Tag "Wielki Wybuch"
Więcej światła!
Minęło około trzynastu miliardów i ośmiuset milionów lat od Wielkiego Wybuchu; mniej więcej dwa i pół miliona lat, od kiedy afrykańskie małpoludy odkryły, że można ćwiartować mięso ostrymi kamieniami, co nauka uznała za zręczność praczłowieczą; czterdzieści tysięcy lat temu ludzie zaczęli bazgrać na ścianach jaskiń podobizny zwierząt, co się uznaje za początek sztuki; jakieś dwanaście tysięcy lat temu ludzkość z koczujących drapieżników przeobraziła się w osiadłych rolników; około pięciu i pół tysiąca lat temu Sumerowie wymyślili pismo klinowe, co ma niejaki związek z faktem, że tu i teraz mogę stawiać znaczki, a Państwo je bez kłopotu i – mam nadzieję – z pożytkiem umysłowym odczytują kilka dni później, kiedy znajdą się w druku, wynalezionym wszakże niespełna sześćset lat temu. Przychodzą mi do głowy setki innych wydarzeń obiektywnie ważniejszych od tego, że przed dwoma tysiącami lat z hakiem być może faktycznie urodził się w Palestynie w rodzinie żydowskiej człowiek, który chciał dobrze. Wyszło, jak wyszło. Żyjemy podporządkowani kalendarzowi gregoriańskiemu, odkąd 4 października 1582 r. papież uznał, że nazajutrz będzie już 15 października (cwaniak, może mu cyganicha wywróżyła, że zemrze między piątym a czternastym).
Nowy Rok witamy, wedle mojego mniemania, o dziesięć dni za późno – na naszej półkuli logicznie byłoby wszak świętować przesilenie zimowe, po którym wreszcie dni przestają się kurczyć; wygłaszając życzenia noworoczne, moglibyśmy cytować Goethego z łoża śmierci: „Mehr Licht!”. W rzeczy samej ja tam własny mam cykl świętowań i święceń – w tym roku
21 grudnia o godz. 16.03 wzniosę toast przesileniowy, do kościoła zaś dla czystej hecy pójdę tradycyjnie dopiero 27 grudnia, na świętego Jana Apostoła, żeby mi ksiądz pokropił wina.
Niegdyś piłem ich sporo, czy raczej degustowałem w roznamiętnieniu, nierzadko pospołu z bracią „Magazynu Wino”, dla którego nawet pisywałem felietony. Wszystko to przez Marka Bieńczyka i jego genialne „Kroniki wina”, to Bieńczyk był winowajcą mojego rozpicia, albowiem wszystko, co spod jego pióra wyszło, traktowałem z czcią nabożną. Tak, to wina Bieńczyka, że wina mi uszczuplały konto, kiedy jeszcze żyłem w niefrasobliwym poczuciu dozgonnej sławy i bogactwa. Tym się jednak od Marka różniłem, że jestem niecierpliwy i łapczywy, przeto moja piwniczka była na bieżąco ogołacana, jego zaś kolekcja trwała nad miarę, wina najpierw dojrzewały,







