Tag "językoznawstwo"
Wolę rozum niż emocje
Słowa używane w obiegu politycznym znaczą często co innego, niż uczy się w szkołach. Jak prawo, sprawiedliwość
Prof. Jerzy Bralczyk
Jak się panu żyje?
– Ostatnio miałem dziwne zdarzenie. Zadzwoniono do mnie, że jest konferencja „Kierunek Polska”, i spytano, czy ja bym się nie pojawił, pomówił o języku. Pojawiłem się. Gdy tam przyjechałem, zorientowałem się, że to jest towarzystwo zdecydowanie prawicowe. Dlaczego mnie zaproszono? Okazało się, że przez „zdychającego psa”.
Awanturę, która wybuchła, gdy pan powiedział, że pies zdycha, a nie umiera.
– Bardzo im się to podobało, bo to jest prawicowe i konserwatywne. Psy zdychają. Murzyni są czarni.
A ja to z poczucia zdrowego rozsądku mówiłem
Więc uznali pana za prawicowca. Za swojego.
– A ja to z poczucia zdrowego rozsądku mówiłem. Dla mnie kompletnie nieideologicznie.
O, język stał się areną boju. Ministra, ministerka, dyplomatka… Nowe szturmuje.
– Dobrze. Niech to nawet będzie. Niech panie mówią o sobie feminatywami, jeżeli bardzo chcą. Ale wolałbym, żeby to nie było ustawowe. Żeby ustawowo nie wprowadzać „osoby studenckiej” czy „osoby aktorskiej”. Już tak piszą. „Osoba aktorska socjalizowana do ról męskich” – to ma być aktor. I za tym idzie ciąg dalszy – np. osoba fryzjerska czy kelnerska. Cóż mogę powiedzieć? Język lepiej się czuje, jak się w niego nie ingeruje. Tu byłbym konserwatywny, chociaż oczywiście z drugiej strony jestem przeciwko wykluczaniu wszelakiemu.
Osoby z niepełnosprawnością.
– To także brzmi dla mnie dziwnie. I myślę, że dla zainteresowanych też. Tym bardziej że eufemizacja bywa takim poklepywaniem po ramieniu, głaskaniem. Dlatego nie lubię być „seniorem”. Ja jestem „stary”. Niech mówią o mnie np. „staruszek”, bo na starca nie wyglądam, ale staruszek jestem i do tego się przyznaję. To jest normalne określenie. A niektórzy zaraz by powiedzieli: trzeci wiek! I to już jest poklepywanie. Otóż uważam, że jeżeli traktuje się kogoś serio, to określa się też słowami serio i te słowa dobrze byłoby zachować.
Słowa takie jak „Murzyn”, „zdychać” zachowałby pan?
– Tak! Bo to są normalne słowa języka polskiego, które nie muszą nieść ze sobą ani niechęci, ani nienawiści, ani niczego złego. Zostawmy je! Próbując je zastąpić czymś nowym, popadamy w śmieszność.
Rada Języka Polskiego, w której pan funkcjonuje od lat, tym się zajmuje.
– Idea była taka, żebyśmy służyli pomocą i radą, jak to rady. Żeby instytucje, oficjalne urzędy mogły zasięgać u nas opinii. A także zwykli ludzie. I zasięgają, często w błahych sprawach, np. w sprawie imion. Jedyne ustawowe umocowanie do regulowania języka mamy w sprawie ortografii, bo ortografia musi być unormowana.
1 stycznia 2026 r. wchodzą w życie nowe zasady, właściwie poprawki.
– W ogromnej mierze zgodne z intuicją przeciętnego użytkownika. Intencją rady było uproszczenie. Trochę dziwne było, że Warszawianka spod Warszawy była wielką literą pisana, a warszawianka z samej Warszawy – już małą.
A dlaczego?
– Trochę tak jak Łowiczanka, Małopolanka, Ślązaczka.
Bo z regionu?
– A jak z samego miasta, to już nie. Więc teraz, od 1 stycznia, Warszawianka, Mokotowianka będą pisane wielką literą. Poza tym są i inne zmiany, co pisać łącznie, a co oddzielnie. Zależało nam, żeby to jakoś uporządkować i ujednolicić. Żeby uwzględnić przyzwyczajenia ludzkie.
Język żyje, zmienia się. Wciąż jest wzbogacany o nowe określenia. Nawet organizuje się konkursy, by to oceniać, takie jak plebiscyt Młodzieżowe Słowo Roku.
– Nie bardzo wiadomo, czy to jest polskie młodzieżowe słowo roku, czy globalne. Wszystkie, właściwie cała finałowa piętnastka, poza „szponceniem”, to były słowa amerykańskie. Kiedyś było więcej naszych, takich jak wypasiony czy wyczesany. One wprowadzały lub odświeżały znaczenia. A teraz mamy niemal tylko wprost przeniesione ze Stanów.
Może to znak czasu? Globalizacji kultury? Wpływu seriali, gier?
– Ogromna większość to są słowa związane z szybkim życiem. Takie, którymi reaguje się emocjonalnie i ocennie. „Szponcić” jest o tyle ciekawe, że jest ambiwalentne. Że może być na tak i na nie. Że coś, co jest niby niedobre, jest jednocześnie atrakcyjne. Ale to nie jest nic nowego. Mówi się: wisus czy urwis. Czyli łobuz, ale fajny. Tylko że – dodam – te młodzieżowe słowa długo nie żyją. Szponcenie zresztą jest stare. Niby z niemieckiego, ale myślę, że to przeszło przez jidysz. W „Panu Tadeuszu” był szponton, „zarazem dzida i siekiera”. A szpont sam – to szpunt. „W piwnicy mnie pochowajcie, w piwnicy mi kopcie grób, a głowę mi obracajcie tam, gdzie jest od beczki szpunt,
Zabawy czy za bary z językiem?
W mojej ocenie zmiany w ortografii polskiej są obecnie niepotrzebne. Normalizacja języka powinna jednak zostawiać nam trochę swobody
Prof. Mirosław Bańko – językoznawca, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor wielu słowników oraz założyciel Poradni Językowej PWN, członek Rady Języka Polskiego
Zawodowo zajmuje się pan językoznawstwem. Co pana fascynuje w języku?
– Język może fascynować z różnych powodów. Na przykład jego narodziny są okryte mrokiem tajemnicy. Sam fakt, że język istnieje, jest fascynujący. Ale żeby do czegoś konkretnego się odnieść, to powiem, że mnie w języku najbardziej fascynuje jego otwartość. Tam wszystko jest. Wyrazy mądre i głupie, nowe i takie, które trącą myszką lub w ogóle wyszły z użycia, ale mogą być przypomniane. Rodzime i obce. Ogólnopolskie i dialektalne. Język to również mnóstwo synonimów, na pozór dublujących się, ktoś mógłby powiedzieć – niepotrzebnych. Ale gdy im się przyjrzeć bliżej, to okazuje się, że powiększają siłę ekspresji języka, paletę barw. Mnie się wydaje, że język to jest model otwartego społeczeństwa. Oczywiście są w języku też relikty uprzedzeń i krzywdzących stereotypów. Ogólnie rzecz biorąc, język to taki bardzo bogaty zasób, z którego trzeba umieć korzystać.
Mamy porozmawiać m.in. o ortografii. Dla niektórych ortografia i interpunkcja to upiór, z kolei innych te dziedziny pochłaniają. Pójdźmy tropem tych drugich. Gdzie upatrywać źródła fascynacji językowymi prawidłami?
– Może to wynikać z postrzegania prawidłowości w świecie. Dostrzeganie powtarzalności zjawisk i związków, które je łączą, to jest coś, co nasi przodkowie ewolucyjni musieli opanować do perfekcji, bo od tego zależało ich przeżycie i perspektywa przetrwania gatunku. Ale czym innym oczywiście jest obiektywna prawidłowość, a czym innym prawidło ortograficzne. Przyznam się, że to słowo kojarzy mi się z prawidłem szewskim, i to nie jest najlepsze skojarzenie. Od prawidła szewskiego jest krótka droga do szewskiego kopyta i wtedy przychodzi do głowy myśl, że te prawidła językowe są po to, byśmy wszyscy zaczęli mówić i pisać na jedno kopyto. Według mnie normalizacja języka powinna nam jednak zostawiać trochę swobody, zwłaszcza tym osobom, które są bardziej świadome. Innymi słowy, opowiadam się za tym, czego większość użytkowników języka polskiego nie lubi, czyli za zwiększoną wariancją.
Z początkiem 2026 r. zaczną obowiązywać zmiany w ortografii na mocy tegorocznej uchwały Rady Języka Polskiego. Jakie mają uzasadnienie?
– Ponieważ sam od niedawna jestem członkiem rady, jest mi niezręcznie mówić źle o uchwale, którą ten organ przyjął, ale chyba wolno mi powiedzieć, że w mojej ocenie zmiany w ortografii polskiej są obecnie niepotrzebne.
Z reguły takim zmianom, i tym obecnym, i wcześniejszym, towarzyszy nadzieja, że nowa pisownia będzie lepsza od obecnej, łatwiejsza do przyswojenia. Zawsze częściowo te nadzieje się spełniają, a częściowo nie, bo coś upraszczamy, a coś innego nieświadomie komplikujemy. Do Rady Języka Polskiego już napływają pytania, zarówno od osób fizycznych, jak i prawnych, dotyczące nowych regulacji, a powołany w radzie zespół do spraw reformy ortograficznej pracuje nad szczegółami przepisów. Częściowo już je pozmieniał,
Kłamstwo to nie żarty
Prof. Jerzy Bralczyk o tym, co straszy ludzkość od zarania dziejów KŁAMSTWO Niegdyś za poważnie piętnujące uważane były słowa łgać i łgarstwo (dawniej łeż), które dziś dzięki archaiczności zyskały pewien żartobliwy odcień. Słowo kłamać oznaczało raczej ‘szydzić, żartować’, także ‘udawać’, wreszcie ‘przeczyć, nie być w zgodzie’ – a dzisiejsze znaczenie jest późniejsze. Kłamać to teraz tylko ‘świadomie wprowadzać w błąd, mówiąc nieprawdę’, i już. No, może czasem też ‘mylić się’, jak w zwrotach żeby nie skłamać
CZAS I LOS
Jerzy Bralczyk o porzekadłach Co się stało, to się nie odstanie Nie bardzo wiadomo, jak mogłoby stać się tak, że coś, co się już stało, nie stało się. Nawet językowo nie można udatnie tego przedstawić. Czas przeszły mówi nam, co było – nie zawsze jest to weryfikowalne, ale wiemy, że jak coś było, to było i już. Czas przyszły, obecny w ostatnim słowie tego powiedzenia, w przeszłość nie może ingerować. Wywody, że gdy ktoś rządzi teraźniejszością, rządzi też przeszłością, mają odniesienie







