Tag "USA"
Kolejny powrót Stacha z Warty
Muzeum w Gdyni przypomniało Stanisława Szukalskiego, który mówił, że nie jest artystą Byle Jakim Takim
„Ja, Polak, nie katolik i nie komunista, co ja będę robił w Polsce?”, pisał Stanisław Szukalski, ps. Stach z Warty, jeden z najwybitniejszych i zarazem najbardziej niezrozumiałych i zapomnianych polskich rzeźbiarzy, którego nie da się przypisać do żadnego kierunku w sztuce. Szukalski zmarł 19 maja 1987 r. w Kalifornii. Od przyjazdu w 1940 r. do Stanów Zjednoczonych prawie 30 razy zmieniał adresy, poszukując w okolicach Los Angeles najtańszych mieszkań. Często z powodu podwyżki czynszu o 50 dol. musiał prosić sąsiadów o pomoc w przeprowadzce, bo wynajęcie firmy transportowej przekraczało jego możliwości. Nie miał warunków do rzeźbienia, pieniędzy na gips i narzędzia rzeźbiarskie, nie mówiąc o robieniu odlewów w brązie. Od 1960 r. żył z niewielkiego zasiłku dla biednych, przyznanego mu przez miejscowe władze. Ale nie narzekał i mówił, że do głodowania jest przyzwyczajony, bo gdy w 1914 r. jego ojciec Dyonizy został śmiertelnie potrącony przez samochód w Chicago, policja kilkakrotnie znajdywała go na ulicy omdlałego z głodu.
Stach z Warty przewidywał, że umrze sam ze sobą, zapomniany przez Stany Zjednoczone i Polskę, bo taką cenę płacą artyści samorodni, niepodlegli, odważni, nieulegający modnym kierunkom, niebojący się płacić wielkiej ceny za mówienie co myślą, niezdolni do cierpienia w cichości. Nikt nie lubi ludzi genialnych, oni tylko mieszają innym w poglądach, tych utartych i dla nich wygodnych.
Dlaczego po wojnie Szukalski nie wrócił do kraju, choć cały czas żył historią Polski, słowiańskimi legendami i marzył o wielkości swojej ojczyzny?
Zachwyty w Ameryce
Dla Stanisława Szukalskiego, urodzonego 13 grudnia 1893 r. w Warcie koło Sieradza, największym autorytetem był jego ojciec Dyonizy, kowal, socjalista, heretyk i obieżyświat pracujący najpierw przez kilka lat w Brazylii, potem w Afryce Południowej walczący z Anglikami po stronie Burów. Od 1903 r. kowal w Chicago, dokąd ściągnął całą rodzinę. Stach podziwiał go za odwagę w czynach i słowach, uczciwość i prawdomówność. Będąc świadom artystycznych zdolności syna, Dyonizy zapisał go na sobotnie zajęcia w Art Institute of Chicago, gdzie 13-letni Stach zachwycił nauczycieli umiejętnościami. Cztery gazety napisały o jego talencie, a jedna dała tytuł: „Geniusz, syn polskiego kowala”. Wtedy to ojciec wysłał 15-latka z 200 dol. w kieszeni na studia do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ale Stach nie dotrwał do dyplomu, zbuntował się przeciwko profesorom, którzy kazali mu rzeźbić z pozujących modeli, i po trzech latach wrócił do USA.
Po tragicznej śmierci ojca w 1914 r. Stach cierpiał biedę. Wszystko zmieniło się, gdy poznał pierwszą żonę, malarkę Helen Walker, która pomogła mu finansowo w rozwoju talentu rzeźbiarskiego. W 1923 r. w Chicago ukazała się pierwsza monografia jego twórczości „The Work of Szukalski”, potem kolejne albumy i wydawnictwa. Polski artysta stał się sławny w świecie, dostawał zamówienia na rzeźby, rysunki i portrety, był nagradzany na międzynarodowych wystawach. Amerykański „Vanity Fair” pisał, że
Historia, która powtarza się jako farsa
Po tym, gdy marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty grzecznie odmówił Amerykanom zgłoszenia Donalda Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla, a odmowę tę spokojnie uzasadnił, konkludując, że jego zdaniem amerykański prezydent po prostu na nią nie zasługuje, rozpętała się awantura. Najpierw oburzony ambasador Thomas Rose zarzucił marszałkowi, że ten rzekomo wypowiedział skierowane przeciw Trumpowi obelgi. Wypowiedź marszałka Sejmu jest powszechnie znana i jako żywo nie ma w niej żadnych obelg, obraźliwych słów, epitetów i tym podobnych. Widać, dla ambasadora Rose’a sama wątpliwość, czy Trump jest geniuszem, już stanowi obelgę wymagającą pomsty. W dawnych despotiach nazywane to było „obrazą majestatu” i nieraz karane śmiercią. Gdzieniegdzie przez wlewanie roztopionego ołowiu do gardła tego, który majestat obraził. Ale Stany Zjednoczone – nawet gdy na ich czele stoi narcyz za nic mający prawo międzynarodowe, to domagający się Grenlandii, to znów chcący pochłonąć Kanadę, zmieniający zdanie w sprawach o kluczowym często znaczeniu dla świata średnio po trzy razy dziennie – wciąż jeszcze nie są starożytną despotią. Najlepszy dowód, że ambasador Rose nie zażądał, aby marszałka Czarzastego ukarać śmiercią, tylko ogłosił, że zrywa z nim wszelkie kontakty.
Reakcja na bezczelność ambasadora była (i wciąż jest) w Polsce osobliwa. Politycy prawicowi, którzy co rusz mówią o wstawaniu z kolan, o obronie polskiej suwerenności, której zagrożenia dostrzegają wszędzie, nie tylko runęli na kolana przed ambasadorem,
Gdzie nasza niepodległość?
Nie zawsze utrata niepodległości następuje tak jak w roku 1939: w ciągu paru tygodni. W XVIII w. traciliśmy ją stopniowo, przez dziesięciolecia. Ostatnich polskich królów, Augusta III i Stanisława Augusta, wybrano pod osłoną wojsk rosyjskich. Długo sobie nie uświadamialiśmy, że nie jesteśmy już wolni. Gdy oprzytomnieliśmy – było za późno.
W XXI w. Karol Nawrocki został prezydentem z woli rodaków (choć z nieznaną liczbą głosów), ale i z poparciem obcych. Udzielona mu w trakcie kampanii audiencja w Białym Domu, skierowane do niego słowa Donalda Trumpa: „You will win”, bezprecedensowa, tużprzedwyborcza agitacja w Jasionce pod Rzeszowem amerykańskiej sekretarz Kristi Noem – już same te czynniki obniżają powagę obecnego prezydenta. I to tym bardziej, że tego poparcia wcale się on nie wstydzi: po wygranej, podczas kolejnej wizyty w Białym Domu, wylewnie za nie Trumpowi dziękował. Co znaczy, że takie ingerencje zalegalizował. Także na przyszłość.
No i pozostał Trumpowi wierny. W styczniu, po kompromitujących występach Amerykanina w Davos, pospieszył z deklaracją, że jego wsparcie dla niego „jest niezachwiane”. Milczał, gdy Trump obrażał pamięć europejskich, a więc i polskich, żołnierzy poległych w Afganistanie; nawet oddana Ameryce Giorgia Meloni wyraziła wtedy oburzenie. Gdy wreszcie Nawrocki zabrał głos w tej sprawie, o Trumpie nawet się nie zająknął. Wkrótce potem jego doradca, Sławomir Cenckiewicz, przekonywał, że wydawanie unijnych pieniędzy na inwestycje w UE jest niezgodne z nową amerykańską strategią bezpieczeństwa narodowego. Czyli ta nowa strategia ma obowiązywać także w Polsce. Od pół roku nie godzi się Nawrocki na nominację ambasadorską dla Bogdana Klicha – a czemu? Bo ten przed laty wypowiedział się krytycznie o Trumpie. Gdy zaś niedawno amerykański ambasador publicznie zrugał marszałka Sejmu, Kancelaria Prezydenta natychmiast stanęła po stronie Amerykanina. Zatem hasło Nawrockiego „Po pierwsze, Polska, po pierwsze, Polacy” powinno brzmieć: „Po pierwsze, Ameryka, po pierwsze, Trump”. Polacy są dla niego na dalszym miejscu. Czy tak się zachowuje prezydent państwa niepodległego?
Powie ktoś: niepodległość straciliśmy,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Jaka Polska? Suwerenna
Nawrocki i PiS stali się ekspozyturą interesów amerykańskich w Polsce
Mamy kolejny etap wojny na górze. Tym razem do walki z rządem, którą prowadzi Karol Nawrocki, przyłączył się ambasador USA w Polsce Thomas Rose. Z całym impetem. Stawka jest kluczowa. Najkrócej ujmując: jaka Polska?
Teoretycznie jest to wojna pierwszej i drugiej osoby w Polsce, czyli prezydenta z marszałkiem Sejmu. Ale też, miejmy świadomość, zaangażowali się w nią ci, których wpływ na polską politykę jest jeszcze większy – premier Donald Tusk i zgłaszający namiestnikowskie aspiracje ambasador USA Thomas Rose.
Czyja Polska? O to też w tej wojnie chodzi.
A wojna zaczęła się już w czerwcu 2025 r., gdy po wygranych wyborach prezydenckich Karol Nawrocki zadeklarował, że jego głównym celem jest szkodzenie rządowi i obalenie Donalda Tuska, jak mówił – najgorszego premiera w historii III RP. Nawrocki postawił się jako ten, kto realizuje wolę narodu i ma zamiar pełnić funkcję nadpremiera. Gonić rząd do roboty, recenzować i obalić.
To nie były czcze zapowiedzi. W następnych miesiącach mieliśmy serię wet do ustaw uchwalonych przez parlament. Ich liczba przekroczyła już 20.
Karol Nawrocki zaczął również wchodzić w kompetencje rządu. Zwołał Radę Gabinetową, ciało określone w konstytucji jako forum dyskusji i wymiany informacji o najważniejszych sprawach kraju. On zaś próbował ją przekształcić w rodzaj nadrządu, chciał przepytywać ministrów i ich strofować, ale został sprowadzony na ziemię. Rada Gabinetowa skończyła się jego porażką.
Prezydent ruszył też w kierunku MSZ, MON i MSWiA. Kontynuował więc blokadę nominacji ambasadorskich, żądając, by minister Radosław Sikorski uzgadniał z nim każdego ambasadora. Przepychanka trwa, a sprawa wciąż jest nierozwiązana.
Nawrocki wezwał także do Pałacu Prezydenckiego szefów służb specjalnych. W jakim celu? Na podstawie jakich przepisów? To wezwanie okazało się nieskuteczne, premier zabronił im samodzielnych kontaktów z Nawrockim. Żeby więc szefów służb ukarać i pokazać, jaką władzę ma prezydent, Nawrocki odmówił podpisania nominacji na pierwszy stopień oficerski absolwentom szkół wywiadu i kontrwywiadu. Sprawa częściowo rozwiązała się po paru miesiącach, kiedy to szefowie służb przyszli do Pałacu Prezydenckiego razem ze swoimi ministrami. I to ministrowie odpowiadali na prezydenckie pytania.
Po paru miesiącach okazało się, że bilans działań Nawrockiego jest ujemny. Nie rozbił rządu, wręcz przeciwnie – zjednoczył go i zmobilizował. A sam zaczął w sondażach tracić – Polaków raziły ślepe ataki na rząd i niektóre weta, chociażby do ustawy łańcuchowej. Okazało się również, że nadzieje prawicy związane z Nawrockim, że oto zarzuci Sejm swoimi ustawami i przejmie inicjatywę, są iluzoryczne. Nic takiego się nie stało, prezydent nie podporządkował sobie Sejmu. Dodatkowo musiał przełknąć gorzką pigułkę, bo nowy marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty ostentacyjnie włożył projekty ustaw, które przyszły od prezydenta, do sejmowej zamrażarki. „Prezydent ma swój długopis, ja mam swój”, rzekł, nawiązując do prezydenckich wet.
Nawrocki jeszcze raz próbował odzyskać inicjatywę, zapraszając do pałacu przedstawicieli klubów parlamentarnych. Znów chciał się postawić w roli nadzorcy. I znów mu się nie udało. Jako pierwsza odmówiła mu lewica. Przewodnicząca klubu Nowej Lewicy oświadczyła, że nie jest zainteresowana wizytą u Nawrockiego. Narzuciła w ten sposób ton. Po kilku dniach do tej inicjatywy dołączyła Koalicja Obywatelska. Z kolei ci przedstawiciele klubów, którzy do prezydenta poszli, nie ukrywali rozczarowania, że rozmowa była o niczym. Miał być game changer, a wyszedł kapiszon.
Prawica w ostatnich miesiącach musiała przełknąć jeszcze inne wielkie rozczarowanie. Donald Trump! Gdy wygrywał wybory w listopadzie 2024 r., posłowie PiS założyli czerwone czapeczki z napisem MAGA i wołali w Sejmie: „Donald Trump! Donald Trump!”. PiS chwaliło się, że ma znakomite kontakty ze sztabem Trumpa i że już dostarczyło nowemu prezydentowi USA
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Droga na subkontynent
Umowa między największymi demokratycznymi obszarami świata nie zachwyca Donalda Trumpa
Po raz pierwszy o utworzeniu strefy wolnego handlu, która dzisiaj obejmuje 1,9 mld mieszkańców, obie strony zaczęły dyskutować w 2007 r. Świat był wówczas inaczej umeblowany i znaczenia umowy popisanej pod koniec stycznia br. nie da się zrozumieć bez krótkiego powrotu do przeszłości.
Dwie dekady rozmów
Unia Europejska była wtedy najjaśniejszą gwiazdą na firmamencie stosunków międzynarodowych, z gospodarką równą Stanom Zjednoczonym, niezachwianymi normami demokracji i ochrony praw człowieka oraz pod każdym względem różową przyszłością obywateli. Na Starym Kontynencie panowało przekonanie, że to raczej reszta świata powinna zabiegać o względy Europejczyków, a nie odwrotnie. Ci z kolei mogli łaskawie spojrzeć na oferty krajów globalnego Południa, ale tylko na własnych warunkach.
Druga strona tego równania też wyglądała inaczej niż dziś. Indie nie były jeszcze najludniejszym krajem świata ani nie dominował w nich agresywny, nacjonalistyczny, miejscami przesycony przemocą populizm. Początek rozmów między Brukselą a New Delhi miał miejsce w świecie przed Trumpem, Orbánem, Modim, brexitem czy eksplozją mediów społecznościowych. Świecie, dodajmy, znacznie bardziej przewidywalnym, w którym istniało jeszcze paliwo napędzające optymizm czasów „końca historii” i prognoz Francisa Fukuyamy.
Dwie dekady później na wielu płaszczyznach uprawiania polityki role całkowicie się odwróciły. Indie mają największy na świecie rynek wewnętrzny, dynamiczną i wciąż rosnącą klasę średnią, niskie koszty pracy, dostęp do relatywnie taniej energii. Mają również premiera, który swoje przywództwo postrzega w kategoriach cywilizacyjnych, a nie jedynie politycznych. Narendra Modi nie mówi nawet po angielsku, o czym często przypomina oksfordzki historyk i podcaster Tom Holland, autor książki o historii chrześcijaństwa „Dominion”. Nie mówi nie dlatego, że jest niekompetentny – on po prostu nie musi, co samo w sobie jest wyznacznikiem zmiany w myśleniu, jaka zaszła wśród tamtejszych elit. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że Indie dzisiaj nie zamierzają zginać karku przed nikim, nawet przed Stanami Zjednoczonymi.
Z kolei Unia Europejska desperacko potrzebuje dwóch rzeczy: dywersyfikacji partnerów w strategicznych obszarach, takich jak handel i bezpieczeństwo, oraz wzmocnienia pozycji geopolitycznej. Próba siłowego zwasalizowania Wspólnoty przez Donalda Trumpa i jego ruch MAGA, grożąca nawet naruszeniem suwerenności i integralności terytorialnej Danii, wybudziła europejskich przywódców z trwającego od 1989 r. letargu strategicznego. Co samo w sobie jest ciekawe, bo rok szantaży ze strony Trumpa był bardziej skuteczny niż prawie dwie dekady mniej lub bardziej intensywnych ataków na Europę przeprowadzanych przez Władimira Putina. Nic lepiej nie ilustruje priorytetów i punktów odniesienia europejskiej klasy politycznej niż szybkość reakcji na zagrożenia zewnętrzne. Oraz to, skąd one pochodzą.
Nagle więc brukselscy urzędnicy, razem z obudowującą ich codzienną pracę bańką ekspertów,
Polscy trumpiści w odwrocie
Amerykanie przyzwyczajeni do czołobitności i hołdów, jakie im składali polscy politycy, przegapili zmiany w postawach Polaków. Nie zauważyli, że za plecami pochlebców są też ludzie o innych poglądach. I że znacząca część społeczeństwa serio traktuje deklaracje o suwerenności naszego państwa. Wielu wyborców Nawrockiego myślało, że jego okrzyki: „Po pierwsze, Polska, po pierwsze, Polacy!” są na serio. Nie na pokaz. I nie po to, by cynicznie wykorzystać patriotyczne nastroje.
Stało się wręcz odwrotnie. Ludzie czują się oszukani. Rozczarowanie nie dotyczy tylko Nawrockiego. Stoją przecież za nim PiS i Konfederacja Bosaka i Mentzena. Polskie partie trumpistów tak gorliwie poparły wybór Trumpa i są tak bezkrytyczne nawet wobec jego najgłupszych decyzji, że zaczynają ponosić konsekwencje tej polityki. A to dopiero początek ich problemów. Kula śniegowa, pchnięta przez Trumpa i jego polskich wyznawców,
Od hegemonii do patostreamingu
Od wejścia Trumpa do realnej polityki trwa nieprzerwanie telenowela, w której USA mogą się przejrzeć, zobaczyć agonię swojej hegemonii jako farsę. Zarówno dla milionów Amerykanów i Amerykanek, jak i choćby dla Europy emitowany dzień po dniu real-sitcom z Donaldem Trumpem w roli najgłówniejszej z głównych musi być jak koszmarny sen. Funkcjonowanie Trumpa jest zaiste pozaintelektualnym stand-upem o wulgarności władzy absolutnej, o jej grafomańskim przesłaniu, o czymś, co można by nazwać uświęconym kretynizmem. Dla tych, którzy z racji swoich interesów wciąż próbują nas przekonać, że mamy do czynienia z demokratycznie wybranym prezydentem mocarstwa jądrowego i militarnego, więc po prostu należy się dostosować i grać według jego nut, ważna jest „autentyczność” samej postaci Trumpa. Cóż, Trump jest sobą i wyłącznie sobą, na tym polega całe nieszczęście tej persony. Kiedy zderzamy się z ogromem infantylizmu i groteskowości tego przedstawienia jednego aktora, musimy się przyznać do czegoś w rodzaju porażki, nasza wyobraźnia nie pomieściła takiej figury na politycznej szachownicy świata. Kiedyś rozmawiałem ze swoimi studentami o fenomenie polskiego patostreamera i zapytałem ich, o co chodzi, skąd jego sława przekładająca się na gigantyczne zarobki. Usłyszałem, że sławę zdobył, rozpalając ognisko w swoim mieszkaniu. A dalej poszło samo.
Sława goni sławę i sławą pogania. Kiedy słucham tłumaczeń i prób racjonalizowania aktywności Trumpa,
Geografii nie zmienimy
Albo jakoś się dogadamy z Rosją, albo będziemy wzajemnie się niszczyć
Dr Jarosław Suchoples – pracownik naukowy Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, były ambasador RP w Finlandii.
Trump dostanie w końcu Grenlandię?
– Gdyby bardzo chciał ją dostać, jeśli postawiłby wszystko na jedną kartę, to by dostał. Militarnie by ją zajął, to znaczy zlikwidował tam lokalną administrację i wywiesił amerykańską flagę. Natomiast w tej chwili się cofnął.
Rozsądnie.
– Obawiam się, że rozsądne elementy w działaniach Trumpa pojawiają się przypadkowo. A list do premiera Norwegii? Co pan pomyślał, jak go przeczytał?
Że Trump ma problemy psychiczne.
– I tu pojawia się następny problem – bo nawet gdyby doszło, załóżmy teoretycznie, do jego impeachmentu, to kto przyjdzie po nim? Zapewne J.D. Vance, który ma równie fatalną albo jeszcze gorszą opinię.
Wynika z tego, że Trump to nie jest błąd w systemie, tylko efekt systemu. Że taka jest dziś Ameryka.
– Załóżmy, że w Ameryce dojdzie do głosu partia rozsądku, odrzucająca politykę Trumpa. Czy to może doprowadzić do odwrócenia pewnych sytuacji? Otóż do odwrócenia sytuacji w stosunkach międzynarodowych na pewno nie. My już żyjemy w nowej rzeczywistości.
W jakiej?
– W świecie, który staje się wielobiegunowy i w którym Amerykanie sami się izolują.
Co więc nam zostaje?
– Możemy doprowadzić do porozumienia z Chinami i Indiami. Te kraje mogą być przeciwwagą dla Stanów Zjednoczonych i Rosji. Pozostaje tylko problem psychologiczny, czy wypada nam współpracować np. z Chinami, mocarstwem, które notorycznie łamie prawa człowieka i nie uznaje zasad demokracji. Uważam, że nie możemy w Europie powiedzieć z góry „nie”. Bo sprawa naszego bezpieczeństwa, zasad przestrzeganych na naszym terenie i sprawa naszej wolności są ważniejsze. I to nie tylko w kontekście militarnym, ale i każdym innym.
Druga rzecz. Stoimy wciąż przed dylematem z poprzedniej epoki – i to nas hamuje – czy Europa federalna, czy Europa narodów itd. Musimy więc zrobić porządek na własnym podwórku. Doprowadzić do tego, żeby Europa mówiła jednym głosem. Bo albo chcemy być mocarstwem, albo nas rozegrają, jak chcą. Inna sprawa, czy to w tej chwili jest możliwe. Wydaje się, że w przewidywalnej przyszłości będzie to bardzo trudne.
Ale w sprawie Grenlandii nas nie rozegrali.
– Nie rozegrali przede wszystkim dlatego, że Grenlandia jest sprawą stricte europejską. To jednak terytorium zależne od Danii, to bezpośrednio dotyczy NATO, więc nie podlega negocjacji z jeszcze innymi aktorami stosunków międzynarodowych. Sprawa rozgrywa się na linii Europa-Waszyngton. Kwestia grenlandzka ma wiele implikacji dla samej Europy: dla Polski, rejonu Morza Bałtyckiego, również dla Rosji. Bo ta sprawa pokazała, że gwarant NATO jest przeciwko NATO. Przeciwko Kanadzie i krajom europejskim. No i w Moskwie radość…
Dlaczego car stworzył Sankt Petersburg?
Czego dzisiejsza Rosja chce od Europy? Skąd ta wrogość?
– Jeżeli pan spojrzy na Rosję, to co jakiś czas pojawiał tam się władca, który próbował dokonać modernizacji. A to Piotr Wielki, później Aleksander II, a nawet Mikołaj II – jak przegrał z Japonią w 1905 r., doszedł do wniosku, że trzeba coś zmienić. Falą modernizacji był również okres komunistyczny, industrializacja. Próbował też Gorbaczow, próbowano w czasach Jelcyna. Myślano o jakichś związkach z Zachodem.
A teraz?
– Obecnie tego nie ma. Natomiast wróciło przekonanie, że na pytanie, z kim graniczy Rosja, odpowiedź brzmi: graniczy, z kim chce. Jeżeli nie ma modernizacji, trzeba wykazać się w inny sposób, najłatwiej poprzez „zbieranie ziem ruskich”, które odpadły od „macierzy” (takich jak Ukraina, pewnie też państwa bałtyckie), by przywrócić status rzeczywiście wielkiego mocarstwa i przygotować grunt pod dalszą ekspansję. Kreowanie wrogów. Rosjanie uwierzyli przy tym w swoje opowieści, że są tak potężni, że Ukrainę przyłączą w ciągu trzech dni. A okazało się to niemożliwe, ich armia, struktury państwa, politycy nie spełniają standardów i są nieefektywni.
Dlatego ta wojna trwa, już dłużej niż wojna z Hitlerem z lat 1941-1945.
– Tak i Putin nie może z tego zrezygnować! Wszedł w uliczkę, z której nie ma innego wyjścia niż po trupie Ukrainy. Bo jak ma się wycofać? Jaki to byłby sygnał dla przeciętnych Rosjan? Że przegraliśmy wszystko. Dlatego tam pokoju nie będzie, o ile Ukraina nie skapituluje. Bo czy zginie milion Rosjan, czy 5 mln, dla niego nie ma znaczenia. On walczy o to, żeby, po pierwsze, pozostać u władzy, po drugie – w ogóle przeżyć, no i po trzecie – każdy taki władca ma obsesję, żeby przejść do historii. A jak on by przeszedł do historii, gdyby się wycofał z Ukrainy? Z jakim ogromem problemów społecznych i gospodarczych musiałby się zmierzyć, nie dając nic w zamian?
Oni tłumaczą, że Ukraina im zagraża, bo chce się związać z Zachodem…
– Rosja ma pewne stałe paradygmaty myślenia, jeżeli chodzi o jej politykę bezpieczeństwa. Spójrzmy na północ. Im zawsze chodziło o to, by wyjść na Bałtyk, na świat. Dlatego car zbudował Sankt Petersburg, żeby stworzyć pewien fakt geopolityczny: tu jesteśmy i tu będziemy. Bo Sankt Petersburg nie był zwykłym miastem, ale stolicą imperium. W związku z trzeba było zapewnić jej bezpieczeństwo i sprawić, by inne mocarstwa uznały tę potrzebę Rosji za coś naturalnego.
Czyli istnienie Petersburga wyznaczyło priorytety rosyjskiej polityki w regionie bałtyckim.
– Tak: musimy panować nad północnymi i południowymi brzegami Zatoki Fińskiej. Bez tego zawsze będziemy odcinani od Bałtyku, no i stolica naszego imperium będzie zagrożona. Dlatego Rosja toczyła wojny ze Szwecją. Dlatego podporządkowała sobie Finlandię. Dlatego pakt Ribbentrop-Mołotow przewidywał w tej części Europy oddanie Związkowi Radzieckiemu wszystkich terytoriów, które Rosja straciła w wyniku I wojny światowej. Bo idealna sytuacja dla Rosji i Niemiec,
W poszukiwaniu nowych biegunów
Mark Carney w Davos rzucił rękawicę Trumpowi. I może wygrać, bo jest większym realistą
Jednym z najczęściej powtarzanych dziś sloganów na temat rewolucyjnych wręcz zmian w stosunkach międzynarodowych jest przypisywane Antoniowi Gramsciemu, sparafrazowane przez Slavoja Žižka stwierdzenie, że stary porządek już umarł, a nowy wciąż walczy o to, by się narodzić – teraz natomiast trwa era potworów. Giuliano Da Empoli, włoski kulturoznawca i doradca polityczny, współpracujący m.in. z Matteo Renzim, twierdzi z kolei, że mamy do czynienia z okresem zdominowanym przez barbarzyńców, którzy anarchię wprowadzają celowo, bo w zamieszaniu wywołanym brakiem zasad łatwiej jest kraść i się wzbogacać, bez względu na społeczne czy wręcz ogólnoświatowe konsekwencje.
Z kolei jeśli wsłuchać się w słowa Donalda Trumpa, a następnie wczytać w dokumenty publikowane przez jego administrację, można odnieść wrażenie, że wszystko już wiadomo. Wracamy do XIX-wiecznej koncepcji stref wpływów, w których może istnieć tylko jeden ośrodek władzy. Wszystko, co wyszło spod ręki członków obecnej amerykańskiej ekipy rządzącej – od Narodowej Strategii Bezpieczeństwa przez Narodową Strategię Obrony po priorytety Departamentu Stanu – zdaje się jednoznacznie stwierdzać, że Waszyngton już dominuje nad półkulą zachodnią, Azję oddając Chinom, a Europę zostawiając samą w starciu z Rosją.
Współczesny świat w starych ramach
Czasem jako uzasadnienia tej teorii używa się argumentów pseudopragmatycznych. Jak w przypadku Wenezueli czy Grenlandii, gdzie Stephen Miller i Marco Rubio dwoją się i troją, żeby przekonać świat, że od amerykańskich interwencji w tych miejscach zależy bezpieczeństwo wewnętrzne USA. Można też używać pokrętnej logiki historycznej, jak w słynnym tekście „Prezydentura Lotu 93” robił to kilka lat temu Michael Anton, były już szef planowania polityki w Departamencie Stanu. On z kolei uzasadniał, że awanturnictwo militarne poza własną strefą wpływów prowadzi do upadku imperium, co wiadomo z historii Związku Radzieckiego, jego zdaniem przegranego w zimnej wojnie z powodu niepotrzebnej obecności wojskowej na Kubie.
Można przywoływać stare paradygmaty, jak doktryna Monroego z 1823 r., dająca Amerykanom prawo do chronienia zachodniej półkuli przed europejską rekolonizacją. Albo iść w stronę przepowiedni i hiperboli, jak słynna opowieść o Objawionym Przeznaczeniu, czyli religijno-strategicznej doktrynie zakładającej, że Stany Zjednoczone powinny rozciągać się od oceanu do oceanu, bo Bóg tak chciał.
Wszystkie te ćwiczenia mają jednak mniej więcej tyle sensu, ile wlewanie wody do dziurawej szklanki. Choćby nie wiadomo, ile cieczy wlać, nigdy nie zostanie ona w naczyniu – nie przyjmie jego kształtu.
Tak właśnie jest w 2026 r. ze światem, który Donald Trump próbuje wcisnąć w ramy rodem z XIX w. Nie trzeba być ekspertem od geopolityki ani profesorem historii, żeby rozumieć, że ten manewr skazany jest na porażkę.
Historie o świecie podzielonym na strefy wpływów Chin, Rosji i USA można z wielu przyczyn włożyć między bajki. Nawet jeśli trwają poważne dyskusje na temat tego, ile dziś mamy biegunów geopolitycznych. Jennifer Lind, wykładowczyni Uniwersytetu Stanforda i wybitna analityczka zajmująca się Chinami, w niedawnym eseju dla magazynu „Foreign Affairs” przekonywała, że są tylko dwa bieguny, a ten chiński jest znacznie silniejszy od amerykańskiego. Nie wszyscy jednak z tym się zgadzają.
Premier Indii Narendra Modi, lider postrzegający swoje przywództwo w kategoriach nie kadencyjnych czy partyjnych, lecz cywilizacyjnych (nie mówi po angielsku i samo w sobie jest to ciekawe – bo uważa, że nie musi), raczej nie zamierza poddawać się chińskiej dominacji, wszak Indie to dziś najludniejszy kraj świata i potężny gracz gospodarczy. Tak samo trudno uwierzyć, że Rosję stać na bycie czymkolwiek innym niż podwykonawcą Chin.
Tezy o zacementowanym już porządku światowym są publicystycznie chwytliwe, ale dalekie od rzeczywistości. Świat jest dziś w tzw. momencie kontradyktoryjnym – z jednej strony podzielony bardziej niż kiedykolwiek po 1945 r., z drugiej – bardziej niż kiedykolwiek połączony. Łańcuchami dostaw, powiązaniami handlowymi, wieloetnicznymi rodzinami, migracją i wszystkim innym, co zostało z umierającej globalizacji. Pozostaje pytanie, jak to wszystko pozszywać, żeby przy okazji uniknąć globalnego konfliktu.
Czego chce Mark Carney
Premier Kanady Mark Carney w wystąpieniu w Davos pokazał, że można podjąć taką próbę. Co więcej, istnieje realna szansa na zrobienie tego w sposób systemowy, a nie anarchiczny, oparty na nagiej sile militarnej i eksporcie wojny, jak chce to robić Trump. Jakkie Cilliers, południowoafrykański politolog i badacz trendów, stwierdził niedawno, że fakt zabicia starego porządku opartego na zasadach nie znaczy, że w jego miejsce nie może powstać nowy. Z tą różnicą, że będą to inne zasady, korzystniejsze dla państw postkolonialnych i rozwijających się. Wszystko wskazuje na to, że Carney dokładnie to chciałby osiągnąć.
Oczywiste jest, że premier swoje przemówienie budował od wielu miesięcy. W Europie nie brakuje polityków, którzy już po Davos chwalili się, że słyszeli na żywo pierwsze, prawdopodobnie próbne wersje tego wystąpienia. Wtedy jeszcze przyjmowali tezy Carneya ze zdziwieniem, dzisiaj widzą w nich pragmatyzm i racjonalizm. Nawet jeśli od Davos nie minęły jeszcze dwa tygodnie, a Carney już znalazł się pod gigantyczną presją z powodu swojej wizji rzeczywistości.
Żeby jednak zrozumieć, co naprawdę chciał osiągnąć, po co otwarcie sprowokował Trumpa i na co naprawdę może liczyć, trzeba cofnąć się do minionej wiosny, kiedy amerykańska administracja regularnie poniżała ówczesnego premiera Kanady Justina Trudeau, nazywając go gubernatorem i grożąc aneksją kraju oraz przekształceniem go w 51. stan USA.
Kiedy Trump przejmował władzę po raz drugi, wydawało się niemal pewne, że liberałowie, którym przewodził Trudeau i których dziś reprezentuje Carney, przegrają wybory w 2025 r. z kretesem. Winne temu były wewnętrzne czynniki strukturalne, jak rosnące koszty życia, kryzys mieszkaniowy, stagnacja gospodarcza i nierówności pomiędzy różnymi prowincjami w kraju. Jeśli jednak Trump kiedykolwiek dokonał cudu przy urnie, to właśnie wtedy, w dodatku nie w wyborach, w których sam startował.
W ciągu dwóch miesięcy liberałowie odrobili ponad 20 pkt proc. straty do konserwatystów, przegonili ich i obronili stanowisko premiera. Głównie dzięki Trumpowi, do którego zaczęto porównywać przywódcę Partii Konserwatywnej Pierre’a Poilievre’a – ostatecznie pozostawionego przez wyborców poza parlamentem. To był pierwszy globalny przypadek, w którym zbliżenie z Trumpem okazało się toksyczne, nawet jeśli było to jedynie zbliżenie estetyczne,
Stany Zrozpaczone Ameryki
Widok osób cywilnych rozstrzeliwanych z zimną krwią w biały dzień na ulicy w Minneapolis przez milicjantów ICE jest wstrząsający, nie daje mi spokoju, burzy krew i budzi nienawiść do pomarańczowego diabła i jego popleczników. Wiem, że w tym samym czasie ginie nieporównanie więcej ludzi protestujących przeciw władzy ajatollahów w Iranie, wciąż umierają ofiary izraelskiego ludobójstwa w Gazie, ruskie drony załadowane bombami uderzają w bloki mieszkalne w Ukrainie – mimo to śmierć Renée Good i Aleksa Prettiego boli szczególnie, zwłaszcza że oba morderstwa zostały sfilmowane i są powszechnie dostępne w sieci. Boli szczególnie, bo na chwilę przed śmiercią widzimy twarze obywateli głęboko przekonanych, że mieli szczęście urodzić się w kraju swobód demokratycznych, że gdzie jak gdzie, ale w USA za to, że wyrażasz swój sprzeciw wobec władzy, ta władza nie strzeli ci z bliska w głowę albo w plecy. A potem świadkujemy bestialskim egzekucjom na bogu ducha winnych ludziach.
Przywykliśmy do tego, że na świecie istnieją reżimy,






