Tag "dziennikarstwo"
Fałszywe jubileusze „Gazety Olsztyńskiej”
Dziennik stracił tylu czytelników, że nie ujawnia wyników sprzedaży
Prawdą jest to, że pierwszy numer polskiej, katolickiej „Gazety Olsztyńskiej” ukazał się 16 kwietnia 1886 r., 140 lat temu. Jego twórcami byli światli chłopi warmińscy, w tym Andrzej Samulowski, poeta i księgarz z Gietrzwałdu, w którego domu to pismo się rodziło. Dokładnie naprzeciw kościoła i klonu, na którym dziewięć lat wcześniej miała się ukazać Matka Boska i przemówić do dwóch miejscowych dziewczynek po polsku. Wobec akcji germanizacyjnej na Warmii objawienie to miało szczególne znaczenie, bo umacniało ducha polskości w Prusach Wschodnich. Tak samo jak wydawanie „Gazety Olsztyńskiej”.
Pierwszym redaktorem był Jan Liszewski, a potem redagowanie pisma przejęła rodzina Pieniężnych, wywodząca się z Wielkopolski. Po wybuchu II wojny światowej hitlerowcy skonfiskowali świeży numer, zburzyli redakcję w centrum Olsztyna, a Seweryna Pieniężnego juniora zamordowali w obozie Hohenbruch koło Königsbergu/Królewca.
Czas partyjnego dziennika
Po wojnie „Gazeta” w poprzedniej formule nie miała miejsca w Polsce. Dopiero w szczycie stalinizmu, w 1951 r., zaczął się ukazywać dziennik PZPR „Głos Olsztyński” i z Pieniężnymi nie miał nic wspólnego (choć Wanda Pieniężna, wdowa po ostatnim redaktorze, była z ramienia Znaku posłanką na Sejm PRL w latach 1957-1961, o czym mało kto pamięta). Jednak niecałe dwie dekady później, w kwietniu 1970 r., redakcja wróciła do przedwojennego tytułu, nawiązując do zasług walczącej o polskość „Gazety Olsztyńskiej”, ale zachowując pod winietą hasło: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!”. Ta zmiana nie wzbudziła sprzeciwów do czasu obchodów 100-lecia „GO” w 1986 r.
Sam jubileusz założenia pisma Pieniężnych może przeszedłby bez zgrzytów, zwłaszcza że dzięki inicjatywie Towarzystwa Przyjaciół „Gazety Olsztyńskiej” zbudowano nową szkołę w pobliskich Dywitach, w przededniu jubileuszu zorganizowano wielką wystawę w Muzeum Warmii i Mazur,
Nieczułe miejsca straceń
Kiedyś to było. Była np. „Gazeta” kupowana każdego dnia dla higieny umysłu, od niej dzień się zaczynał, bez „Gazety” i kawy myśli miałem nieostre, dopóki sobie nie pobrudziłem palców farbą drukarską przy porannej lekturze, nie zasiadałem do roboty umysłowej. Była „Gazeta” towarzyszką wierną przez jakieś ćwierć wieku, jej dodatki cieszyły oko i syciły mózg, nawet się do niej pisywało okazjonalnie, potem pisało się regularnie przez
10 lat o sporcie, aż w końcu zaczęło się czytać rzadziej i pisać się przestało, bo „Gazeta” chudła od masowych zwolnień, traciła na jakości, aż w końcu zostało się z magazynem weekendowym, kupowanym z niejaką jeszcze nadzieją na intelektualną zwartość, a nadto z zabawnego powodu oszukania czasu, bo w moim regionie sobotnie wydanie było dostępne już w piątki.
Ostatnio zostało się już właściwie tylko z „Książkami”, krytyczno-literackim dwumiesięcznikiem najwyższej próby, od początku redagowanym przez znajomych i cenionych dziennikarzy, z jednym w dodatku pogrywało się na orlikach w gałę.
I oto doszły mnie wieści hiobowe – Łukasz Grzymisławski i Juliusz Kurkiewicz ofiarami kolejnej fali masowych zwolnień. Kiedy słyszę o masowych zwolnieniach, to jakbym słyszał o zbiorowych egzekucjach, nie umiem odgonić tej myśli: „W ramach rozstrzelań grupowych w Agorze stracono 115 osób, w tym 56 w spółce Wyborcza”. To tam ktoś jeszcze w ogóle został? Czy tylko ej-aje i studenci stażyści, co to będą pisać za samo ubezpieczenie i prestiż?
Zawsze się w takich chwilach utwierdzam w słuszności obranej drogi zawodowej, bo choć od statusu bezdomnego dzieli mnie jeden kaprys losu, a do końca miesiąca prawie nigdy nie dociągam bez pożyczki, żaden biznesmenel nie może mnie zwolnić. I niby to płyną obietnice,
Media publiczne, czyli jak nas ograli politycy
Prof. Stanisław Jędrzejewski – socjolog, medioznawca, profesor nauk społecznych, dyrektor Programu I Polskiego Radia (2003-2005), członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (2005), przewodniczący Rady Nadzorczej Polskiego Radia (2011-2016). Zastępca przewodniczącego Komitetu Nauk o Komunikacji Społecznej i Mediach PAN. Rozmawia Robert Walenciak
Media publiczne są w poważnym kryzysie – to pańskie słowa. Co to znaczy „poważny kryzys”?
– To znaczy, że ten kryzys jest wielostronny. Obejmuje nie tylko finansowanie, bo zwykle na tym obserwatorzy się skupiają.
Szefowie mediów publicznych zawsze mówią, że brakuje pieniędzy. No, może z wyjątkiem Jacka Kurskiego…
– Za czasów PiS i Jacka Kurskiego media publiczne były finansowane poprzez budżet państwa i państwowe spółki, a nie ze środków publicznych. A dziś dotacje są uznaniowe. Jeszcze do tego transze abonamentu są wstrzymywane przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Jest to więc kryzys bardzo dokuczliwy i bardzo poważny. Ale są i inne – kryzys programowy, technologiczny, kryzys zaufania…
Kto płaci, ten zamawia muzykę
A jeśli chodzi o dzisiejszą Polskę – mamy media publiczne czy są to media partyjne?
– To są, myślę, media państwowe. Nie partyjne, nie publiczne, tylko państwowe.
Dlaczego?
– Są kraje, takie jak Wielka Brytania czy Niemcy, gdzie widzowie są karni i płacą abonament. W związku z tym i BBC, i ZDF funkcjonują rzeczywiście jako media publiczne, finansowane ze środków publicznych. Ale w wielu krajach ludzie nie chcą płacić abonamentu, jest więc tendencja, żeby to były opłaty poprzez budżet. A jeżeli poprzez budżet, to media muszą zabiegać o pieniądze, o dotacje. Wtedy stają się bezbronnym podmiotem wobec partii rządzącej, bo to ona podejmuje decyzje finansowe.
Politycy ograli więc dziennikarzy?
– Myślę, że tak.
Czyli Platforma z PiS walczą na śmierć i życie, ale w jednej sprawie są zgodne: przyjęły, że kto rządzi, ten ma media.
– Dokładnie tak jest. Kto płaci, ten wymaga, prawda? Albo – gra się taką muzykę, jaką zamawia płacący. Są różne powiedzenia, bardzo bliskie… To nie jest uwikłanie partyjne, tylko uwikłanie państwowe. Odróżnijmy to – media publiczne nie są definiowane wyłącznie przez źródło finansowania,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Pana prezydenta głośny dzwon
Zupełnie wyjątkowo oglądam telewizję. Wiadomości sprawdzam w internecie, komentarze wolę przeczytać w papierowej prasie. Codziennie rano, jadąc samochodem, słucham TOK FM i to mi wystarcza. Telewizja jest mi w zasadzie do niczego niepotrzebna. Wiadomości są w stosunku do internetu spóźnione, a programy publicystyczne mają kilka powtarzalnych schematów. Albo grono polityków dyskutuje – ściślej, kłóci się – na temat podsunięty przez prowadzącego dziennikarza, albo dziennikarz zaprasza dwóch polityków, po jednym reprezentancie każdej strony sporu, albo dziennikarz (dziennikarka, „osoba dziennikarska”) zaprasza jednego tylko polityka i, bardziej lub mniej dopuszczając go do głosu, przedstawia swoje, znane wszystkim od dawna poglądy.
Nadmierna obecność w studiach telewizyjnych polityków, o których wiadomo z góry, co powiedzą, dyskutujących o polityce, jest dość wątpliwa poznawczo. To tak, jakby recenzje spektakli teatralnych pisali aktorzy, którzy w tych spektaklach wystąpili. A jednak telewizje (wszystkie telewizje, niestety) wolą zapraszać polityków niż ekspertów. Myślę, że robią to przynajmniej z dwóch powodów.
Po pierwsze, eksperci mogą być nudni i przemądrzali. Politycy, im bardziej fanatyczni, z ogniem w oczach, na pewno jako zjawisko są ciekawsi. A że w przeciwieństwie do ekspertów zwykle nie mają wiele sensownego do powiedzenia, to nic nie szkodzi. Wszak nie o prawdę tu chodzi, lecz o oglądalność. Eksperci próbowaliby przemawiać do rozumu, politycy odwołują się wyłącznie do emocji.
Po drugie, zaproszenie polityka, a nawet dwóch lub więcej polityków naraz, których poglądy i linia partyjna są powszechnie znane, zwalnia dziennikarza z nadmiernego wysiłku intelektualnego. Wystarczy, że rzuci politykom temat, jak z przeproszeniem psom ścierwo. Cóż to szkodzi, że z góry wiadomo, co który powie – zawsze jest nadzieja, że każdy z nich będzie się starał nie tyle wyłożyć swoje racje, ile częściej wykazać, że adwersarz jest głupi albo jest zdrajcą,
Jak SDP tuczy się na państwowym
Od siedmiu lat dziennikarze sygnalizują prezydentowi Warszawy, że nie powinien tolerować sytuacji, w jakiej znalazł się Dom Dziennikarza
Warszawski Dom Dziennikarza przez kilka dziesięcioleci był mekką wszystkich dziennikarzy. W latach 50. odbudowany Pałac Wołowskiego przy Foksal w Warszawie miasto przekazało w użytkowanie dziennikarzom. Dzierżawcą budynku zostało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, jedyna wówczas organizacja dziennikarska. Tamto SDP decyzją prezydenta Warszawy zostało rozwiązane w 1982 r., a nowe SDP – jedną z wielu organizacji dziennikarskich powstałych po roku 1989 – zarejestrowano w KRS dopiero 6 maja 2002 r. Wówczas sąd, kierując się kryteriami politycznymi, przyznał ponownie dzierżawę Domu Dziennikarza tej właśnie organizacji, pozbawiając prawa swobodnego użytkowania i dostępu pozostałe związki i stowarzyszenia dziennikarskie. Za opłatą owszem, bezpłatnie nie.
SDP zagarnęło cały dobytek, Dom Dziennikarza stał się dla grupy uzurpatorów intratnym biznesem na posesji, która jest własnością skarbu państwa. Pod „rządami” SDP zamienił się w wypożyczalnię lokali. Mieszczą się tu firmy przeróżnej profesji, mające niewiele wspólnego z dziennikarstwem, np. biuro rachunkowe i studio wyposażenia wnętrz. Przymierzała się szkoła języków obcych, w pawilonie po dziennikarskiej bibliotece jest przychodnia lekarska, a w pomieszczeniach piwnicznych firma cateringowa.
30 stycznia 2019 r. wygasła umowa dzierżawy Domu Dziennikarza, mimo to SDP nadal prowadzi działalność gospodarczą. Wynajmuje pomieszczenia biurowe, sale konferencyjne, a ostatnio także pokoje noclegowe i apartamenty, wystawiając rachunki i faktury. Bez zgody właściciela budynku, czyli miasta, SDP zaadaptowało pomieszczenia biurowe na noclegowe, a męską toaletę, jedyną na trzecim piętrze, przekształciło w pomieszczenie łazienkowe z prysznicem.
Przychodnia lekarska i restauracja to dwa najbardziej dochodowe biznesy. Od ponad 20 lat Centrum Medyczne Damiana, na podstawie porozumienia zawartego jeszcze przed 2002 r. z Zarządem Głównym Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, świadczy usługi medyczne także dziennikarzom i członkom stowarzyszeń. Zakres tych usług wprawdzie jest ograniczony do trzech specjalności: okulista, kardiolog i internista, ale dobre i tyle, bo przynajmniej dziennikarze nie muszą miesiącami wyczekiwać na termin w przychodniach publicznej służby zdrowia. Jakiś zatem pożytek z CM Damiana dziennikarze mają.
Tego samego nie można powiedzieć o restauracji Villa Foksal. Restaurator podnajmujący lokal, również na podstawie umowy zawartej jeszcze z ZG SDRP, był zobowiązany do tego, aby restauracja służyła przede wszystkim dziennikarzom: przystępne ceny, obiady dziennikarskie itp. Za przyzwoleniem SDP „zapomniał” jednak o tych zasadach,
Od siedmiu lat dziennikarze sygnalizują prezydentowi Warszawy, że nie powinien tolerować sytuacji, w jakiej znalazł się Dom Dziennikarza
Warszawski Dom Dziennikarza przez kilka dziesięcioleci był mekką wszystkich dziennikarzy. W latach 50. odbudowany Pałac Wołowskiego przy Foksal w Warszawie miasto przekazało w użytkowanie dziennikarzom. Dzierżawcą budynku zostało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, jedyna wówczas organizacja dziennikarska. Tamto SDP decyzją prezydenta Warszawy zostało rozwiązane w 1982 r., a nowe SDP – jedną z wielu organizacji dziennikarskich powstałych po roku 1989 – zarejestrowano w KRS dopiero 6 maja 2002 r. Wówczas sąd, kierując się kryteriami politycznymi, przyznał ponownie dzierżawę Domu Dziennikarza tej właśnie organizacji, pozbawiając prawa swobodnego użytkowania i dostępu pozostałe związki i stowarzyszenia dziennikarskie. Za opłatą owszem, bezpłatnie nie.
SDP zagarnęło cały dobytek, Dom Dziennikarza stał się dla grupy uzurpatorów intratnym biznesem na posesji, która jest własnością skarbu państwa. Pod „rządami” SDP zamienił się w wypożyczalnię lokali. Mieszczą się tu firmy przeróżnej profesji, mające niewiele wspólnego z dziennikarstwem, np. biuro rachunkowe i studio wyposażenia wnętrz. Przymierzała się szkoła języków obcych, w pawilonie po dziennikarskiej bibliotece jest przychodnia lekarska, a w pomieszczeniach piwnicznych firma cateringowa.
30 stycznia 2019 r. wygasła umowa dzierżawy Domu Dziennikarza, mimo to SDP nadal prowadzi działalność gospodarczą. Wynajmuje pomieszczenia biurowe, sale konferencyjne, a ostatnio także pokoje noclegowe i apartamenty, wystawiając rachunki i faktury. Bez zgody właściciela budynku, czyli miasta, SDP zaadaptowało pomieszczenia biurowe na noclegowe, a męską toaletę, jedyną na trzecim piętrze, przekształciło w pomieszczenie łazienkowe z prysznicem.
Przychodnia lekarska i restauracja to dwa najbardziej dochodowe biznesy. Od ponad 20 lat Centrum Medyczne Damiana, na podstawie porozumienia zawartego jeszcze przed 2002 r. z Zarządem Głównym Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, świadczy usługi medyczne także dziennikarzom i członkom stowarzyszeń. Zakres tych usług wprawdzie jest ograniczony do trzech specjalności: okulista, kardiolog i internista, ale dobre i tyle, bo przynajmniej dziennikarze nie muszą miesiącami wyczekiwać na termin w przychodniach publicznej służby zdrowia. Jakiś zatem pożytek z CM Damiana dziennikarze mają.
Tego samego nie można powiedzieć o restauracji Villa Foksal. Restaurator podnajmujący lokal, również na podstawie umowy zawartej jeszcze z ZG SDRP, był zobowiązany do tego, aby restauracja służyła przede wszystkim dziennikarzom: przystępne ceny, obiady dziennikarskie itp. Za przyzwoleniem SDP „zapomniał” jednak o tych zasadach,
Prezesi. Krótka historia TVP. Część 3
Milczenie i kombinowanie to pierwszy stopień do telewizyjnego raju
Część trzecia zamyka poczet prezesów TVP. Znów warto spojrzeć prawdzie w oczy i zobaczyć, kiedy telewizja przeżywała najlepszy okres i kiedy powstawały najlepsze programy, a co działo się w ostatnich latach. Pod znakiem zapytania wciąż stoi jej przyszłość, bo kandydatów na stanowisko prezesa jest wielu.
ROMUALD ORZEŁ
od grudnia 2009
Kolejny prezes porozumienia PiS-SLD-Ordynacka. Reporter z Gdańska, znalazł ukryte dokumenty z Grudnia ‘70. W dniach katastrofy i żałoby smoleńskiej nie wtrącał się w program. Żaden polityk nie śmiał wówczas dzwonić i TVP działała profesjonalnie.
Ofiara walki politycznej, wykiwany przez SLD. Został obalony przez radę nadzorczą jak w mrocznym thrillerze. Zamach potwierdzały dziwne paski na wszystkich antenach wprowadzane przez spiskowców, ogłaszające jego koniec i nowy Dzień Zwycięstwa.
WŁODZIMIERZ ŁAWNICZAK
2010
Prezes na cztery miesiące. Ordynacka. Trafny wybór, człowiek bez skaz charakterologicznych. Specjalista od reklamy wyrzucony za prezesa Dworaka przez członka zarządu, śliskiego typa, który był właścicielem kamienicy na Noakowskiego w Warszawie. Ławniczak znał się na swojej robocie, umiał zarabiać na reklamie, odstawiał polityków, organizował konferencje prasowe. Niestety, zmarł przedwcześnie. Gwiazdor Ziemiec na prośbę o wygłoszenie w imieniu TVP pożegnania w katedrze polowej, bo nadawał się do tej roli, wykręcił się brakiem czasu. Powstała nagroda im. Ławniczaka, wręczana podczas dorocznej gali Teatru Polskiego Radia, za twórczość łączącą radio z telewizją. Laureatami zostawali Janusz Zaorski, Janusz Głowacki czy Stanisław Brejdygant. Później, podobnie jak nagroda im. Drawicza, została zlikwidowana wiadomo przez kogo.
BOGUSŁAW PIWOWAR
2010/2011
Awans niespodziewany, bo nie było nikogo innego pod ręką. SLD, Ordynacka, licho wie. W gabinecie bawił się Glockiem 9 mm. Miał plan na Teatr Telewizji. „Teatr Telewizji widzę ogromny!” – takie słowa wymyślił. Wielbiciel prognozy pogody. Promotor Daniela Gorgosza, współczesnego likwidatora. Doszło wówczas do konfliktu o niedbałe odśnieżanie,
Prezesi – Krótka historia TVP. Część 2
Drawicz odszedł z godnością, Kwiatkowski był wizjonerem, a Wildstein okazał się szkodnikiem medialnym
Przez lata poznałem prawie wszystkich prezesów Telewizji Polskiej. Jak już pisałem (nr 52/2025), jedni przyjmowali, drudzy wyrzucali, a czasami sam odchodziłem wkurzony. Prezesi TVP to cały kalejdoskop, od ludzi mądrych i uczciwych po sprzedajne typy. Czytając ich historię, można odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego obecna TVP bankrutuje programowo i traci widownię. Zapraszam do lektury drugiej części pocztu prezesów telewizji publicznej.
ANDRZEJ DRAWICZ
wrzesień 1989-styczeń 1991
Prezes z przypadku, mianowany przez premiera Tadeusza Mazowieckiego. Kolejni kandydaci odmawiali: Maciej Szumowski, bo był w PZPR, Marcin Król wolał pisać w „Tygodniku Powszechnym”, Maciej Iłowiecki nikogo by nie zwolnił. Drawicz, tłumacz literatury rosyjskiej, fighter z dawnego STS, powiedział: „Czemu nie?”. Odważny człowiek, samotnie wchodził do propagandowej twierdzy. Miał jednak ręce związane ustaleniami Okrągłego Stołu i dwóch dyrektorów generalnych – jeden od Wałęsy, drugi od PZPR – na te ręce mu patrzyło. Zwolnił albo odsunął ledwie kilka osób z „Dziennika Telewizyjnego”.
W ciągu 10 dni powstały „Wiadomości”. Redakcji zapewnił niezależność, bronił przed atakami nowej władzy, która dopominała się wpływu na informacje. Minister Jacek Kuroń domagał się zakazu pokazywania w „Wiadomościach” strajków rolniczych, sam wygłaszał pogadanki. Redakcja na placu Powstańców w Warszawie broniła się skutecznie, wydając oświadczenia. Psu na budę, po latach wiemy, jak się skończyło. Drawicz miał wpływ na przebieg wizyty pierwszego niekomunistycznego premiera w Moskwie i Katyniu. Poznał premiera z Sacharowem.
Wściekle atakowany przez ludzi Lecha Wałęsy, którzy chcieli dostępu do miodu. Odważnie przeciwstawił się przewodniczącemu Solidarności przyprowadzonemu do studia na Woronicza przez swoich działaczy. Wyli, krzyczeli na prezesa. Nikt nie zauważył powstającego wirusa nienawiści. Po wyborach prezydenckich zwolniony natychmiast przez nowego prezydenta. Odszedł z godnością. Napisał wspomnienia o TVP. Za prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego wręczano nagrodę jego imienia.
MARIAN TERLECKI
do października 1991
Prezes z Gdańska, od Wałęsy. Reporter, autor „Pomnika”, pierwszego dokumentu o wydarzeniach grudniowych emitowanego poza cenzurą w TVP w grudniu 1980 r. Inteligentny, ale na prezesa się nie nadawał. Wprowadził „Polskie Zoo”, okropny serial kukiełkowy, w którym podlizywano się politykom. Miał szalonych doradców i złych kolegów. Pierwsza zasada każdego prezesa: uważać na doradców, zbadać ich IQ. Prezes Marian był na spotkaniu towarzyskim w prywatnym mieszkaniu, pił wódeczkę, kiedy wyszedł i wsiadł do służbowego wozu, zaraz za rogiem został zatrzymany przez policję. Stary numer. Musiał odejść.
JANUSZ ZAORSKI
pół roku, do maja 1992
To również ręka Wałęsy. Po raz pierwszy prezesem został twórca, artysta, reżyser wielkiej „Matki Królów”. A wiceprezesem Barbara Borys-Damięcka, znająca telewizję jak własną kieszeń; zaczynała pracę od stanowiska operatora wielkiej kamery studyjnej.
Zaorski to likwidator Radiokomitetu, właściwie przełożony Bronisława Borkowskiego, doświadczonego likwidatora od Polskich Nagrań. Tygiel polityczny wciąż bulgotał i premier Jan Olszewski podziękował prezesom. Ale na krótko.
ZBIGNIEW ROMASZEWSKI
dwa tygodnie, do czerwca 1992
Jako prezes był bez szans, musiałby się oprzeć na doradcach, co w TVP kończy się katastrofą. Zasłużony, kryształowy działacz Solidarności. To Romaszewski uruchomił podziemne radio. Niech tak będzie medialnie zapamiętany.
JANUSZ ZAORSKI
1992/1993
Comeback! Zaorski rządził do rozwiązania Radiokomitetu 31 grudnia 1993 r. Dbał o firmę i swoje interesy. Likwidacja wynikała z wejścia w życie ustawy medialnej, która obowiązuje do dzisiaj z ponad 60 nowelizacjami. To jakieś światowe kuriozum. Likwidację przeprowadzono z 31 grudnia na 1 stycznia 1993 r. Publiczna TVP powstała jak niegdyś KRN w noc sylwestrową, co warte zapamiętania. Pracownicy Radiokomitetu otrzymali wymówienia z odprawami i jednocześnie podpisywali nowe umowy o pracę z TVP jako spółką skarbu państwa. Tak w ciągu minuty narodziła się telewizja publiczna, dokładnie taka sama jak dzień wcześniej. Ale zmienił
Z Wami w Nowy Rok
Przełom roku to czas życzeń. Warto pamiętać zwłaszcza o tych, którzy trochę nam zniknęli z pola widzenia, a są dla nas ważni. Bo byli dla nas życzliwi i pomocni, gdy dopadała nas bieda. Coraz więcej jest wśród nich osób samotnych. Dla nich szczególnie ważny jest każdy gest. I rozmowa, nawet telefoniczna. Tyle że dłuższa, wychodząca poza zdawkowe „jak się masz”.
Dla mnie koniec roku to dni, które są swoistym rachunkiem sumienia. Podsumowaniem tego, co udało się zrobić. I tego, co z jakichś powodów wypadło z planu. Ambicje pchają nasz zespół do podejmowania ciągle nowych zadań. Pierwszoplanowy dla czytelników jest oczywiście poziom artykułów. I tu mamy szczęście, że gościmy na naszych łamach tak wybitnych autorów jak profesorowie: Stanisław Filipowicz, Andrzej Romanowski, Andrzej Szahaj, Jan Widacki i
Prezesi. Krótka historia TVP
Czytając tę historię, można odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego dziś TVP bankrutuje programowo i traci widownię
Poznałem ich przez lata prawie wszystkich. Jedni przyjmowali, drudzy wyrzucali, czasami wkurzony sam odchodziłem. Zestaw postaci jak w salonie figur woskowych, od ludzi mądrych i uczciwych po sprzedajne typy. Czytając tę historię, można odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego dziś TVP bankrutuje programowo i traci widownię. Dlaczego w takim kształcie nie ma przyszłości. Warto spojrzeć prawdzie w oczy i zobaczyć, kiedy miała najlepszy okres i powstawały programy emitowane do dzisiaj. Ciąg dalszy tej historii łączy jedno: poniewieranie pracownikami, niszczenie pamięci korporacyjnej i egoizm grup przejmujących władzę. Za prezesury Jacka Kurskiego w 2022 r. miał miejsce jubileusz 70-lecia firmy. Na antenach przelewały się kłamliwe programy, wycięto ludzi, którzy przez lata ją tworzyli: artystów, dziennikarzy, operatorów, realizatorów, montażystów i kierowników produkcji. Pozbawianie pracowników ich historii i tożsamości to specjalność politycznych hochsztaplerów. Dla wielu, którzy poświęcili życie zawodowe telewizji, było to nikczemne. Tak powstał w internecie ruch „Telewizja Polska – to my”. Warto poczytać wpisy.
Jacek Snopkiewicz – w telewizji od 1972 r. Otrzymał Złoty Ekran za program reporterski „Blisko i daleko”. W PRL wyrzucany tylko dwukrotnie, bo w III RP trzy razy. W 1989 r. pierwszy redaktor „Wiadomości”. Programami informacyjnymi kierował również podczas wielkiej powodzi, wizyty papieża i katastrofy smoleńskiej. Zajmował różne stanowiska i zna każdy kąt TVP. Przez wiele lat był dyrektorem Akademii Telewizyjnej, wprowadził do telewizji publicznej kodeks zasad etycznych. Od lat pracuje w Szkole Filmowej w Łodzi. Pisze książki dokumentalne i zna się na archiwach. Szefuje Stowarzyszeniu Ludzi Mediów „Woronicza 17”.
Za tydzień druga część pocztu prezesów, a w niej: Andrzej Drawicz, Marian Terlecki, Janusz Zaorski, Zbigniew Romaszewski, Wiesław Walendziak, Ryszard Miazek, Robert Kwiatkowski, Jan Dworak, Bronisław Wildstein, Andrzej Urbański, Piotr Farfał, Bogusław Szwedo, Tomasz Szatkowski…
JERZY PAŃSKI
lata 50. do 1962 r.
Nie wiadomo, kto był pierwszym prezesem, bo była telewizja, ale nie było prezesa. To zapomniany wariant, który pojawi się ponownie na końcu tej historii. Na początku telewizją kierowali inżynierowie i nikt się nie wtrącał w pokazy techniczne. Prezes Jerzy Pański pojawił się w strukturach radiofonii jako dyrektor programowy telewizji. Na radiu znał się lepiej niż jego przełożony Włodzimierz Sokorski, obaj nie znali się na telewizji. Pański odbudowywał Polskie Radio, był wydawcą w Czytelniku, zarządzał teatrami, na dodatek znał języki i był tłumaczem. Myśleli z Sokorskim jak w radiu, bo telewizję nazywano radiem z lufcikiem. Radio było potęgą, wszystko, co dobre i złe, tam się zaczyna: chamska propaganda w wykonaniu komentatorki Wandy Odolskiej (stalowy głos, język nienawiści, wskazywanie wrogów), jakże pięknie kontynuowana przez ekipę Kurskiego, ale też rozrywka i przeboje śpiewane przez Koterbską, np. „Karuzela, karuzela”, transmisje sportowe z Wyścigu Pokoju czy boksu oraz sprawozdawcy – Witold Dobrowolski i Bohdan Tomaszewski. Do tego powieść radiowa, czyli telenowela „Matysiakowie” wyludniająca co tydzień ulice.
Telewizja zaczynała skromnie. Skromnie, ale czujnie. Pański zwolnił jedną osobę. Pierwsza spikerka – miła, drobna pani z radia, „Misia”, jak do niej mówiono – zamiast powiedzieć z malutkiego studia o zakończeniu dni przyjaźni polsko-radzieckiej, użyła skrótu myślowego: „Skończyła się przyjaźń polsko-radziecka”. Dalszego ciągu na szczęście nie było, tak jak w przypadku pomyłki korektorskiej w gazecie: „Umarł towarzysz Sralin”.
WŁODZIMIERZ SOKORSKI
1960-1972
Radiofonia połączyła się z telewizją w Radiokomitet. To już nie były przelewki. „Wuj chłodek”, różnie czytany, nadawał się do tej roboty, był obyty w kulturze i w wojsku. Polityk słaby, dobrotliwy, może dlatego był ministrem kultury za Bieruta. Brr… Nikogo nie zwalniał, tylko przyjmował po znajomości, tępił w Radiokomitecie pijaków, choć sam nie wylewał za kołnierz. Prezes rozkwitu telewizji, nikt mu tego nie odbierze, nawet Bronisław Wildstein w swoich
Potęga sztuki nieodwracania wzroku
Bywa sztuka filmu dokumentalnego formą ukojenia, źródłem energii, podtrzymaniem, gdy jest beznadziejnie, uporczywością „bycia człowiekiem w potwornym czasie” (czyli chyba zawsze). Ta górnolotna deklaracja ciśnie mi się na usta po obejrzeniu podczas tegorocznej edycji festiwalu Watch Docs filmu Laury Poitras i Marka Obenhausa „Cover-Up (Zatajone: Seymour Hersh na tropie prawdy)”, którego bohaterem jest legenda amerykańskiego i światowego dziennikarstwa śledczego, laureat nagrody Pulitzera za ujawnienie masakry w My~ Lai w Wietnamie z 1968 r.
Amerykańscy żołnierze na rozkaz swoich przełożonych wymordowali cywilów, w tym kobiety, dzieci i niemowlęta, by podnieść statystyki walki z partyzantami Wietkongu. Jeden ze sprawców mówi reporterowi, że wśród dzieci, do których strzelał, były i takie niepotrafiące jeszcze chodzić: „Chyba nie były jednak z Wietkongu…”. Hersh, idąc krok za krokiem za poszlakami i śladowymi tropami, ujawnia prawdę o zbrodni wojennej USA, która wstrząsa zarówno samą Ameryką, jak i światem.
Od tej pierwszej opisanej przez niego zbrodni, ukrywanej przez najwyższe dowództwo sił zbrojnych USA i najwyższych urzędników państwowych z prezydentem Nixonem i sekretarzem stanu Kissingerem, jest znienawidzony przez dowództwo wojskowe, szefostwo CIA, prezydenta. Nixon, zmuszony w końcu do ustąpienia ze stanowiska, mówi na jakimś zachowanym nagraniu: „Ten Hersh to skurwysyn, ale trzeba przyznać, że pisze zawsze prawdę”. Uważa się, że dziennikarska robota Hersha bezpośrednio przyczyniła się do zakończenia wojny USA w Wietnamie.
Seymour Hersh, urodzony w 1937 r., syn żydowskiego uchodźcy z Litwy z lat 20. XX w., przez prawie dwie dekady odmawiał Laurze Poitras zgody na realizację filmu o sobie. Wcześniej Poitras wraz z Glennem Greenwaldem zrobiła oscarowy dokument o Edwardzie Snowdenie, informatyku CIA, który zdecydował się ujawnić fenomen globalnej, systemowej inwigilacji prowadzonej przez amerykańskie agencje rządowe (CIA i NSA). Swoje sekrety i dokumenty powierzył właśnie tej dwójce niezależnych reporterów. W efekcie Poitras nakręciła dokument, a Greenwald napisał książkę.
Sy Hersh w kolejnych latach przyprawiał o ból głowy i nierzadko dymisje najwyższych urzędników państwowych,






