował tak realistycznie, by widz uwierzył w jej brutalność. To, co miało być dowodem jego profesjonalizmu, obróciło się przeciwko niemu.

Aktor nie popełnił żadnego błędu. Zderzył się tylko z efektem ubocznym trudnej i intensywnej roli. Teraz, zamiast wyrazów uznania, słyszy komentarze pełne oskarżeń i ocen, które dotyczą nie jego, ale granej przez niego postaci.
Weronika Mikusek

Tomasz Schuchardt – (ur. w 1986 r.) absolwent PWST w Krakowie. W latach 2010-2014 występował w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Później był związany z Teatrem Ateneum w Warszawie. Kreacja w filmie „Chrzest” przyniosła mu nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę męską w Gdyni, a występ w „Jesteś Bogiem” – nagrodę za najlepszą drugoplanową rolę męską na tym samym festiwalu. Za rolę w „Doppelgängerze. Sobowtórze” otrzymał Orła i nagrodę w Gdyni. Razem z Agatą Turkot odebrał na Warszawskim Festiwalu Filmowym Specjalną Nagrodę Jury za główne role w „Domu dobrym” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego.

Grasz w filmach i w serialach, w mniejszych projektach i w głośnych tytułach, u debiutantów i u bardzo doświadczonych twórców. Według jakiego klucza dobierasz kolejne role?
– Klucze zmieniały się w ciągu lat. Na samym początku decydował fakt, że ktoś w ogóle chciał mnie zaangażować. Nie otrzymywałem wielu propozycji, więc brałem prawie wszystko, co przychodziło. Kierowałem się tym, że trzeba grać. Taka zasada powinna zresztą obowiązywać podczas nauki aktorstwa, ponieważ rozwój aktora polega głównie na praktyce. Trzeba występować wszędzie, gdzie się da, aby mieć jak najwięcej zawodowych spotkań. Dobrze jest współpracować z kilkoma reżyserami, z różnymi aktorami, wybierać odmienne teksty. Zdobywać szlify w telewizji, na deskach teatralnych, w kinie albo w serialach. Oczywiście w ramach możliwości i nie za wszelką cenę.

Twoje podejście musiało później się zmienić.
– Klucz wyboru zmienił się, gdy doszedłem do takiego punktu, w którym miałem więcej propozycji niż czasu. Wtedy zacząłem się uczyć trudnej sztuki selekcji. Najważniejszy stał się dla mnie scenariusz, czyli rozważenie, czy coś mnie zainteresuje w tekście, czy rola, którą mam przygotować, jakoś mnie rozwinie.

Drugim decydującym czynnikiem jest oczywiście spotkanie, czyli to, z kim będę grał i kto będzie mnie reżyserował. Jestem też zwolennikiem brania udziału w projektach niskobudżetowych. Jeżeli komuś można pomóc na początku drogi, którą przecież każdy z nas przechodził, to chętnie się angażuję.

Zgodziłbyś się z tezą, że granie czarnych charakterów jest bardziej atrakcyjne dla aktorów?
– Nie. Dużo wdzięczniej pracuje się nad portretem bohatera, który ma jakieś charakterystyczności. Chodzi o ciekawostki fizyczne, które kogoś wyróżniają, o inną specyfikę mówienia. Tworząc kino biograficzne, dowiadujemy się np., że ktoś się jąkał lub kulał na prawą nogę. Albo reżyser wymaga od nas, żebyśmy mówili z litewskim akcentem, jak znana postać historyczna. Atrakcyjne są także sytuacje, w których podejmujemy się wyzwań dodatkowych – uczymy się jeździć konno, strzelać z broni, grać na instrumencie.

Co więcej, gdy dobrze się wykona charakterystyczną rolę, jest ona bardziej zauważana przez widza. Moje doświadczenia jednak podpowiadają, że takie role częściej pojawiają się na drugim planie. Miałem przyjemność grać bohaterów pierwszoplanowych i tych charakterystycznych z drugiego planu – to rzeczywiście trochę inny rodzaj pracy. Szerzej myśli się o postaci pierwszoplanowej, gdzie indziej rozkłada się akcenty. Trzeba precyzyjnie rozrysować, jak przedstawić bohatera, do czego on dąży i gdzie nastąpią momenty jego załamania. Z kolei niektóre sceny należy wręcz zostawić postaciom drugoplanowym, aby tworzyły bogatsze tło dla całej historii. Nie każda sekwencja musi należeć do protagonisty. Występując na drugim planie, zwykle próbujesz w kilku momentach zawrzeć esencję bohatera. Ostatnio zagrałem w jednym filmie tylko trzy sceny. Wtedy musisz zaznaczyć swoją obecność na tyle, żeby nadać postaci ważność, a jednocześnie nie przysłonić niczego z drogi głównego bohatera.

Może czarne charaktery gra się łatwiej?
– Nie jest tajemnicą, że każdy z nas, aktorów, ma do czegoś łatwiejszy dostęp. Niektórzy mają naturalną predyspozycję do ról komediowych. Pojawiają się i nieważne, co zrobią, już będzie śmieszniej. Nikt nie powie, że bycie zabawnym okupili tytaniczną pracą. W moim przypadku jest podobnie z byciem groźnym. Mam specyficzną twarz i jestem świadom swojej urody. Wiem z różnych rozmów, że ludzie widzą we mnie cwaniaka albo osobę mocno przekonaną do swoich racji. Do takich postaci mam na pewno łatwiejszy dostęp.

Z rolą Grześka w „Domu dobrym” chyba tak prosto nie było.
– Rzeczywiście, mocno popracowałem sobie nad pewnymi rzeczami w moim bohaterze. Łatwość w graniu czarnych charakterów, o której wspomniałem, wystarczy na kilka scen, na epizod, w którym złoczyńca pojawia się z bronią albo grozi komuś spojrzeniem. My jednak rozmawiamy o bohaterze bardzo często obecnym na ekranie. Chociaż gram główną rolę męską, uważam, że jej funkcja jest służebna. Od początku wiedziałem, że to jest film Agaty Turkot, film o Gośce i innych kobietach, które doświadczyły przemocy domowej. Ja miałem stworzyć ścianę, o którą będą uderzać albo przez którą nie mogą się przebić. Postać Grześka reprezentuje jednak szerokie spektrum przemocy. Na początku filmu funkcję

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Przyjemne oswajanie czasu

Nie wierzę w pogoń za czymś, co i tak nam ucieknie

Danuta Stenka – w 1984 r. ukończyła Studium Aktorskie przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (na deskach którego debiutowała w 1982 r. w „Betlejem polskim”). Przez kolejne cztery lata (od 1984 r.) występowała na scenie Teatru Współczesnego w Szczecinie. W 1988 r. przeniosła się do Teatru Nowego w Poznaniu, gdzie zaczęła się jej długoletnia współpraca z Izabellą Cywińską, a także pierwsze role w Teatrze Telewizji. W 1991 r. została aktorką Teatru Dramatycznego w Warszawie, a od 2003 r. warszawskiego Teatru Narodowego. Występuje gościnnie w spektaklach u takich reżyserów jak Grzegorz Jarzyna (TR Warszawa) czy Krzysztof Warlikowski (Nowy Teatr). Laureatka wielu nagród aktorskich, przewodnicząca Rady Fundacji Legalna Kultura.

Czym jest spokój wobec upływu czasu? Czy to dar akceptacji, czy tylko iluzja, którą próbujemy sobie wmówić?
– Spokój… Czasem czuję, że jest we mnie od zawsze, jak cichy strumień płynący gdzieś pod powierzchnią. Innym razem muszę o niego walczyć, zagłuszać w sobie podszepty lęku. Ale spokój niewątpliwie pojawia się wtedy, gdy wiem, kim jestem, i nie szukam siebie w oczach innych.

A lęk przed przemijaniem? Czy naprawdę istnieje? (…)
– Nie wiem, czy to jest lęk przed przemijaniem samym w sobie, czy raczej przed świadomością, że nie zdążę tego wszystkiego przeżyć. A przecież nie da się mieć wszystkiego. Może to cała tajemnica, że wszystko, co nam się zdarza, jest dokładnie tym, co miało się zdarzyć.

Myślałam, że kiedy przemija uroda… Mówi się, że piękno może być przekleństwem, jeśli definiuje cię w oczach innych. A co, jeśli nagle zaczyna blaknąć? (…)
– Jeśli ktoś całe życie słyszy, że jest piękny, może mu się wydawać, że to jego jedyna wartość. A potem patrzy w lustro i widzi, jak czas powoli zabiera mu to, czym był dla świata. Ale to nie jest moje doświadczenie. Nigdy nie żyłam świadomością własnej urody. Byłam szczupłą dziewczynką, a z dojrzewaniem, kiedy zaczęło kształtować się moje myślenie o sobie jako kobiecie, przyszła nieproszona przemiana – ciało stało się pełne, biust zbyt duży na ówczesne standardy. Chowałam się w za duże swetry i koszule. Potem przez lata szczuplałam i zaczęło się pojawiać coraz więcej przychylnych komentarzy na temat mojej urody, ale już nie zdołały zmienić mojego postrzegania siebie.

Kiedy więc człowiek staje się wolny od tych wszystkich zewnętrznych ocen?
– Może wtedy, kiedy przestaje się przeglądać w oczach świata? Mój zawód raczej temu nie sprzyja. W teatrze przez lata widziałam siebie jako aktorkę charakterystyczną. Byłam nabitą, pulchną babką, nie wchodziłam w role zjawiskowych kobiet, bo po prostu nie spełniałam warunków, nie kwalifikowałam się. I wtedy Izabella Cywińska, przyjmując mnie do swojego teatru, powiedziała: „Nawet mam dla ciebie rolę! Zagrasz piękną kobietę w »Świętoszku«”. Nogi się pode mną ugięły. Poprzeczka została zawieszona poza moim zasięgiem. Mogłam pracować nad rolą, stworzyć postać, ale nie mogłam przecież fizycznie stać się kimś, kim nie byłam. I przez lata czułam ten rozdźwięk – między tym, jak mnie widziano, a tym, jak sama siebie postrzegałam. Kamera wprowadziła nową perspektywę – surowszą, bardziej obnażającą. Teatr, który nie operuje zbliżeniami, jest łaskawszy. A kamera? Kamera widzi cię, ogląda jak pod lupą. Tymczasem nadszedł czas, kiedy powłoka cielesna zaczyna marnieć, urody, jakakolwiek by była, zaczyna ubywać. I wiesz, co to we mnie zmieniło? Nic.

Zatem lęk przed upływem czasu nie polega na tym, że coś tracimy, ale na tym, że nie umiemy dostrzec, co zostaje?
– Pewnie na jednym i na drugim. Nawet jeśli nie traktowałam urody jako kapitału i wiem, że czas nie może mnie okraść z czegoś, czego nie posiadam, to przecież on i tak mi coś odbierze, choćby sprawność fizyczną.

Czyli klucz tkwi nie w zatrzymaniu czasu, ale w zgodzie na to, co przychodzi?
– On i tak wygrywa, więc może zamiast z nim walczyć, lepiej nauczyć się tańczyć w jego rytmie.

Jak to jest patrzeć w lustro i widzieć, jak czas zostawia na twarzy swoje ślady? Czy pierwsze oznaki starzenia są bardziej szokiem, czy może czymś, czego się spodziewałaś?
– Zaskoczyła mnie moja reakcja. Nie było szoku. Pojawiło się coś, czego się właśnie nie spodziewałam – jakaś czułość, ciepła pobłażliwość. Po prostu spojrzałam w lustro, uśmiechnęłam się i pomyślałam: „Ooo, a więc zaczęło się”. Nie wiem, skąd we mnie ten spokój. Może to prezent od losu? Może sama na niego zapracowałam, nieświadomie? Wiem jedno

Fragmenty rozmowy z książki Beaty Biały Kobiece gadanie, Rebis, Poznań 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Blondyn XX wieku

Najbardziej podziwiany amant filmowy stał się patronem kina awangardowego

Robert Redford 1936-1925

Urodził się z sinicą i przez pierwsze dni nie było pewne, czy przeżyje. Za to już jako kilkulatek był najbardziej wygadanym i ruchliwym dzieciakiem w okolicy. Kiedy podrósł, praktykował z całą rodziną cotygodniowy rytuał: chodzenie do kina, ale także do biblioteki. „Jelonka Bambi” obejrzał przeszło 20 razy. Nie umiał jeszcze porządnie czytać, ale już sylabizował „Odyseję”. Jego świat stanął na głowie, kiedy dowiedział się, że uwielbianego stryja w ostatnim roku wojny zastrzelił hitlerowski snajper. Po raz pierwszy zetknął się ze śmiercią. To był przebłysk „powagi życia”, zwłaszcza że jako 10-latek zachorował na polio. Ale szybko się z tego otrząsnął.

Rodzaj ekranowego piękna

Jako urodzony przystojniak zaczął mieć coraz większe powodzenie u dziewcząt, co bardzo mu się podobało. Po latach hollywoodzkie pisemka notowały, że gdy do wytwórni wchodził Robert, żeński personel wpadał w ekscytację. Tymczasem zaczął liderować bandzie podobnych sobie łobuzów. Wstawali przed świtem, pożyczali sobie piwo od sąsiadów, kąpali się w ich basenach i buszowali po okolicy, ukrywając się przed patrolami policji. Raz nie zdążył uciec, został zatrzymany.

Wkrótce przestał chodzić do szkoły, zamiast tego zajął się surfingiem. Próbował marihuany i haszyszu. Woził się podrasowanymi autami. Kiedy trafił na koncert młodego Elvisa, który śpiewał jeszcze jako support przed znaczniejszym wykonawcą, zrozumiał, że i on, z niebogatej rodziny, ma szansę. „Pomyślałem wtedy: no proszę, chłopak znikąd, z jakiejś zapadłej dziury, a potrafił dokonać czegoś takiego!”.

Ciągle go nosiło. Zamiast postarać się o miejsce na którejś z rodzimych uczelni, pojechał do Paryża i zaczął studiować malarstwo. W wolnych chwilach przyłączał się do demonstracji przeciwko inwazji Związku Radzieckiego na Węgry. Wreszcie wrócił do Stanów i z głupia frant zaczął studiować w American Academy of Dramatic Arts na Manhattanie aktorstwo. Wybrał je, licząc na to, że podczas objazdów teatralnych po kraju będzie miał okazję malować różne okolice Stanów Zjednoczonych. Na tym zależało mu naprawdę. Uważano go za talent z dużymi możliwościami, choć nauczyciele aktorstwa wytykali mu złą dykcję, problemy z emisją głosu, to, że jego kwestie rozumieją tylko trzy pierwsze rzędy. Kolejne role teatralne ćwiczył na wszelki wypadek poza akademią, w Central Parku, na ulicach, w samochodzie. No i grywał w klasykach: w „Antygonie” Sofoklesa czy w „Mewie” Czechowa.

Aktorstwo, jakiego wymagano od niego, wydawało mu się ogromnie skostniałe, więc zapisał się do Actors Studio Lee Strasberga, w którym kształcili się już Paul Newman, James Dean czy Geraldine Page. Zaczęły się występy w serialach – nawet w jednym kolorowym. Producentom przeszkadzała jednak zbyt ostentacyjna uroda Roberta. Brał każdą propozycję, bo telewizja dawała jakieś pieniądze, a w teatrze klepało się biedę.

Przyszła pora na przymiarki filmowe. W kinie mocniej zaznaczył się wówczas w filmie „Obława” Arthura Penna (1966), gdzie zagrał z młodszą o rok Jane Fondą. Tymczasem Ameryka była zaniepokojona kryzysem rakietowym, przerażona zabójstwem Kennedy’ego i wojną wietnamską. Zastrzelony został pastor Martin Luther King. Redford wyczuwał nowy rytm czasu: słuchał „Sierżanta Pieprza” Beatlesów, zapuścił włosy i próbował grzybków halucynogennych. A w przygotowaniach był już western „Butch Cassidy i Sundance Kid”. Jedną z ról miał grać ówczesny król ekranu Paul Newman. Do roli Sundance’a przeznaczono Redforda.

Na planie zaiskrzyło między nimi od razu. Redford wspominał: „Nikt z nas nie miał poczucia, że robimy najważniejszy western końca lat 60., a mimo to powstało coś przełomowego”. Teraz już o tego aktora, który bardzo się podobał zwłaszcza damskiej widowni, zaczęły się toczyć przetargi. Pisano, że to „jeden z największych skarbów kina, jak Clark Gable. Ten rodzaj ekranowego piękna powinni badać uczeni, bo rzecz jest w proporcjach i milimetrach, tak jak w uśmiechu Mony Lizy”.

Na fali tarć politycznych zwróciła jego uwagę historia o kandydacie na gubernatora Kalifornii, manipulowanym przez całe otoczenie, spin doktorów i media. Kończyła się rewolucja hipisowska i film „Kandydat” opowiadał o buntowniku, który kiedyś tam spalił amerykańską flagę, potem wkładał kwiaty w lufy karabinów, a wreszcie zajął się na serio polityką. Zamierzał zmienić układ, ale w finale okazało się to układ połknął jego.

Patron filmowców

Równolegle toczyła się inna historia. W 1961 r. Robert Redford i jego żona Lola kupili w stanie Utah hektar ziemi i wybudowali dom. Kiedy pieniędzy za wielkie filmowe role było więcej, dokupili jeszcze kilka tysięcy hektarów i nazwali to miejsce Sundance, dla upamiętnienia postaci, którą Robert zagrał w słynnym westernie.

Dwie dekady później, w 1980 r., Redford założył tu ośrodek promujący młodych filmowców. To miała być przeciwwaga dla Hollywood z jego wielkimi komercyjnymi kobyłami. Pracowano od podstaw: uczono się pisać scenariusze, kadrować, robić zdjęcia próbne i przygotowywać dystrybucję ukończonego filmu. W pierwszym roku działalności wystartowało tu 17 amatorów, którzy w trakcie burzliwych dyskusji uczyli się sztuki kręcenia filmu od zera. Do podziału mieli budżet wynoszący zaledwie kilka tysięcy dolarów. Kiedy jednak zjawili się sponsorzy, instytucja się rozrosła i można było mówić o alternatywnym ośrodku filmowym. Sam Redford zaś stał się światowym patronem kina niezależnego.

Na Sundance zarabiał jego ośrodek narciarski, restauracja, a z czasem firmowana przez niego linia odzieży w stylu Dzikiego Zachodu. Przełom nastąpił w 1989 r., kiedy z Sundance wyszedł film „Seks, kłamstwa i kasety wideo” Stevena Soderbergha. To zwróciło na całym świecie uwagę na Sundance

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Niewypowiedziane pół świata

Żyję życiem moich bohaterek. Na wojnie jestem od pięciu lat i nic mnie już nie dziwi

Agnieszka Przepiórska – aktorka filmowa i teatralna. Obecnie w Teatrze Słowackiego w Krakowie; w latach 2006-2008 występowała w Teatrze Szaniawskiego w Wałbrzychu. Współpracowała m.in. z warszawskimi teatrami: IMKA, WARSawy, Powszechnym, Polonia, Żydowskim, a także z kabaretem Pożar w Burdelu.

„Nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie”, pisał Horacy. Carpe diem, chwytaj dzień. Idziesz jego śladami?
– Mówisz pewnie o Festiwalu Sztuki Carpe Diem. Otóż byłam kiedyś w Czarnolesie ze spektaklem „Simona”. Zobaczyłam wtedy ogromny, wielohektarowy park, ze starodrzewem, z amfiteatrem, i pomyślałam, że to doskonałe miejsce, aby stworzyć tam festiwal. Muzeum kieruje Ireneusz Domański, bardzo otwarty, uważny gospodarz. Podchwycił ten pomysł z entuzjazmem i dołożył do niego swoją inwencję oraz głęboką znajomość regionu i historii. Dzięki temu pomysł zyskał nowe życie – i tak właśnie narodził się ten festiwal w cieniu czarnoleskiej lipy.

Lipa nadal rośnie?
– Tam jest dużo pięknych i starych lip, drzew naprawdę sędziwych. Panuje niezwykły klimat – to jakaś enklawa w środku niczego. Dojazd jest bardzo trudny, dlatego ludzie pytają, jak dojechać, ale zainteresowani znajdują drogę – w tym roku na festiwalu było 1,5 tys. osób.

W Czarnolesie zachęcasz do życia czasem teraźniejszym, z kolei w swoich monodramach próbujesz się uporać z przeszłością.
– Festiwal jest czymś odrębnym, innym od tego, czym się zajmuję na co dzień. Jest dla mnie rodzajem ulgi. Potrzebuję tego, żeby zyskać uważność na każdego widza, każdego gościa, żeby zająć się innymi, a nie sobą i moimi bohaterkami. To ja chwytam się tego dnia w niezwykłej przestrzeni Czarnolasu.

Mówisz o duchu miejsca – do takich miejsc lgniesz. Grałaś Simonę w puszczy, Ginczankę na Mikołajewskiej w Krakowie, przedstawiałaś historię ocalonej Ireny K. w szkole im. Kołłątaja na warszawskiej Ochocie. Czy spektakle w takich miejscach naznaczonych gra się inaczej?
– Towarzyszy temu uczucie podłączenia się pod energię takiego miejsca. Jadwiga Stańczakowa, bohaterka mojego ostatniego spektaklu, mówiła, że każda rzecz ma swoją pamięć. Mam wrażenie, że te miejsca zachowały taką szczególną pamięć. Granie w nich uaktywnia tę energię, mogę czerpać z tego źródła. To dla mnie bardzo mocne granie, czasem niezwykle trudne. Także dla widza, bo nie ma wówczas bezpiecznego układu: widz-aktor, światło-scena-widownia. Wszystko ulega wymieszaniu, scena i życie przenikają się.

Kto wie, może poezja pomaga się w tym odnaleźć. Zauważyłem, że w ostatnich latach bohaterkami twojego teatru biograficznego są poetki: Ginczanka, Sadowska, Stańczakowa, a po drodze zagrałaś jeszcze kameralny spektakl o Szymborskiej. Przypadek czy wybór?
– To bardzo dziwne. W poezję wciągnęła mnie Ania Gryszkówna, która czuje poezję, umie ją wypowiadać. Kończyłam szkołę aktorską w Petersburgu i w ogóle nie miałam do czynienia z polską poezją poza liceum, gdzie poezja była traktowana po macoszemu, na maturze nikt nie wybierał wiersza do analizy. Powoli otwierał się przede mną świat słów, metafor, myśli zawartych w wersach. I może też pod wpływem przytłaczającej codzienności poezja stała się dla mnie nowo odkrytą przestrzenią, przynoszącą rodzaj ulgi. Tak to się stało i rzeczywiście zaczęłam robić spektakle o poetkach, co już się układa w jakiś cykl. Nawet mam już nazwę: „Nieobecne obecne”.

Najbardziej zaskakująca w tym gronie jest obecność Jadwigi Stańczakowej, uważanej za „panią od Mirona Białoszewskiego”. Tymczasem ty ją przywracasz jako poetkę.
– Przełamała to wcześniej wspaniałą biografią Stańczakowej Justyna Sobolewska.

Prywatnie wnuczka poetki.
– Kiedy przeczytałam jej książkę, od razu pomyślałam, że to moja bohaterka, spełnia wszystkie wymogi: jest na drugim planie, fokus jest na niego, a nie na nią, okazuje też niesamowitą dzielność i determinację. Poczułam, że to jest historia warta opowiedzenia.

A w jaki sposób bohaterki twoich monodramów do ciebie przychodzą, skąd one się biorą? Czy szukasz ich nerwowo, polujesz na nie?
– Nie ma reguły, jak to się rodzi. Na pewno nie jest tak, że czytam biografie w poszukiwaniu bohaterki. Nic z tych rzeczy. Zwykle to one już są tutaj i dobijają się do mnie. Czasem zdarza się taka sytuacja, że gram jakiś spektakl, a już pojawia się myśl o innej bohaterce. To nie są czary-mary, ale pewien proces. Jak się gra spektakle, podczas których następuje zatrata emocjonalna, to wchodzi się w jakiś podziemny prąd, który nie towarzyszy nam na co dzień. To są szczególne energie i moce w tych zaklętych słowach, coś innego niż potoczna rzeczywistość. Dużo się otwiera takich skojarzeń podczas grania spektakli. Miałam taką sytuację, kiedy grałam Irenkę w „Ocalonych”, a już poczułam, że obok stoi i tupie nogą Pola Nireńska. Te bohaterki do mnie przychodzą, z jakiegoś powodu mnie wybierają i męczą od rana do nocy. Intuicyjnie mi się pojawiają. W przypadku Jadwigi Stańczakowej przeczytałam biografię, Ginczankę zaproponował mi Piotr Rowicki…

…ale jak zawsze weszłaś w postać z impetem.
– Tak było i jest. Niedawno grałam po przerwie „Ginczankę” i przypomniała się w tym spektaklu z taką siłą, że aż nie mogłam nad nią zapanować. Widocznie była zniecierpliwiona, że tak dawno nie była na scenie, i rozszarpała mnie na kawałki. Widownię też.

Tak więc rozmaicie bywa z tymi inspiracjami – przeczytam jakąś książkę albo artykuł, jak wywiad Cezarego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Żegnaj, smutku

Wypieramy melancholię, która jest naturalną odpowiedzią na szaleństwa świata

Robert Gonera – aktor filmowy, telewizyjny i teatralny. Serca widzów podbił kreacją w dramacie psychologicznym „Dług”

Byłeś radosnym dzieckiem czy smutnym?
– Mama mówi, że byłem wesołym chłopcem. A zdjęcia z dzieciństwa to potwierdzają. Jedno z moich ulubionych – siedzę na koniu i uśmiecham się szeroko. To moje pierwsze zwycięstwo, udało mi się utrzymać w siodle. Byłem dzieckiem, które sobie radziło. Miałem dużo wdzięku, którym często załatwiałem sprawy. Nadużywałem tego wdzięku, ale to działało. Pamiętam też moment smutny. Znaleźliśmy z kuzynką martwego ptaka i postanowiliśmy zrobić mu pogrzeb. Ale to był smutek rytualny, więc się nie liczy (śmiech). Później przyszedł smutek z pogrzebu prababci. Czy był bardzo głęboki, wynikający z poczucia straty? Kochałem prababcię, ale myślę, że udzielił mi się smutek innych żałobników. Patrzyłem na ich reakcje i czułem ten ciężar. Pierwszy większy smutek ogarnął mnie, kiedy moja licealna miłość wyjechała do Stanów.

Czy ten był prawdziwy?
– Był osnuty poezją, którą wtedy czytałem. Melancholia była figurą w moim życiu, pozą wrażliwca reagującego na różne sprawy. Prawdziwy smutek przyszedł dopiero w bardzo dojrzałym wieku, kiedy zmarł mój ojciec. To była w ogóle kumulacja trudnych doświadczeń. Odszedł tata, rozpadł się mój związek, a jeszcze media mi dokładały. Nastąpił klasyczny efekt śniegowej kuli, która na swojej drodze zmiata wszystko. Wypłakałem morze łez, bo straciłem wszystko – dom, rodzinę, pracę, reputację. To sprawiło, że przez kilka lat byłem naprawdę smutny. Oczywiście pracowałem, spotykałem się z przyjaciółmi, skończyłem studia u Wajdy, normalnie żyłem, ale odczuwałem świat jako smutny. Byłem człowiekiem smutnym i bezradnym, bo smutek często wynika z bezradności wobec tego, co niesie los. Czasami potrzeba lat, aby to zrozumieć, zaakceptować i wydobyć się z tego stanu. U mnie też trwało to kilka lat.

Miałeś momenty, kiedy wątpiłeś, że w ogóle kiedyś wzejdzie słońce? Co wtedy myślałeś?
– Niewiele się myśli, smucąc się. Bo smutek jest bezradnością wobec wydarzeń zewnętrznych. Nie wiemy, w którą pójść stronę, gdzie szukać przed nim ratunku. To było pięć długich lat wspinaczki po stabilizację. Myślę, że człowiek musi wynurzać się tyle, ile się zanurzał.

Co wtedy pomaga?
– Przyjaciele, którzy się odsiewają, bo większość dokonuje ostracyzmu. Osoby smutne czy zawieszone w jakiejś melancholii nie są przedmiotem zainteresowania tych, którzy idą aktywnie przez życie. Nie pasują do obrazka świata. Wydawało mi się, że zostałem odrzucony. Więc ten smutek pogłębia się coraz bardziej, z każdą utraconą duszyczką, z każdym utraconym przyjacielem. Na szczęście to tylko wymiana. Bo nagle się okazuje, że niektórzy ludzie chcą być przy nas w trudnym czasie. Mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. To prawda, wtedy następuje selekcja i łatwo się przekonać, kto jest przyjacielem, a kto nim nie jest. Kto mimo wszystko zadzwoni, wyciągnie cię na kawę. Do dzisiaj mam takich przyjaciół i nasze „rytuałki”. Bardzo niewielu – kilku w Warszawie, kilku we Wrocławiu i dwie, trzy osoby w Berlinie, gdzie pracuję. I wszyscy sprawdzili się w najgorszym dla mnie czasie. Przyjacielem okazała się również moja agentka, która była ze mną na każdym etapie tej trudnej drogi. Duże wsparcie dostałem też od moich widzów, za co jestem im wdzięczny.

Terapia pomogła zmienić perspektywę?
– Poszedłem na terapię, żeby ratować rodzinę, a nagle uświadomiłem sobie, że muszę ratować przede wszystkim siebie. Wspaniała terapeutka nauczyła mnie dbać o mój dobrostan. Bezbłędnie wskazała źródło problemu, które było oczywiście bardzo blisko. Terapia uświadomiła mi, że coś w tej mierze mam do zrobienia. Pozwoliła dotrzeć do źródeł lęku, które były przyczyną moich kłopotów. Ale terapia nie załatwi wszystkiego. Prawdziwa terapia zaczyna się między spotkaniami u terapeuty.

Jak dziś sobie radzisz, gdy nie chce ci się rano wstać, bo czujesz smutek? Przecież każdy tak czasem ma.
– Teraz mam taki rytuał, że od razu staram się ten smutek odsunąć. Patrzę, co niesie nowy dzień, cieszę się, że jestem zdrowy, że mogę działać. To wynika z mojej obecnej dojrzałości i doświadczeń. Akceptuję siebie i otoczenie takim, jakie jest. Staram się nie oglądać na smutki, tylko afirmować dobrostan.

Mówisz sobie, że nic nie trwa wiecznie, nawet smutek?
– Tak, ale kiedy jesteś w głębokim smutku, trudno jest to sobie przetłumaczyć. Dotarcie do osoby pogrążonej w głębokim smutku jest trudne. Depresja jest dzisiaj nadużywanym słowem, ale to prawda, że smutni ludzie często czują się wykluczeni z tej nieustającej reklamy życia. Smutny człowiek jest natychmiast podejrzewany o depresję, co prowadzi do ostracyzmu. Rzadko zdarza się, że ktoś podejdzie i zapyta: „Co się dzieje?”. Ludzie smutni są często pozostawieni sami sobie, skazani na pomoc psychologiczną, co jest dobre, ale zdrowy smutek jest

Rozmowa z książki Beaty Biały Męskie gadanie, Rebis, Poznań 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.