Tag "PiS"

Powrót na stronę główną
Kraj

Co może Kaczyński?

PiS weszło w etap wojen wewnętrznych. To nieuniknione

PiS wchodzi w jesień 2024 r. z poczuciem nadchodzącej burzy. Ona jest nieuchronna, pytanie tylko, jak długo potrwa i jak będzie wyglądała scena polityczna po jej przejściu. Jak będzie wyglądało PiS.

Pomruki tej burzy słyszymy codziennie. Mamy kolejne pyskówki na linii Mariusz Błaszczak-Marcin Mastalerek, czyli prawa ręka Kaczyńskiego kontra prawa ręka Dudy. Mamy gry wokół Mateusza Morawieckiego, Beaty Szydło i Patryka Jakiego… To nie może się skończyć ot tak sobie. W PiS rozpoczyna się wojna domowa. A Kaczyński nie potrafi jej zatrzymać.

Skąd ta wojna? Dlaczego prezes, który twardą ręką trzymał partię, dziś może tak mało?

PESEL

Przyczyny są oczywiste. I zaczynają się na literę P. Wyliczmy je: PESEL prezesa, prokurator i pieniądze (bo jedni je mają, a drudzy – nie).

Biologii nie oszukasz. Jarosław Kaczyński to rocznik 1949, ma 75 lat. W polskiej polityce jest to wiek bardzo zaawansowany. Spójrzmy: Władysław Gomułka w roku 1970 miał 65 lat, Edward Gierek w 1980 – 67 lat, Tadeusz Mazowiecki w 1989 – 62 lata, a Jan Olszewski w 1991 – 61 lat. Na ich tle Kaczyński to matuzalem. To po pierwsze. Po drugie, każdy widzi, że polityczną formę prezentuje coraz gorszą, mówi coraz bardziej rozwlekle i coraz mniej przekonująco. Widać też, że coraz mniej rzeczy do niego dociera, przez co jest źle poinformowany i podejmuje złe decyzje.

Przykład? Ciągnie PiS w dół sprawa Ryszarda Czarneckiego. A przecież nie musiała. Bo informacji o jego cwaniactwie było aż nadto. Ale gdy wyszło na jaw, jak oszukiwał Unię Europejską, wmawiając unijnym urzędnikom, że podróżował służbowo motorowerem, ba, nawet traktorem, Kaczyński zareagował w sposób rozbrajający. Powiedział, że wcześniej sądził, że to plotki, legendy…

Dlaczego tych plotek nie sprawdził? Nie chciał? Nie potrafił? Nie ma współpracowników, którzy zrobiliby to za niego i którym by ufał? Można więc sądzić, że podobnie podchodzi do innych spraw kadrowych.

Dodajmy do tego jeszcze jeden element – kalendarz polityczny mówi, że następne wybory do Sejmu i Senatu odbędą się w roku 2027. Kaczyński będzie miał wtedy 78 lat. Czy ktoś wierzy, że będzie miał tyle werwy, by ułożyć listy wyborcze i przeprowadzić zwycięską kampanię? A potem mianować premiera i go kontrolować?

Prokuratura

Od 16 sierpnia działa w Prokuraturze Krajowej specjalny pięcioosobowy zespół badający śledztwa polityczne z czasów rządów PiS. Zarówno te prowadzone, jak i umorzone. Na przykład sprawę „dwóch wież”, które Kaczyński planował zbudować na należącej do spółki Srebrna działce w centrum Warszawy.

Poza tym prokuratura aż puchnie od wniosków i prowadzonych śledztw. Do najbardziej medialnych należy sprawa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, w której oskarżony jest jej były szef Michał K. Afera uderza w Mateusza Morawieckiego i jego grupę.

Jest też afera Funduszu Sprawiedliwości. W niej oskarżony został były wiceminister sprawiedliwości Marcin Romanowski z Suwerennej Polski. No i afera Collegium Humanum i dyplomów MBA. Tu oskarżonymi są Ryszard Czarnecki i jego żona, ale przecież w tle jest rzesza samorządowców, generałów, celebrytów, którzy załatwiali sobie dyplomy.

Rozwija się również afera wokół PKOl i jego szefa Radosława Piesiewicza. A sponsorujące PKOl spółki skarbu państwa nie dość, że wycofują się z umów, to jeszcze zaczynają składać zawiadomienia do prokuratury, związane z dysponowaniem pieniędzmi przekazywanymi PKOl.

Prowadzone są także śledztwa związane z Orlenem. Jest ich zresztą dużo więcej, na konferencji prasowej parę tygodni temu premier Tusk mówił, że Krajowa Administracja Skarbowa w związku z prowadzonymi kontrolami złożyła już 60 zawiadomień do prokuratury, a suma wyłudzeń sięga 3,2 mld zł. I to nie koniec.

Dla polityków PiS sytuacja jest więc z gatunku nie znasz dnia ani godziny. Nie wiedzą, do kogo teraz zapuka prokurator. W kogo uderzy. W jaką frakcję. W ten sposób, można rzec, prokuratura kształtuje układ sił wewnątrz PiS…

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Próbowali mnie zniszczyć

Były ambasador kontra państwo PiS. Pięć lat walczył o dobre imię.

Jacek Izydorczyk – doktor habilitowany nauk prawnych, profesor Uniwersytetu Łódzkiego, adwokat. W latach 2017-2019 ambasador nadzwyczajny i pełnomocny RP w Japonii.

Zarzuty finansowe, które panu stawiano jako ambasadorowi w Japonii, właśnie zostały uchylone. Po ilu latach?
– To sprawa z zawiadomienia byłego dyrektora generalnego MSZ Andrzeja Papierza. Złożył tę skargę 15 listopada 2019 r. do rzecznika dyscypliny finansów publicznych, trafiła do komisji działającej przy Ministerstwie Finansów – Głównej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Finansów Publicznych. Zarzucał mi malwersacje finansowe, czyli naruszenie dyscypliny finansów publicznych. To bardzo poważne zarzuty. Jeżelibym się ich dopuścił, tobym dopuścił się też przestępstw urzędniczych, kilka paragrafów w to wchodzi. On to zawiadomienie złożył, żeby uzasadnić moje odwołanie, pogrążyć mnie, pokazać PiS i opozycji, że byłem złodziejem.

Dlaczego pan tak twierdzi?
– Proszę spojrzeć na daty. Ambasadorem przestałem być 31 lipca 2019 r. Jeżeli twierdził, że zostałem odwołany z powodu nieprawidłowości finansowych, to dlaczego zawiadomienie złożył dwa i pół miesiąca po tym, jak wróciłem do kraju? A jest wymóg w ustawie, że takie zawiadomienia trzeba składać niezwłocznie. Powinien więc je złożyć w marcu, maju 2019 r. Komisja zajmowała się moją sprawą cały rok, by w lutym 2021 r. mnie uniewinnić. Oni się od tego odwołali i prawie dopięli swego, bo tamto uniewinnienie uchylono i kolejna komisja, w innym składzie, uznała, że jednak naruszyłem dyscyplinę finansową.

Czyli miał pan kłopoty.
– Ale przysługiwało mi prawo odwołania się do sądu, więc się odwołałem, i sąd przyznał mi rację. Sprawa wróciła do komisji. Tam ostatecznie mnie uniewinniono, nawet rzecznik finansów, czyli oskarżyciel, o to wnioskował! Orzeczenie jest prawomocne, właśnie je otrzymałem.

Porozmawiajmy o tym, co panu zarzucano. Pisaliśmy, że jako ambasador zabierał pan żonę na oficjalne uroczystości.
– Może wytłumaczę – chodzi generalnie o to, że ambasador ma wiele obowiązków, m.in. protokolarnych. A jego małżonka w wielu tych wydarzeniach bierze udział. Żeby to jakoś uregulować, dziewięć-dziesięć lat temu w MSZ wprowadzono możliwość zatrudnienia małżonki. I ja przed wyjazdem do Japonii również miałem propozycje, żeby zatrudnić małżonkę w MSZ. Odmówiłem! Jestem karnistą, nie podoba mi się fikcyjne zatrudnianie żon. Powiedziałem, że kategorycznie odmawiam, będę brał dodatek na niepracującą żonę. Żona wzięła w Polsce urlop bezpłatny i wykonywała wszystkie obowiązki protokolarne.

Również poza Tokio.
– Nie jeździła ze mną wszędzie, tylko tam, gdzie było takie zaproszenie, i w celach protokolarnych. Czyli agencja Dworu Cesarskiego, uniwersytet w Fukuoce, który mi nadał tytuł VIP-absolwenta, a na uroczystość zaprosił mnie z małżonką.

Pan pojechał na uroczystość z żoną i przedstawił rachunek za bilet kolejowy i hotel. I to była ta niegospodarność, za którą pana rozliczali?
– Tak. Plus jeszcze kilka innych wyjazdów, w sumie sześć. Razem to było 156 630 jenów, przy dzisiejszym przeliczniku to 4186 zł. W MSZ przyczepili się do tych podróży. Czyli przyczepili się nie tylko do kwoty ok. 4 tys. zł, co jest promilem wydatków ambasady RP w Tokio, ale i do czegoś, co nie było żadnym naruszeniem przepisów!

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Sami swoi

Kto w Sądzie Najwyższym będzie decydował o pieniądzach Prawa i Sprawiedliwości?

Po odrzuceniu przez Państwową Komisję Wyborczą sprawozdania finansowego komitetu PiS z zeszłorocznych wyborów parlamentarnych, co wiąże się z utratą nawet kilkudziesięciu milionów złotych, politycy tej partii zapowiedzieli, że wniosą skargę do Sądu Najwyższego, którą rozpatrzy Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP). Jarosław Kaczyński wierzy bowiem, że polityczni nominaci ulokowani w nielegalnej izbie Sądu Najwyższego okażą się lojalni i uratują PiS przed widmem bankructwa.

IKNiSP została utworzona w 2018 r. przez Andrzeja Dudę w ramach tzw. reformy sądownictwa. Prezydent powierzył tej izbie rozpatrywanie kluczowych dla państwa spraw, m.in. rozstrzyganie o ważności wyborów, referendów i protestów wyborczych. To do Izby Kontroli trafiają również skargi nadzwyczajne umożliwiające uchylanie lub zmienianie prawomocnych wyroków w każdej sprawie.

Andrzej Duda powołał do IKNiSP wyłącznie osoby wskazane przez upolitycznioną, czyli obsadzoną przez pisowską większość sejmową, Krajową Radę Sądownictwa, mimo że Naczelny Sąd Administracyjny wstrzymał wykonalność rekomendacji neo-KRS do Sądu Najwyższego i zakazał wręczania nominacji przez prezydenta.

Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN nie jest „niezawisłym i bezstronnym sądem”, a jej sędziowie nie powinni wydawać wyroków. Podobnie stwierdziły Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz połączone legalne izby Sądu Najwyższego. Jednak większość „politycznych” sędziów nic sobie z tego nie robi. Wyłamali się tylko Paweł Księżak, Leszek Bosek i Grzegorz Żmij, którzy uznali i wykonali wyroki ETPC i TSUE i zawiesili rozpoznawanie prowadzonych przez siebie spraw do czasu uchwalenia przez obecną władzę ustawy regulującej status IKNiSP.

Rycerze wiary i moralności.

W Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych zasiada 18 sędziów. W tym gronie znalazł się m.in. Aleksander Stępkowski, który uchodzi za fanatyka religijnego. Jest bowiem radykalnym zwolennikiem zakazu aborcji i przeciwnikiem „ideologii gender”. Chciał wsadzać do więzień kobiety, które zdecydowały się na usunięcie ciąży. Zakładał Instytut Ordo Iuris, fundamentalistyczną, antyaborcyjną organizację katolicką, która zwalcza też Unię Europejską, liberalizm i tzw. lewactwo. Jak ujawnił Tomasz Piątek, Ordo Iuris jest powiązany z brazylijską sektą TFP (Tradiçao, Família e Propriedade – Tradycja, Rodzina i Własność). Według historyczki Gizele Zanotto TFP powstała jako „instytucja totalna”. W celu ujarzmiania ludzi organizacja stosowała metody znane z więzień, obozów koncentracyjnych i przytułków dla psychicznie chorych. Stępkowski, zanim został w 2019 r. sędzią, był w rządzie PiS wiceministrem spraw zagranicznych.

Janusz Niczyporuk to kawaler Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie. Jak zapisano w statucie, celem zakonu jest umacnianie u członków „praktyk życia chrześcijańskiego, w absolutnej wierności Papieżowi i nauczaniu Kościoła”, „postawa moralna i świadomość chrześcijańska są pierwszymi warunkami przy przyjmowaniu w poczet” zakonu, a „praktykowanie wiary powinno być widoczne w obrębie własnej rodziny, w miejscu pracy, w posłuszeństwie Ojcu Świętemu, we współpracy z własną parafią i diecezją, w działalności chrześcijańskiej”. Tradycje zakonu sięgają średniowiecza, kiedy to rycerze strzegli w Palestynie grobu Chrystusa oraz walczyli z niewiernymi.

Krzysztof Wiak jest pracownikiem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i specjalizuje się w prawie karnym. Poglądy ma równie skrajne jak Stępkowski i Niczyporuk. Wiak, członek korespondent Papieskiej Akademii Życia, zasiadał w radzie naukowej Ordo Iuris, był także konsultantem rady naukowej Konferencji Episkopatu Polski.

Zgodnie ze statutem KUL „misją uniwersytetu jest prowadzenie badań naukowych w duchu harmonii między nauką i wiarą, kształcenie i wychowanie inteligencji katolickiej oraz współtworzenie chrześcijańskiej kultury i troska o to, by treścią Ewangelii przepojone zostały kategorie myślenia, kryteria ocen i normy działania”, pracownikami uczelni zaś mogą być osoby „respektujące chrześcijański system wartości”. Pracownikiem KUL jest też neosędzia Marek Dobrowolski, który wspierał PiS jako członek Rady Legislacyjnej przy Prezesie Rady Ministrów i członek zespołu ds. referendum konsultacyjnego w sprawie zmiany konstytucji działającego przy Kancelarii Prezydenta.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Trauma wojny

Wszędzie otacza nas przeszłość wojenna.

Dr hab. Michał Bilewicz – psycholog społeczny, socjolog, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW. Autor książki „Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości”.

Mówi się, że Polską rządzą dwie trumny: Dmowskiego i Piłsudskiego, a pan stawia tezę, że kierują nami ofiary liczone w milionach, głównie z okresu II wojny światowej. Czy rzeczywiście 80 lat po wojnie na Polakach tak mocno odciska się trauma wojenna?
– Tak i mają ją zakodowaną nie tylko przez same doświadczenia czy opowieści rodzinne, przekazywane przez pokolenia, ale też przez kulturę: filmy, seriale, literaturę i cały proces nauczania. Przeszłość wojenna wszędzie nas otacza. Nawet genetycy twierdzą, że zmiany epigenetyczne, które powodują naszą nadwrażliwość na pewne sytuacje, wynikają z doświadczeń naszych przodków, z traumy historycznej.

Jakie są najważniejsze przejawy tej traumy?
– Różnego rodzaju lęki, teorie spiskowe, myślenie o obcych bardziej jako zagrażających nam niż jako o potencjalnych partnerach. To nadwrażliwość na pewne sytuacje polityczne i nieufność do instytucji państwa, samorządów, wreszcie funkcjonowanie, jakby tych władz nie było.

W książce pisze pan, że jesteśmy, obok Grecji, najbardziej nieufnym społeczeństwem w Europie i że 29% badanych Polaków odczuwa traumę przeszłości. To dużo?
– Bardzo dużo! Generalnie przyjmuje się, że PTSD, czyli zespół stresu pourazowego, dotyka 10-15% osób doświadczających traumy, choćby wśród Amerykanów po Wietnamie czy Francuzów po wojnach kolonialnych. U nas te wskaźniki są zdecydowanie wyższe. A trauma nie dotyczy przecież tylko wojny. Wśród powodzian na Dolnym Śląsku rok po powodzi stulecia z 1997 r. aż 40% ludzi doświadczało PTSD, czyli nie było w stanie wrócić do normalnego funkcjonowania.

Czy szeroko rozumiana polityka historyczna – to, co robi chociażby Instytut Pamięci Narodowej – umacnia w Polakach traumę historyczną?
– Oczywiście. Dokłada swoje edukacja szkolna, która jest przesycona traumą. W czasach rządów Zjednoczonej Prawicy wzrosła liczba godzin szkolnych poświęconych nauczaniu historii, szczególnie historii najnowszej. Nawet przedmiot wiedza o społeczeństwie zastąpiono przedmiotem historia i teraźniejszość, który był swoistą dorzutką do nauczania historii najnowszej. Jeżeli przyjrzymy się programom nauczania, to największy nacisk kładzie się na te epizody historii, które dotyczą właśnie traumy. Momenty, gdy Polacy doświadczyli strasznych zbrodni.

W ramach polityki historycznej za poparciem polityków Zjednoczonej Prawicy szły i nadal idą konkretne działania: dofinansowywanie konkretnych produkcji filmowych, choćby filmów poświęconych rtm. Pileckiemu czy „żołnierzom wyklętym”. Do postaci, które są związane z dramatycznymi historiami, dochodzą działania ruchów rekonstrukcyjnych. W książce opisuję zupełnie kuriozalne sytuacje, takie jak inscenizacja likwidacji getta w Będzinie, na potrzeby której dzieci przebierają się za ofiary Holokaustu, albo inscenizacje rozstrzeliwania, egzekucji, rzezi wołyńskich. Rekonstrukcje odległych wydarzeń, choćby bitwy pod Grunwaldem, nagle – celowo – zamieniono w rekonstrukcję traumy.

Czym to będzie skutkowało? Jakie da efekty?
– Ciągle niewiele o tym wiemy, ale pewną szczątkową wiedzę już mamy. Jakiś czas temu wspólnie z Adrianem Wójcikiem prowadziliśmy badania wśród młodzieży z małopolskich szkół, która odwiedziła obóz Auschwitz-Birkenau. Mieliśmy możliwość zbadania młodych ludzi przed tą wizytą, bezpośrednio po niej i miesiąc później. Dostrzegliśmy, że 15% ma objawy typowe dla PTSD. Zupełnie nieprzygotowanych licealistów wpuszczamy do obozu, gdzie patrzą na stosy warkoczy, butów, walizek, po czym jeszcze tego samego dnia jadą do kopalni w Wieliczce, do Krakowa. Ten Oświęcim traktowany jest jako kolejny etap na trasie wycieczki szkolnej. Uczeń, który się wychowuje w Holandii czy w Hiszpanii, takich doświadczeń nie ma. Polska jest w pewien sposób specyficzna, kiedy się patrzy na naszą traumę historyczną. Dlatego staram się przekonywać, żebyśmy byli bardziej wyrozumiali wobec skutków naszej przeszłości, co nie oznacza, że nie widzę, jak nasza polityka historyczna karmi się wydarzeniami z dziejów najnowszych. Wyzyskuje je, świadomie eksponując pewne konkretne opowieści o przeszłości, które zwiększają naszą traumę.

Politycy to wiedzą. Szczególnie politycy prawicy ją wykorzystują, by zwiększyć poparcie dla swoich formacji.
– Znaczna część „Traumalandu” o tym traktuje, jest analizą tego, jak traumę wykorzystuje się w życiu politycznym. Jak rozedrganiem polskiego społeczeństwa, wynikającym z historii, można się posłużyć do podbicia swoich słupków wyborczych. Straumatyzowane społeczeństwa są bardzo podatne na różne lęki i na to, co socjolodzy nazywają panikami moralnymi. Społeczności, które doświadczyły bardzo wysokiej śmiertelności dzieci czy przemocy seksualnej w czasie wojen lub okupacji, są łatwe do pobudzenia informacją, że gdzieś zabito jakieś dziecko albo jacyś ludzie zagrażają naszym kobietom. Przypominam, że PiS w 2015 r. wystarczyło głosić: tabuny uchodźców przekroczą nasze granice, będą gwałcić, mordować i zagrażać naszym dzieciom i kobietom. Pisowcy mówili to, kiedy Polacy nie mieli tak wielu kontaktów z Arabami czy ludźmi z Afryki Subsaharyjskiej i kiedy do Polski żadni uchodźcy nie trafiali. Mimo to rozpętana została kampania przeciwko tym ludziom. A jednocześnie nie protestowano, gdy wcześniej trafiło do nas 70-80 tys. uchodźców muzułmańskich z Czeczenii. Umiejętnie wykorzystywana trauma w kampanii wyborczej wyniosła PiS do władzy.

Czy łatwiej jest rządzić straumatyzowanym społeczeństwem, gdy już się władzę zdobyło?
– Rządzić jest o wiele trudniej, niż wykorzystywać traumę historyczną do zdobycia władzy. Bardzo łatwo zmobilizować do poparcia wyborczego, ale rządzić jest bardzo trudno z powodu, o którym już mówiłem – ponieważ narody straumatyzowane nie ufają władzy i politykom, a jednocześnie nie są posłuszne. Widzieliśmy to w czasie epidemii koronawirusa. Władze zalecały Polakom noszenie maseczek, utrzymywanie dystansu, szczepienie się. W pierwszych miesiącach epidemii psycholodzy przebadali 19 państw i analizowali, czy ludzie stosują się do wszystkich zaleceń służb sanitarnych. I co się okazało? Polska była na szarym końcu, m.in. dlatego, że nasze społeczeństwo jest nieufne w stosunku do władzy.

p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Łukasiewicz przewraca się w grobie

W Sieci Badawczej Łukasiewicz zamiast nauką trąci PiS.

Pod koniec maja serwis Nauka w Polsce prowadzony przez PAP poinformował, że naukowcy z Poznańskiego Instytutu Technologicznego wchodzącego w skład Sieci Badawczej Łukasiewicz opracowali maszynę do obierania cebuli o nazwie Onion Master, która może być wykorzystywana w branży rolniczej i w przetwórstwie żywności. Urządzenie składa się z dwóch części, które mogą działać jako osobne sprzęty: pierwsza obiera cebulę z łusek, druga ucina zielony szczypior oraz korzeń. Dr inż. Agata Bieńczak, która kierowała realizacją tego ambitnego projektu, wyjaśniła, że w ramach dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju naukowcy opracowali technologię wycinania korzenia i szczypioru w kształcie stożka, niezależnie od kształtu cebuli. „Dzięki temu mogliśmy ograniczyć odpady poprodukcyjne z 50% do nawet poniżej 10%, w zależności od cebuli”. Produkcją maszyny do obierania cennego warzywa ma się zająć łódzka firma Forvite.

W internecie bez trudu znalazłem dziesiątki ofert podobnych urządzeń. Od prostych, w cenie 10-15 tys. zł, po linie technologiczne za setki tysięcy, a może miliony. Moją uwagę przykuło rozwiązanie w postaci wypełnionych cebulą metalowych klatek, przy których siedzieli pracownicy wyposażeni w noże i końcówki kompresora. Nożem odcinali zbędne części cebuli, a sprężonym powietrzem zdmuchiwali łupiny. Mało skomplikowane.

Ma się rozumieć, lepiej w ramach grantu z NCBR opracować coś bardziej złożonego. Poznański Instytut Technologiczny realizuje m.in. projekt „Opracowanie i wdrożenie technologii przetworzenia ziaren bobiku w celu wytworzenia wzbogaconego źródła białka pozbawionego czynników antyżywieniowych do zastosowań w żywieniu człowieka”. Dofinansowanie wyniosło 8 942 789,83 zł, a zakończenie prac przewidziano na rok 2027. Przykład ten dobrze ilustruje, czym zajmują się badacze zatrudnieni w 22 instytutach tworzących Sieć Badawczą Łukasiewicz, jedną z największych tego typu instytucji w Europie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Bardzo drodzy patrioci

Ponad 100 mln zł PiS wyprowadziło z Funduszu Patriotycznego do organizacji skrajnie prawicowych i kościelnych.

Fundusz Patriotyczny, utworzony w marcu 2021 r., jest projektem ideologicznym, którego głównym zadaniem miała być „realizacja polityki pamięci w zakresie historii i dziedzictwa Polski, w tym dorobku polskiej myśli społeczno-politycznej, ze szczególnym uwzględnieniem myśli narodowej, katolicko-społecznej i konserwatywnej”.

Dysponentem funduszu był Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego, którego dyrektorem został jeden z głównych architektów polityki historycznej PiS, prof. Jan Żaryn, słynący m.in. z gloryfikowania przedwojennych polskich faszystów z Obozu Narodowo-Radykalnego oraz bronienia mordercy i terrorysty Janusza Walusia powiązanego z rasistowskim i neonazistowskim Afrykanerskim Ruchem Oporu. Zastępcą Żaryna w randze wicedyrektora, odpowiedzialnym za Fundusz Patriotyczny, został Andrzej Turkowski, zaufany człowiek nieformalnego lidera środowisk skrajnie prawicowych, Roberta Bąkiewicza.

Korupcja polityczna.

Z mejli wykradzionych ze skrzynki Michała Dworczyka, ministra w kancelarii premiera Mateusza Morawieckiego, które publikowała strona Poufna Rozmowa, wiadomo, że Turkowski dostał dyrektorski stołek w wyniku tajnego porozumienia między środowiskami neofaszystowskimi skupionymi wokół Bąkiewicza a PiS. Wszystko rozegrało się w czerwcu 2020 r., przed drugą turą wyborów prezydenta RP. W zamian za poparcie Andrzeja Dudy przez skrajną prawicę Bąkiewicz zażądał od Dworczyka spełnienia sześciu warunków, wśród których była posada dyrektorska dla jego człowieka w nowo tworzonym Instytucie Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego, którego powstanie premier Morawiecki ogłosił dokładnie 5 lipca 2020 r., a więc siedem dni przed drugą turą wyborów prezydenckich.

Tak też się stało, skrajna prawica poparła Dudę, Turkowski przejął kontrolę nad Funduszem Patriotycznym, a do organizacji związanych z Bąkiewiczem zaczęły płynąć szerokim strumieniem pieniądze. W sumie ok. 13 mln zł. Za taki numer, który był ordynarną korupcją polityczną, Dworczyk z Turkowskim powinni odpowiedzieć karnie, ale włos im z głowy nie spadł.

Fundacja Instytut Dziedzictwa Europejskiego Andegavenum powstała w 2020 r., a na jej czele w randze prezesa zarządu stanął Wojciech Golonka (rocznik 1984), kandydat Konfederacji w wyborach do Sejmu w 2019 r. i kandydat Komitetu Wyborczego Wyborców Kukiz‘15 w wyborach do sejmiku województwa małopolskiego w 2018 r. Golonka to zatwardziały nacjonalista i lefebrysta, członek skrajnego odłamu katolicyzmu Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X.

Andegavenum dostało 560 tys. zł z Funduszu Patriotycznego na dwa projekty: „Katolicka myśl społeczna: pomniki, przykłady, kierunki rozwoju dla Polski” i „Tradycja katolicka dla wszystkich: pomniki myśli i żywe przykłady”. Za otrzymane pieniądze fundacja wydała (m.in. przetłumaczone na język polski) dziewięć książek i trzy komiksy oraz udostępniła nagrania wykładów na swoim kanale w mediach społecznościowych. Przekręt polegał na tym, że obrotny Golonka zlecił sam sobie (jako prezes Andegavenum osobie fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą) wykonanie części usług, dzięki czemu zainkasował prawie 80 tys. zł. Najwyższa Izba Kontroli, która badała dotacje przyznane Andegavenum, stwierdziła, że było to niezgodne z art. 108 Kodeksu cywilnego, z którego wynika, że prezes zarządu, dokonując czynności prawnej w imieniu fundacji, nie może równocześnie występować jako druga strona tej czynności prawnej (reprezentując usługodawcę). Zdaniem NIK „sytuacja, w której warunki umowy określa ta sama osoba – działająca jako organ podmiotu i jednocześnie jako wykonawca umowy – jest niedopuszczalna, nie zapewnia bowiem transparentności podejmowanych działań i może prowadzić do powstania szkody majątkowej”.

Inne organizacje powiązane z Bąkiewiczem, które dostały pieniądze z Funduszu Patriotycznego, to m.in.: Stowarzyszenie Straż Narodowa (prawie 2,5 mln zł), Stowarzyszenie Marsz Niepodległości (1,7 mln zł), Stowarzyszenie Roty Marszu Niepodległości (ponad 680 tys. zł), Stowarzyszenie Patriotyczne Siedlce (910 tys. zł), Fundacja Advocata Nostra (840 tys. zł), Fundacja Milites Invictissimi (prawie 550 tys. zł), Stowarzyszenie Wiara i Tradycja (430 tys. zł), Stowarzyszenie Marsz Zwycięstwa (ponad 400 tys. zł), Media Narodowe (prawie 200 tys. zł), Fundacja Zabuże (160 tys. zł).

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Biznes Szopy i ludzie Morawieckiego

Paweł Szopa był dla PiS swój, ale podsłuchy mu założono.

„Red is Bad to marka dla ludzi ceniących wolność i dumnych z polskiej historii. Przypominamy zapomnianych bohaterów oraz niepodległościowe zrywy naszych przodków. Jesteśmy stąd. Nie chcemy wyrzec się tradycji. Nie boimy się brać spraw w swoje ręce. Wierzymy w prywatną inicjatywę i ciężką pracę. Najwyższa jakość i polska produkcja to dla nas sprawa kluczowa”, mówił w wywiadach założyciel firmy, która w kręgach prawicowych zyskała status kultowej.

W bluzach i koszulkach z tym znakiem pokazywali się prezydent Andrzej Duda i jego małżonka. Należący do Szopy sklep odwiedził premier Mateusz Morawiecki. Dla polityków prawicy młody przedsiębiorca stał się symbolem sukcesu ekonomicznego opartego na wartościach.

Z czasem spółki zakładane przez ceniącego wolność i zrywy niepodległościowe dyktatora mody stały się dostawcą i partnerem biznesowym Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych (RARS) i dosłownie spłynął na nie deszcz pieniędzy. W niektórych mediach pisano, że może to być nawet pół miliarda złotych.

Działalnością właściciela marki Red is Bad w końcówce rządów PiS zainteresowały się Centralne Biuro Antykorupcyjne i prokuratura. Dziś on i były prezes RARS Michał Kuczmierowski są poszukiwani przez organy ścigania. Obaj podkreślili, że z Polski wyjechali legalnie i gotowi są stawić się przed prokuratorem, jeśli otrzymają listy żelazne, które pozwolą im uniknąć aresztu. Zgodnie też twierdzą, że nie złamali prawa.

Jest pewne, że sprawa nieprawidłowości w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych długo będzie rozgrzewała emocje polityków, dziennikarzy i Polaków zainteresowanych polityką.

Husaria na koszulkach.

W wywiadzie udzielonym Polskiemu Radiu 24 pięć lat temu Paweł Szopa mówił: „Budując biznes na wartościach patriotycznych, dużo łatwiej osiągnąć sukces, niż gdy się to robi tylko dla pieniędzy”. I trzeba przyznać, że w jego przypadku zasada ta sprawdziła się w 100%. Szopa wspólnie z przyjacielem Jakubem Iwańskim najpierw założyli na Facebooku istniejący do dziś fanpage o nazwie Red is Bad, na którym publikowali grafiki odnoszące się do historii Polski. Jak wspominał założyciel marki, po pół roku zaczęli zgłaszać się do nich ludzie z prośbami, by zrobili koszulki z grafikami. W 2012 r. Szopa i Iwański zainwestowali 6 tys. zł w ich produkcję i odnieśli sukces.

Bardzo szybko koszulki i bluzy opatrzone dyskretnym napisem „Red is Bad” stały się ulubionym strojem uczestników Marszu Niepodległości, środowisk kibicowskich i członków organizacji określających się jako „prawicowe, patriotyczne i narodowe”. W 2015 r. prezydent Andrzej Duda udający się z wizytą do Pekinu został sfotografowany w koszulce tej marki. Rok później poseł Rafał Wójcikowski odziany w koszulkę Red is Bad przemawiał z trybuny sejmowej.

W mediach takich jak „Polonia Christiana” pisano o jęku zawodu wydawanym przez lewicowe redakcje na wieść o tym, że Polacy mają czelność nosić się w patriotycznej odzieży. Dowodzono, że lewica utraciła oręż w postaci monopolu na młodzieżową modę. Przekonywano, że odziewanie się w ciuchy ze znaczkiem Red is Bad stało się manifestacją poglądów, swoistym wyznaniem wiary. Socjolodzy przypominali, jak w czasach stanu wojennego w Polsce wielu wpinało w klapy garniturów czy w swetry oporniki, co było symbolem sprzeciwu wobec władzy.

Paweł Szopa i jego wspólnik rozwijali firmę. Istniejący do dziś sklep internetowy www.redisbad.pl z miesiąca na miesiąc notował coraz większe obroty. Właściciele wzbogacali ofertę. Pojawiły się nowe wzory i grafiki przedstawiające husarzy szarżujących pod Kircholmem, rotmistrza Witolda Pileckiego, Danutę Siedzikównę „Inkę” czy operatora Gromu.

W Warszawie i Krakowie uruchomiono sklepy stacjonarne, a Paweł Szopa udzielał kolejnych wywiadów. Wspominał trudne początki, gdy biuro firmy mieściło się w jego pokoju, a magazyn towarów pod łóżkiem. Opowiadał, jak pierwsze 200 koszulek, które trafiły do sklepu internetowego, sprzedało się w ciągu dwóch dni. Podkreślał, że ich produkty nie są finansowane ze środków Unii Europejskiej. W 2017 r. założył też Fundację Red is Bad, której celem było niesienie pomocy kombatantom i powstańcom warszawskim. Środki na ten szczytny cel miały pochodzić z zysków z produkcji i sprzedaży odzieży patriotycznej. Na stronie internetowej sklepu znajdziemy informacje o kwotach przekazanych na rzecz dzieci, Ukrainy, kombatantów itd. Nie były wielkie: 9 tys., 12 tys., 25 tys. zł. Ale liczyły się intencje.

Głosy krytyczne w mediach społecznościowych, zarzucające twórcom marki promowanie postaw nacjonalistycznych, powodowały tylko wzrost zainteresowania i napędzały nowych klientów. Po kilku latach młodzi właściciele patriotycznej marki stali się osobami zamożnymi. Prawdziwy przełom nastąpił jednak w końcówce pandemii COVID-19, gdy spółki założone przez Pawła Szopę zaczęły dostarczać różne towary Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Zamknięte oczy i zatkane uszy

Przybyło trochę nadziei, że wreszcie zaczniemy wychodzić z tego bagna, którym dojna zmiana oblepiła państwo. Państwowa Komisja Wyborcza zrobiła pierwszy krok w dobrą stronę. Kłaniam się tu mec. Kaliszowi. Choć ten krok jest dość skromny jak na oczekiwania większości, która obserwowała bezczelność, z jaką kandydaci PiS ładowali w swoją kampanię wyborczą wagony pieniędzy. Naszych pieniędzy. Tych z budżetu państwa, których przeznaczenia powinni pilnować, bo do tego zostali powołani. A co zrobili? Splugawili zasady, ośmieszyli ważne słowa i symbole. Z powszechnego kłamstwa zrobili partyjną doktrynę. A ze złodziejstwa codzienną praktykę. Było oczywiste, że będą tego bronić wszelkimi metodami. Nawet jednej ukradzionej złotówki nie oddadzą bez walki. Trzeba o tym wiedzieć. I skutecznie odpowiadać na ich obecne działania. Ani lament części polityków PiS, ani groźby większości nie mogą zatrzymać marszu w stronę państwa bez zorganizowanych grup przestępczych. Skala tego, co już wiemy, prowadzi do dość oczywistego wniosku. Formacja, która ma w składzie tylu przestępców, musi być oceniana nie pod kątem jednej czy drugiej kampanii. Na coraz bliższym horyzoncie pojawia się problem oceny całej partii.

Jak nasz system polityczny poradzi sobie ze zbudowanym przez Kaczyńskiego monstrum? Za fasadą słów o demokracji, prawie i sprawiedliwości mamy sitwę, która sobie z tego kpi. Czy z tym będą potrafili sobie poradzić uczciwi działacze tej partii? Gdy patrzę, jak reagują na afery, na ich zamknięte oczy i zatkane uszy, to nie wierzę w wewnętrzną odmianę. Co więc można z tym zrobić? A zrobić trzeba, bo choroba, którą PiS zainfekowało państwo, jest zaraźliwa.

Jak boli odspawanie od kranika z kasą, widać po coraz głupszych reakcjach PiS na decyzję PKW. Przecież przynajmniej na razie sankcje finansowe są dla tej partii symboliczne. Przy jej zasobach praktycznie nieodczuwalne. Chyba że ci, którym napchano kieszenie, zapomną o dobrodziejach i nie będą chcieli dzielić się z partią. Taki scenariusz już kiedyś w Polsce się zrealizował.

Zapaść sądownictwa, do której doprowadzili pospołu Kaczyński z Ziobrą i Dudą, i kuglarskie sztuczki dojnej zmiany miały zagwarantować bezkarność tej partii i jej akolitów. Nie udało się. Rozliczenia będą. Lokomotywa, jak u Tuwima, dopiero się rozpędza. A ja jakoś nie wierzę w ruch masowej obrony złodziei, przestępców i nieudaczników. W prywatnych rozmowach taką ocenę PiS słyszę od wielu ludzi związanych z prawicą. W tej sytuacji rozliczenia to nie igrzyska, ale oczywista konieczność.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Kibole i orzełki

Wielomilionowe „interesy” to tylko składowa firmy Red is Bad. Warto wiedzieć, jaka filozofia stoi za tą marką.

Twórca Red is Bad bardzo dobrze rozpoznał swoją grupę odbiorców. Nazwa marki nie jest przypadkowa i bynajmniej nie bierze się z niechęci do koloru czerwonego. Sukces firmy założonej przez Pawła Szopę, oprócz finansowania przez PiS, wynika z przemyślanego marketingu skierowanego do bardzo wąskiej grupy odbiorców, których można określić jako ludzi myślących o sobie w kategoriach „jedynych i prawdziwych patriotów”.

Noś z dumą i godnością.

Nie przez przypadek koszulki i akcesoria sprzedawane przez Red is Bad są tak często widywane na wydarzeniach kojarzonych ze środowiskami narodowców i skrajnej prawicy.

Red is Bad stało się szybko fenomenem. Paweł Szopa udzielił „Gazecie Wyborczej” wywiadu, z którego podobno wszyscy czegoś o sobie się dowiedzieli (m.in. tego, że narodowcy podobno wcale nie są tacy źli). Samą markę „GW” określiła jako „kultową”, mimo że działała ona wtedy zaledwie moment. We wstępie do wywiadu z Szopą podkreślano, że zrosła się z Marszem Niepodległości i jego uczestnikami prawie tak, jakby była odzieżą służbową uczestników wydarzenia.

Szopa i Iwański o filozofii swojej marki opowiadali na łamach dziennika „Rzeczpospolita”. „Red is Bad jest dla nas także platformą wyrażania nas samych i naszych poglądów, stąd i manifest, i nazwa potępiająca komunizm, który nie został nigdy za swoje zbrodnie rozliczony”, twierdził w 2017 r. Szopa. Nazwa Red is Bad może się kojarzyć również ze znanym okrzykiem narodowców: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”.

Szopa nie krył też nigdy, że oprócz braku sympatii do wszystkiego, co mogłoby mieć związek z lewicą, nie jest także fanem Unii Europejskiej. „Gdy w Polsce było organizowane referendum akcesyjne, mieliśmy z Kubą po 17 lat, byliśmy w trzeciej klasie liceum. 95% osób wokół nas było za przystąpieniem do Unii Europejskiej, a my nie. Od początku byliśmy bardzo sceptycznie nastawieni, nie wierzyliśmy w tę propagandę, że Polska dzięki Unii stanie się krajem mlekiem i miodem płynącym. Nigdy nie dostaje się niczego za darmo, zawsze jest coś za coś”, mówił w „Rzeczpospolitej” Szopa.

Wbrew temu, co stwierdził prezydent Andrzej Duda w RMF FM, sklepów z odzieżą patriotyczną jest w internecie zatrzęsienie. Tylko na pierwszej stronie wyników wyszukiwarki Google po wpisaniu hasła odzież patriotyczna pojawia się dziewięć sklepów pełnych ubrań i gadżetów. Dlatego prezydent Duda ani Mateusz Morawiecki, chcąc kupić akcesoria podkreślające ich miłość do ojczyzny, wcale nie byli zmuszeni odwiedzać sklepu Red is Bad. Warto jednak zwrócić uwagę na coś innego. Pojawienie się najważniejszych osób w państwie w sklepie z odzieżą patriotyczną było swoistym puszczeniem oka do potencjalnych wyborców PiS ze środowisk nacjonalistycznych.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Lamentacje nad (nie)dotacją

Decyzja Państwowej Komisji Wyborczej o odrzuceniu sprawozdania finansowego komitetu wyborczego PiS jest ważna i ciekawa, ale i ma dalekosiężne konsekwencje. Ważna, bo jednak wielomiesięczne zmagania PKW ze sprawozdaniem i sygnałami o naruszeniach nie odbywały się w ciszy (powyborczej). Zauważalny był nacisk opinii publicznej, żeby udowodnić nieprawidłowości poprzedniej ekipy. Ale też pomruki grozy dochodziły z okolic niegdysiejszej Zjednoczonej Prawicy, która sakralizuje swoje przewiny. PKW uznała, że 3,6 mln zł zostało wydanych z naruszeniem przepisów, musiała więc sprawozdanie odrzucić. Skutkuje to odebraniem trzykrotności tej sumy z dotacji oraz, co jeszcze poważniejsze, całkowitym zamrożeniem subwencji przez kolejne trzy lata. To już kilkadziesiąt milionów złotych. Batalia o kasę nie kończy się na groźbach polityków PiS (były wiceminister sprawiedliwości Jan Kanthak: „Członkowie PKW, którzy podpisali tę haniebną uchwałę, gorzko tego pożałują. Będzie ich to drogo kosztowało”), będą odwołania, będą kolejne decyzje.

Symboliczne mleko się rozlało: PiS ponosi konsekwencje swojego nieokiełznanego pożądania utrzymania władzy. Przekonanie, że nikt tu nigdy polityków nie rozliczał, zderzyło się ze ścianą. To musi boleć. Pewnie jeszcze przez jakiś czas będziemy się zajmować tym, dlaczego PKW zakwestionowała taką sumę. Dlaczego nie większą? Co zrobi Sąd Najwyższy? Wszystko to będzie jeszcze się kitwasić w prawniczym sosie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.