Tag "sztuka"
Tao światła i koloru
Stefan Gierowski: ciekawość podglądania nieskończonej przestrzeni
W awangardowym centrum światowej kultury, 30-milionowym Szanghaju, wielkim wydarzeniem artystycznym stała się prezentacja obrazów Polaka, Stefana Gierowskiego (1925-2022). Jej kurator, uznany brytyjski ekspert, były dyrektor londyńskiego Instytutu Sztuki Współczesnej Philip Dodd, twórczość naszego abstrakcjonisty określa wręcz mianem objawienia.
Co powoduje, że w miejscu będącym syntezą nowoczesności naszej cywilizacji popularyzatorzy sztuki zwrócili oczy (i to nie po raz pierwszy) akurat na tego polskiego malarza i jego abstrakcyjne dzieła? Odpowiedzi na to pytanie mogłem szukać bez kosztownej podróży do Szanghaju – w Warszawie. W salach Fundacji Stefana Gierowskiego przy Placu Dąbrowskiego trwa właśnie duża, przeglądowa wystawa prac tego autora, zorganizowana w 100-lecie jego urodzin. Jej tytułem stało się wyznanie artysty: „Malowanie jest radością”.
Faktycznie – tę radość czuje się od wejścia. Przestronne pomieszczenia galerii fundacji mającej siedzibę w starej kamienicy w samym sercu miasta wypełnia nadspodziewanie dobra energia. Wnosi ją nie tylko urzekająca, pogodna kolorystyka wielu obrazów. Większe znaczenie zdaje się mieć doskonała harmonia kompozycji, geometria obrazowanych kształtów i niezwykłość ich prostoty. Zadziwiające, że przy swojej abstrakcyjności wywołują wrażenie nie przypadkowych, lecz głęboko przemyślanych – wymownych i intrygujących.
Klasyk abstrakcji
O Gierowskim mówią, że stał się „klasykiem abstrakcji”. Poświęcił jej nie tylko większość swojej twórczości, ale również, jako profesor ASP, wiele rozważań teoretycznych. Podkreślał w nich, że w malarstwie wcale nie wszystko, co niefiguratywne, może zostać uznane za abstrakcję. Być nią może wyłącznie uwidocznienie ściśle obmyślonego obrazu, ukształtowanego w mózgu człowieka i mającego konkretne znaczenie. Abstrakcją jest tylko „wyjątkowy sposób spojrzenia, zrozumienia i pokazania tego, co w rzeczywistości wydaje się nieosiągalne. A jednak”.
Wyklucza to, jak rozumiem,
Malowanie jest radością!
100. rocznica urodzin Stefana Gierowskiego
Galeria sztuki – Fundacja Stefana Gierowskiego
Warszawa, Pl. Dąbrowskiego 8
w nawiązaniu do wystawy That’s How the Light Gets in. The Art of Stefan Gierowski
Fosun Foundation w Szanghaju
do 25 stycznia
O teatrze w czasach komercji
O teatrze w czasach komercji
Dlaczego łatwo godzimy się na cięcia w kulturze
Michał Borczuch – reżyser teatralny, twórca takich spektakli jak „Apokalipsa”, „Zew Cthulhu”, „Kino moralnego niepokoju”, „Mieszkanie na Uranie” i „Nagle, ostatniego lata” w Nowym Teatrze w Warszawie, „Moja walka” i „Czarodziejska góra” w TR Warszawa, „Paradiso” i „Wszystko o mojej matce” w Łaźni Nowej w Krakowie, „Lulu”, „Werter”, „Brand. Miasto. Wybrani” i „Aktorzy prowincjonalni. Sobowtór” w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie czy „Ulisses” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pracował też w teatrach w Niemczech, Szwajcarii, na Litwie oraz w Słowenii. Laureat Paszportu „Polityki” (2017). Wykłada w krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. 15 listopada 2025 r. w Starym Teatrze odbyła się premiera jego najnowszego spektaklu „Piramida zwierząt”.
Skąd pomysł na spektakl „Piramida zwierząt”?
– Gdy byłem uczniem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. Józefa Kluzy w Krakowie, w 1993 r. rozmawialiśmy o pracy Katarzyny Kozyry „Piramida zwierząt”. Mówiliśmy o procesie jej powstania i kontrowersjach, jakie wywołała. Był to dla mnie moment zetknięcia się ze sztuką, która fascynuje i przeraża, bo odsłania coś niepokojącego o świecie. Wróciło to do mnie dwa lata temu. Jako człowiek już zawodowo ustabilizowany przypomniałem sobie emocje i refleksje nastolatka, co wywołało we mnie pytanie o to, czy wciąż istnieje jakiś obraz sztuki, który mnie porusza. Spektakl wyrasta więc z bardzo osobistej i ważnej dla mnie historii.
„Nazywam się Kasia i zajmuję się sztuką. Po co jest sztuka? Sztuka jest po nic, ale nie mogę się jej oprzeć”, mówi Katarzyna Kozyra (grana przez Małgorzatę Zawadzką) w twoim spektaklu. Po co jest sztuka?
– „Piramida zwierząt” wróciła do mnie w momencie, gdy zacząłem mieć poczucie, że nie mogę znaleźć swojego miejsca w polskim teatrze. Teatry realizują plany, myślą hasłami, tematami i spełniają funkcję rozwiązywania problemów, a ja się w tym nie potrafię odnaleźć. Spytałem siebie, po co robię teatr, i doszedłem do wniosku, że po nic, bo to po prostu potrzeba opowiedzenia czegoś, a w gruncie rzeczy zostawienia jakiegoś śladu.
Może więc „po co?” jest złym pytaniem? W jednej ze scen bohaterowie rozmawiają o spaniu. „Ale umiem leżeć na fotelu i umiem też tak leżeć, że wszyscy myślą, że po prostu siedzę na krześle. A ja leżę – mówi Paweł Althamer (Mikołaj Kubacki). – Więc dużo tak leżę na krześle. Ale w łóżku nie umiem za długo leżeć”. Niby rozmowa o niczym, więc po nic, ale może właśnie takie rozmowy są ważne i potrzebne, a my chyba już ich dziś nie prowadzimy.
– Od kilku lat mam wrażenie, że dyrektorzy i dyrektorki teatrów, które kiedyś były otwarte na awangardę i eksperymenty, oczekują ode mnie czegoś bardzo konkretnego – nośnego tytułu, który się sprzeda. Czasem podczas rozmów z nimi zauważam, że rozmawiamy nie o sztuce, tylko o oczekiwaniach, których ja nie potrafię spełnić, ponieważ nie potrafię zrobić spektaklu na zamówienie. Pytanie, po co jest sztuka, jest niepotrzebne, jednak ludzie wokół nas ciągle je zadają.
Spróbuj więc im odpowiedzieć, po co potrzebna jest sztuka, skoro – cytując Doktorka ze spektaklu (Michał Badeński) – „ludziom bezrobotnym nie jest potrzebna”, „dzieci nie karmi”, „pracy nie daje”, „nie zarabia pieniędzy, trzeba w nią tylko więcej i więcej wkładać”?
– Sam się nad tym często zastanawiam. Zadałem kiedyś to pytanie żonie pewnego artysty wizualnego z RPA. Jest lekarką. Odpowiedziała mi, że sztuka jest podstawą utrzymania zdrowia psychicznego w społeczności. W sztuce chodzi nie o pocieszenie, ale o alternatywę, dzięki której wiemy, że przestrzeń, w której żyjemy na co dzień, nie jest jedyną rzeczywistością, w której możemy się poruszać. Sztuka jest taką nibyreligią.
Artur Żmijewski (Krzysztof Zawadzki) mówi w „Piramidzie zwierząt”: „Wydaje mi się, że (…) sztuka krytyczna została zastąpiona przez rynek, po prostu została sprzedana, na rzecz dekoracji, która wypełniła praktycznie całą przestrzeń”.
– Dziś mówi się o tym,
Uwłasnowolnienia
To słowo bardzo mi się podoba, tak bardzo, że je sobie przywłaszczam do tytułu, a jako zadośćuczynienie poświęcę felieton wystawie, w której opisie je znalazłem. Uwłasnowolnienie, czyli odzyskanie mocy sprawczej kobiet w sztuce, któremu poświęcona jest świeżo otwarta w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej „Kwestia kobieca 1550-2025” pod kuratelą nowojorskiej krytyczki sztuki Alison M. Gingeras. Paradoksalnie ta ekspozycja jest złożona wyłącznie z prac wykorzystujących tradycyjne media plastyczne – malarstwo i rzeźbę, w dodatku gros dzieł to sztuka dawna (np. XVII-wieczne autoportrety Sofonisby Anguissoli czy Lavinii Fontany) lub XX-wieczna. Sam dyskurs feministyczny też trudno nazwać nowatorskim – cała wystawa jest więc raczej akademickim repetytorium; być może takie było kuratorskie przesłanie: nie ma co walczyć o miejsce kobiet w sztuce, bo one zawsze w niej były. Trzeba po prostu to sobie przypomnieć.
W kolejnych salach/rozdziałach wyraźnie zarysowuje się historyczny rozwój emancypacji kobiet: od buntu przeciw skryptom płci (scenariuszom zachowań przypisywanym płciom) do buntu przeciw schematom płciowym (niebinarność). Tyle że już na dzień dobry widz męski dostaje kuksańca, w pierwszej sali, poświęconej femmes fortes, widzimy kolejne wcielenia Judyty i Salome, dokonujących uwłasnowolnienia przez dekapitację mężczyzny. Ja się bardzo staram wierzyć w feminizm wolny od mizoandrii, ale po takim powitaniu czytam komunikat wprost: zanim zaczniesz rozmawiać z facetem o równouprawnieniu, nie zapomnij ściąć mu łba.
Owóż, przechadzając się po wystawie, z każdą kolejną salą nabierałem pewności, że
Szkoły, marsz na Banksy’ego!
Prace i aktywność wciąż anonimowego brytyjskiego twórcy, znanego jako Banksy, najsłynniejszego streetartowca XXI w., śledzę i znam od samych początków jego działań artystyczno-politycznych. Mimo to ucieszyłem się z zapowiedzi wielkiej wystawy jego prac w Warszawie, w końcu też udałem się do praskiego Soho Art Center na, jak piszą organizatorzy, „największą na świecie wystawę poświęconą twórczości Banksy’ego: The Mystery of BANKSY – A Genius Mind”. I dalej: „setki prac jednego z najbardziej tajemniczych i wpływowych artystów naszych czasów” przyciągają uwagę „nie tylko miłośników sztuki ulicznej, ale i wszystkich, których porusza odważna, bezkompromisowa wizja świata. (…) To unikalna okazja, by z bliska doświadczyć fenomenu, który na trwałe zmienił oblicze współczesnej sztuki”.
Film dokumentalny z 2010 r. „Wyjście przez sklep z pamiątkami” przedstawiający Banksy’ego przy pracy został nominowany do Oscara i nagrody BAFTA. Wśród prac pokazanych na wystawie jest chyba większość emblematycznych realizacji tajemniczego bristolczyka (zapewne, być może), udokumentowane zostały wszystkie (nie jest ich znowu aż tak wiele) wątki i problemy, z którymi Banksy się konfrontuje, obśmiewa, gardzi: niezgoda na militarystyczną, prowojenną narrację, protest przeciwko powszechnej inwigilacji, brak szacunku dla monarchii i królowej, głos w kwestii praw zwierząt, jednoznaczne stanowisko w kwestii palestyńskiej, kompleksowa niezgoda na wszechobecną kulturę konsumpcyjną. Są też bardzo autoironiczne komentarze na temat „rynku sztuki współczesnej” z niezapomnianym happeningiem podczas licytacji jednej z jego prac, kiedy po ostatnim stuknięciu młotkiem zakupione za gigantyczną sumę dzieło zostaje na oczach kupca i uczestników aukcji „pożarte” przez niszczarkę do dokumentów.
To oczywiście paradoks, że ikona niezależności i pogardy dla władzy pieniądza staje się wprawdzie artystycznym, ale towarem. Wyjście z wystawy jest, rzecz jasna, małym sklepikiem, gdzie można kupić kopie prac, kalendarze, gadżety: magnesiki, torby i koszulki. Chcąc napisać o tym wydarzeniu, postanowiłem nie dać się pożreć tej łatwej krytyce. Wszak, jak pisał Włodzimierz Iljicz Lenin (skądinąd też obecny u Banksy’ego), „kapitalizm sprzeda nam nawet sznur, na którym go powiesimy”.
I tak właśnie, po leninowsku, chciałbym podejść do tej ekspozycji. Znając niemal wszystkie prezentowane prace, odczułem jednak potężnie, jak działają w takiej dawce. Jak obce są niemal wszystkim powszechnie panującym opowieściom o świecie, jak wywracają na nice wszystko, co reprezentuje sobą
Chodzę spać z Kurami
Październik, przyszedł czas poważnej muzyki – w Tychach Auksodrone, w Warszawie Konkurs Chopinowski, a ja od tygodnia chodzę spać z Kurami. Poważne wygłupy dają złapać oddech, zwłaszcza że z każdą kolejną szopeniadą Polacy tracą rozum wskutek sportowego śledzenia zmagań pianistycznych, a mnie to Chopina obrzydza, mam w tym czasie szopenowski post, jestem jak Adaś Miauczyński, „też se mogę go puścić, jak będę miał nastrój, ochotę na Szopena, bo kocham Szopena, i słuchać”, ale nie teraz, kiedy wszyscy powariowali.
Owóż, z Kurami się także budzę, bo Tymański i Deriglasoff reaktywowali skład, który nagrał najważniejszą płytę polskiej sceny alternatywnej po 1989 r. –
„P.O.L.O.V.I.R.U.S.”. Wychowałem się na tej szalonej, Zappowskiej z ducha zgrywie, parodiującej najpopularniejsze gatunki muzyczne, a po latach okazującej się najlepszym literacko zapisem „najntisów”, pierwszej dekady III RP. O kulturowym znaczeniu tego wydawnictwa powstał w zeszłym roku świetny dokument „Najgłupsza płyta świata”, w którym Olaf i Tymon zgodnie doszli do wniosku, że płyta okazała się większa od zespołu. Po z górą ćwierćwieczu wrócili do tej estetyki w równie wyrafinowanej dźwiękowo i równie gorzkiej tekstowo karykaturze rzeczywistochy polskiej A.D. 2025. Pogadałem z nimi (wywiad wkrótce w „Przeglądzie”) m.in. o tym, czy żart jest jeszcze w ogóle możliwy w przestrzeni rozpiętej między bogoojczyźnianym patosem prawaków a nadwrażliwością lewackich bezbeków.
W „Uno Lovis Party” wsłuchuje mi się świetnie, bo Tymon i Olaf nie szczędzą starań, by dowieść, że tzw. ludzkość en masse jest w obłędzie, i znajdują skuteczną broń na ten obłęd, czyli ostrze satyry. Dawno się tak do mnie żadne piosenki nie przyklejały, co daje niebezpieczny efekt, bo teksty Tymańskiego, choć on sam twierdzi
Losy ludzkie
Rzeźba Igora Mitoraja stanęła tymczasowo na placu Trzech Krzyży, ktoś dopiero co kupił ją za 7 mln zł. Ale nie postawi jej egoistycznie przed swoją posiadłością, czego się bałem. Miasto będzie mogło rzeźbą dysponować. Teraz tylko problem, gdzie tę głowę postawić. Byle nie sknocić takiej szansy.
Na premierze „Najlepsze miasto świata. Opera o Warszawie”. Wariacje o zniszczeniu i odbudowie Warszawy. Połączono różne gatunki: śpiew, chóry, w tym chór dzieci, balet, teatr, muzykę. Imponująca scenografia. Jechaliśmy na spektakl samochodem przez miasto tak mi bliskie, tak zmienione na lepsze w ostatnich latach. Kiedy aktorzy wyszli na scenę po oklaski, jeden trzymał flagę Ukrainy, a kobieta palestyńską. To ostatnie jednak mnie zniesmaczyło, Izrael jest krajem demokratycznym, który znalazł się w sytuacji, gdy każda decyzja jest tragicznie zła. Gaza jest zarządzana przez Hamas, czyli przez organizację podobną do hitlerowskich, a Rosja to satrapia.
W poprzednim felietonie pisałem o wrażeniach z gdańskiej wystawy „Nasi chłopcy”, kpiąc z kreatur politycznych i głupców, którzy potępiają ją jako antypolską. Miałem mało miejsca, więc tylko zasygnalizowałem temat. Jest na wystawie gablotka ukazująca sprawę dziadka Donalda Tuska. Dobrze, że jest, pomówienia PiS powinny być wyeksponowane w różnych gablotach, jak kiedyś znajdą się w podręcznikach historii ku przestrodze.
Miałem dwóch wujków, obaj mieszkali na Śląsku, a po wojnie w Kanadzie. Jeden służył w Wehrmachcie, drugi w RAF-ie. Wujek Edek, ten z Wehrmachtu, ukrywał to skrzętnie. Diana, jego córka, a moja kuzynka, znalazła po śmierci ojca jego zdjęcie w niemieckim mundurze i wyszło szydło z worka. To też są polskie
Historia zapisana w tkaninach
Eleonora Plutyńska: polska sztuka ludowa na światowych wystawach
Oryginalność tkanin dwuosnowowych, zwanych też podwójnymi, polega na użyciu dwóch osnów, zazwyczaj każdej w innym, kontrastowym kolorze. Powstają dwie warstwy, łączone podczas tworzenia wzorów nićmi wątku. Obie strony tkaniny są swoimi rewersami, kolor wzoru jednej stanowi kolor tła drugiej i odwrotnie. Same wzory mogą być bardzo złożone.
Eleonora Plutyńska pierwszy raz zetknęła się z podobnymi wyrobami jeszcze na studiach, gdy w 1928 r. prof. Czajkowski przyniósł do akademii tkaninę kupioną na targu w Knyszynie. „Była to podwójna tkanina, z wianuszkiem winogronowym pośrodku, wewnątrz wianuszka, rozrzucone po polu tła, małe gwiazdki i jeszcze mniejsze gwiazdeczki – pisała. – Wśród nich, przesunięte ku czterem rogom tkaniny i ustawione pionowo, cztery dziwne drzewka. Kompozycję zamykała szeroka rama, pięknie wypełniona biegnącą wzdłuż łamaną gałęzią. (…) Tkanina była wełniana, w ostrych czerwono-zielonych kolorach. Po raz pierwszy widzieliśmy taką tkaninę. Oczy nasze przywykłe do wełny barwionej roślinnie raziła surowość koloru. Niemniej, mimo złego barwienia tkanina posiadała wdzięk niezrównany. Przejrzysty, śliczny rysunek drzewka zachwycił nas. (…) Cała zbiorowa mądrość fachowa pracowni nie była w stanie odcyfrować tej techniki, rozplątać jej tajemnicy. Po mylnych śladach wypatrywaliśmy podskarbiego Tyzenhauza i jakichś skomplikowanych żakardów, nie przypuszczając, że tkaniny te były robione na zwykłym czteropodnóżkowym i czteronicielnicowym warsztacie, jaki znajduje się w każdej chałupie okolic Sokółki i Białegostoku”.
By powstała tkanina dwuosnowowa, obie warstwy osnowy nawija się na jeden wał poziomego krosna. Następnie wątek przeplata się w jednej i drugiej warstwie splotem płóciennym, czyli najprostszym splotem tkackim. Obie warstwy łączą się poprzez ręcznie wybierane wzory. „W tym leży umiejętność, a zarazem sens i istota piękna tej techniki – wyjaśniała Eleonora. – Za pomocą tzw. prądka, czyli zakończonej łagodnym szpicem gładkiej, giętkiej, płaskiej listewki, dłuższej niż szerokość tkaniny, wybiera się odpowiednie pary białej osnowy z dolnej warstwy i podnosi je ku górze. Na czarnym tle utworzą one biały wzór, gdy przeplecie je biała nić wątku. Pomysłowość w sposobie przenikania się dwu warstw tkaniny jest cechą zasadniczą tej techniki”.
Metodą tą dawniej tkano obrzędowe dywany ślubne. Zdobione wzorami geometrycznymi i kwiatowymi, ujęte były bordiurą, często z motywem roślinnym. Z kolei u dołu tkaniny, na jej dłuższym boku, przedstawiano „korowód weselny, w którym figurki ludzkie przeplatają się z figurkami zwierząt reprezentujących dobytek w wianie panny młodej prowadzony w nowy dom mężowy”. Dywan taki był wianem panny młodej, służył do nakrycia małżeńskiego łoża. Utkanie go było mozolną pracą, wymagającą poważnych umiejętności.
„Wczesnym latem 1934 r., gdzieś koło św. Jana wybrałam się w okolice Sokółki na poszukiwanie… kwiatu paproci – pisała Eleonora nieco poetycko o wyjeździe, który rozpoczął jej spektakularną, kilkudziesięcioletnią pracę z tamtejszymi tkaczkami. – Chodziło o podwójne tkaniny i rozwiązanie zagadnienia: dlaczego tak piękne ongiś, są złe dzisiaj. Poruczono mi misję odnalezienia i wydobycia ze skrzyń dobrych, starych tkanin, zestawienia ich z tkaniną dzisiejszą i stwierdzenia na gorącym uczynku – w czasie tkania – gdzie jest ta pięta achillesowa, gdzie jest ta dziura, przez którą ucieka całe piękno i w ogóle istotny sens rzeczy. Oglądałam piękne stare tkaniny, wyciągnięte ze skrzyń babek, których wnuczki odrabiały z zapałem »kapy« białostockie”.
„Odrabiać »kapy« białostockie” znaczyło tyle, ile imitować wzory kap przemysłowo produkowanych w Białymstoku, wówczas dużym ośrodku tkackim. Fabryczne tkaniny – dla mieszkańców podlaskich wsi trudno dostępne ze względu na cenę – były masowo kopiowane na domowych krosnach, właśnie przy zastosowaniu techniki dwuosnowowej. Tkano wówczas z mechanicznie przędzonej wełny o krzykliwych kolorach, uzyskiwanych dzięki łatwym do kupienia barwnikom anilinowym. Zarzucono też dawne, obrzędowe wzory. W efekcie mozolnie, ręcznie tkane wyroby
Fragmenty książki Magdaleny Stopy Eleonora Plutyńska. Wielka dama polskiej tkaniny, Marginesy, Warszawa 2025
Komediowy dotyk Machulskiego
Oglądanie filmów to inwestycja czasu. A nasz czas jest bezcenny
Juliusz Machulski – jeden z najpopularniejszych reżyserów w historii polskiego kina, producent filmowy, aktor, scenarzysta i autor poczytnych kryminałów. W jego filmografii znajdziemy m.in. „Seksmisję”, „Vabank”, „Kilera”, „Kingsajz” czy „Szwadron”. Założyciel Studia Filmowego Zebra. Niedawno premierę miała jego długo oczekiwana kontynuacja komedii „Vinci”. Nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazał się właśnie wywiad rzeka z reżyserem („3174 filmy mojego życia”), który przeprowadził Krzysztof Varga.
Jaki jest ostatni film, który pan obejrzał?
– „F1” z Bradem Pittem w reżyserii Josepha Kosinskiego.
I jak?
– Nie byłem dobrym widzem dla tego filmu, wolałem „Ferrari” Michaela Manna, bo tam był lepszy scenariusz i mogłem się związać z bohaterami. A tutaj to bardziej kino o zmianie kół bolidów niż o ich kierowcach. Drugi „Top Gun” Kosinskiego sprawił mi znacznie większą radość. Był nawet lepszy od oryginału. Ale najlepszy film Kosinskiego, jaki widziałem, to „Tylko dla odważnych” – porażająca i wzruszająca produkcja o amerykańskich strażakach.
Zastanawiam się, czy emocje przy obcowaniu z kinem są u pana nadal te same. Czy to wciąż ta najwyższa forma rozrywki jak np. 50 lat temu?
– Tak mi się wydaje – inaczej ta zabawa nie miałaby sensu. Na pewno dziś inaczej odbieram filmy. Kiedy jako dzieciak zaczynałem chodzić do kina, zachwycałem się nim w zupełnie inny sposób. Pierwszy western, film akcji, wojenny, o piratach… Tamte emocje zapamiętam na całe życie. Ale gdy obejrzałem w kinie kilka tysięcy filmów, coraz trudniej mnie zadowolić. Chociaż przyznam, że nadal staram się być takim naiwnym, dziecinnym widzem. Chcę zapomnieć o tym, że siedzę w kinie. Pragnę dać się porwać historii, wejść w ten świat na ekranie. Ostatni raz zdarzyło mi się to przy „Avatarze” Jamesa Camerona w 2009 r.
Czyli 16 lat temu!
– Poczułem się wtedy dzieckiem i bardzo ubolewałem, kiedy pojawiły się napisy końcowe, bo chciałem jeszcze posiedzieć w tym świecie. Ale to rzadkie przypadki, gdy aż tak daję się wciągnąć.
Wciąż czuje się pan kinofilem?
– Bardziej niż filmowcem. Choć wolę staroświecką nazwę kinoman.
W jaki sposób objawia się u pana ta kinofilia? To potrzeba pochłaniania wszystkiego, co związane z filmem?
– Dziś nie mam potrzeby oglądania każdego filmu, który wchodzi do kin. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy pójście do kina wiązało się z masą planowania i wyrzeczeń. W telewizji były tylko dwa programy, żadnych VHS, DVD, a platformy streamingowe istniały tylko w umysłach pisarzy SF. Dawniej każde wyjście do kina to było logistyczne przedsięwzięcie, pewnego rodzaju uroczystość, więc może dlatego te tytuły bardziej zapadały w pamięć. Pierwsze poważne filmy „dla dorosłych” obejrzane jeszcze w czasach liceum wspominam aż do teraz. „Nocny kowboj”, „Zbieg z Alcatraz”, „Absolwent”, „Odyseja kosmiczna” pozostały ze mną na zawsze. Dziś, gdy jesteśmy bombardowani produkcjami ze wszystkich stron, nie zdobywa się już filmów, tylko je konsumuje. Przez to, że są na wyciągnięcie ręki, niejako tracą na wartości.
Nieraz wspomina pan, że niektóre pomysły nieustannie wiszą w powietrzu. Kino już się powtarza? Przewiduje pan scenariusz, w którym filmy zaczną zjadać swój ogon?
– To pytanie tak naprawdę dotyczy wszystkich dziedzin sztuki. Dla mnie kino jest od tego, abyśmy przeżyli coś nowego i oryginalnego. Kiedyś pojawił się Orson Welles z filmem „Obywatel Kane”, następnie takim przełomem były po 50 latach „Wściekłe psy” Quentina Tarantino. Jeden i drugi zmienili na zawsze filmowy sposób opowiadania. I dziś chyba potrzebujemy kolejnego takiego przełomu, bo sporo rzeczy już się powiela, jakby pisała je sztuczna inteligencja, a czasem wręcz sztuczna ćwierćinteligencja. Z drugiej strony przychodzą nowe pokolenia widzów, które zachwycają się remake’ami, bo nie miały okazji obejrzeć oryginalnych tytułów. Niezależnie od okoliczności zawsze wycukrują się filmy, które będą ważne dla wszystkich, bez względu na różnice pokoleniowe lub gust. Te zmiany zachodzą organicznie i dzięki temu kino wciąż może pozostać świeże. Tym bardziej że dziś nie ma „czystych” gatunków, jak to było jeszcze w poprzednim stuleciu. Dobrym przykładem jest tryptyk feministyczny, czyli „Barbie”, „Substancja” i „Jutro będzie nasze”. Każdy jest inny, a mimo to są podobne.
W książce „3174 filmy mojego życia” wraca pan do pierwszych świadomie obejrzanych tytułów w kinie Śnieżka w Rabce. Pada tytuł „Być albo nie być” (1942) Ernsta Lubitscha o aktorach teatru planujących zamach w okupowanej Warszawie. Na ile jest to emblematyczny tytuł spośród filmów, które na pana wpłynęły? Bo dzieła Machulskiego to kino wyobraźni, nierzadko jednak osadzone w rzeczywistości.
– Co ciekawe, jest tam grzech założycielski samego scenariusza, bo wojna w 1939 r. wybucha w filmie wieczorem, a nie o świcie. Ale Amerykanie nie musieli wtedy wszystkiego wiedzieć. Scenariuszowo było lepiej, żeby to się stało podczas wieczornego spektaklu (śmiech). Aczkolwiek to nie jest dla mnie film z tych naprawdę najważniejszych. Największe wrażenie
Uwięzieni w wolności?
W Muzeum Narodowym w Gdańsku, w zabytkowej Zielonej Bramie, trwa wyjątkowa wystawa prac młodych Daniel Wójtowicz
Prezentacje przeglądowe całego pokolenia są rzadkością. Ta stała się możliwa dzięki wielkiemu mecenatowi mBanku, który w latach 2020-2024 skupował prace malarskie twórców do 35. roku życia i tworzył ich kolekcję. Teraz, w akcie darowizny o bezprecedensowej skali na rzecz Muzeum Narodowego w Gdańsku, udostępnił ją szerokiej publiczności.
Wystawa „Opowiem Wam o sobie / o nas” podzielona jest na dwa etapy. W pierwszej odsłonie, trwającej do końca września, pokazywanych jest 150 prac ponad 80 artystów.
Nie sposób opisać wszystkiego.
Wydarzenie przyciąga sporo zwiedzających, i to – jak zaobserwowały bileterki – najczęściej właśnie młodych. Starszych i nieprofesjonalnych odbiorców, takich jak ja, interesuje przede wszystkim to, w jakim stylu się wypowiada i co pragnie dziś wyrazić pokolenie naszych dzieci, jego twórcza reprezentacja.
Niestety, wiwisekcja ta nie wypada optymistycznie. Nie tylko dlatego, że ciąg wystawowy zaczyna się od „Śmierci malarza” – dużej pracy Michała Rostkowskiego (ur. w 1998 r.), ukazującej poprzez różne elementy symboliczne „natłok i ciężar otaczającej nas rzeczywistości”. Bardziej dlatego, że podobnie pesymistyczny jest nastrój i koloryt całości. I to w obu częściach ekspozycji: zarówno w poświęconej wnętrzu człowieka „Opowiem Wam o sobie…”, jak i w odnoszącej się do świata zewnętrznego „…o nas”.
Jedną z dominujących na wystawie malarek jest Martyna Czech (rocznik 1990), laureatka 42. Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” w 2015 r., a w 2019 r. nominowana do Paszportu „Polityki”. Artystka tworzy z dużą swobodą, jej prace cechuje nowatorstwo formy. Ekspresją nawiązuje może nawet do dzieł Muncha, jak w obrazie zadumanej dziewczyny naznaczonej spływającą krwią rozpaczy, zapewne z powodu zawodu miłosnego („Gwóźdź do serca”). Jej kolejna praca „Własne samoograniczenia” idzie w kierunku abstrakcji. Ukazuje ludzką, może własną
Wystawa „Opowiem Wam o sobie / o nas” Muzeum Narodowe w Gdańsku (Zielona Brama) do 20 września polskich malarzy i malarek
Belìce – ziemia, która pamięta
Jak z tragedii zrodziła się sztuka
Korespondencja z Sycylii
Dolina Belìce to serce zachodniej Sycylii – kraina rozciągająca się między prowincjami Trapani, Palermo i Agrigento. Słynie z oliwki Nocellara del Belìce dającej wyborną oliwę z certyfikatem DOP (Denominazione di Origine Protetta, czyli Chroniona Nazwa Pochodzenia), z win białych i mineralnych – grillo i catarratto – oraz pełnych słońca czerwonych nero d’avola. Ale to także ziemia pasterzy, którzy od wieków wyrabiają tu Vastedda della Valle del Belìce, jedyny owczy ser pleśniowy o kształcie miękkiego krążka, wpisany na listę DOP. Smak tej doliny to oliwa, wino i ser. Tu antyk spotyka współczesność, a codzienność stapia się z legendą.
Wracam po latach na Sycylię, tym razem z okazji wręczenia 21. Nagrody Grupy Smaku, przyznawanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Zagranicznych we Włoszech. Lotnisko Falcone-Borsellino zaskakuje nowoczesnością i wygodą. Tuż przed wyjściem udaje mi się jeszcze zjeść ulubione arancino – ryżową kulę z nadzieniem, obtoczoną w tartej bułce i smażoną na głębokim tłuszczu.
Za drzwiami terminala uderza południowy żar i morska bryza, o wiele lżejsza niż duszne powietrze Rzymu. Gdy autokar rusza, zerkam na Monte Pecoraro – wapienną górę opadającą stromo ku morzu, tuż przy pasie startowym. Towarzyszy każdemu lądowaniu i każdemu startowi. Zostawiamy ją za sobą, kierując się na południowy zachód, w głąb wyspy, wzdłuż kręgosłupa Sycylii. Za oknem morze ustępuje miejsca niskim domkom, gajom oliwnym, monumentalnym kaktusom i kwitnącym oleandrom.
Sycylia odsłania się w wersji bez filtra – pasterskiej, rolniczej i mniej turystycznej. Mijane miasteczka mają pełne uroku nazwy: San Cipirello, Santa Ninfa, Partanna. Im dalej w interior, tym więcej prostoty i melancholii.
Po półtoragodzinnej jeździe pojawia się drogowskaz: „Gibellina Vecchia – Il Cretto di Burri”. Zakręty prowadzą coraz wyżej w coraz bardziej pusty krajobraz – jakby nie było tu żywej duszy. I nagle pomiędzy wzgórzami nierealny widok – rozległa betonowa plama. To Il Grande Cretto (Wielkie Pęknięcie) – monumentalne dzieło land-artu. W tym miejscu istniała kiedyś Stara Gibellina.
Betonowy całun
W nocy z 14 na 15 stycznia 1968 r. o godz. 3.01 gwałtowny wstrząs o magnitudzie 6,4 rozdarł dolinę Belìce. W kilka chwil miasteczka obróciły się w gruzy. W ciągu następnych 10 dni ziemia drżała jeszcze 16 razy, a wstrząsy wtórne trwały pół roku. Do wielu miejsc ratownicy nie docierali całymi dniami – drogi były nieprzejezdne, informacje niekompletne, a pomoc chaotyczna. Jeden z pilotów biorących udział w rozpoznaniu terenu katastrofy powiedział: „To jak po wybuchu bomby atomowej. Przeleciałem nad piekłem”.
Gibellina, Salaparuta i Montevago zostały zrównane z ziemią. 231 osób zginęło, niemal 70 tys. straciło dach nad głową. Rannych z trudem przetransportowano do szpitali w Palermo oraz mniejszych miastach Sciacca i Agrigento.
Tragedia w Belìce była pierwszą katastrofą naturalną transmitowaną na żywo przez włoską telewizję. Specjalne wydanie poprowadził Piero Angela. Po raz pierwszy Włosi z północy zobaczyli „biedę południa”. Katastrofa odsłoniła nie tylko furię natury, ale także dekady zaniedbań i niewydolność państwa. Opóźnienia zmusiły tysiące ludzi do życia latami w barakach. Wielu wyemigrowało. Z tej tragedii jednak zrodziła się sztuka.
Autokar zatrzymuje się u stóp Wielkiego Pęknięcia. W upalne popołudnie nie ma tu nikogo. Powietrze faluje nad betonowym







