Tag "babcie"
Moja Kitteloma
Katharina nie miała „dziadka z Wehrmachtu”, ale miała śląską babcię z Sandowitz, która nie zdążyła zaznać miłości
– Mój dziadek nie był z Wehrmachtu, a ten, który mógł zostać moim dziadkiem, zginął w 1942 r. pod Moskwą. Służył w Waffen SS, nie został nigdy ojcem – mówi Katharina Rogula, Katja, Kasia. Od 1981 r. żyje w Niemczech. Nauczycielka, ceniona pedagożka, wieloletnia dyrektorka szkół w Bochum pochodzi ze śląskiej rodziny. Byli w niej i powstańcy, i intelektualiści, np. rzeczniczka śląskiego głosu, dziennikarka, senatorka wielu kadencji Maria Pańczyk-Poździej, ciocia Kasi. Byli też w tej rodzinie tacy, którym bliżej było do III Rzeszy. Podziały nienadzwyczajne na Śląsku.
Będzie o śląskiej babci, Agnes, Agnieszce, primo voto Wiora z domu Zientek z Sandowitz, Żędowic, Żandowic, jak pisała w swoim zeszycie do języka polskiego ok. 1930 r. Wyszła za mąż z wielkiej miłości w maju 1938 r. Miała 25 lat, kiedy cztery lata po ślubie została wdową. Większą część ich małżeństwa ukochany Vinzent spędził w wojsku i na wojnie. Pisali do siebie listy pełne miłości. Młoda dziewczyna tęskniła. Pragnęła. Nie zdążyła się nacieszyć bliskością, ciepłem i dotykiem Vinzenta.
– Pewnie nikt jej nie pocieszył, nie przytulił, nikt nie dodał otuchy. Moja babcia pięć lat była sama, zanim poznała Pawła Pańczyka, ojca mojej mamy. Miał dwie nastoletnie dziewczynki i chłopca, ich mama zmarła na tyfus. Takie były czasy, musieli sobie jakoś dać radę. Nikt nie pytał o uczucia i czy tego chcą, chcieli przeżyć, może coś nowego zbudować, próbowali zrobić ze swojej sytuacji to, co najlepsze – zastanawia się dojrzała kobieta, wnuczka.
Dopiero teraz ma czas na rozważania o babci. Ma po niej pamiątki: różaniec, zeszyt z kaligrafowanym pismem (na świadectwie ukończenia polskiej szkoły mniejszościowej z polskiego miała dobry, z niemieckiego dostateczny). Wnuczka pamięta z rozmów rodzinnych, że babcia jako młoda mężatka prowadziła przez jakiś czas w szkole mniejszościowej lekcje z języka polskiego i jeździła z kursantami na wycieczki, m.in. do Zakopanego. Agnieszka Zientek zapisywała w zeszycie piękne wiersze Konopnickiej, Mickiewicza i polskie modlitwy. Jest niemieckie świadectwo pierwszej komunii. No i te listy zakochanych. Są też dokumenty z symbolami III Rzeszy, bo Vinzent Wiora zginął za „Grossdeutschland”. Pozostał dokument z opisem, jak zginął, wyliczenia wypłaty dla wdowy, list od jego przyjaciela, świadka jego śmierci. I zdjęcia.
Ostatni list Agnes do Vinzenta, po niemiecku, jest obsypany brokatem, ozdobiony rysunkami kwiatów, wszystko własnoręcznie: „Sandowitz, 19 kwietnia 1942 roku. Mój najdroższy Vinzencie, po tygodniu milczenia, ponieważ nie miałam wcześniej możności, chcę napisać Ci kilka linijek z głębi serca. (…) Pola i łąki powoli się zielenią, a drzewa owocowe puszczają pąki. Wszystko budzi się do nowego życia. Dni mijają tak szybko, że z utęsknieniem i niepokojem w sercu czekam na dzień, w którym znów się zobaczymy, szczęśliwi i zdrowi. Drogi Vincencie, kiedy znów przyjedziesz na wakacje? (…) Czekam na Ciebie tak długo, a jednak nasze życzenie pozostaje niespełnione. Wkrótce kwiecień się skończy, potem nadejdzie piękny maj. Od trzech tygodni nadal nie otrzymałam od Ciebie żadnej korespondencji. Dlaczego do mnie nie piszesz? Jesteś na mnie zły? Proszę, napisz do mnie; pozostaje mi tylko czekać, czekać i myśleć”.
Nie wiedziała, że od ponad dwóch tygodni jest wdową.
Za płócienną szarą okładką zwróconego Agnes dokumentu „Wehrpass” Waffen SS, należącego do Vinzenta, do dziś znajduje się fragment papieru listowego z niemal dziecięcym, najszczerszym wyznaniem miłości, także w brokacie: „Gdybym była ptaszęciem, pofrunęłabym do ciebie”.
O kobiecej przyjaźni, o poczuciu gorszości
30-letnia Agnieszka – o Agnes musiała zapomnieć w powojennych, polskich już realiach – wyszła za mąż w 1947 r., przejęła, jak mówi Kasia, trójkę obcych dzieci i wychowała je. Miała z drugim mężem córkę Małgorzatę, mamę Kasi.
– Nie bardzo im się układało i nie wyszło najlepiej. Paweł Pańczyk zmarł przy stole, jedząc zupę. Moja mama miała 12 lat – zamyśla się Katarzyna.
Agnieszka opiekowała się dziećmi innej kobiety tak jak swoją córeczką, Małgosią. Finansowo wdowie z dziećmi w maleńkich Fosowskich, gdzie mieszkała, było bardzo ciężko. Zawsze nosiła fartuszki, żeby oszczędzać odzież, stąd wnuczka nazywa ją w myślach „Kitteloma”, fartuszkowa babcia. Pracowała w Zakładach Chemicznych Nitro w Krupskim Młynie. Prócz wiary w Boga, mocnej podstawy jej życia, codziennego znaku krzyża i modlitwy,







