Tag "Rosja"

Powrót na stronę główną
Świat

Liga Mistrzów internetu

Amazon, Alibaba i rosyjskie giganty handlu elektronicznego – władza nad ekranem smarfona

Handlem internetowym władają dziś imperia, które kontrolują magazyny, dane, płatności i codzienne decyzje miliardów ludzi. Na trzech kontynentach ukształtowały się trzy modele tej władzy: amerykański totalny operator, chiński ekosystem sieciowy i rosyjski duopol zbudowany na gęstej logistyce oraz żelaznej dyscyplinie. Ich historie to opowieść o bogactwie, przemocy i cenie, jaką płaci się za panowanie nad ekranem smartfona.

Model Bezosa

Historia Amazona zaczęła się w garażu w Bellevue pod Seattle. Były bankier z Wall Street Jeff Bezos w 1994 r. uznał, że internet zrewolucjonizuje handel, i zaczął sprzedawać w sieci… książki. Bo pierwotnie Amazon był księgarnią. Trzy dekady później stał się machiną, która w 2024 r. wygenerowała 637,96 mld dol. przychodów i 59,25 mld dol. zysku netto. Dziś to korporacja, której skala przychodów przewyższa PKB wielu gospodarek europejskich.

Jeff Bezos stworzył model, w którym handel, logistyka, chmura obliczeniowa, kanał streamingowy Amazon Prime, a nawet technologie kosmiczne, takie jak Projekt Kuiper (Amazon Leo) – czyli budowa konstelacji satelitów zapewniających dostęp do szerokopasmowego internetu – tworzą zintegrowaną całość. Bezos jest też właścicielem i twórcą prywatnej spółki Blue Origin, która rozwija technologie budowy rakiet, lądowników i wszystkiego, co jest związane z usługami kosmicznymi. Pod tym względem właściciel Amazona rywalizuje z Elonem Muskiem. Jednak to jest margines jego działalności. Tym, nad czym dziś koncentruje się amerykańska spółka, jest utrzymanie dominacji w dziedzinie logistyki. Koncern ma pełną kontrolę nad łańcuchem dostaw — od przyjęcia towaru po dostarczenie go do klienta. Pozwala to na realizację zamówień w jeden dzień – nawet jeśli dostawy odbywają się pomiędzy różnymi kontynentami.

Nikt dotychczas nie zbudował porównywalnej sieci magazynów, sortowni i floty w tak wielu państwach jednocześnie. Automatyzacja, robotyka i sztuczna inteligencja nie są w Amazonie ozdobą prezentacji inwestorskich, lecz kręgosłupem firmy, od którego zależy jej przyszłość.

Pytanie brzmi: jak długo politycy, pracownicy i sprzedawcy będą gotowi płacić cenę wyznaczoną przez Bezosa? Zwłaszcza że osoby zatrudnione w magazynach koncernu w Europie i Stanach Zjednoczonych od lat skarżą się na tempo pracy, które nie zna ani litości, ani wolnych dni – stąd legenda firmy, która działa bez wytchnienia. Jeff Bezos zbudował kult efektywności, w którym każda sekunda między kliknięciem a dostawą jest mierzona, optymalizowana i przeliczana na dolary. Ta obsesja uczyniła z Amazona wzorzec, którego na razie nikt nie dogonił.

Alibaba – smok z Hangzhou

Jeśli Amazon jest maszyną, to Alibaba Group jest archipelagiem. W 2024 r. holding z Hangzhou wykazał 941,17 mld juanów przychodów i 71,33 mld juanów zysku netto. To skala wyraźnie mniejsza od amerykańskiego rywala. Alibaba nie jest ściśle zintegrowanym operatorem, lecz holdingiem złożonym z wielu platform handlowych, usługowych i spółek, które tworzą wspólny organizm. Zarabia na pośrednictwie, reklamie i usługach dla sprzedawców. Nie musi być właścicielem każdego magazynu ani każdej ciężarówki. Wystarczy, że sprawnie organizuje rynek, kieruje ruchem i inkasuje opłaty za dostęp do miliardów chińskich konsumentów.

Rdzeniem grupy są dwie platformy handlu internetowego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Pierwszy dom w Unii Europejskiej

Między Polską a obwodem kaliningradzkim: do życia w takim miejscu można, a nawet trzeba się przyzwyczaić

Z Lizą spotykam się w kawiarni na warszawskich Bielanach. Mieszka w Polsce od ponad 10 lat, po polsku mówi perfekcyjnie. Skończyła w Polsce studia, tutaj wyszła za mąż i pracuje w jednej z korporacji. Z Polską wiąże przyszłość, choć obywatelstwa jeszcze nie ma i, jak mówi, jedna decyzja urzędnika może wywrócić jej życie do góry nogami.

W Kaliningradzie spędziła 17 pierwszych lat życia. Pytam, co przychodzi jej pierwsze do głowy, gdy myśli o swoim rodzinnym mieście. Zastanawia się krótką chwilę i odpowiada: korki. – W Warszawie transport miejski działa dużo lepiej. Czasem aż wstyd jechać gdzieś samochodem. W Rosji nie, tam wszędzie jeździ się swoim autem.

Kolejna rzecz to architektura. Kaliningrad, czy też Królewiec, to Königsberg, przez kilka stuleci najważniejsze miasto i perła niemieckich Prus Wschodnich. Pod koniec II wojny światowej został potężnie zniszczony, najpierw przez alianckie naloty, potem przez oblężenie i szturm Amii Czerwonej. A po wojnie, gdy znalazł się w granicach Związku Radzieckiego, architekturze miasta ostateczny cios zadała nowa władza i nowi mieszkańcy. (…)

Liza najbardziej w mieście lubi rejon swojej szkoły. Tam stare budynki przetrwały w niezłym stanie. Poza tym niedaleko mieszkała jej babcia, okolica kojarzy jej się więc z dzieciństwem. Pokazuje mi na telefonie zdjęcie szkoły. Duży poniemiecki budynek z czerwonej cegły, przed wojną mieścił się w nim szpital. Przypomina mi moją podstawówkę, w której z kolei kiedyś były pruskie koszary. (…)

– Wiesz, w Rosji jest taki mit, że w Kaliningradzie mieszkają Niemcy albo mieszanka Niemców i Rosjan. To zupełna nieprawda. Po wojnie wszyscy Niemcy zostali wysiedleni, a na ich miejsce przyjechały różne narodowości Związku Radzieckiego – zaznacza. Jej własna rodzina w większości pochodzi z Białorusi, dokładnie z okolic Brześcia. Dziadkowie wyemigrowali do obwodu w latach 50. – Przyjechali tam, bo była praca, były możliwości. Puste terytorium, fajny kawał ziemi z dostępem do morza. Jeden dziadek został rybakiem, drugi mechanikiem na rybackim statku. To były w tamtych czasach jedne z lepszych zawodów – opowiada.

Oswajanie pustego terytorium po Niemcach trwało długo. W zasadzie oswoiło go dopiero trzecie, nasze pokolenie. – Moja babcia nigdy nie powie, że Kaliningrad jest jej bliski. To dla niej ciągle coś obcego. Tata, choć tu urodzony, utożsamia się jeszcze jako Białorusin. A przynajmniej pół na pół. Ja już nie. W mojej świadomości jestem Rosjanką z Kaliningradu.

Od białoruskich korzeni zaczęły się kontakty Lizy z Polską. Jako dziecko jeździła na wakacje do rodziny pod Brześciem. Pierwsze wspomnienie z Polski to przesiadka do autobusu na Białoruś na Dworcu Zachodnim w Warszawie. – Rozumiesz, że to nie może być dobre wspomnienie – mówi ze śmiechem.

Faktycznie, autobusowa Warszawa Zachodnia, choć niedawno ruszył jej remont, do dziś nie należy do najprzyjemniejszych miejsc w stolicy. Co dopiero 25 lat temu.

– Potem było już lepiej – dodaje szybko Liza. Ze zdumieniem dowiaduję się,

Fragmenty książki Z widokiem na Polskę, Ringier Axel Springer, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Po co nam amerykańska baza?

Nie obroni, a kosztować będzie krocie

Pogrążamy się w świecie szaleństwa. Polscy politycy licytują się w sprawie amerykańskiej bazy: kto bardziej chce u nas amerykańskich żołnierzy, kto chce więcej za to zapłacić. Oto probierz patriotyzmu.

Te wszystkie opowieści, jakie to szczęście zapanuje, gdy Amerykanie osiądą na polskiej ziemi, nie trzymają się kupy. Nie ma w tym ani przyzwoitości, ani logiki finansowej, ani strategicznego myślenia.

Zacznijmy od przyzwoitości. Oto bowiem politycy, którzy mają usta pełne frazesów o wolności i niepodległości, chcą, by tę wolność zapewnili nam żołnierze zagraniczni. Przecież to jest ucieczka w poddaństwo. Wobec USA. Innymi słowy, wołają: „Wolność, suwerenność!”, a chcą nas sprzedać.

Tę sprzedaż realizują z zapałem. Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz ogłasza z dumą, że negocjuje sprawę bazy z sekretarzem wojny Pete’em Hegsethem i że te negocjacje idą dobrze. Rzecznik prezydenta Nawrockiego pogania rząd i poucza, że to Nawrocki narzuca ton w tych zabiegach wobec Amerykanów. I że to on najbardziej chce wojsk USA w Polsce. Oto rozum Nawrockiego – wmawia nam, że im będzie milszy wobec Donalda Trumpa, tym bardziej Trump będzie chętny nas bronić. Wiąże więc bezpieczeństwo Polski z dobrym humorem prezydenta USA. Poza tym amerykańska baza będzie „odstraszać Rosję”. Czyżby?

Jest wiele dowodów z ostatnich lat, a nawet dni, na to, że obecność amerykańskich żołnierzy nie gwarantuje bezpieczeństwa. Przykładem niech będzie ostatnia wojna w Zatoce. Amerykanie mają tam bazy w Katarze (Al-Udeid), w Bahrajnie (dowództwo V Floty), w Kuwejcie i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Bogate państwa Zatoki myślały podobnie jak polscy politycy – że ściągną Amerykanów i będą bezpieczne. Tymczasem okazało się, że bezpieczne nie były. Iran bombardował bazy, a nawet hotele, w których mieszkali amerykańscy żołnierze. Obecność amerykańskich baz niczego więc nie zagwarantowała.

Podobnie było w roku 2021 w Afganistanie. Obecność amerykańskich żołnierzy nie pomogła prozachodniemu rządowi. Sceny z lotniska w Kabulu, z którego odlatywały amerykańskie samoloty, są tego symbolem.

W naszej części świata podobną sytuację mieliśmy w roku 2008 w Gruzji. Dla nas ta wojna to początek agresywnych działań Rosji. Ale były one możliwe dlatego, że ówczesny gruziński prezydent Micheil Saakaszwili zbyt mocno uwierzył w amerykańską broń i poparcie USA. Wierzył m.in., że amerykańscy żołnierze szkolący armię gruzińską „będą odstraszać”. Nic takiego nie miało miejsca. W efekcie przegrał. Prof. Jadwiga Kiwerska z Instytutu Zachodniego skomentowała to krótko: „Wobec wojny rosyjsko-gruzińskiej Waszyngton okazał się dość bezradny, a jego działania były mocno spóźnione i raczej miały na celu »ratowanie twarzy« supermocarstwa niż realną skuteczność”.

Dlaczego wiara, że baza wojsk amerykańskich będzie rodzajem naszej tarczy, że będzie odstraszała Rosję, jest tak naiwna? Bo zakłada, że Rosja i USA są głęboko skłócone, pozostają w konflikcie takim jak w czasach zimnej wojny. Ale tamtych czasów już nie ma. Ekipa Trumpa patrzy na świat zupełnie inaczej – wielobiegunowo. Podobnie będzie, jak sądzę, z ekipami, które przyjdą po nim. Rosja nie jest więc dziś dla USA śmiertelnym wrogiem, ale jednym z największych państw świata, z którym jakoś trzeba się ułożyć. Jak? Polska nie ma na to wpływu. Żadnego. W sprawach stosunków amerykańsko-rosyjskich jesteśmy poza grą. Mogliśmy więc w Warszawie wołać, że Putin to morderca i że nie podaje mu się ręki, a potem i tak oglądaliśmy w telewizji, jak na Alasce kroczy po czerwonym dywanie i wita się miło z Donaldem Trumpem.

Możemy też obserwować wysłanników prezydenta USA, którzy jeżdżą do Moskwy negocjować i snują plany gospodarczych przedsięwzięć. Słuchać wiceprezydenta J.D. Vance’a, który z dumą opowiadał, że jego największym osiągnięciem jest odłączenie Ukrainy od amerykańskiej pomocy. Albo Trumpa, który w Paryżu

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Bralczyk

Paskudny świat

Paskudny to świat, w którym szaleństwo jednostek może usprawiedliwiać kolosalne wydatki na zbrojenia. Jeśli wnioskować z medialnych przekazów (a skąd mamy czerpać wiedzę, a przynajmniej informacje?), kilku co najmniej niezrównoważonych panów wpływa na decyzje przypominające dość niefortunne łacińskie powiedzenie Wegecjusza, zresztą militarysty, żeby szykować wojnę, chcąc pokoju.

Co gorsze, o ile z perspektywy wojny trudno się cieszyć, o tyle ze zbrojeń już można. I z tego, że jesteśmy liderem pieniężnego w nie zaangażowania. I tu łatwo nawet, co też wydaje się niemal piękne, o społeczną zgodę. Bo przecież w historii czuliśmy się wtedy ważni, gdy byliśmy przedmurzem. Teraz powtarzamy z pewnym ukontentowaniem, że jesteśmy wschodnią flanką NATO, co jest jednym z niewielu przypadków, gdy chętnie odnosimy do siebie słowo „wschodni”.

Słowo „bezpieczeństwo” tłumaczy wiele. Jest na czele wartości, na jakich nam zależy. A ma jeszcze tę wagę, że wywołuje poczucie zagrożenia, w którym łatwiej o rządzenie, ale i o porozumienie, rzec można – narodowe. Daje też możliwość tworzenia aksjomatów. Kiedyś powtarzano, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Narwa – tu zaczyna się Europa

Przypadek Narwy i Iwangorodu leżących na styku Estonii i Rosji jest wyjątkowy. Kiedyś zwarty organizm, dziś – dwa odrębne światy

Korespondencja z Estonii

Cieszyn, Zgorzelec, Słubice. Miast leżących na terenie dwóch krajów mamy w najbliższym otoczeniu sporo. Przed 1989 r. do czeskiej części Cieszyna czy do NRD-owskiego Görlitz wcale nie było łatwo się dostać. Dziś, dzięki Schengen, po stronie czeskiej i niemieckiej możemy pospacerować, kiedy tylko chcemy.

Także na zachodzie Europy znajdziemy miejscowości jedną nogą w jednym, a drugą w drugim kraju. Takim przypadkiem jest Baarle-Hertog-Nassau leżące pomiędzy Belgią i Holandią. Historia jego osobliwości sięga czasów średniowiecza, kiedy działki na tym terenie dzielono między lokalne rodziny arystokratyczne. Jednak zarówno tę miejscowość, jak i polskie miejskie organizmy sąsiedzkie rozdzielają kraje będące dziś politycznie, gospodarczo i militarnie po tej samej stronie.

Przypadkiem najbardziej zbliżonym do Narwy-Iwangorodu jest leżąca na styku greckiego (południowego) i tureckiego (północnego) Cypru Nikozja, z granicą przebiegającą przez środek miasta. Tam z kolei granica nie rozdziela państw, które znalazły się w różnych systemach wojskowych, bo i Turcja, i Grecja są członkami NATO.

Jedno miasto, wiele światów

Nie ma obecnie w Europie drugiego, położonego w dwóch krajach, tak newralgicznego politycznie i militarnie miasta. Estońska Narwa i leżący po drugiej stronie rzeki rosyjski Iwangorod są zaiste wyjątkowe. 90% mieszkańców Narwy – najdalej na wschód wysuniętego miasta UE – to osoby rosyjskojęzyczne. W dużej mierze jest to efekt rusyfikacji miasta – po 1945 r. władze ZSRR przesiedlały tu Rosjan z głębi kraju. Kto wybiera się do Narwy, musi sobie przypomnieć język rosyjski ze szkoły. Młodsi mają gorzej, bo angielski w Narwie, w przeciwieństwie do stołecznego Tallina, raczej nie będzie tu użyteczny. Miasto jest dość rozległe, choć mieszka w nim tylko ok. 52 tys. osób. Nie powinno nas to zniechęcać, starsi mieszkańcy pięknym językiem Tołstoja, zawsze bardzo uprzejmie, wskażą drogę każdemu zabłąkanemu turyście.

Ze strategicznego znaczenia tego miejsca już w połowie XIII w. zdawali sobie sprawę Duńczycy, którzy na skale, nad wartko płynącą w tym miejscu rzeką Narwą wybudowali twierdzę – Zamek Hermana. Na drugim brzegu Narwy, ok. 100 m od estońskiej dziś twierdzy, Rosjanie pod koniec XV w. postawili swoją potężną warownię – Twierdzę Iwangorodzką. To strategiczne położenie Narwy-Iwangorodu powodowało, że w okolicach twierdz przetaczały się liczne konflikty zbrojne: m.in. wojny inflanckie w XVI w., wojna północna z XVIII w. oraz wojna estońsko-bolszewicka 1918-1920. W wyniku tej ostatniej całe miasto, po obu stronach rzeki, znalazło się w rękach estońskich. Podczas II wojny światowej i Niemcy, i Sowieci zrównali Narwę-Iwangorod z ziemią.

W 1945 r. miasto stało się częścią ZSRR, z tym że lewobrzeżna część należała do Estońskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a prawobrzeżna – do Rosyjskiej FSRR.

W przełomowym roku 1991, kiedy Estonia wybiła się na niepodległość, Most Przyjaźni usytuowany pod twierdzami stał się mostem granicznym dla całkiem sporego wówczas ruchu samochodowego. A mała stacja kolejowa z wielkim napisem Wokzał (dworzec) stała się stacją graniczną. I międzynarodową. Intensywny ruch samochodowo-kolejowy na moście odbywał się do 2022 r. Początek pełnoskalowej wojny w Ukrainie spowodował jego wygaszanie. Ostatecznie na Moście Przyjaźni (nikt oficjalnie nie zmienił tej nazwy), do którego po stronie estońskiej prowadzi Bulwar Petersburski, Estończycy ustawili blokady przeciwczołgowe i podwyższyli i tak już wysokie ogrodzenia nad poręczami. Niemożliwy – choć most wciąż stoi i przebiegają przez niego tory – stał się przejazd koleją z Estonii do Rosji, np. do oddalonego o ok. 150 km Sankt Petersburga. Otwarte pozostało jedynie przejście dla pieszych. Korzystają z niego głównie mieszkańcy Narwy-Iwangorodu, którzy odwiedzają rodziny i przyjaciół oraz palą znicze, a właściwie cienkie prawosławne świeczki, na cmentarzach po obu stronach granicy. Granicy, która podobnie jak warownie wzniesione swego czasu po obu stronach rzeki, także zaczęła odgrywać rolę trudnej do zdobycia twierdzy.

Sama Narwa, a tym bardziej znajdujący się po drugiej stronie rzeki Iwangorod z pewnością nie są pięknymi miastami. Zabudowa z czasów stalinowskich, a także widok opuszczonych budynków początkowo mogą zniechęcać. Zupełnie inaczej jest nad rzeką, gdzie potężne twierdze po stronie estońskiej i rosyjskiej zdają

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Polityka wschodnia. Coś, czego nie ma

Wielu Polaków tłumaczy nam ukraińskie racje. A gdzie są wpływowi Ukraińcy, którzy by tłumaczyli nasze racje

Witold Jurasz – dziennikarz i publicysta Onetu, publikuje artykuły poświęcone polityce zagranicznej i bezpieczeństwu, prowadzi podcast „Raport międzynarodowy”. Autor książek o Rosji i Putinie („Demony Rosji”) oraz Białorusi i Łukaszence („Demon zza miedzy”). Wraz z prof. Hieronimem Gralą napisał książkę o kremlowskiej elicie władzy („Wataha Putina”).

Czy istnieje coś takiego jak polska polityka wschodnia?
– Tak, ale tylko na poziomie bardzo ogólnego planu. Tyle że już Sun Zi uczył, że strategia bez taktyki jest równie bezwartościowa, co taktyka bez strategii. My nigdy nie zoperacjonalizowaliśmy naszych założeń strategicznych. No bo co z tego, że trafnie, w odróżnieniu np. od Niemiec, odczytywaliśmy rosyjskie zagrożenie, skoro nic lub niewiele z tego wynikało. Na przykład w polityce w stosunku do Białorusi gdyby coś z tego wynikało, to należało robić wszystko, żeby Białoruś nie stała się rosyjską półkolonią. A tymczasem my zrobiliśmy wszystko, żeby się stała. Pomyliliśmy też cel z metodą. Celem była niepodległa, niezależna od Rosji Białoruś, metodą miała być demokracja. Tyle że w momencie, w którym się okazało, że demokracja jest niemożliwa, a walka o nią służy Rosji, myśmy już tak zafiksowali się na metodzie, że stała się ona naszym celem.

Zabrakło zimnego spojrzenia na rzeczywistość.
– Owszem. Ale też dyskusji, która nigdy nie miała miejsca.

Dlaczego?
– Polską politykę wschodnią przejęło specyficzne środowisko, które co do zasady nie miało w zwyczaju słuchać kogokolwiek poza samym sobą. Politykę zaczęło kreować nie MSZ, ale polskie służby specjalne i powiązane z nimi ośrodki analityczne.

To znaczy?
– Nie chcę, żeby to było ad personam, więc pomińmy nazwisko, ale jeden z obecnych szefów rządowego ośrodka zajmującego się polityką wschodnią napisał kiedyś, że zadaniem rządowych analityków jest moderowanie debaty na ten temat. Przepraszam – to ma być zadanie analityków? Od kiedy rolą urzędników jest cokolwiek moderować? Poza tym porównajmy… Czym są ośrodki analityczne np. w USA? Są miejscem, do którego trafiają byli ambasadorowie, dyrektorzy, wiceministrowie. A do naszych trafiają ludzie zaraz po studiach. W PISM i w OSW nie mamy ani jednego byłego ambasadora.

To tworzy zamkniętą grupę.
– Owszem. Problemem jest też jednak konformizm. Jeden z twórców resetu polsko-rosyjskiego, Sławomir Dębski, doskonale miał się za rządów PiS. I jakoś nie kojarzę, żeby tak było dzięki temu, że ceniono go za mądrą, konstruktywną krytykę polityki zagranicznej PiS. A było za co PiS krytykować, nieprawdaż? To środowisko doskonale opanowało metodę lawirowania. Metoda jest taka, że jak PiS dochodzi do władzy, to oni nagle dokooptują np. prof. Żurawskiego vel Grajewskiego. Kilka wspólnych imprez i okazuje się,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

To wielka umiejętność – skłócić się ze wszystkimi

Polska polityka wschodnia – zapis klęski

Polska polityka wschodnia. To jedno z najczęściej powtarzanych ostatnio haseł. Pięknie brzmi! Można rzec, jak opowieść o Yeti – wszyscy o niej mówią, ale czy istnieje?

Bo cóż to za polityka, której efektem jest to, że ze wszystkimi państwami poradzieckimi mamy stosunki bardzo złe albo złe? Że nigdzie nie mamy wpływów, że patrzą na nas albo z niechęcią, albo z nieufnością? Że jesteśmy od spraw wschodnich i przez USA, i przez Europę Zachodnią, i przez Rosję i Ukrainę odepchnięci? Choć powinniśmy być jednymi z rozgrywających.

Co to więc za polityka? Co tu nawaliło? Założenia? Wykonanie?

Oczywiście w sferze ogólnych tez wszystko wygląda pięknie. Możemy usłyszeć o koncepcji budowy wpływów Polski na Wschodzie. O testamencie Giedroycia. O rozszerzaniu zachodnich wartości na Wschód. O popieraniu sił demokratycznych i demokratycznych przemian. Wszystko to są pięknie brzmiące słowa, tylko – zdaje się – zupełnie puste.

Szef Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW) Wojciech Konończuk mówił niedawno w Sejmie, że jego instytut korzysta z osiągnięć polskiej przedwojennej sowietologii, bo zachowała ona wiele wciąż aktualnych tez, zwłaszcza dotyczących charakteru Rosji. Zapewne ta opinia sporo mówi o naszych sąsiadach. Ale chyba jeszcze więcej o Polsce. I o jej polityce wschodniej – bo jeśli definiują ją tak szerokie ramy, w które można wpisać nawet przedwojnie, to znaczy, że nie definiuje jej nic. Że to raczej odruchy.

Wymieńmy je. Na pewno w pierwszych latach III RP polska polityka była tu funkcją polityki USA. Nasza aktywność na Wschodzie, angażowanie się w „promowanie demokracji”, w pomarańczowe rewolucje, była – owszem – potrzebą serca środowisk postsolidarnościowych, ale współgrało to mocno z polityką Stanów Zjednoczonych – rozcinania poradzieckiego obszaru. Polska była wygodnym narzędziem, by Moskwę naciskać, drażnić, i z tego narzędzia Wielki Brat korzystał. Ku zadowoleniu polityków w Warszawie…

„Robienie łaski Amerykanom” – dziś realizatorem tej polityki jest Karol Nawrocki, uniżony i zgadujący życzenia Donalda Trumpa…

Nasza polityka wschodnia była również (i jest) funkcją fantomu II RP. Nasze Kresy! Przejawia się to w protekcjonalnych gestach, w poczuciu wyższości. W przekonaniu, że Ukraina i Białoruś to naturalne pola naszej rywalizacji z Rosją. I wspominaniu Giedroycia. Nic z tego nie wychodzi, trudno przecież spodziewać się efektów, gdy prowadzi się politykę sprzed 100 lat. Odpryskiem tego myślenia jest obecny w polskiej polityce mesjanizm. Przekonanie, że musimy demokratyzować Wschód, przerabiać go na swoją modłę. Nieść żagiew Solidarności. Puste to przecież…

Polityka wschodnia jest też funkcją traum historycznych. W jej narracji głównym celem Polski jest uznanie przez Wschód naszego męczeństwa, pielęgnowanie naszych cmentarzy, miejsc kaźni. Przez lata dominował Katyń, teraz od kilku lat mamy do czynienia z Wołyniem. Tu czasy współczesne mieszają się z historią. I, nie umniejszając wagi sprawy wołyńskiej, chyba nie jest zbyt rozsądne do niej sprowadzać stosunki między dwoma państwami.

Poza tym polityka wschodnia jest funkcją polskich strachów. Że przyjdzie Rosja i podbije, i uciemięży. Tłumaczył to w Sejmie szef OSW: „W polskiej polityce wschodniej naprawdę chodzi o to, że jest ona częścią polskiego bezpieczeństwa narodowego”. Jeżeli tak, to jej osią musi być walka z Rosją, osłabianie jej. Gdy więc rosyjscy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Polityka strachu

Wiele szkód, które robi Trump 2.0, jeszcze przez wiele lat będzie się kładło cieniem na świecie

Europejscy członkowie NATO powinni nie tylko zdecydowanie potępiać Rosję za jej napaść na Ukrainę, lecz także dystansować się od szaleństw USA pod prezydenturą Trumpa. Co ciekawe, niektórzy obserwatorzy zauważają jakby prawidłowość, że krytycyzm względem USA rośnie wprost proporcjonalnie do odległości od granicy z Rosją. No ale ani Władimir Putin, ani Donald Trump to nie geografia, która się nie zmienia. To historia, która przemija. Dlatego też politykę – w tym tę odnoszącą się do bezpieczeństwa – trzeba prowadzić, mając na uwadze upływ czasu. Wiele szkód, które robi Trump 2.0, będzie kładło się na świecie, w tym w Polsce, długim cieniem jeszcze przez wiele lat, kiedy to w Białym Domu po nim zostanie już tylko swąd, ale nie można bieżącej polityki podporządkowywać jego choremu widzimisię.

Dyplomatyczny chłód zamiast militarnej gorączki

Z Putinem i Trumpem albo i bez nich militarna gorączka trwa. Najwyższy czas zastąpić ją dyplomatycznym chłodem, jak proponuje to premier Belgii Bart De Wever. USA potrafią rozmawiać z Iranem, Syria z Turcją, Izrael z Libanem, Kongo z Rwandą, Indie z Pakistanem, a Unia Europejska nie potrafi rozmawiać z sąsiednią Rosją? Czy zaiste oczekiwanie czegoś podobnego także od polskich przywódców jest mrzonką? Nawet jeśli ktoś uważa, że jakiekolwiek rozmowy ze zbrodniarzem wojennym Putinem nie mają sensu, bo jego nieustępliwość wobec Ukrainy i wojenne inklinacje są nieprzezwyciężalne, to na Kremlu są jeszcze politycy, którzy nie utracili poczucia przyzwoitości. Nadejdzie przecież czas, kiedy z Rosją znowu będziemy rozmawiać, więc warto skracać okres oczekiwania na ten moment i już zawczasu wypatrywać interlokutorów oraz się z nimi kontaktować.

Radosław Sikorski, kiedy po raz pierwszy był ministrem spraw zagranicznych w rządzie premiera Donalda Tuska w latach 2007-2014, chociaż było to trudne, potrafił rozmawiać z Moskwą, spotykając się niejednokrotnie z Siergiejem Ławrowem, ministrem spraw zagranicznych Rosji, podobnie zresztą jak jego pryncypał, który kilka razy spotykał się z Władimirem Putinem, w latach 2008-2012 będącego premierem (prezydentem w tym czasie był Dmitrij Miedwiediew). Teraz natomiast powiada, że jedyny język, jaki rozumieją na Kremlu, to język siły, jak to ostro sformułował podczas szeroko komentowanego wystąpienia na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w dniu 24 lutego 2025 r., w trzecią rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę. Fakt, że ta napaść wiele zmieniła, ale czy zaiste dyplomację może zastąpić

Fragment książki Grzegorza W. Kołodki Niebezpieczne bezpieczeństwo, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Nie mamy polityki wschodniej

Dyskusja po kolejnej bulwersującej Polaków decyzji prezydenta Zełenskiego pokazuje, jak niewiele w gruncie rzeczy wiemy o naszym sąsiedzie. Jedni widzą tam wszystko, co najgorsze. Triumfalny marsz banderyzmu i nacjonalistów po władzę. Korupcję o trudno wyobrażalnej skali, w której tkwią ludzie z najbliższego otoczenia Zełenskiego. I coraz częściej pojawiający się zarzut, że to prezydent jest patronem tego układu korupcyjnego. Tak szerokiego, że na korupcji przyłapano m.in. byłego prezesa Sądu Najwyższego.

Na drugim biegunie są ci, którzy patrzą na Ukrainę z bezgraniczną wyrozumiałością. Jakby ciągle wierzyli niemądrej deklaracji, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Marsz po władzę

Alternatywa dla Niemiec

Nacjonalistyczna prawica rośnie w siłę, bo trafnie odczytuje frustracje i lęki wyborców, którzy przestali ufać „starym” partiom.

5 czerwca oficjalny profil FB Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) opublikował rolkę „AfD – pod całkowitą kontrolą Putina”, wymierzoną w Markusa Frohnmaiera, rzecznika ds. polityki zagranicznej klubu parlamentarnego Alternatywy dla Niemiec. Frohnmaier – podobnie jak deputowany Bundestagu Steffen Kotré, deputowany Parlamentu Europejskiego Petr Bystron oraz przewodniczący AfD w Saksonii Jörg Urban – wziął udział w zorganizowanym przez Kreml tzw. rosyjskim Davos, Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu. Zignorował przestrogę Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że wyjazd na to zgromadzenie będzie niezgodny z polityką zagraniczną i polityką bezpieczeństwa rządu Friedricha Merza.

Rosja kusi

Autor zamieszczonej na Facebooku rolki zarzucił Frohnmaierowi wysługiwanie się Moskwie i brak patriotyzmu. W podobnym duchu wypowiadali się politycy reprezentujący partie czarno-czerwonej koalicji oraz pozostających poza nią Zielonych. Prześcigali się w potępianiu AfD, ich wypowiedzi nagłaśniały największe media – zarówno publiczne, jak i prywatne. Wyłaniał się z nich obraz Alternatywy jako partii, która ogłosiła kapitulację polityczną i klęczy przed Putinem, dąży do przekształcenia Niemiec w bastion Kremla. Sugerowano nawet, że niemieccy politycy w Petersburgu przekażą Rosjanom informacje stanowiące tajemnicę państwową.

Frohnmaier nie przejął się krytyką i oskarżeniami. 6 czerwca na swoim profilu na FB szydził z rolki chadeków: „Droga CDU, to jest właśnie przyczyna, dla której każdego tygodnia tracicie w sondażach. Jesteście tak jednostronnie przykuci do Ukrainy, że już nie dostrzegacie, że Niemcy są zainteresowane tańszą energią z Rosji”. Tej treści wpisy można było przeczytać także pod rolką CDU. „AfD prowadzi rozmowy, ale wy potraficie tylko podżegać do nienawiści wobec innych. Zamiast spojrzeć na siebie i zastanowić się, dlaczego ludzie się od was odwracają. Ten stek bzdur staje się żenujący”, napisał autor jednego z komentarzy.

Ataki na AfD ze strony obozu rządzącego i tzw. starych partii odnoszą ten sam skutek co krytyka Karola Nawrockiego w czasie wyścigu do Pałacu Prezydenckiego w Polsce.

W ubiegłorocznych wyborach do Bundestagu zwycięska CDU zdobyła 28,5% głosów, AfD niespełna 21%. Obecnie w sondażach partie zamieniły się miejscami, Alternatywa może liczyć na 27-29% głosów, chadecy zaś na 22-25%.

W Petersburgu Frohnmaier kreował się na pragmatycznego rzecznika niemieckich interesów gospodarczych. Powagi dodawała mu obecność na forum – po raz pierwszy od agresji Rosji na Ukrainę – przedsiębiorców z Niemiec. Szef Izby Handlu Zagranicznego Matthias Schepp tłumaczył ją potrzebą ochrony aktywów niemieckich w Rosji, przygotowaniem do wznowienia współpracy po zawarciu rozejmu, niedopuszczeniem do trwałego oddania rosyjskiego rynku i dostępu do rosyjskich surowców państwom azjatyckim (chodzi głównie o Chiny i Indie). W czasie forum Władimir Putin rozmawiał na Kremlu w cztery oczy z byłym przewodniczącym SPD i kanclerzem Niemiec Gerhardem Schröderem, w niedalekiej przeszłości szefem konsorcjum budującego gazociąg pod Bałtykiem.

Frohnmaier mógł się pochwalić rozmową w Petersburgu z głową Gazpromu Aleksiejem Millerem. Podkreślał, że jedną z głównych przyczyn spadku konkurencyjności niemieckiej gospodarki i zwijania się przemysłu są wysokie ceny nośników energii. To trzeba zmienić. „Rosja przez długi czas była podstawowym dostawcą gazu i ropy. Naszym zadaniem jest konsekwentne i bezkompromisowe stawianie na pierwszym miejscu interesów narodowych Niemiec”, cytowała polityka Alternatywy służba prasowa Gazpromu. Tematem rozmowy miały być m.in. perspektywy ponownego uruchomienia gazociągu Nord Stream. Po powrocie do Niemiec Frohnmaier ujawnił: „Miller obiecał mi, że jeśli będziemy chcieli, gaz z Rosji może być ponownie dostarczany rurociągiem w ciągu trzech miesięcy”.

Trump tak, Ameryka niekoniecznie

Obecny na forum w Petersburgu Steffen Kotré, rzecznik

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.