Tag "Marcin Kierwiński"

Powrót na stronę główną
Kraj

Rekonstrukcja: czy premier odzyskał moc?

Jeżeli się nie uda, to koniec. Okręty zostały spalone

Rekonstrukcja rządu była jak przenoszona ciąża. Po raz pierwszy premier Tusk zaczął o niej mówić w lutym. Wtedy zapowiadał, że gdy Rafał Trzaskowski będzie prezydentem (innego wariantu nie dopuszczano), to w tych nowych okolicznościach przeprowadzone zostaną zmiany organizacyjne i legislacyjne. Rekonstrukcję widziano więc jako eksplozję siły Donalda Tuska.

Później premier o rekonstrukcji mówił w czerwcu. I już nie było eksplozji siły, raczej rozpaczliwa próba złapania oddechu. Trwało to tygodniami i budziło szydercze komentarze, że za chwilę trzeba będzie rekonstruować samego premiera. Wydawało się, że koalicja rządowa nie wyszła z powyborczego szoku. A Konfederacja i PiS triumfowały, jakby za chwilę miały brać władzę.

Wreszcie rekonstrukcja się dokonała. I – przyznają to nawet przeciwnicy obecnej władzy – Tusk wychodzi z tej operacji z tarczą. Po raz pierwszy od 1 czerwca to on, a nie jego przeciwnicy, narzuca polityczny ton, ma inicjatywę, przyciąga uwagę publiczności i komentatorów.

Rozpadająca się koalicja, pozbawiony energii premier, sparaliżowani defetyzmem ministrowie – taki obraz rządu budowano przez cały czerwiec i połowę lipca, a wzmacniały go sceny z polskiej granicy zachodniej, z bojówkami Bąkiewicza, które miały wyręczać niedziałające państwo. Rekonstrukcja ten obraz przecięła. Prawica już nie mówi, że rząd jest słaby i bezwolny. W zasadzie mówi coś innego – że ten rząd jest niebezpieczny. I nie szydzi z ministrów, a niektórych – tak można wnioskować po wypowiedziach liderów PiS – się boi.

W samej koalicji nikt już nie twierdzi, że warto byłoby rozejrzeć się za nowym premierem. Teraz mówi się, na kogo Tusk postawił i kto będzie nadawał ton. Czyli plan minimum Tusk zrealizował. Znów skupia uwagę, mówi się o jego działaniach, jego decyzje są komentowane.

A dalsza część planu? Ewidentnie widać, że i kształt rządu, i samo wystąpienie Donalda Tuska oraz wszystkie działania były w dużej mierze ukształtowane przez atmosferę ostatnich tygodni i przez szok, który przeżyli koalicja rządząca oraz jej wyborcy po 1 czerwca. „Są takie momenty w historii każdego kraju, że trzeba ogarnąć się, stanąć twardo na ziemi, powstrzymać emocje i na nowo ruszyć do pracy”, mówił premier. I obsadził się w roli generała, który przejmuje armię po klęsce, zaprowadza porządek i daje nadzieję. Bitwa przegrana – wojna trwa! Zresztą w podobnym klimacie utrzymane było ogłoszenie rekonstrukcji. Premier nazwał zrekonstruowany rząd „ekipą komandosów”, a ministrów Żurka i Kierwińskiego (o nich dalej) nowymi, twardymi ludźmi. Nawiązał też do postaci Hernána Cortésa i krwawego podboju Meksyku. „Okręty spalone, zostawiliśmy je na brzegu”, przypomniał legendarne słowa i fakt, że w ten sposób Cortés zmusił swoich żołnierzy do walki z Aztekami, odcinając im drogę powrotu do Europy. Trzeba iść do przodu albo zginąć.

Komu Tusk to mówił? Swojej partii? Na pewno. Ale też koalicjantom. Spory w koalicji były przecież gorszące. Dla postrzegania premiera i jego ministrów wręcz rujnujące. Panowie, jeżeli zginiemy, to wszyscy – tak zdaje się przekonywał sojuszników. Podkreślając, że nie ma szans, by przejść na drugą stronę. Czy to były słowa skuteczne? Zobaczymy w najbliższym czasie, po finalizowaniu spraw wiceministrów i dalszym odchudzaniu rządu. W każdym razie lojalność koalicji jest dla tego rządu najważniejsza. To chyba wciąż sprawa nie do końca przepracowana, bo brakuje zrozumienia, że każdy musi mieć swój sukces i każdemu trzeba go dać. Oddziały walczące muszą mieć swoich bohaterów i medale. Inaczej ducha bojowego brak.

W klimacie wojskowym utrzymane jest też hasło nowego rządu, nowa triada: porządek, bezpieczeństwo, przyszłość. „Chcę podkreślić: ten rząd będzie koncentrował się na zapewnieniu bezpieczeństwa w sposób odważny, kreatywny, we współpracy z sojusznikami, jeśli chodzi o granicę wschodnią, i będziemy także bezwzględnie działali na rzecz ładu i porządku w naszych granicach, w Polsce” – mówił Tusk. Dodał przy tym: „Dziś to wyzwanie, jakie stworzyła agresywna polityka Rosji, ma też wymiar wewnętrzny – dotyczy dywersji i prób sabotażu, dotyczy wojny migracyjnej, hybrydowej wojny, czyli organizowania

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ludzie to widzą, a władza?

Jak zapanować nad pazernością i złodziejstwem nowych kadr.

To nie jest przypadek ani gest zrodzony z emocji. Donald Tusk wezwał swoich ministrów do „spowiedzi”. Ogłosił to w mediach. Premier chciałby, żeby do 15 października ministrowie wytłumaczyli się publicznie ze swoich błędów i niedociągnięć. „Będę oczekiwał od pań i panów ministrów bardzo rzetelnych, uczciwych do bólu, prawdziwych miniraportów, w których sprawach czujecie, że nie idzie najlepiej. Bardzo mi zależy na tym, żebyście wszyscy wzięli na swoje barki odpowiedzialność za spotkania i rozmowy trudne. Prawda bywa trudna”, mówił Tusk. Zapowiedział, że będzie zabierał ministrów w podróże po kraju, by spotykali się ze środowiskami, które, jak się wyraził, mają powody do niepokoju albo straciły zaufanie do rządu.

Jak wytłumaczyć tę zapowiedź? Wszystko zależy do tego, jak ją potraktujemy – jako grę polityczną czy jako próbę potrząśnięcia ekipą rządzącą. W Polsce, kraju zepsutym przez polityków, w którym propaganda i teatr polityczny są głównym elementem życia publicznego, deklaracja Tuska została odebrana jako kolejny sprytny trik.

Wyjaśniano, że w ten sposób premier ustawił się w roli recenzenta swojego rządu. Stanął na czele wszystkich tych, którzy 15 października 2023 r. obecną ekipę rządzącą wybrali, a dziś są z jej działań niezadowoleni. Czyli stanął u boku swoich wyborców. No i zachował inicjatywę polityczną. Jako główny oskarżyciel, obrońca itd. Dobry car i źli bojarzy. Na pewno są to trafne analizy. Ale nie tłumaczą wszystkiego do końca. Przecież te deklaracje premiera nie wzięły się znikąd.

Tusk musi zdawać sobie sprawę, jak funkcjonuje ekipa, którą on firmuje, i jak ją oceniają ludzie. I że coś z tym trzeba zrobić.

Jego ruch powinniśmy zatem odbierać jako skierowany w dwie strony. Raz – do sympatyków, do twardego elektoratu, tych grup, które popierały obecną koalicję, a teraz są rozczarowane i skonfundowane. Bo trzeba coś zrobić, aby tych ludzi przy sobie przytrzymać. Dwa – do własnej ekipy, by przypomnieć rwącym się do posad działaczom, że są granice, których przekroczyć im nie wolno. Ponieważ ich przekroczenie to polityczne samobójstwo.

Tusk zaczął „spowiedź” od ministra Bodnara, od spotkania z grupą, której wiele zawdzięcza – ze środowiskami prawniczymi.

Sytuacja Adama Bodnara jest specyficzna. Jeden z najinteligentniejszych ministrów w rządzie jest dziś atakowany z dwóch stron. Dla PiS jest symbolem brutalności Tuska, głównym wrogiem, oskarżanym o całe zło: o przejęcie prokuratury, łamanie prawa, zatrzymania i tortury. „Bodnarowcy” – wołają na jego współpracowników ludzie PiS, tak żeby to zabrzmiało jak „banderowcy”.

Po drugiej stronie są stowarzyszenia prawnicze sędziów, prokuratorów, adwokatów, które w czasie „pisowskiej nocy” walczyły o praworządność, broniły wymiaru sprawiedliwości przed Ziobrą i Kaczyńskim. Za to płacili zaangażowani w ich działanie sędziowie, prokuratorzy; to oni stawali przed rozmaitymi komisjami dyscyplinarnymi, to ich odsuwano, to ich karano. Mają więc prawo być zawiedzeni, gdy widzą, że ich niedawni prześladowcy czują się dobrze i bezpiecznie. Mają prawo być rozczarowani tym, że do tej pory nie wymieniono neosędziów, nie zlikwidowano neoinstytucji, czyli pisowskich konstrukcji w obszarze trzeciej władzy. Dla nich Bodnar jest za ostrożny.

Jak wytłumaczyć to, że „proces przywracania praworządności w Polsce” idzie, jak idzie? Premier mówi, że „najtrudniejszym procesem jest przywracanie państwa prawa bez naruszania prawa” i że to działanie w obszarze szarości. A tak naprawdę dopiero zmiana prezydenta może coś zmienić, bo Andrzej Duda jest zdecydowanym obrońcą pisowskich zdobyczy. Dlatego Tusk wołał: „Nikomu bardziej nie przeszkadza status quo wyznaczone rządami PiS niż tym, którzy dzisiaj sprawują władzę zgodnie ze standardami państwa prawa. Dla nas ten stan rzeczy, połowiczny, szary, przejściowy, jest niezwykle kosztowny reputacyjnie i jeśli chodzi o funkcjonalność rządu, zdolność przeprowadzania szybkich procesów i decyzji. Proszę wierzyć i ministrowi Bodnarowi, i mnie, że mamy taką samą determinację, żeby ten stan rzeczy zmienić. Na dłuższą metę nie sposób sprawnie rządzić państwem w stanie dwuwładzy prawnej”.

I jeszcze jeden cytat. „Poczucie często jest takie, że idzie za wolno – mówił Tusk. – Nam już nie wypada się tłumaczyć, że nie jest łatwo przeprowadzać masywny proces rozliczeń w tej sytuacji prawnej (…). Tak czy inaczej, muszę powiedzieć, że zakres rozliczeń i odpowiedzialności, powoli także odpowiedzialności karnej ludzi, którzy nadużyli władzy przeciwko innym ludziom, jest największy od kilkudziesięciu lat, biorąc pod uwagę całą Europę”.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

POPiS ciągle żyje

Chyba każdy chciałby wiedzieć, kto jest największym utrwalaczem władzy PiS w Polsce. Zdaniem Jacka Wojciechowicza, długoletniego wiceprezydenta Warszawy i działacza PO, są nimi Grzegorz Schetyna, Andrzej Halicki i Marcin Kierwiński. „Cynicy, którzy już nieraz pokazali swoje krętactwo. Manipulowali wyborami. Schetyna uprawia politykę w stylu cinkciarza spod Peweksu z lat 70. albo takiego faceta, co gra w trzy kubki. Oszukać, nie dotrzymać słowa, wygrać za wszelką cenę itp.”. Dyskusji programowej nie ma w PO już od dawna. Procesu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.