Tag "ZSRR"

Powrót na stronę główną
Kraj Wywiady

Sztafeta dobra

W Bartoszycach realizowano eksperyment pedagogiczny, którego celem było stworzenie nowego człowieka

Prof. dr hab. Bernadetta Darska – krytyczka literacka, literaturoznawczyni. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Autorka 13 książek, najnowsza to „Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku” (Wydawnictwo Iskry, 2026). Autorka bloga „Nowości książkowe”: www.bernadettadarska.blogspot.com.

Chyba każde miasto ma swoją ważną, szczególną ulicę. Wydaje się, że w Bartoszycach to ulica Bolesława Limanowskiego.
– To ulica szczególna, bo stanowi fundament dla polskiej społeczności, która po wojnie przybyła do tego poniemieckiego miasta. Tutaj, kiedy Bartoszyce są właściwie wyludnione, w 1947 r. powstaje Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy im. Janusza Korczaka. Jego podstawą był dom dziecka, ale i inne instytucje edukacyjne, jak chociażby liceum pedagogiczne. Ulica Limanowskiego była pełna młodych – potrzebujących pomocy i niosących pomoc. Udowodnili, że można uwierzyć w człowieka i w przyszłość. Realizowano w tym miejscu eksperyment pedagogiczny, którego celem było stworzenie nowego człowieka.

Pisze pani, że małym powstańcom, „szwabom”, „rusom”, „niemczętom” koniec ich świata zamieniano w początek. Polska Kronika Filmowa już w 1948 r. z dumą pokazywała, jak „rośnie i uczy się nowy człowiek”.
– Niezależnie od historii dzieci i ich pochodzenia ważna była praktyka propagowana przez Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, które było patronem tego ośrodka, że nie ma dzieci trudnych. Nie ma dzieci złych, niedobrych, gorszych, każde zasługuje na uwagę. Co nie znaczy, że nie było trudnych chwil. Ważna jest kategoria młodości, którą akcentuję w tytule książki. Młodość łączyła wychowawców, dzieci i młodzież. Szanowali swoje role, jednocześnie była między nimi więź, rodzaj bliskości, zaangażowanie we współodpowiedzialność za grupę.

W Bartoszycach rodził się nowy typ pedagogiki pod okiem Aleksandra Lewina, który wcześniej pracował z Korczakiem. Przyjechał ze swoimi podopiecznymi aż z Uralu.
– Lewin, który uczestniczył w tworzeniu bartoszyckiego ośrodka, zaprosił do tego miejsca część swoich wychowanków z Monetnej na Uralu. Kiedy znajdujący się pod jego opieką młodzi ludzie wrócili do kraju, znaleźli się w domu dziecka w Sławięcicach. Do Bartoszyc przyjechały osoby, które Lewin uznawał za dojrzałe, pracowite, odpowiedzialne. Widział w nich nie tylko wychowanków domu dziecka, ale i tych, którzy pomogą w budowaniu wspólnoty bartoszyckiej. Tak się faktycznie stało. Młodzi znali reguły wzorowane na pedagogice Janusza Korczaka oraz radzieckiego pedagoga Antona Makarenki. Żyli według nich. Lewin umiał zbudować przyjazną atmosferę i dzieci nie tylko czuły się zaopiekowane, ale też były ważnymi podmiotami w tej instytucji. Co ciekawe, pedagog pozostał przyjacielem swoich wychowanków na całe życie. Monetniacy przez kilkadziesiąt lat od powrotu do kraju organizowali zjazdy. Lewin, opiekun spuścizny Korczaka, miał też epizod mroczny – odpowiadał za szkolenie wychowawców pracujących w Więzieniu dla Młodocianych Przestępców w Jaworznie, gdzie nie tyle ratowano młodych, ile raczej katorżniczą pracą i ideologią próbowano ich zniszczyć.

Kto znalazł się w tym „mieście dzieci”?
– To była grupa bardzo zróżnicowana, od początku narażona na konflikty. Przyjechały dzieci z ośrodka Boduena z Warszawy, miały różnego rodzaju dysfunkcje, potrzebowały szczególnej opieki. Jako jedne z pierwszych pojawiły się dzieci autochtonów, które nazywano konsekwentnie „Mazurami”, unikano nazwy „Niemcy”. A to dlatego, że prowadzono też szeroką akcję repolonizacyjną, która z założenia miała być wzorcowa dla całej Polski, podobnie jak idea tworzenia nowego człowieka. Przyjechali młodzi z powstania warszawskiego, którzy mieli bardzo trudne przeżycia, uczestniczyli w dramatycznych sytuacjach. Dzieci, które mówiły po niemiecku, były dla nich dziećmi wroga. Jednak młodzi wychowawcy umieli jakoś dotrzeć do tej ogromnej, podzielonej grupy ludzi – to była sztuka i prawdziwy talent pedagogiczny.

Docelowo ośrodek dla dzieci miał liczyć 3 tys. wychowanków. Skończyło się na mniejszej liczbie.
– Tak, tę liczbę wpisano w dokumentach założycielskich i pojawiała się w omawianych i upublicznianych planach. Ale już kilkaset dzieci to była ogromna grupa do opanowania pod względem edukacji, wychowania i opieki. Dom dziecka w Bartoszycach przez kilkadziesiąt lat był zresztą największym w Polsce. Młodość okazała się tutaj fundamentem codzienności. Niejednokrotnie ktoś uczył się w liceum pedagogicznym, które funkcjonowało w ramach ośrodka, a po lekcjach ten młody człowiek opiekował się dziećmi w domu dziecka;

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Republika ludzi młodych

Losy małych Polaków deportowanych do ZSRR

Polskie domy dziecka powstają na terenie całego Związku Radzieckiego. W książce Tadeusza Bugaja „Dzieci polskie w ZSRR i ich repatriacja 1939-1952” zamieszczono mapkę przedstawiającą poszczególne placówki opiekuńcze. Dotyczy ona co prawda tych instytucji, które zostały objęte procesem repatriacyjnym w okresie od maja 1945 do sierpnia 1946, jednak dobrze obrazuje, w jak wielu miejscach znajdowali się młodzi Polacy. Najwięcej było ich na terenie Rosji, dużo w Kazachstanie i Uzbekistanie, mniej w Ukrainie, Białorusi, Kirgizji czy Litwie.

W wakacje 1944 r. powstaje Polski Obwodowy Dom Dziecka w Monetnej koło Swierdłowska na Uralu. Nie wszyscy podopieczni są sierotami, czasami ich rodzice znajdują się w odległych miejscach lub nie wiadomo, czy jeszcze żyją. Zdarza się, że ojcowie poszli do wojska. Wiele osób ma za sobą szkołę przyspieszonego dojrzewania. Dzieci pracują ponad siły, głodują, patrzą na śmierć bliskich. Tracą nadzieję na lepsze jutro. Zanim trafią do placówki opiekuńczej, często tułają się, śpiąc byle gdzie i ciesząc się, że udało się przeżyć kolejny dzień. (…)

Marynarka

Janina Małecka, z domu Piwowarczyk, wspomina o swoim podekscytowaniu związanym z pojawieniem się dyrektora polskiego domu dziecka z Monetnej. Można by pokusić się o stwierdzenie, że to jedno z ważniejszych wydarzeń w biografii kobiety. Mimo upływu czasu nie ulegnie zapomnieniu ani rozmyciu. Wręcz przeciwnie, okaże się jednym z najbardziej wyrazistych wspomnień. Historia ta jako istotny moment zwrotny będzie nieraz powracała w rozmowach i prawdopodobnie również często w myślach. Oto dzięki temu spotkaniu życie pozostawionych samym sobie i doświadczonych przez los dzieci nabiera sensu i zyskuje znaczącą zmianę jakościową: wreszcie można myśleć o przyszłości.

Małecka opowiada Joannie Wańkowskiej-Sobiesiak o swoim wcześniejszym rozczarowaniu związanym z pozostaniem na terenie Związku Radzieckiego. Trudne przeżycia z powodu obecnych wokół cierpienia, smutku i śmierci nie dawały właściwie żadnej nadziei. W przywoływanych przez kobietę obrazach pojawiają się umierający ludzie: „W każdej rodzinie było po troje, czworo dzieci. Ale była rodzina, nazywali się Czajki, w której było dziesięcioro dzieci: ośmioro z nich umarło i rodzice też. Został Franek i malutka Kasia, która nie miała jeszcze wtedy trzech lat. Jeszcze nie chodziła,

Fragmenty książki Bernadetty Darskiej, Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Demokratyczna Polska wyrosła na fundamentach PRL

Lewica nie powinna się wstydzić ani Polski Ludowej, ani III RP

Czy 1 maja to data jeszcze cokolwiek znacząca w naszym życiu społecznym? Dla przeciętnego Polaka to jedynie początek majówki, czyli wiosennego długiego weekendu, podczas którego można grillować i bez ograniczeń spożywać alkohol. Znaczenie tego dnia jako Święta Pracy skończyło się wraz z końcem Polski Ludowej i nastaniem kapitalizmu, czyli systemu, w którym praca najemna zawsze stoi niżej od kapitału, biznesu i przedsiębiorczości.

W trudnym położeniu

Historycznie rzecz biorąc, o pierwszomajowe święto powinna się upominać lewica. Tyle że lewicy dziś w Polsce nie ma. Jest za to „lewactwo”, bo taki epitet narzuciła dominująca w polityce i mediach (zwłaszcza internetowych) prawica, określając nim wszystkie siły i środowiska, które nie podzielają wyrażanej coraz bardziej radykalnie prawicowej wizji świata. „Lewakiem” jest zatem i Czarzasty, i Tusk, i Trzaskowski, a nawet Kosiniak-Kamysz i Hołownia. Trudno znaleźć kogoś na lewo od PiS, wobec kogo jeszcze takiego wyzwiska nie rzucano.

W ślad za prawicową propagandą o „lewackich ideologiach” mówi coraz większa liczba Polaków, wkładając do jednego worka wszystko, co nie jest skrajnym nacjonalizmem, antykomunizmem i klerykalizmem. Nic zatem dziwnego, że „lewacka” jest także Unia Europejska, choć dominują w niej partie chadeckie i liberalne – podobnie zresztą jak w naszym parlamencie.

W czwartej dekadzie istnienia III RP lewica znajduje się więc w trudnym położeniu. Można wręcz zapytać, czy w ogóle jest Polakom potrzebna. Co prawda, w obecnym rządzie zasiada troje ministrów i kilkanaścioro wiceministrów reprezentujących Nową Lewicę, a jej lider od kilku miesięcy pełni funkcję marszałka Sejmu, lecz to wyłącznie wynik arytmetyki sejmowej i sprytu politycznego Włodzimierza Czarzastego, którego lojalność wobec Donalda Tuska zapewnia lewicowej elicie bezpieczne korzystanie z owoców władzy. Ale tak będzie przecież tylko do najbliższych wyborów parlamentarnych, które – wszystko na to wskazuje – wyłonią najbardziej prawicowy parlament w dziejach Polski, w dodatku pod patronatem najbardziej prawicowego z prezydentów, Karola Nawrockiego. Oczywiście można się łudzić, że będzie inaczej, ale niby dlaczego miałoby tak się stać, skoro obecna koalicja rządowa cieszy się coraz mniejszą akceptacją społeczną, premier zaś należy do polityków z rekordowo niskim zaufaniem.

Bardzo prawdopodobne jest zatem, że udział Czarzastego i jego partii we władzy okaże się tylko czteroletnim epizodem w dziejach polskiej lewicy. A przecież są to dzieje bardzo długie, sięgające początkami XIX w. Czołowi historycy polskiego ruchu socjalistycznego, Adam i Lidia Ciołkoszowie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Samosioły z zony

Niech tam będzie niebezpiecznie, ale przynajmniej umrę pod swoim kawałkiem nieba – mówili ludzie z Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia

W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 r. Wasyl Antipowicz Ławrienko wybrał się na ryby ze swoim przyjacielem, strażakiem. Kiedy je łowili, nagle zobaczyli błysk, potem drugi, jakby coś wybuchło w elektrowni jądrowej. Zaraz po tym usłyszeli huk. W linii prostej od obiektu dzieliło ich 10 km, więc szczegółów nie widzieli, a żadnego alarmu wciąż nie było słychać. Ot, huknęło coś i wróciła nocna cisza. Jeszcze nie rozumieli, co się stało.

– Wróciliśmy do łowienia – powie mi Wasyl wiele lat późnej. – Jechało potem dużo zastępów straży pożarnej na sygnale, ale wciąż nie spodziewaliśmy się, że wydarzyło się coś naprawdę groźnego. To był duży zakład; co chwilę coś się tam działo. Nałapaliśmy ryb, połów okazał się całkiem zadowalający. Po chwili przybiegł ktoś po mojego kumpla strażaka. Niemal tuż po wyjściu z jeziora włożył mundur i pojechał na akcję do elektrowni.

Minęło dobrych kilka dni, zanim Wasyl dowiedział się, że nie chodziło o ćwiczenia. Że jego życie razem z tymi dwoma wybuchami właśnie wywróciło się o 180 stopni i nigdy już nie będzie takie samo. Że będzie musiał opuścić na kilka lat swój własny dom i że potem będzie do niego wracał nielegalnie – a wszystko to przez te dwa z pozoru niewinne wybuchy.

Wasyl jest dziś jednym z samosiołów – i jedną z najbliższych mi osób na terenie zony. (…)

Ewakuację wiosek wokół Czarnobyla rozpoczęto w maju 1986 r. – ale równolegle z nią zaczęły się pierwsze powroty. I pojawiło się słowo, które normalnie oznacza zboże rozsiewające się bez kontroli i udziału człowieka: samosioł. Właśnie tak bardzo szybko zaczęto nazywać wracających do zony. Byli to bardzo dzielni ludzie, te pierwsze samosioły. Żeby wrócić do swoich wiosek, musieli iść przez lasy i bagna. Zazwyczaj szli na piechotę, forsując ogrodzenia, nieraz ze zwierzętami na postronku. Olga Juszczenko, jak wielokrotnie mi opowiadała, by wrócić do Łubianki, przełaziła przez jakieś mokradła i przez druty kolczaste; pokonywała po dwadzieścia kilka kilometrów sama przez las. I tak po wielokroć. W dodatku razem ze swoją krową żywicielką.

Potem do chatki Olgi przyjeżdżała milicja, żeby ją wyrzucić, ona płakała, ale cóż było robić – z władzą nie wygrasz, a przynajmniej nie na krótką metę. Jednak gdy tylko radzieccy milicjanci tracili ją z oczu, Olga wracała. Aż pewnego razu już nie przyjechali – upór babuszki ich przekonał. Nie było sensu tracić czasu i energii na użeranie się ze starszą kobietą. Niech sobie żyje w tej upadłej wsi,

Fragmenty książki Krystiana Machnika Ostatni ludzie Czarnobyla, Notatnik Reportera, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Historia w służbie Kremla

Kojarzony w Polsce z pierestrojką Gorbaczowa historyk Roj Miedwiediew u schyłku stuletniego życia był apologetą Władimira Putina

„(…) Bardzo trudno być historykiem w Moskwie, jeśli chce on studiować realną historię swego kraju, a nie kolejne zalecenia instancji władczych”, pisał w przedmowie do polskiego wydania „Ludzi Stalina” Roj Miedwiediew. Jego książkę w 50-tysięcznym nakładzie wydał Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych, oddano ją do druku 7 lipca 1988 r., prawie cztery miesiące przed debatą telewizyjną Miodowicz-Wałęsa. Do księgarń w Polsce trafiła w tym samym roku co w Związku Radzieckim. Wcześniej wydano ją tylko w USA, w Wielkiej Brytanii, we Włoszech i w Jugosławii.

Ukazanie się w oficjalnym obiegu ZSRR „Ludzie Stalina” zawdzięczali, jak przyznawał po latach Roj Miedwiediew, polityce głasnosti/jawności Michaiła Gorbaczowa. To dzięki niej w 1989 r. historyk uzyskał mandat deputowanego Rady Najwyższej ZSRR, dzięki niej przywrócono go w prawach członka Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – został z niej wygnany 20 lat wcześniej za rękopis książki „Pod osąd historii. Geneza i następstwa stalinizmu” (po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1974 r. w nowojorskim wydawnictwie Alfred A. Knopf).

Nigdy więcej zbrodni i terroru

Potępienie stalinizmu i jego następstw było jednym z naczelnych haseł wielotysięcznych manifestacji w ZSRR. Na wzburzonej demokratycznej fali powstało stowarzyszenie Memoriał zajmujące się badaniem zbrodni stalinowskich. Radzieccy historycy w czasie kwerend archiwalnych odnaleźli m.in. dokumenty związane ze zbrodnią katyńską. Uczynili to, zanim 13 kwietnia 1990 r. agencja TASS oficjalnie poinformowała, że zbrodni katyńskiej dokonało NKWD, Michaił Gorbaczow zaś przekazał część kopii dokumentów w tej sprawie Wojciechowi Jaruzelskiemu. Dwa lata później, już po rozpadzie ZSRR, kluczowe dokumenty katyńskie, w tym rozkaz z 5 marca 1940 r., otrzymał od ówczesnego głównego archiwisty Rosji Lech Wałęsa. W 1995 r. uczestniczyłem w uroczystości położenia przez prezydenta RP kamienia węgielnego pod budowę cmentarza w Katyniu.

Gwarancją przed powrotem totalitaryzmu miało być przestrzeganie zasad państwa prawa. Mówił o tym z trybuny Zjazdu Delegatów Ludowych ZSRR kilka dni po masakrze na pekińskim Placu Niebiańskiego Spokoju Andriej Sacharow. Wśród tych zasad na pierwszym miejscu wymienił wolność słowa. Historycy i zajmujący się przeszłością publicyści korzystali z niezwykłej szansy – nigdy wcześniej ani potem rosyjskie archiwa nie otwarły się tak szeroko jak u schyłku XX i na początku obecnego stulecia.

Jeszcze w pierwszej dekadzie władzy Władimira Putina zmagano się z upiorami stalinizmu. W 2010 r. Duma Państwowa większością głosów – 342 za, 57 przeciw – przyjęła uchwałę stwierdzającą, że zbrodnia katyńska została dokonana „na mocy bezpośredniego rozkazu Stalina i innych radzieckich przywódców”. Przy okazji wyrażono nadzieję, że relacje między Rosją i Polską będą się rozwijać na podstawie wspólnych demokratycznych wartości.

Wiosną 2007 r., w okresie gdy rząd Jarosława Kaczyńskiego przekształcił historię w oręż do rozprawienia się z wrogami, rozmawiałem w Warszawie („Przegląd” z 24 czerwca 2007 r.) z ówczesnym ministrem kultury Rosji, jednym z założycieli kanału Kultura, który zainspirował także rodzimą TVP, Michaiłem Szwydkojem. Odnosząc się do sytuacji w Polsce, minister powiedział: „Na szczęście w Rosji nie ma historyka, który byłby oficjalnym historykiem współczesnego państwa rosyjskiego. Historyka mającego

Szerzej o polityce historycznej Rosji autor pisał w przygotowanej wspólnie z dr. Holgerem Polittem książce „Ein Krieg, der keiner sein sollte”, VSA, Hamburg 2023

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Negocjacje z Rosją

W obliczu nieskutecznych i przeciągających się negocjacji amerykańsko-rosyjsko-europejsko-ukraińskich, mających dać pokój Ukrainie, zapominamy, że w naszej historii przeszliśmy pomyślnie etap, którego rezultatem było wyprowadzenie wojsk rosyjskich (radzieckich) z terytorium Polski. O tym traktuje nowa książka Wydawnictwa Naukowego Scholar „Negocjator wielkiej historii. Jerzy Sułek o wycofaniu wojsk radzieckich z Polski i polskiej dyplomacji po 1989 roku w rozmowie z Alicją Curanović”. Jerzy Sułek, ów negocjator, nie stał się wówczas postacią pierwszoplanową, ale to jemu zawdzięczamy kto wie czy nie jeden z największych sukcesów dyplomacji III RP w polityce wschodniej.

Wiemy, że 22 maja 1992 r. na Kremlu prezydenci Polski Lech Wałęsa i Rosji Borys Jelcyn wymienili się podpisanymi umowami, co doprowadziło do wyjazdu z Polski obcych wojsk 16 miesięcy później. Jednak bez tych upartych, a – jak niektórzy mówią – brawurowych kilkunastu rund rozmów z władzami ZSRR i Rosji, sprawy nie musiałyby się tak potoczyć. W trakcie negocjacji prowadzonych w przełomowym okresie historii, gdy kończył się komunistyczny Związek Radziecki, a zaczynała postkomunistyczna Federacja Rosyjska, ktoś musiał usilnie zabiegać o polską rację stanu, o pełną niezawisłość Rzeczypospolitej, którą gwarantowałyby odpowiednie umowy. Jak wyznał podczas promocji książki niemcoznawca i dyplomata prof. Jerzy Sułek, nikt w resorcie spraw zagranicznych kierowanym przez prof. Krzysztofa Skubiszewskiego nie chciał się podjąć przewodniczenia ekipie polskich dyplomatów, bo znane były warunki i trudności rozmów z Rosjanami.

Umów kończących tamten etap naszej polsko-rosyjskiej historii było aż cztery. Dotyczyły nie tylko wycofania wojsk rosyjskich z Polski,

Jerzy Sułek, Alicja Curanović Negocjator wielkiej historii. Jerzy Sułek o wycofaniu wojsk radzieckich z Polski i polskiej dyplomacji po 1989 roku w rozmowie z Alicją Curanović Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2025.
Do kupienia na stronie: scholar.com.pl/pl/glowna/8987-negocjator-wielkiej-historii.html

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Miszmasz

Miałem bodaj osiem lat, gdy w znalezionej w domu encyklopedii ujrzałem hasło „polsko-radziecka wojna”. Zdumiałem się. O wojnie takiej nigdy nie słyszałem, a pojęcia „Polska” i „Związek Radziecki” znajdowały się po jasnej stronie mego szkolnego widzenia. Od razu jednak przeleciało mi przez myśl, że w opowieść o takiej wojnie musi być wmontowany konflikt narodowej lojalności. Tymczasem nieznany autor opowiadał się jednoznacznie po stronie ZSRR.

Nieraz potem przypominałem sobie te moje dziecięce dylematy. Dobro narodu czy dobro hegemona? Prymat racji stanu czy prymat ideologii? W PRL nie zawsze było to jasne. Nie tylko polityka historyczna, lecz także polityka zagraniczna (nie mówiąc już o polityce wewnętrznej) nie była automatycznie zgodna z polską racją stanu – taki był los państwa zależnego. A jednak różne fakty mogły też służyć tezom z gruntu odmiennym. W październiku 1956 r. PZPR upomniała się wobec „radzieckich” o polską suwerenność. Plan Rapackiego i plan Gomułki służyły również polskiemu państwu. A układ PRL-RFN z grudnia 1970 r. w ogóle nie był konieczny z perspektywy Bloku (istniał już układ RFN-ZSRR) – był konieczny z perspektywy Warszawy. Stanisław Stomma powiedział mi kiedyś w wywiadzie: „PRL realizowała polską rację stanu do granic swych możliwości”.

Dlaczego to wszystko piszę? Dlatego że jest PiS. A od niedawna istnieje też pisowska emanacja: Pan Karol. W kręgach pisowskich pojęcie racji stanu stało się abstrakcją. Natomiast nie jest abstrakcją pisowski hegemon: Stany Zjednoczone. Oczywiście nie ma jeszcze mowy o tamtej, radzieckiej zależności. Zważmy jednak: Władysław Gomułka, trzymając kiedyś Nikitę Chruszczowa za guzik marynarki, potrafił mu przy świadkach zrobić awanturę za chwilową radziecką nielojalność wobec polskiej granicy zachodniej. Pan Karol na pytanie Donalda Trumpa, czy nazwisko „Nawrocki” wymawia się „Nouroki”, odpowiedział z radością twierdząco: nawet w takiej sprawie nie potrafił się hegemonowi przeciwstawić. Oczywiście są to drobiazgi, czy jest jednak drobiazgiem nieustanne walenie w polski rząd? Dystansowanie się od Ukrainy? Kwestionowanie jurysdykcji Unii Europejskiej? Jak kiedyś dla naszych propagandystów Związek Radziecki był ważniejszy niż Polska, tak dziś ważniejsza od racji stanu jest polsko-amerykańska wspólnota ideologiczna. Tylko czy państwo polskie ma w niej jakiś interes?

Hegemon radziecki,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

W ślad za Armją do Polski

Stosunek do ZSRR i Ukraińców w raportach oficerów polityczno-wychowawczych Armii Berlinga

W polityce historycznej rządzącej do niedawna prawicy, a w IPN do dziś, sformowane na terenach ZSRR Wojsko Polskie przeciwstawiane jest Polskim Siłom Zbrojnym na Zachodzie. Prezentowane jako gorszy sort żołnierzy, którzy – będąc polskojęzycznym wojskiem – niewłaściwie służyli sprawie polskiej w II wojnie światowej. „Żołnierze 1. i 2. Armii Wojska Polskiego nie są Wojskiem Polskim”, a ich szlak bojowy „nie jest częścią historii oręża polskiego”, twierdzi Sławomir Cenckiewicz, bliski współpracownik Karola Nawrockiego.

Odbieranie polskości i patriotyzmu żołnierzom, którzy tyle przeszli, zanim dotarli do wojska, jest podłe. Tym bardziej że zachowane dokumenty, już nie mówiąc o wspomnieniach, dobitnie świadczą o tym, że w Armii Berlinga znaleźli się Polacy. Mieli różne pochodzenie społeczne, poglądy polityczne, nierzadko odmienny stosunek do Związku Radzieckiego. Łączyła ich chęć pokonania III Rzeszy. Prezentowane fragmenty raportów oficerów politycznych wskazują, z jakimi problemami stykali się dowódcy tej polskiej armii. Pierwsze dwa dokumenty pochodzą jeszcze z okresu tworzenia się dywizji kościuszkowców, a dwa następne z czasów, kiedy po bitwie pod Lenino rozlokowano żołnierzy na Wołyniu.

Autorzy raportów dość wiernie odnotowują opinie (łącznie z krytycznymi), jakie wyrażali berlingowcy, nie tylko na temat przyszłej granicy Polski, ale także w kwestii relacji polsko-ukraińskich, opisując przy tym mordy na Polakach. Raporty, przechowywane w Archiwum Akt Nowych, prezentujemy w oryginalnej pisowni i składni. Znajdą się one w przygotowywanej przez nas książce o kościuszkowcach, berlingowcach, żołnierzach Wojska Polskiego, które wyzwalało Polskę.

26.06.1943
Do Zastępcy Dowódcy Dywizji dla spraw oświatowych
Meldunek
Zastępcy Dowódcy Samodzielnej Kompanii Łączności dla spraw oświatowych

  1. O uwagach w sprawie bieżących prac kompanii (wyszkolenie)
  2. Dnia 15 czerwca, zgodnie z planem, rozpoczęło się bojowe przygotowanie żołnierzy i podoficerów w kompanii łączności dywizji. Pierwsze dni pracy wykazały wiele niedostatków i wszystkie wysiłki oficera oświatowego streszczają się do usuwania tych niedostatków. (…)

e/ Sprawa językowa postawiona jest nieźle. Wszystkie zajęcia z wyjątkiem konsultacji instruktora prowadzone są po polsku, przyczem czystość języka polskiego jest wystarczająca za wyjątkiem dwu (oficera i podoficera) t.zw. radzieckich Polaków. (…)

III. O nastrojach wśród żołnierzy

Pogadanki, rozmowy i inne imprezy dają często możność zapoznać się bliżej ze zdaniem żołnierzy w sprawach Armii, w sprawach politycznych, społecznych itp. Według moich obserwacji można wśród żołnierzy zauważyć następujące kategorie poglądów:

a/ Chłopcy młodzi, przeważnie podoficerzy, którzy mimo przejść osobistych odnoszą się do spraw polskich z wojskową energią, do ZSRR lojalnie, materiał fizycznie i moralnie zdrowy (Około 30%).

b/ Chłopcy młodzi, częściowo Żydzi lub Polacy mojż.[eszowego] wyzn.[ania] mający za sobą pracę w org.[anizacjach] szomrowych [harcerskich – P.D.], syjonistycznych lub innych ideowych, zdecydowanie popierający ZPP i Wydz.[iał] Ośw[iatowy] (Nie więcej niż 10%).

c/ Ludzie starsi, mający duże rodziny, element głęboko religijny, odnoszący się do wszystkich poczynań z rezerwą, element podatny dla wszelkiej agitacji nieprzychylnej dla ZPP. Przeważnie chłopi, niewykształceni, pracują jako koniuchy, i t.p., dla ich zyskania konieczne jest: zabezpieczenie rodzin, sprowadzenie kapelana (Około 30%).

d/ Inteligencja (inżynierzy, adwokaci, technicy), wszyscy jako szeregowi (nie służyli w armii), których nie wykorzystano w/g specjalności. Ludzie nieco ogorczeni swoją rolą „szeregowca”, materiał niezdyscyplinowany, „indywidualiści”. Jako wojskowi nie bardzo przydatni, wykorzystani bywają dla spraw pisarskich, dla wykładów teoretycznych itp. (Około 10%).

e/ Ludzie „bezbarwni” – nie przejawiający indywidualni, nie wyrażający poglądów – (około 20%).

Specjalnie trzeba podkreślić wzrost nastrojów religijnych wśród wszystkich grup. Spontaniczne wprowadzenie modlitwy wieczornej było bezpośrednim skutkiem przemówienia por. Miki na wiecu sprawozdawczym. W związku z tym sprawa otwarcia kościoła (ewent. i synagogi) jest absolutnie pilna.

f/ Kontrolą patriotycznych uczuć żołnierzy jest zbiórka na fundusz dozbrojenia Dywizji. Dobrowolnie duże sumy dało ok. 15%, dobrowolnie sumy niewielkie 25%, około 20% zgłosiło gotowość złożenia pieniędzy po otrzymaniu żołdu (obecnie pieniędzy nie mają). Negatywnie odniosło się do zbiórki nie więcej jak 10-15%, reszta jeszcze nie została objęta akcją. Oficerowie odnieśli się też bardzo przychylnie. Etatowi atestowani oficerowie zdeklarowali duże sumy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

O likwidacji „Po Prostu” z dystansem. Młodzi idealiści chcieli za wiele

Młodzi idealiści zderzyli się z rzeczywistością, ale nie było to zbyt bolesne

Odwilż październikowa 1956 r. stanowi jedną z najważniejszych, niestety często zapominanych obecnie dat w najnowszej historii Polski. Nie ulega jednak wątpliwości, że była to cezura nad wyraz przełomowa, jakkolwiek różni krytykanci nie chcieliby na nią patrzeć. Polacy swoimi siłami zakończyli smutny okres stalinizmu, którego ostatnim akordem były wydarzenia poznańskie. Uniknięto interwencji sowieckiej, która mogła się zakończyć krwawą jatką na ulicach Warszawy, tak jak miało to miejsce w tym samym czasie w Budapeszcie. Należy docenić rozwagę ówczesnych pokoleń, którym udało się uzyskać to, co było wówczas do uzyskania w zakresie narodowej wolności.

Gra do jednej bramki

Za koniec odwilży na ogół uznaje się likwidację tygodnika „Po Prostu”. Wskazuje się winnych, wychwala ofiary. Po długim czasie można spojrzeć na owe wydarzenia z większym dystansem i dostrzec wiele niuansów, które w sporach ideologicznych mogą umykać naszej uwadze.

W 1956 r., zwłaszcza po tajnym (do czasu) referacie Nikity Chruszczowa potępiającym stalinizm, dla wszystkich stało się jasne, że dotychczasowy system był nie do utrzymania. Świadomość tego miały także kierownictwo partii i aspirujące części młodej inteligencji. Następował przyśpieszający proces obumierania stalinizmu i budowy na jego gruzach bardziej demokratycznej Polski.

Ciekawy jest fakt, że reformatorskie skrzydło partii i redakcja dotychczas nudnego pisemka Związku Młodzieży Polskiej grały w tym przypadku do jednej bramki, jeżeli spojrzeć na treści, które zaczęły być publikowane na łamach „Po Prostu”, i poglądy Władysława Gomułki, który w społeczeństwie był widziany jako jedyny człowiek mogący uzdrowić sytuację w kraju. Tygodnik Eligiusza Lasoty z siedzibą w Pałacu Kultury i Nauki wprost poparł Gomułkę i pisał o konieczności jego powrotu do władzy.

Gomułka zaś po wyjściu z więzienia był czytelnikiem „Po Prostu” i doceniał jego rolę w demokratyzacji kraju. Sam, wracając do zdrowia w Ciechocinku, planował reformy, które pozwoliłyby w jak największym stopniu zdemokratyzować kraj i uniezależnić go od ZSRR. Wiedział z własnego doświadczenia, jakie były ograniczenia systemu i do czego mógł się posunąć.

Na własną zgubę

Dość wiecowania, czas wracać do pracy! Sukces został osiągnięty, a

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Chruszczow w paszczy lwa

Od „tajnego referatu” do autonomii – zmiana zależności Polski od ZSRR w 1956 r.

Rok 1956 w stosunkach polsko-radzieckich uchodzi za szczególny. Porozumienie mocarstw z 1945 r., zwane porządkiem jałtańskim, pozbawiało Polskę suwerenności i skazywało na podrzędną rolę w sowieckim imperium. Moskwa najpierw traktowała ją jako państwo buforowe, a następnie wasalne. Pamiętny rok 1956 przyniósł zmianę. (…)

Z rehabilitacją Gomułki wiązało się odrodzenie koncepcji „polskiej drogi do socjalizmu”. Wyobrażano ją sobie jako odmienną radzieckiej, czyli autonomiczną. Pozostawał problem politycznego zaplecza Gomułki – kto z Biura Politycznego, względnie też która z rywalizujących frakcji miała go wspierać. Można było się spodziewać, że będą nią natolińczycy, ale puławianie wykazali się pragmatyzmem, deklarując puszczenie w niepamięć dawnych zarzutów.

Zadania pojednania ich z Gomułką podjął się Cyrankiewicz. Wykorzystał absencję Ochaba, który udał się w daleką podróż do Chin. Zatrzymał się w Moskwie, aby porozmawiać z Chruszczowem. Zabiegał o pożyczkę zbożową, ale gdy Chruszczow, w typowy dla siebie sposób, zirytował go, hardo oświadczył, że kupi brakujące Polsce zboże w Ameryce. Nikita Siergiejewicz przełknął tę krnąbrność, ale wstrzymał rozmowy nad obiecaną pomocą dla Polski.

Zawiązywała się nowa koalicja władzy. Gomułka jako warunek postawił, że jeżeli ma przewodzić partii, wyciągnąć ją oraz kraj z kłopotów, to chce sformować ścisłą ekipę wedle własnych zamysłów. Gdy Ochab wreszcie wrócił z Chin, 8 października zwołał Biuro Polityczne. Dano mu odczuć, że nie panuje nad sytuacją. 12 października zaproponowano Gomułce udział w dyskusji nad przyszłością. Od tego zaproszenia jego rychła nominacja jako męża opatrznościowego na szefa partii była przesądzona.

W łonie Biura powołano czteroosobową komisję, która miała zaproponować jego nowy skład. Stało się jasne, że w nowym Biurze znajdzie się czwórka „komisarzy” i pięć wskazanych przez nich osób. Pałacowy przewrót się rozpoczął. Natolińczycy ze zdumieniem skonstatowali, że ich ograno. Zaalarmowali Moskwę o tym, że kilku członków Biura Politycznego postanowiło obsadzić stanowisko szefa partii, ignorując prerogatywy Kremla, który, jak pokazała nominacja Ochaba pół roku wcześniej, w myśl pragmatyki partyjnej miał w takich kwestiach ostateczny i decydujący głos.

Nieoczekiwana wizyta

Larum dotarło do uszu Nikity Siergiejewicza, który poczuł się zdezorientowany. Uznał, że sytuacja w Polsce wymyka się spod kontroli. Miał go irytować brak zapytania Polaków o jego zdanie w kwestii partyjnego przywództwa i podejrzliwość, czy nie planują jakiejś dywersji, która mogłaby przeciąć szlaki komunikacyjne łączące półmilionową armię stacjonującą w NRD z zapleczem.

Postanowił wybrać się do Warszawy. Do złożenia nieoczekiwanej wizyty skłonił go zamiar Gomułki sprawowania władzy w oparciu o frakcję puławską i wzięcie jej bez tradycyjnego kremlowskiego błogosławieństwa. Chciał więc wiedzieć, czego może po Gomułce się spodziewać.

Wyjechał pośpiesznie, po drodze zatrzymując się w Brześciu. Tu prawdopodobnie po naradzie, z Żukowem, nakazał oddziałom radzieckim stacjonującym w Polsce przygotować się do interwencji.

Pomysł ten nie był przemyślany. Chruszczow wezwał też oficera, któremu najbardziej ufał, czyli marszałka Iwana Koniewa, dowódcę wojsk Układu Warszawskiego, aby natychmiast zjawił się w Warszawie.

Następnego dnia

Artykuł jest fragmentem obszernego tekstu prof. Andrzeja Skrzypka, zamieszczonego w wydanej przez „Przegląd” książce „Przełom Października ‘56”.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.