Felietony Przeglądu
O Francesce, która Izraelowi się nie kłania
Francesca Albanese to włoska prawniczka specjalizująca się w prawach człowieka, która od 2022 r. pełni funkcję specjalnej sprawozdawczyni ONZ ds. okupowanych terytoriów palestyńskich. Jako współautorka przełomowej książki „Palestinian Refugees in International Law” od trzech lat jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów Europy Zachodniej wypowiadających się w imieniu mordowanych, torturowanych i wysiedlanych Palestyńczyków z Gazy i Zachodniego Brzegu. Właśnie ukazała się po polsku jej niezwykła, osobista książka „Kiedy świat śpi. Opowieści, słowa i rany Palestyny” (wyd. Szczeliny, tłum. Tomasz Kwiecień), która stanowi rodzaj komentarza do jej pracy dla ONZ. Opisuje, poprzez historie dziesięciorga postaci, w większości znajomych i przyjaciół, proces poznawania problematyki okupowanej od 1948 r. (i potem 1967) Palestyny. Albanese wskazuje, dlaczego nie używa pojęcia konflikt w mówieniu o tym, co dzieje się między Państwem Izrael a Palestyńczykami, i dlaczego z pełną świadomością używała określenia ludobójstwo już w 2023 r., kiedy Izrael zaczynał unicestwiać Gazę, mordując ludność cywilną, tysiące dzieci. Z niezwykłą jasnością pokazuje milczenie lub współudział Zachodu (w tym mainstreamowych mediów, np. BBC i „Washington Post”), który okazał się wiernym sojusznikiem Izraela w ludobójczych działaniach jego wojska. Albanese jest autorką niezwykle ważnych raportów na ten temat. Szczególne znaczenie ma „Unchilding” (Pozbawianie dzieciństwa), który powstał w 2023 r., przed atakiem Hamasu z 7 października, na podstawie rozmów fokusowych przeprowadzanych wirtualnie, ponieważ władze Izraela zakazały badań na Zachodnim Brzegu i w Gazie. Kilka przytoczonych w książce wypowiedzi poraża wymową. Rawan, 11 lat: „Musimy walczyć o prawo do oddychania, do bycia tutaj, do pozostania na naszej ziemi bez konieczności Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wasalna polityka w patriotycznym opakowaniu
Amok. Nie mam lepszego słowa, by opisać gorączkę, jaka dopadła większość polityków. Wyścig o to, kto da Amerykanom więcej, przekroczył granice absurdu. W budżecie państwa coraz większy deficyt, a większości Polaków nie zapaliło się nawet pomarańczowe światełko. Prawie wszyscy domagają się większych pieniędzy. I trudno ich nie rozumieć, kiedy w powietrzu fruwają miliardy na zbrojenia. Skala tych wydatków nie ma już bezpośredniego kontaktu z rozumem. Po cichu mówi o tym wielu ekspertów i intelektualistów. Głośno o tym mówi i konsekwentnie pokazuje tę paranoję prof. Grzegorz W. Kołodko. Wie, o czym mówi, bo ma kapitał intelektualny i ogromną wiedzę praktyczną z czasów pełnienia funkcji wicepremiera i ministra finansów. Jeśli mówi o lekkomyślnym marnowaniu publicznych pieniędzy na zbrojenia, to ma na to liczne dowody. Pokazuje też, kto najwięcej zarabia na nakręcaniu spirali zbrojeń. Polski nie ma na tej liście. Odwrotnie, nas to kosztuje coraz więcej. W tym „więcej” są również obszary, na które brakuje pieniędzy. A brakuje Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Paskudny świat
Paskudny to świat, w którym szaleństwo jednostek może usprawiedliwiać kolosalne wydatki na zbrojenia. Jeśli wnioskować z medialnych przekazów (a skąd mamy czerpać wiedzę, a przynajmniej informacje?), kilku co najmniej niezrównoważonych panów wpływa na decyzje przypominające dość niefortunne łacińskie powiedzenie Wegecjusza, zresztą militarysty, żeby szykować wojnę, chcąc pokoju. Co gorsze, o ile z perspektywy wojny trudno się cieszyć, o tyle ze zbrojeń już można. I z tego, że jesteśmy liderem pieniężnego w nie zaangażowania. I tu łatwo nawet, co też wydaje się niemal piękne, o społeczną zgodę. Bo przecież w historii czuliśmy się wtedy ważni, gdy byliśmy przedmurzem. Teraz powtarzamy z pewnym ukontentowaniem, że jesteśmy wschodnią flanką NATO, co jest jednym z niewielu przypadków, gdy chętnie odnosimy do siebie słowo „wschodni”. Słowo „bezpieczeństwo” tłumaczy wiele. Jest na czele wartości, na jakich nam zależy. A ma jeszcze tę wagę, że wywołuje poczucie zagrożenia, w którym łatwiej o rządzenie, ale i o porozumienie, rzec można – narodowe. Daje też możliwość tworzenia aksjomatów. Kiedyś powtarzano, że Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Spalona ziemia
Order Orła Białego odebrano dotąd tylko raz: Wincentemu Witosowi. Ale akt ten dotyczył polskich spraw wewnętrznych, dokonał się zaś – cokolwiek mówić – na mocy wyroku sądowego. W świecie odebrano najwyższe odznaczenie głowie innego państwa dwa razy. Najpierw spotkało to cesarza Hirohito, któremu Order Podwiązki odebrano po wejściu Japonii w stan wojny z Wielką Brytanią. Natomiast za łamanie praw człowieka odebrano Krzyż Wielki Orderu Zasługi Republiki Włoskiej prezydentowi Syrii Baszarowi al-Asadowi. Czy Ukraina weszła z Polską w stan wojny? Czy łamie u siebie prawa człowieka? Korzenie Karol Nawrocki, jak to ipeenowiec, wie o historii Polski niewiele. A przecież jakakolwiek sensowna rozmowa o stosunkach polsko-ukraińskich powinna się rozpoczynać od stwierdzenia trzech faktów. O pierwszym, tym najbardziej oczywistym, pisał w „Gazecie Wyborczej” (1 czerwca 2026) prof. Maciej Janowski: „Przez kilkaset lat to Rusini byli pod panowaniem polskim, nie odwrotnie”. To polskie panowanie zostawiło zaś na Rusi (Ukrainie) złą pamięć. Ciągnące się od schyłku XVI w. po ostatnie lata Rzeczypospolitej bunty i powstania nie wzięły się z powietrza. Z kolei II Rzeczpospolita, zwalczając zagrażający państwu ukraiński ruch narodowy, konsekwentnie traktowała Ukraińców jak obywateli niższej kategorii. Natomiast Polska powojenna wygnała Ukraińców z ich siedzib w ramach akcji „Wisła”. Prowadzoną przez kolejne formy polskiej państwowości politykę antyukraińską czasem sobie jeszcze uświadamiamy, choć na ogół nie wyciągamy z niej wniosków. Ale o dwóch kolejnych sprawach w ogóle nie chcemy pamiętać. A przecież wspomniane wyżej polskie panowanie znaczy też, że przeżyliśmy z Ukraińcami setki lat we wspólnym państwie. Korona Królestwa Polskiego była od XIV w. organizmem polsko-ruskim (ukraińskim). W XVII w. Rusini (Ukraińcy) tworzyli swą literaturę głównie w języku polskim. Pierwsza konstytucja kozacka, spisana w roku 1710 po łacinie, została skopiowana z polskich, szlacheckich wolności. Iwan Franko pisał na przełomie XIX i XX w.: „W całej Słowiańszczyźnie nie ma dwóch narodów, które by pod względem życia politycznego i duchowego tak ściśle zrosły się ze sobą, tak licznymi połączone były węzłami”. Te słowa są często cytowane, lecz tylko w gronie specjalistów. Wreszcie sprawa trzecia, też rzadko uświadamiana: polskie zdrady. Oczywiście były też zdrady ukraińskie, z Radą Perejasławską roku 1654 na czele. Niemniej za pokój z Moskwą płaciliśmy zawsze ziemiami ukraińskimi, wspólnie też z nią dokonywaliśmy ich rozbioru. Pierwszy raz stało się to w 1667 r., w traktacie andruszowskim. Drugi raz w 1686, w „pokoju wieczystym”. Trzeci raz w latach 1918-1919, gdy podbiliśmy pierwsze po wiekach państwo ruskie: Zachodnioukraińską Republikę Ludową (ZURL). Czwarty raz w latach 1920-1921, gdy zdradziliśmy Ukraińską Republikę Ludową (URL) – naszego sojusznika. Ukraińscy żołnierze – tacy jak gen. Marko Bezruczko, obrońca Zamościa – poszli za druty obozów internowania. Przywódca URL, ataman Symon Petlura, został z Polski (na życzenie ZSRR) wygnany. Te trzy elementy – polskie panowanie, polsko-ruska symbioza i polskie zdrady – powinny być fundamentem naszego myślenia o Ukrainie. Zwłaszcza dziś, gdy dokonuje się zdrada kolejna, piąta. Żadnych złudzeń! Odbierając Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego, Nawrocki jednym podpisem zniszczył kilkudziesięcioletni dorobek polskiej myśli politycznej. Jednym podpisem! Choć bowiem trudno wymagać od ipeenowca, by był mocny w historii Polski, to od Polaka można oczekiwać jakiegoś jej rozumienia. Najlepsi polscy synowie od tylu lat starają się przepracowywać – fundamentalną dla polskiego bytu narodowego – kwestię ukraińską. Działanie to rozpoczęła „Kultura” Jerzego Giedroycia. Na jej łamach nie eksponowano zbrodni UPA – wiedziano, a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Zarządzanie żarem
Upały sakramenckie; choć i bez nich się męczę i pocę z byle powodu, dawno wkroczywszy w wiek zawałowy, dryfuję już ku otwartemu morzu starości, zatem wszelkie alerty esemesowe o ekstremalnym zagrożeniu stanem upalnym trafiają prosto w moją pakamerę lęków. I sam już nie wiem, czy ta fala gorąca faktycznie taka mordercza, czy zaiste nigdy wcześniej takiego żaru między Bugiem i Odrą nie zaznano, azaliż to masy upalnego powietrza tak miażdżące, czy też może miazga masowego przekazu czerwonymi wersalikami tłoczonego. No bo jeśli kto moim strachem zaczął zarządzać, niedoczekanie jego, teraz mnie straszy gołym niebem, zaraz będzie chciał zasiać inne obawy, a to że wróg u bram przebiera nogami, by gwałcić „nasze kobiety”, wróg wewnętrzny chce uczyć masturbacji „nasze dzieci”, do tego „różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki” wprost kotłują się w każdym imigranckim organizmie, próbującym przeniknąć przez płoty kolczaste i korony cierniowe, którymiśmy obwarowali „naszą ziemię”. Te wszystkie alarmy wciskają się nam do telefonów nie po to, byśmy mieli baczenie, lecz by nam dusza na ramieniu wciąż siedziała, bo człowiek z duszą na ramieniu jest bezbronny jak srający pies, nie człowiek to już, a zasób ludzki, podatny na manipulację. Trudno, wolę się topić od żaru, niż pocić ze strachu, rzekłem i od razu temperatura odczuwalna spadła w granice normy. Owszem, niegdyś lepiej znosiłem upały od wielkich mrozów, bo do czterdziestki brakowało mi ochronnej warstwy tłuszczu, potem zaś oddałem Tatrom palec u stopy i część w niej czucia, przez co marzł mi w bucie kiepsko ukrwiony ocalały paluch. Teraz nadciśnienie sprawia, że mi wiecznie ciepło, babiny okutane płaszczami dziwują się, gdy śmigam po mieście w żonobijce, za to upały działają mi na nerwy, wyczuwam w nich niejaką wrogość, agresywność wymierzoną we mnie osobiście, nie muszą być ekstremalne, wystarczy zwykłe plażowe trzydzieści w cieniu. Morze nigdy mnie nie pociągało, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Fale upałów i głupoty
Aby zacząć pogodnie, bo grozi nam wielka polityczna niepogoda i trzeba się pocieszać uśmiechem… Od kilku lat prowadzę w miesięczniku „Zwierciadło”, na ostatniej stronie pisma, kolumnę „Okno z wierszem” – tak ją nazwałem. Wstawiam tam wiersz poety, a wcześniej piszę o nim krótki eseik. To niezwykłe, że pismo o tak dużym zasięgu zaproponowało mi poetycki felieton, poezja jest wszędzie w odwrocie. A ona jest u źródeł naszej wrażliwości. Czasami tylko mam zawracanie głowy, bo istnieje coś takiego jak prawa autorskie, wygasają po 70 latach od śmierci autora. Tuwim szczęśliwie mi się załapał, a Staff jeszcze nie, bo zmarł w 1957 r. W przypadku zmarłych nie tak dawno, jak wiatru w polu szukaj spadkobierców poety, by dali zgodę na druk. Zwykle jakoś sobie radzę, czasami to przygoda. Ba, znalazłem w małej greckiej wsi wnuczkę Władysława Broniewskiego. Teraz wstawiam w swoje okno wiersz Siergieja Jesienina, w znakomitym przekładzie Broniewskiego, Ewa daje mi zgodę. Jest w Warszawie niezwykła biblioteka w Domu Literatury, w Kamienicy Johna na Starym Mieście. Tam zapach lat 50. i niezmieniony wystrój wnętrz. Na wysokości okien stoi król Zygmunt na kolumnie, w tle wieża Zamku Królewskiego. Zawsze pusto, z biblioteki korzystają tylko pisarze. Dzwonię, by sprawdzić, czy jest biografia Jesienina, skoro wybrałem jego wiersz. Jest! Jak ja lubię tę bibliotekę. Bibliotekarka idzie tylko sprawdzić, czy nie daj Boże ktoś nie pożyczył, chociaż to raczej niemożliwe. Wraca speszona. Ktoś pożyczył tę książkę. Pytam kto. Mówi: „Tomasz Jastrun”. Aż zakołysałem się ze zdziwienia. Patrzę na swoje łóżko, gdzie obok poduszki książki, które czytam. Jest! Byłem w bibliotece nie tak dawno i pożyczałem kilka książek, a że tę też – zapomniałem. Znajoma psycholog pyta mnie: „Jak się z tym czujesz?”. Psycholodzy lubią takie pytania. Odpowiadam, że mam się świetnie, bo alzheimera mam od dziecka. I to prawda. Mam w swojej roztargnionej biografii większe akty niepamięci. Kiedyś, by się pocieszyć, pytałem znanych ludzi o ich największe akty roztargnienia. I spisywałem je. Każdy ma ich bez liku, tworzą niezwykle zabawne anegdoty. Choćby Władysław Bartoszewski – opowiedział mi, jak wyszedł z domu bez spodni. Może kiedyś podzielę się tymi relacjami. Daleko jestem od spiskowego myślenia, prowadzi ono nawet do mordów Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Otruty snusami
Zaczęło się lato i w mediach sezon ogórkowy. Tak było, ale odkąd do Belwederu trafił Nawrocki, zamiast ogórków mamy snusy. Nie wiem, czy producenci tej nikotynowej używki jakoś nagradzają człowieka, który jest dla nich chodzącym słupem reklamowym. Naśladowców i konsumentów tego badziewia z pewnością przybyło. Zwłaszcza wśród młodzieży. Bo skoro tak robi wybraniec narodu, to oni też mogą. Choć nie powinni, bo sięgając po nikotynę w jakiejkolwiek postaci, robią głupio i szkodzą nie tylko sobie. Jak paskudny jest to nałóg i co może robić z człowiekiem, widzimy u Nawrockiego. Prawie codziennie jako „my, naród” dokłada kolejnymi wetami swoją cegłę do paraliżowania państwa. Jest przeciw rządowi prawie we wszystkim. Ktoś mu powiedział, wiadomo nawet kto, że na tym polega praca prezydenta u Kaczyńskiego. Interesy PiS są w jego kancelarii skutecznie realizowane. Pozwalają Nawrockiemu na małe odstępstwa od tej wiernej służby w sprawach bez większego znaczenia. Na razie, póki prezes trwa. Co może się zmienić, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Jean Ziegler, niewysłuchane sumienie Zachodu
Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, że jeszcze się dziwię, kiedy jestem świadkiem ciszy (mediów, społeczeństwa) w chwili śmierci kogoś takiego jak Jean Ziegler. Zmarły właśnie w wieku 92 lat szwajcarski socjolog, dyplomata i polityk pełnił funkcję specjalnego sprawozdawcy ONZ ds. prawa do żywności (od 2000 r. do 2008), był profesorem uniwersytetu w Genewie i paryskiej Sorbony, gdzie się doktoryzował. Został wyrzucony z Komunistycznej Partii Francji za wspieranie dążeń Algierii do niepodległości. Zostawił po sobie kilka fundamentalnie ważnych publikacji książkowych i najważniejszą dla niego samego „Geopolitykę głodu. Masową zagładę”. Ziegler rozpisał w niej cały systemowy mechanizm globalnego głodu, który jest nieuniknioną konsekwencją reguł „kanibalistycznego kapitalizmu” rządzącego światową gospodarką i polityką. „Każde dziecko, które umiera z głodu, jest ofiarą mordu”, pisał. W młodości zaprzyjaźnił się z Jeanem-Paulem Sartre’em i Simone de Beauvoir. Kiedy poznał Che Guevarę, ten miał zareagować na pomysł wyjazdu na Kubę słowami: „Tu się urodziłeś i tu mieszka mózg potwora. To tu musisz walczyć”. W tekstach i wystąpieniach Ziegler precyzyjnie rozrysowywał mechanizmy funkcjonowania „globalnego rynku żywnościowego”, którego efektem był (i jest) głód dotykający prawie 1 mld mieszkańców globalnego Południa, a który pomnaża majątki „lichwiarzy zielonego złota”. Ziegler nie miał złudzeń – w samej ONZ i w rządach wielu państw przeciwnicy prawa do żywności (jednego z podstawowych praw człowieka) mają się dobrze i to oni dyktują warunki, prawa i współtworzą otoczenie sprzyjające głodowej masakrze i zagładzie. Do ostatnich dni ten niezwykły Szwajcar nie składał broni i nawoływał do jednoczenia wysiłków, by sprzeciwiać się największemu złu współczesnego świata – bezwzględnemu kapitalizmowi. W ostatnich latach życia napisał Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Polityka pokrzykiwania i afrontów
Nadanie przez prezydenta Zełenskiego oddziałowi armii ukraińskiej imienia Bohaterów UPA wywołało w Polsce histerię i nieprzemyślane, emocjonalne reakcje. Decyzja prezydenta Nawrockiego o odebraniu prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego, nagłośniona zresztą na długo przed jej podjęciem, była niespotykanym w dziejach III Rzeczypospolitej afrontem wyrządzonym głowie obcego państwa, w dodatku państwa sojuszniczego i toczącego dramatyczną wojnę obronną. Akt ten, świadczący o kompletnym braku wyobraźni zarówno samego prezydenta, jak i jego otoczenia, spowodował, że wszyscy byli prezydenci Ukrainy zgodnie odesłali swoje Orły Białe. Zrobili to solidarnie, choć wywodzą się z różnych obozów politycznych, bo uznali, że ten afront wyrządzony obecnej głowie państwa jest afrontem wyrządzonym całemu narodowi. W ślad za nimi polskie odznaczenia oddali ukraińscy dyplomaci, w tym osoby szczerze zaangażowane w budowanie dobrych stosunków polsko-ukraińskich. Ten afront sporo będzie nas kosztował w przyszłości. W stanie stosunków polsko-ukraińskich cofnęliśmy się do punktu wyjścia. A nawet dalej. Bo w punkcie wyjścia był fakt, że Polska jako pierwsza uznała niepodległość Ukrainy. Co osiągnięto? Czy nazwa ukraińskiego oddziału została zmieniona? No nie. Co więcej, Ukraina zapowiedziała, że tworzyć będzie oficjalny Panteon Narodowy i nikt jej nie będzie dyktował, kto ma w nim się znaleźć. Czy zatem nie należało reagować na ten ostatni akt gloryfikacji UPA na Ukrainie? Należało. Ale to nadanie imienia Bohaterów UPA nie było jakimś odosobnionym i niespodziewanym aktem. Wiadomo, że na stosunkach polsko-ukraińskich ciąży zbrodnia ludobójstwa popełnionego przez UPA na polskiej ludności Wołynia, ale także w dawnej Galicji Wschodniej czy, jak kto woli, na Kresach Południowo-Wschodnich. Wiadomo też było od samego początku, że jakoś ten problem trzeba załatwić. Jakoś się z nim uporać. I było wiadomo, że proces ten wymagałby taktu i cierpliwości z obydwu stron. Nie przeciwskutecznych dramatycznych gestów, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Artyści i arywiści
Kim są artyści – mniej więcej wiadomo. A kim arywiści? Słowo arywista, dziś nieco zapomniane, wedle trafnej podpowiedzi AI z popularnej przeglądarki internetowej oznacza „człowieka, który dąży do zrobienia kariery za wszelką cenę, często nie licząc się z innymi i nie przebierając w środkach. Słowo to jest synonimem karierowicza i dorobkiewicza”. Konflikt pomiędzy artystami i arywistami jest stary. Po jednej stronie stoją bogacze ubodzy duchem, po drugiej ubodzy materialnie, lecz bogaci duchowo wrażliwcy. Zatem nic nowego. A jednak w ostatniej burzy medialnej związanej z projektem pomocy artystom w zabezpieczeniu ich bytu zaskakuje mnie skala pogardy wobec artystów. Wydawało się, że po latach edukacji szkolnej i uniwersyteckiej, budowania muzeów, chwalenia się poetami i pisarzami uwagi bogatego filistra na temat artystów nie mają szans na zdobycie popularności. Tymczasem to on triumfuje. Co się stało? Głupiejemy. Obserwujemy niebywały regres w skali całej kultury zachodniej. Wydawało się, że nie cofniemy się już do epoki, w której genialni artyści przymierali głodem, a ich profesja była hurtowo zaliczana do niskich, podejrzanych moralnie i bezwartościowych. Albowiem wydawało się, że nie powrócą już czasy dzikiego, prostackiego, chamskiego kapitalizmu. Ale powróciły. A wraz z nimi powrócił bogaty prostak. Wie dobrze, że jego bzdurna gadanina o bezwartościowości sztuki i artystów trafi dziś na podatny grunt, że mózgi milionów osób, wyprane przez neoliberalny kapitalizm, z radością podchwycą tę starą melodię: tyle jesteś wart, ile możesz ze swego życia materialnie wyciągnąć. Im bogatszy więc jesteś, tym lepszy. Pod każdym względem. To pozwala bogatym chamom z taką bezwstydnością obnosić się ze swoim prostactwem. I tak oto dochodzi do dzisiejszego triumfu arywistów: dorobkiewiczów i karierowiczów, którzy dumni ze swego cwaniactwa patrzą na artystów z góry. Wszak ci z reguły nie chcą przekuwać swojego talentu na jedyną rzecz, która naprawdę dziś się liczy: na pieniądze. Dlatego są nieprzydatni, bezwartościowi i niepraktyczni. A przecież Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wywiady Przeglądu
Papieskie tajemnice
Ratzinger przegrał ze zmową milczenia, której przewodził Jan Paweł II Prof. Stanisław Obirek – antropolog, teolog, publicysta. Pracuje w Instytucie Ameryk i Europy UW, były jezuita Na początku lutego 2019 r. papież Franciszek odbył ważne spotkanie z przedstawicielami świata muzułmańskiego. W drodze powrotnej z Abu Zabi rozmawiał z dziennikarzami na pokładzie samolotu. Opowiedział im pewną anegdotę. Wynikało z niej, że jego poprzednik, Ratzinger, jeszcze jako kardynał wykazywał determinację, żeby walczyć z nadużyciami na tle seksualnym. Ale Wojtyła absolutnie nie był tym zainteresowany. Co pomyślałeś, kiedy o tym usłyszałeś? – To było wstrząsające. Przeczytałem sobie całą tę konferencję prasową z Franciszkiem na pokładzie samolotu z Emiratów do Rzymu, a potem nawet ją odsłuchałem. Na ogólne pytanie dotyczące nadużyć w Kościele papież odpowiedział, jak to on, dość mętnie, niejasno, że przestępstwa seksualne się zdarzają, że nawet zakonnice są wykorzystywane przez księży, że to ciągle jest problem, walka na lata. No, a potem przywołał tę anegdotę. – No tak. Rzecz dotyczy kard. Ratzingera, który z dokumentacją pod pachą udał się do Jana Pawła II. Poszedł do niego w sprawie założyciela zgromadzenia Legion Chrystusa Marciala Maciela Degollada. Ten meksykański duchowny, pupil papieża Polaka, słynął z licznych skandali seksualnych, w tym pedofilii. Wykorzystywał seksualnie nie tylko dziesiątki młodych seminarzystów, ale też swoje własne dzieci. Był bigamistą, narkomanem i malwersantem, który zbił fortunę, żerując na religijności bogobojnych możnych tego świata. Kupił Kościołowi wiele nieruchomości, finansował szkoły i uniwersytety. Pierwsze zgłoszenia dotyczące nadużyć w Legionie Chrystusa to są lata 50. minionego wieku. – Ratzinger liczył na to, że skompromitowany duchowny zostanie pozbawiony wszelkich honorów, a może nawet postawiony przed sądem. Niestety, jak opowiada Franciszek, wrócił z tymi papierzyskami pod pachą i polecił swojemu sekretarzowi: „Daj to do sejfu, bo druga partia wygrała”. Niesamowite. Mamy potwierdzenie tego, o czym szeptano przez lata. – Franciszek jednoznacznie daje do zrozumienia, że w okresie, kiedy Ratzinger był najpotężniejszym kardynałem w kurii, przewodniczącym Kongregacji Nauki Wiary, który rozstawiał po kątach nieprawomyślnych teologów, pozbawiając ich katedr, zakazując publicznych wypowiedzi, cenzurując książki – w tej sprawie okazał się bezradny. Była jakaś „druga partia”, druga strona, która powiedziała „nie”. I zbrodniarz Maciel pozostał wówczas bezkarny. Najciekawsza w tej anegdocie jest jednak końcówka. Okazuje się, że kiedy Ratzinger został papieżem, to pierwszą rzeczą, którą zrobił, było wydobycie wspomnianych dokumentów z sejfu. To był koniec Maciela Degollada. Jego kariera na pokojach Watykanu niniejszym się zakończyła. Jakiś czas temu maltański biskup Charles Scicluna przywołał taki epizod z 2004 r. dotyczący Marciala Maciela Degollada. Świętował on wtedy w rzymskiej Bazylice św. Pawła za Murami 60. rocznicę święceń kapłańskich. „Poszła tam cała kuria rzymska, włącznie z biskupami i kardynałami. W domu pozostał jedynie Ratzinger, wówczas prefekt Kongregacji Nauki Wiary”. – Powszechnie wiadomo, że Maciel był jednym z najważniejszych problemów Ratzingera w ostatnich latach pontyfikatu Jana Pawła II. Już jako papież Benedykt XVI wprowadził zarząd komisaryczny do „legionistów” i pozbawił Maciela wszelkich praw. Dla Benedykta była to niezwykle obciążająca psychicznie sprawa i nie dziwię się, że podzielił się tym z Franciszkiem, swoim następcą. Ta historia bardzo obciąża jednak Jana Pawła II. Nie przejdzie już ta retoryka, że papież o niczym nie wiedział. – Nie. Tu sprawa jest jasna. Jan Paweł II, mając przed oczyma dokumenty, które przyniósł mu najbliższy współpracownik, najpotężniejszy w Watykanie kardynał, nie zareagował na nie. A może, wyrażając się ostrożniej, dał posłuch tej „drugiej stronie”, o której mowa choćby w „Sodomie” Frédérica Martela i „Ślubach milczenia” Jasona Berry’ego i Geralda Rennera. Nie tylko książki, które wymieniłeś, ale też relacje świadków dostarczają bardzo wiele świadectw na temat tego, jaką rolę w sprawie krycia Degollado odegrali m.in. Sodano i Dziwisz. – Franciszek dowiedział się o tym wszystkim prawdopodobnie już po wyborze na papieża, kiedy mu przekazano tajne dokumenty. Ratzinger przegrał ze zmową milczenia, której przewodził Jan Paweł II. Bo trzeba być naprawdę bardzo naiwnym, żeby przypisywać tuszowanie tych okropnych nadużyć kard. Dziwiszowi. Nie było przeszkód, by Jan Paweł II, jak mu się to zdarzało wielokrotnie, tupnął nogą i powiedział: „Nie, nie możemy tego tolerować, trzeba to załatwić i skończyć z hipokryzją”. Kard. Dziwisz zabrał głos. Idzie w zaparte. – Mnie to nie dziwi. Czytałem rozmowę Edwarda Augustyna ze Stanisławem Dziwiszem w „Tygodniku Powszechnym”. Niektóre z fraz kardynała warto przywołać, bo są prawdziwymi perełkami kościelnej mowy ezopowej i przykładem amnezji. Na pytanie, kogo dotyczyła opowiedziana przez Franciszka Fragmenty książki Stanisława Obirka i Artura Nowaka Wąska ścieżka. Dlaczego odszedłem z Kościoła, Prószyński i S-ka, Warszawa 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Geniusz, szarlatan, chuligan
Gałczyński, poeta nie z tej ziemi Mariusz Urbanek – pisarz, publicysta, autor poczytnych biografii, m.in. Stefana Kisielewskiego, Władysława Broniewskiego, ana Brzechwy, Juliana Tuwima, Jerzego Waldorffa, Mariana Eilego, Rudolfa Weigla i zbiorowej biografii lwowskiej szkoły matematycznej. Autor biografii Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Gałczyński. Kanarek w klatce”. Jest pan uznanym biografem. Wydana ostatnio książka o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim „Kanarek w klatce” jest 11. w pana dorobku. Co jest najtrudniejsze w pisaniu o wybitnych ludziach? – Bycie uczciwym. Podwójnie: wobec czytelników, którzy czekają na prawdę, i wobec bohatera. Uczciwość wymaga mówienia rzeczy gorzkich, także o jego ciemnych sprawach. Nawet jeżeli ma się dużo sympatii do protagonistów. Ale właśnie wtedy nie wolno ukrywać ich mrocznych stron. Niezależnie od tego, czy dotyczy to ich życia rodzinnego, twórczości czy polityki. Nie można niczego tuszować, tworzyć hagiografii, bo to właśnie jest nieuczciwe wobec człowieka, który przecież żył naprawdę, czasem bywał bohaterem, ale czasem… nie. Jednocześnie trzeba próbować go zrozumieć. Czuje pan dreszcz emocji na miarę Sherlocka Holmesa, kiedy odkrywa coś, o czym dotąd nie było wiadomo? Jak to było w przypadku Gałczyńskiego? – Kiedy uda się trafić na coś absolutnie nowego, na pewno jest to satysfakcja na miarę odkryć Sherlocka. W przypadku Gałczyńskiego to była np. jego młodzieńcza miłość do kuzynki, Jadwigi Łopuszyńskiej, dla której napisał debiutanckie wiersze. Pojawiły się w obiegu publicznym dopiero niedawno, kiedy rodzina Jadwigi zechciała sprzedać listy poety do Muzeum K.I. Gałczyńskiego w Praniu. Zawierały nieznane dotąd wiersze. Dzięki temu udało się uzupełnić życiorys Konstantego o nieznane do tej pory fakty. Czyli złudne jest myślenie, że wszystko o Gałczyńskim już wiemy? A przecież powstało już tyle monografii czy biografii, które zresztą zmonopolizowała nieżyjąca już córka Gałczyńskiego, Kira. – Kira Gałczyńska napisała o ojcu kilkanaście książek, ale to nie były prawdziwe biografie, wybielały ojca i wybiórczo traktowały fakty. Jako córka miała do tego prawo, jako biograf nie. Ponad dekadę temu powstała rzetelna biografia Gałczyńskiego „Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta” pióra Anny Arno. Tak naprawdę pierwsza, która ukazała się poza kontrolą córki. Kira nie zostawiła na niej suchej nitki. Czy jest sens, by dzieci tworzyły biografie rodziców? Często popadają w skrajność – są to „żywoty świętych” albo pamflety, rodzaj zemsty za zawiedzione uczucia. – Nie potrafiłbym całkowicie skrytykować Kiry Gałczyńskiej. Zrobiła bardzo dużo, by pielęgnować pamięć o ojcu. Prawdopodobnie gdyby nie ona, Gałczyński nie byłby poetą wciąż popularnym i kochanym. Ale idealizowała rodziców, budowała im pomnik. Konstruowała wizerunek ojca według swoich wyobrażeń, bo nie do końca go znała. Miała trzy lata, gdy Gałczyński poszedł na wojnę; wrócił, gdy miała dziesięć; umarł, gdy Kira miała 17 lat. Nastolatki nie mają czasu na poznawanie rodziców. Manipulowała faktami? – Niektóre ukrywała. Przed wojną Gałczyński publikował w skrajnie prawicowym piśmie „Prosto z Mostu”, w którym ukazywały się wypominane mu do dziś antysemickie utwory, na czele z listem „Do przyjaciół z »Prosto z mostu«”. W tym piśmie Gałczyński groził też Żydom, socjalistom i liberałom „nocą długich noży”… – A Kira to ukryła. Cały czas podstawowym wydaniem dzieł Gałczyńskiego jest pięciotomowy wybór Czytelnika z 1979 r. pod jej redakcją. Tam listu „Do przyjaciół…” nie ma, podobnie jak w przerwanej edycji dzieł wszystkich poety oficyny Prószyński i S-ka, opartej na wyborze Kiry. A bez znajomości tego listu nie sposób zrozumieć przedwojennego Gałczyńskiego. Podobnie córka utajniła niektóre wiernopoddańcze wobec komunistycznej władzy utwory, które poeta napisał po wojnie. Nigdy też nie przyznała, że ojciec był bigamistą. Wojnę spędził w stalagu Altengrabow w Niemczech, ale po wyzwoleniu obozu nie wrócił od razu do kraju i do żony. Przez rok podróżował po Europie, poznał Lucynę Wolanowską, z którą wziął ślub w niemieckim urzędzie stanu cywilnego. Jeśli wierzyć Wolanowskiej, za wiedzą, a wręcz namową księdza katolickiego, który przekonywał parę, że wcześniejszy ślub z Natalią w obrządku prawosławnym nie jest tak do końca ważny. Tego drugiego ślubu, choć zawartego w majestacie prawa, Kira nigdy nie uznała. O Wolanowskiej mówiła: „kobieta, z którą ojciec miał relację w czasie wojny”. Według niej Konstanty kochał tylko jedną kobietę. I miała to być „srebrna” Natalia. Kochanki ukrywała albo zaprzeczała ich istnieniu. A w ciągu tego szalonego roku po wojnie Gałczyński miał aż trzy partnerki. Owocem związku z Wolanowską był Konstanty junior, który później razem z matką wyemigrował do Australii. Przyrodnie rodzeństwo poznało się dopiero w Polsce, w 1990 r. Kira starała się też wygumkować zażyłą przyjaźń ojca z Jerzym Waldorffem. – Dzieliła przyjaciół ojca na takich, których lubiła, i tych, którym odmawiała prawa do tej przyjaźni. Waldorff zaliczał się do tego „gorszego sortu”. Poznali się przed wojną, w czasie pobytu poety w stalagu korespondowali, Waldorff opiekował się Natalią. Listy, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Jazz… To jest całe moje życie
Muzykowanie na żywo. Nie same nuty Henryk Miśkiewicz – saksofonista, kompozytor, aranżer, legenda polskiego jazzu, muzyk wszechstronny. Trzykrotny laureat Fryderyka – nagrody polskiego przemysłu fonograficznego. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV. Ojciec perkusisty jazzowego Michała Miśkiewicza i piosenkarki Doroty Miśkiewicz. W czerwcu 2026 r. świętuje 75. urodziny. Jest jazz? – To jest cały czas żywa muzyka. A dixie? – Te początki? Młodzież tego już nie gra. Szkoda, bo to świetna muzyka, pod nóżkę… Ludzie do tego tańczyli. Od tego zaczęła się moja przygoda z jazzem. Miałem 12 lat i do Kożuchowa, gdzie mieszkaliśmy, przyjechał zespół Zygmunta Wicharego, który grał dixieland. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem jazz. I poczułem: to jest to! A tydzień wcześniej słyszałem Trubadurów. I? – I nic. A tu przyjechał zespół, który grał trudniejszą muzykę. I od razu tak mnie wzięło, że nie mogłem usiedzieć. Na początku miał pan grać na akordeonie. – W Kożuchowie było ognisko muzyczne. Grałem tam na akordeonie, potem na klarnecie. A później mój profesor powiedział, że powinienem iść do szkoły, do Wrocławia, że tam się więcej nauczę. Widział we mnie talent. Dużo zawdzięczam nauczycielom. Bo później ci z Wrocławia mówili, żebym jechał do Warszawy. I tam zdawał. Od najmłodszych lat ciągnęło pana do muzyki. – Jak ojciec szedł grać na wesele – bo co sobotę, niedzielę albo była zabawa, albo wesele – to ja jako 10-latek stawałem w drzwiach i prosiłem: „Tata, weź mnie z sobą!”. Często więc mnie brał i grałem. Umiałem już wtedy grać na akordeonie. Na saksofonie też trochę, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Polityka wschodnia. Coś, czego nie ma
Wielu Polaków tłumaczy nam ukraińskie racje. A gdzie są wpływowi Ukraińcy, którzy by tłumaczyli nasze racje Witold Jurasz – dziennikarz i publicysta Onetu, publikuje artykuły poświęcone polityce zagranicznej i bezpieczeństwu, prowadzi podcast „Raport międzynarodowy”. Autor książek o Rosji i Putinie („Demony Rosji”) oraz Białorusi i Łukaszence („Demon zza miedzy”). Wraz z prof. Hieronimem Gralą napisał książkę o kremlowskiej elicie władzy („Wataha Putina”). Czy istnieje coś takiego jak polska polityka wschodnia? – Tak, ale tylko na poziomie bardzo ogólnego planu. Tyle że już Sun Zi uczył, że strategia bez taktyki jest równie bezwartościowa, co taktyka bez strategii. My nigdy nie zoperacjonalizowaliśmy naszych założeń strategicznych. No bo co z tego, że trafnie, w odróżnieniu np. od Niemiec, odczytywaliśmy rosyjskie zagrożenie, skoro nic lub niewiele z tego wynikało. Na przykład w polityce w stosunku do Białorusi gdyby coś z tego wynikało, to należało robić wszystko, żeby Białoruś nie stała się rosyjską półkolonią. A tymczasem my zrobiliśmy wszystko, żeby się stała. Pomyliliśmy też cel z metodą. Celem była niepodległa, niezależna od Rosji Białoruś, metodą miała być demokracja. Tyle że w momencie, w którym się okazało, że demokracja jest niemożliwa, a walka o nią służy Rosji, myśmy już tak zafiksowali się na metodzie, że stała się ona naszym celem. Zabrakło zimnego spojrzenia na rzeczywistość. – Owszem. Ale też dyskusji, która nigdy nie miała miejsca. Dlaczego? – Polską politykę wschodnią przejęło specyficzne środowisko, które co do zasady nie miało w zwyczaju słuchać kogokolwiek poza samym sobą. Politykę zaczęło kreować nie MSZ, ale polskie służby specjalne i powiązane z nimi ośrodki analityczne. To znaczy? – Nie chcę, żeby to było ad personam, więc pomińmy nazwisko, ale jeden z obecnych szefów rządowego ośrodka zajmującego się polityką wschodnią napisał kiedyś, że zadaniem rządowych analityków jest moderowanie debaty na ten temat. Przepraszam – to ma być zadanie analityków? Od kiedy rolą urzędników jest cokolwiek moderować? Poza tym porównajmy… Czym są ośrodki analityczne np. w USA? Są miejscem, do którego trafiają byli ambasadorowie, dyrektorzy, wiceministrowie. A do naszych trafiają ludzie zaraz po studiach. W PISM i w OSW nie mamy ani jednego byłego ambasadora. To tworzy zamkniętą grupę. – Owszem. Problemem jest też jednak konformizm. Jeden z twórców resetu polsko-rosyjskiego, Sławomir Dębski, doskonale miał się za rządów PiS. I jakoś nie kojarzę, żeby tak było dzięki temu, że ceniono go za mądrą, konstruktywną krytykę polityki zagranicznej PiS. A było za co PiS krytykować, nieprawdaż? To środowisko doskonale opanowało metodę lawirowania. Metoda jest taka, że jak PiS dochodzi do władzy, to oni nagle dokooptują np. prof. Żurawskiego vel Grajewskiego. Kilka wspólnych imprez i okazuje się, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Dziewczyny przy decyzyjnych stołach
Przechodzimy od kibicowania kobietom na starcie do budowania ich pozycji jako liderek Dr Bianka Siwińska – naukowczyni, aktywistka i menedżerka, prezeska Fundacji Edukacyjnej „Perspektywy”. Jej działalność i inicjatywy od lat rewolucjonizują obecność kobiet w sektorze STEM (ang. Science, Technology, Engineering, Mathematics – nauki przyrodnicze, technologie, inżynieria i matematyka). Pomysłodawczyni Perspektywy Women in Tech Summit – największej tego typu imprezy naukowej w Europie i Azji, która odbyła się 10 i 11 czerwca w Warszawie. Na otwarciu Perspektywy Women in Tech Summit 2026 padły mocne słowa: „Jesteśmy masą krytyczną potrzebną do wywołania reakcji łańcuchowej”. Czy ten punkt zwrotny w nauce właśnie nastąpił? – Myślę, że jesteśmy w bardzo szczególnym momencie: masa krytyczna już się wytworzyła, ale reakcja łańcuchowa musi być teraz mądrze podtrzymana. Tysiące osób podczas konferencji to dowód, że temat kobiet w technologiach przestał być niszowy, nie jest społeczną ciekawostką czy egzotycznym dodatkiem, który dobrze wygląda w raportach. Ta skala pokazuje, że zjawiska nie da się już zepchnąć na margines. Dla mnie ta „masa krytyczna” oznacza moment, w którym pojedyncze historie zaczynają się łączyć w jedną globalną siłę. Jedna dziewczyna na politechnice może być traktowana jak wyjątek, ale tysiące kobiet rozmawiających w jednym miejscu o AI, energetyce jądrowej, kosmosie czy cyberbezpieczeństwie – to już jest realna zmiana społeczna. Ta widoczność przełamuje dotychczasowe poczucie osamotnienia, które przez lata towarzyszyło kobietom wchodzącym do świata nauk ścisłych. Co w takim razie stoi na przeszkodzie ogłoszeniu sukcesu? – Byłabym ostrożna z ogłaszaniem „ostatecznego zwycięstwa”. Punkt zwrotny w nauce i technologii zaczyna się wtedy, gdy zmieniają się wyobraźnia społeczna, język instytucji, ambicje młodych ludzi i oczekiwania wobec rynku pracy. To już się dzieje. Coraz trudniej otoczeniu powiedzieć dziewczynom „to nie dla was”, a firmom ignorować brak kobiet na stanowiskach decyzyjnych. Przekroczyliśmy ważny próg, ale teraz kluczowe jest pytanie: gdzie te kobiety będą za 5, 10, 15 lat? Prawdziwym sukcesem będzie sytuacja, w której wejście do branży przełoży się na trwałą obecność na szczycie. Zadaniem systemu jest otworzyć przed nimi realne ścieżki wpływu, awansu, decyzyjności i przywództwa, zamiast oferować jedynie pozycje startowe. Wróćmy na chwilę do przeszłości. Flagowa akcja „Dziewczyny na Politechniki!” trwa od kilkunastu lat. Co w tym czasie zmieniło się na uczelniach? – Zmieniła się przede wszystkim norma. Kiedy zaczynaliśmy, obecność kobiet na wielu kierunkach technicznych była traktowana jak osobliwość, z którą nie do końca wiadomo, jak należy się obchodzić. Dziś kobiety są częścią strategii rekrutacyjnych, kół naukowych czy programów mentoringowych. Uczelnie zrozumiały, że różnorodność nie jest dodatkiem wizerunkowym, ale warunkiem jakości nauki i innowacji. Wydziały, które dawniej były całkowicie zdominowane przez jedną płeć, dziś aktywnie rywalizują o utalentowane studentki, dostrzegając w nich ogromny potencjał rozwojowy. A jak reaguje na to środowisko, do niedawna typowo męskie? – Młodsze pokolenia mężczyzn są już dużo bardziej oswojone z obecnością kobiet w laboratoriach i projektach. Partnerstwo w zespołach badawczych staje się dla nich codziennością, a nie powodem do zdziwienia. Kiedyś trzeba było pokazać dziewczynom, że mają prawo wejść do świata technologii i nauk ścisłych. Dziś musimy zadbać o to, żeby były obecne na wszystkich poziomach: od studentek po ministry. W czerwcu odbyła się druga edycja European Summit of Women Leaders in Science and Technology i widzimy, jak proces ewoluował od ubiegłorocznych deklaracji do konkretnych inicjatyw i budowania agendy wpływu dla ponad 100 liderek z całego świata. Przechodzimy od kibicowania kobietom na starcie do systemowego zabezpieczania ich pozycji liderek. W ciężkich sektorach, energetyce czy atomie, na najwyższych stanowiskach mamy zaledwie kilka procent kobiet. Gdzie jest główny hamulec? – Hamulec jest podwójny. Samo przełamywanie stereotypów w mentalności już nie wystarcza. Dziewczyny można zachęcić do studiów, ale Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Chaos w polskiej diagnostyce genetycznej
Badania genetyczne dają duże możliwości diagnostyczne, a nawet ratują życie Prof. Olga Haus – przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Genetyki Człowieka, pracuje na Wydziale Lekarskim Collegium Medicum w Bydgoszczy (Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu), gdzie w 1997 r. zorganizowała od podstaw Katedrę i Zakład Genetyki Klinicznej. Ostatnio z kilkoma profesorami genetykami bywa pani w Ministerstwie Zdrowia i innych centralnych jednostkach. O co walczycie? – O poprawę sytuacji genetyki klinicznej i medycznej, by była bardziej dostępna dla pacjentów z chorobami rzadkimi lub z nowotworami, bo ciągle napotykają różne ograniczenia. Z ust niektórych decydentów, na szczęście nie w Ministerstwie Zdrowia, padają co jakiś czas stwierdzenia, że należy robić badania genetyczne tylko u pacjentów chorujących na choroby, które dają się wyleczyć. Bo te badania są drogie, a przecież i tak nikt nie gwarantuje terapii. To jest krzywdzące dla pacjentów genetycznych. Wprawdzie w przypadku większości chorób rzadkich w tej chwili nie ma jeszcze leczenia, zwłaszcza przyczynowego, ale ustalenie podłoża molekularnego choroby jest potrzebne, bo to leczenie w każdej chwili może się pojawić. Poza tym mamy leczenie objawowe, a lepiej leczy się różne zaburzenia u chorego, jeśli wiadomo, jaka jest podstawowa przyczyna choroby. Wynik badania jest także niezbędny, by można było udzielić rodzinie porady genetycznej, informacji o ryzyku powtórzenia się choroby itp. Polskie Towarzystwo Genetyki Człowieka (PTGC) protestuje przeciw ograniczaniu badań genetycznych w chorobach rzadkich do chorób, dla których mamy profilaktykę lub leczenie. W Polsce nie jest najlepiej z dostępem do badań genetycznych. – To prawda, jest dużo genetycznych laboratoriów diagnostycznych, niektóre bardzo dobre, ale w stosunku do szybkiego wzrostu zapotrzebowania na diagnostykę genetyczną kadra specjalistów wykonujących badania jest za mała. Aktualnie są dwie specjalizacje w diagnostyce genetycznej: laboratoryjna genetyka medyczna (LGM), dostępna tylko dla diagnostów laboratoryjnych, oraz nowa specjalizacja – medyczna genetyka molekularna (MGM), dostępna dla biotechnologów, biologów, genetyków i biomedyków. Problem w tym, że niewielu absolwentów analityki medycznej chce się zająć badaniami genetycznymi, które potrafią być długie, żmudne i wymagające. Z kolei analitycy nie chcą dopuszczać do uzyskania tytułu zawodowego diagnosty laboratoryjnego biotechnologów, którzy bardzo dobrze się nadają do pracy w genetyce. Analitycy blokują zapis w Ustawie o medycynie laboratoryjnej z 2022 r. zobowiązujący uczelnie do kontynuowania systematycznego organizowania dwuletnich studiów podyplomowych z analityki medycznej. Uczelnie państwowe nie chcą konfliktu i nie organizują tych studiów. Zyskuje na tym jedyna uczelnia w Polsce, która odważyła się sprzeciwić lobby analitycznemu. Niestety, prywatna i pobierająca za studia olbrzymie opłaty. A diagnostów laboratoryjnych ciągle w genetyce brakuje… Do poradni genetycznych są długie kolejki, w niektórych przypadkach trzeba czekać nawet pięć lat. Pełnych etatów genetyków klinicznych w całym kraju jest ok. 140, a genetyków klinicznych czynnych zawodowo ok. 180. Z powodu niskiej wyceny porad genetycznych, braku w koszyku świadczeń gwarantowanych nowoczesnych, wielogenowych badań genetycznych (panele celowane NGS i sekwencjonowanie całego eksomu, czyli części kodującej genomu – WES) oraz trudnej ścieżki specjalizacyjnej młodzi lekarze nie decydują się na wybranie tej specjalności. Od lat rozmawiamy z przedstawicielami ministerstwa, żeby ta specjalizacja stała się dziedziną priorytetową, a praca w poradni genetycznej była właściwie wyceniana, by stanowiło to jakąś zachętę. Tymczasem badania genetyczne dla wielu pacjentów z chorobami rzadkimi stają się końcem odysei diagnostycznej. – I dlatego powinny być dostępne dla wszystkich pacjentów, którzy diagnostyki genetycznej potrzebują, bo przecież chorób rzadkich jest mnóstwo, w 80% o podłożu genetycznym. Każda choroba rzadka jest rzadka, ale łącznie są one częste, choruje na nie w Polsce kilka milionów osób. Jednym z ważnych elementów diagnozy genetycznej u dziecka jest ocena występowania u rodziców znalezionej u niego zmiany genetycznej. Istotne jest, czy to mutacja de novo – zupełnie nowa zmiana w rodzinie, czy została odziedziczona po którymś z rodziców, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Sztafeta dobra
W Bartoszycach realizowano eksperyment pedagogiczny, którego celem było stworzenie nowego człowieka Prof. dr hab. Bernadetta Darska – krytyczka literacka, literaturoznawczyni. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Autorka 13 książek, najnowsza to „Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku” (Wydawnictwo Iskry, 2026). Autorka bloga „Nowości książkowe”: www.bernadettadarska.blogspot.com. Chyba każde miasto ma swoją ważną, szczególną ulicę. Wydaje się, że w Bartoszycach to ulica Bolesława Limanowskiego. – To ulica szczególna, bo stanowi fundament dla polskiej społeczności, która po wojnie przybyła do tego poniemieckiego miasta. Tutaj, kiedy Bartoszyce są właściwie wyludnione, w 1947 r. powstaje Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy im. Janusza Korczaka. Jego podstawą był dom dziecka, ale i inne instytucje edukacyjne, jak chociażby liceum pedagogiczne. Ulica Limanowskiego była pełna młodych – potrzebujących pomocy i niosących pomoc. Udowodnili, że można uwierzyć w człowieka i w przyszłość. Realizowano w tym miejscu eksperyment pedagogiczny, którego celem było stworzenie nowego człowieka. Pisze pani, że małym powstańcom, „szwabom”, „rusom”, „niemczętom” koniec ich świata zamieniano w początek. Polska Kronika Filmowa już w 1948 r. z dumą pokazywała, jak „rośnie i uczy się nowy człowiek”. – Niezależnie od historii dzieci i ich pochodzenia ważna była praktyka propagowana przez Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, które było patronem tego ośrodka, że nie ma dzieci trudnych. Nie ma dzieci złych, niedobrych, gorszych, każde zasługuje na uwagę. Co nie znaczy, że nie było trudnych chwil. Ważna jest kategoria młodości, którą akcentuję w tytule książki. Młodość łączyła wychowawców, dzieci i młodzież. Szanowali swoje role, jednocześnie była między nimi więź, rodzaj bliskości, zaangażowanie we współodpowiedzialność za grupę. W Bartoszycach rodził się nowy typ pedagogiki pod okiem Aleksandra Lewina, który wcześniej pracował z Korczakiem. Przyjechał ze swoimi podopiecznymi aż z Uralu. – Lewin, który uczestniczył w tworzeniu bartoszyckiego ośrodka, zaprosił do tego miejsca część swoich wychowanków z Monetnej na Uralu. Kiedy znajdujący się pod jego opieką młodzi ludzie wrócili do kraju, znaleźli się w domu dziecka w Sławięcicach. Do Bartoszyc przyjechały osoby, które Lewin uznawał za dojrzałe, pracowite, odpowiedzialne. Widział w nich nie tylko wychowanków domu dziecka, ale i tych, którzy pomogą w budowaniu wspólnoty bartoszyckiej. Tak się faktycznie stało. Młodzi znali reguły wzorowane na pedagogice Janusza Korczaka oraz radzieckiego pedagoga Antona Makarenki. Żyli według nich. Lewin umiał zbudować przyjazną atmosferę i dzieci nie tylko czuły się zaopiekowane, ale też były ważnymi podmiotami w tej instytucji. Co ciekawe, pedagog pozostał przyjacielem swoich wychowanków na całe życie. Monetniacy przez kilkadziesiąt lat od powrotu do kraju organizowali zjazdy. Lewin, opiekun spuścizny Korczaka, miał też epizod mroczny – odpowiadał za szkolenie wychowawców pracujących w Więzieniu dla Młodocianych Przestępców w Jaworznie, gdzie nie tyle ratowano młodych, ile raczej katorżniczą pracą i ideologią próbowano ich zniszczyć. Kto znalazł się w tym „mieście dzieci”? – To była grupa bardzo zróżnicowana, od początku narażona na konflikty. Przyjechały dzieci z ośrodka Boduena z Warszawy, miały różnego rodzaju dysfunkcje, potrzebowały szczególnej opieki. Jako jedne z pierwszych pojawiły się dzieci autochtonów, które nazywano konsekwentnie „Mazurami”, unikano nazwy „Niemcy”. A to dlatego, że prowadzono też szeroką akcję repolonizacyjną, która z założenia miała być wzorcowa dla całej Polski, podobnie jak idea tworzenia nowego człowieka. Przyjechali młodzi z powstania warszawskiego, którzy mieli bardzo trudne przeżycia, uczestniczyli w dramatycznych sytuacjach. Dzieci, które mówiły po niemiecku, były dla nich dziećmi wroga. Jednak młodzi wychowawcy umieli jakoś dotrzeć do tej ogromnej, podzielonej grupy ludzi – to była sztuka i prawdziwy talent pedagogiczny. Docelowo ośrodek dla dzieci miał liczyć 3 tys. wychowanków. Skończyło się na mniejszej liczbie. – Tak, tę liczbę wpisano w dokumentach założycielskich i pojawiała się w omawianych i upublicznianych planach. Ale już kilkaset dzieci to była ogromna grupa do opanowania pod względem edukacji, wychowania i opieki. Dom dziecka w Bartoszycach przez kilkadziesiąt lat był zresztą największym w Polsce. Młodość okazała się tutaj fundamentem codzienności. Niejednokrotnie ktoś uczył się w liceum pedagogicznym, które funkcjonowało w ramach ośrodka, a po lekcjach ten młody człowiek opiekował się dziećmi w domu dziecka; Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Na skraju przepaści
Zmiany klimatyczne to czynnik decydujący o przyszłości lasów Dr hab. Jakub Borkowski – profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, kierownik Katedry Leśnictwa i Ekologii Lasu Znane jest powiedzenie: „Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las”. Czy z perspektywy naukowca jest ono aktualne? – W skali globalnej nie można mieć pewności, jako że w wielu regionach świata mamy już z tym problemy. Bo nie tylko maleje powierzchnia lasów, wycinanych głównie pod potrzeby rolnictwa, lecz także wzrasta ich rozdrobnienie. Tym samym następuje utrata łączności między poszczególnymi kompleksami, co oczywiście ma konsekwencje dla bioróżnorodności obejmującej wszystkie żywe organizmy oraz relacje między nimi. Nie widzę więc tak optymistycznego przełożenia tego porzekadła na realną sytuację lasów, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę zmiany klimatyczne, które będą miały dramatyczne konsekwencje. Wróćmy do niedalekiej przeszłości, kiedy w lasach dominował łoskot harwesterów, potężnych maszyn do wycinki drzew. Takie masowe cięcie wywoływało gwałtowne protesty organizacji ekologicznych. Wydaje się, że skuteczne, bo chyba to się zmieniło na korzyść? – Tak, protesty były równie głośne jak te maszyny i odniosły pozytywny skutek. Jednocześnie rykoszetem oberwali leśnicy, ponieważ ucierpiał ich wizerunek, a przecież wcześniej w hierarchii prestiżu zawodów zajmowali drugie miejsce, zaraz po strażakach. Zapalnikiem stał się konflikt w Puszczy Białowieskiej, gdzie wizja ekologiczna, zakładająca ochronę naturalnych procesów przyrodniczych, starła się z wizją gospodarczą, oznaczającą pozyskiwanie drzew oraz ich ochronę przed szkodnikami, głównie kornikiem. Ale ten spór doprowadził do powstania tzw. lasów społecznych, czyli kompleksów leśnych wokół 14 miast, mających przede wszystkim spełniać oczekiwania społeczne. Na czym to polega? – Chociażby na tym, że nie ma tam mowy o zrębach zupełnych, gdzie wszystkie drzewa są kompleksowo usuwane. Na marginesie – to gorący temat w leśnictwie nie tylko polskim, ponieważ wycinka wszystkich drzew na jednej powierzchni ma negatywne konsekwencje przyrodnicze. Chociaż z punktu widzenia gospodarczego to działanie bardzo proste: karczuje się teren zrębu i można sadzić „młody las”, ale zanim on wyrośnie, minie wiele czasu. Pewnie z 50 lat? – Raczej 70, 80 albo i 100 lat! Do momentu kolejnego pozyskania drewna. Natomiast w naturalnym układzie lasów drzewa są dużo starsze, a część z nich martwa. Nawiasem mówiąc, to jedna z poważniejszych przyczyn konfliktu między ochroną przyrody a gospodarką. Ale nadleśnictwa mają plany, muszą osiągać dochody i zapewnić drewno do produkcji mebli, dla budownictwa i innych gałęzi gospodarki. Jak to pogodzić? – Na pewno to jedno z poważniejszych wyzwań dla leśnictwa, nie tylko w Polsce. Chociaż akurat nasz kraj jest czwartym na świecie, a trzecim w Europie producentem mebli, więc to pokazuje skalę zapotrzebowania na drewno oraz jego znaczenie w gospodarce. Pytanie, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Prezydent dla swoich
Marcin Duma – analityk polityczny, założyciel IBRiS Kto popiera obecnie Karola Nawrockiego? Owszem, spada mu poparcie, ale nadal jest bardzo mocne. I pewnie wygrałby wybory, jeśli byłyby dziś. – Przez ten rok w polskiej polityce trochę się pozmieniało, i to niekoniecznie korzystnie z punktu widzenia Karola Nawrockiego. Stawka kandydatów pewnie też byłaby inna, więc nie wiadomo, czy dzisiaj by wygrał. Ale zwróciłbym uwagę na coś innego. We wszystkich badaniach, które dotyczą prezydenta, ujawnia się jedna podstawowa rzecz – jest figurą silnie polaryzującą. Tak naprawdę nie ma jednego Karola Nawrockiego w sensie wizerunkowym. Tych Karolów jest dwóch. Jest dr Jekyll i pan Hyde. Zależy, czy patrzy się na niego z lewej strony, czy z prawej. Mało kogo pozostawia obojętnym. Zwolennikom prawicy się podoba. – Wyborcy PiS, Konfederacji czy nawet Grzegorza Brauna mają obraz prezydenta aktywnego, komunikatywnego, sprawczego, który jest dla nich widoczny i stanowczy w działaniu. Widać, że coś robi. W taki sposób o nim się wypowiadają. Co więcej, dostrzegają i doceniają to, że stara się nie tylko decyzje podejmować, ale też je tłumaczyć. Przywołują jego filmiki na YouTubie po decyzji w sprawie weta, gdzie ją tłumaczy. Mówią, że to nie jest dla środowisk opiniotwórczych, ale dla nich. Nawrocki do nich mówi. I to dużo dla nich znaczy. A gdy popatrzymy na Karola Nawrockiego oczami zwolennika koalicji? – To mamy obraz prezydenta, który przekracza swoje kompetencje. Boksuje powyżej swojej wagi. Składa obietnice, których nie jest w stanie zrealizować. W związku z tym pojawia się zarzut, że prezydent jest niepoważny, bo poważny człowiek nie składa obietnic, które nie leżą w jego gestii. Bardzo często przywoływana jest tu kwestia obniżki cen energii. Zatrzymajmy się przy grupie tych, którzy go popierają. To ma związek ze statusem materialnym, z miejscem zamieszkania czy z sympatiami politycznymi? – Przede wszystkim z sympatiami politycznymi. To, po której stronie się sytuujemy, będzie definiowało nasz stosunek do prezydenta. Oczywiście jest czynnik wykształcenia, wielkości miejscowości, w której się mieszka, wieku. W pewnym stopniu nawet płci. Natomiast mam wrażenie, że te cechy są w pewien sposób wtórne w stosunku do preferencji. Profil wyborców, którzy są przeciwni Donaldowi Tuskowi, i profil osób, które stoją murem za prezydentem Nawrockim, jest mniej więcej taki sam. Czyli wśród popierających Karola Nawrockiego mamy więcej osób z terenów wiejskich, mniejszych miejscowości, osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym, ewentualnie podstawowym. I praktykujące. – Znacznie częściej. Ale też w grupie uplasowanej po prawej stronie, oceniającej dobrze prezydenta, mamy sporą rzeszę wyborców konfederackich. Czyli dużą grupę młodych ludzi, młodszą część społeczeństwa, która wydaje się wciąż stać za Karolem Nawrockim. A jest o tyle istotna, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Meksyk między nadzieją a przemocą
Żyjemy tu z dnia na dzień, nie wiedząc, czy nadejdzie jutro Ks. Tomasz Jan Chlebowski – duchowny, teolog, misjonarz, autor literatury podróżniczej i reportaży, członek Związku Pisarzy Katolickich, autor m.in. „Dróg i bezdroży Meksyku” oraz „Horyzontów spotkań Ryszarda Kapuścińskiego”. Skąd wzięła się fascynacja Meksykiem? – Zanim zrodzi się fascynacja, najpierw pojawia się poznanie. Prawdziwe poznanie rodzi się w rzeczywistości spotkania i jest procesem wpisanym w czas. Moja fascynacja Meksykiem narodziła się ponad 20 lat temu i trwa do dzisiaj. Nie jest to jedynie zachwyt nad fizycznym miejscem, ale także fascynacja człowiekiem, historią i kulturą. We wstępie do książki „Drogi i bezdroża Meksyku” (Bernardinum, Pelplin 2020) zapisałem takie przemyślenie: „Meksyk oszałamia, zachwyca, przyciąga. Przebywając na ziemi meksykańskiej, nigdy nie czułem się tam turystą. Od samego początku czuję się obywatelem Meksyku, który dla mnie jest nie tylko konkretnym miejscem na ziemi, ale stanem duszy. Rzeczywistością, która przenika mnie do głębi. To miejsca wybierają ciebie, wpisują się i dopasowują do człowieka. Czasami pozwalają myśleć, że to nasza inicjatywa. Ale to nieprawda”. Jacy są Meksykanie? Czym się różnią od Polaków, a w czym jesteśmy podobni? – Trudno porównywać dwie odmienne rzeczywistości, które różnią kultura, historia, a także mentalność ludzi. Można doszukiwać się różnic i podobieństw, ale zawsze będzie to w pewnym stopniu nieprecyzyjne, subiektywne i w konsekwencji nie do końca prawdziwe. Mogę powiedzieć jedynie, co urzekło mnie w ludziach, których poznałem. To ich otwartość, życzliwość, prostota oraz niezwykła wola walki o każdy kolejny dzień. Spotkałem tu wiele dobra. Ludzie, którzy sami mają niewiele, potrafią bezinteresownie wspierać się nawzajem. Ciekawe, że kiedyś funkcjonowało w Polsce żartobliwe powiedzenie, że Polska jest „Meksykiem Europy”. Być może dlatego, że w innych krajach europejskich Polacy często postrzegani są – podobnie jak Meksykanie w Ameryce – jako osoby marudne, a jednocześnie gościnne, lojalne i zdolne do budowania głębokich relacji międzyludzkich. Dziś Meksyk uchodzi za kraj niebezpieczny, m.in. z powodu działalności karteli narkotykowych. – Aktualna sytuacja Meksyku jest wynikiem wielu lat zaniedbań w kwestii bezpieczeństwa obywateli. Podejmowane przez kolejnych prezydentów próby układania się z przestępcami, rozmowy i pakty zawierane z grupami kryminalnymi oraz ustępstwa, które miały zapewnić pewną formę kontroli i względnie stabilny pokój wewnątrz państwa, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Klasyka Przeglądu
PREMIUM Historyczna rola PZPR
Przez jej szeregi przewinęło się 4,5 mln Polaków Dzieje Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie cieszą się dziś zainteresowaniem historyków, a co za tym idzie – odbiorców literatury historycznej. To smutny paradoks, że na większą uwagę mogą liczyć wynoszeni do rangi superbohaterów „żołnierze wyklęci”, a także demonizowani bez umiaru ich przeciwnicy z Urzędu Bezpieczeństwa, natomiast losy najważniejszej organizacji politycznej w XX-wiecznej Polsce są wstydliwie przemilczane lub co najwyżej kwitowane sztampowymi opiniami o „rządach komunistów podległych Moskwie”. Wielki Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Jak się skończy ta wojna
Poufne negocjacje Czy ta wojna zakończy się rozejmem, czy rozstrzygnie na polu bitwy? To pytanie pojawiło się w globalnej debacie, ledwie rosyjskie rakiety przecięły ukraińskie niebo 24 lutego 2022 r. Szybko też podzieliło świat na dwa obozy. Można nazywać przedstawicieli tych dwóch stronnictw realistami i idealistami, zwolennikami interwencjonizmu i polityki powściągliwości albo jastrzębiami i gołębiami pomocy Ukrainie – nazwy są jednak drugorzędne. Istotna była treść tego sporu. A eksperci, analityczki czy dziennikarze i emerytowani dyplomaci spierali Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Gambit Jaruzelskiego
Wszystkie cztery armie gotowe były do walki [Gen. Jaruzelski jeszcze przed stanem wojennym] część wojsk wyprowadził z koszar na poligony. Ze sprzętem, by ćwiczyły, by były gotowe do ewentualnych działań. Jakich? Gen. Dachowski1 odpowiada wprost: jednostki „wychodziły z artylerią i z rakietami, a więc na pewno nie po to, aby wjechać do miasta w celu zaprowadzenia w nim porządku”. Można więc przyjąć, że wojsko, które ćwiczyło i zajmowało poligony, pełniło funkcję prewencyjną. Zniechęcało do pochopnej interwencji. Czyniło ją trudną. I taką, która może przynieść niedobre konsekwencje. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kraj
Jak polskie spółki przejmują zachodnie przedsiębiorstwa We wrześniu 2024 r. eSky Group, polska firma działająca w branży turystycznej, kupiła za 30 mln funtów od chińskiej spółki Fosun Tourism Group legendarną markę Thomas Cook. Polacy postanowili wskrzesić brytyjską ikonę. Thomas Cook to jedna z najstarszych (180 lat tradycji) firm turystycznych świata, która ogłosiła upadłość w 2019 r. O transakcji eSky Group Agencja Reutera poinformowała cały świat. To spektakularny, ale tylko jeden z przykładów przejmowania europejskich firm przez polskie spółki. I pomyśleć, że w 2004 r., gdy Polska wchodziła do Unii Europejskiej, byliśmy klasycznym odbiorcą. Kolejne rządy robiły wszystko, by przyciągnąć do Polski kapitał. Zachodni inwestorzy budowali u nas fabryki, a my oferowaliśmy wykwalifikowaną, tanią siłę roboczą, niskie podatki i niskie ceny energii. Trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś polskie firmy będą sięgały po niemieckie, francuskie czy brytyjskie spółki. A jednak… Gdy uczeń przerasta mistrza W latach 90. XX w. polski przedsiębiorca jadący na targi do Niemiec Mercedesem klasy S czuł się jak ubogi krewny. Nawet jeśli miał pieniądze, brakowało mu pewności siebie. Teraz, gdy w Berlinie siada po drugiej stronie stołu negocjacyjnego, czuje, że rozdaje karty. Bo Polska to dzisiaj – w sensie ekonomicznym – poważny europejski gracz. Od 2023 r. poziom polskich inwestycji, głównie w Europie Zachodniej, systematycznie rośnie. Rodzime firmy na zakup udziałów w zachodnich spółkach i uruchamianie nowych inwestycji wydają rocznie 10-16 mld dol. Powód jest prosty – dla wielu polskich firm rynek krajowy stał się za ciasny. Jeśli jest się jednym z największych producentów w kraju, to gdzie szukać nowych możliwości? Oczywiście za granicą. Zwłaszcza gdy udało się zgromadzić kapitał. Przejęciom sprzyja proces starzenia się osób, które w latach 50. i 60. w Niemczech, Francji lub we Włoszech zakładały i rozwijały firmy. Dziś ci inwestorzy nie zawsze mają komu przekazać to, co uważają za dorobek życia. Ekonomiści nazywają to luką sukcesyjną. Dzieci właścicieli wolą być prawnikami, artystami lub cyfrowymi nomadami i nie marzą o tym, by kontynuować rodzinne tradycje. Założoną przez dziadka, a rozwijaną przez ojca firmę wolą korzystnie sprzedać. Bywa, że polski przedsiębiorca, który swój biznes budował od zera, lepiej rozumie logikę tradycyjnej rodzinnej firmy i nie traktuje przejętej marki jak trofeum, które można podzielić na części, by potem dalej odsprzedać z zyskiem. Dlatego łatwiej mu zdobyć zaufanie niemieckiego seniora, który ma nadzieję, że Polak utrzyma jego firmę. Przykładem takiej polityki jest założona w 1992 r. w Krośnie przez braci Adama i Jerzego Krzanowskich, wspólnie z amerykańskimi partnerami Henrym i Ronaldem Sternami, spółka Nowy Styl (wcześniej Nowy Styl Group). Dziś to jeden z trzech największych producentów mebli biurowych w Europie. Było to możliwe dzięki przejęciom takich niemieckich firm jak Grammer Office, Rohde & Grahl czy Kusch+Co. W maju 2019 r. Grupa Nowy Styl decyzją francuskiego sądu została wybrana na inwestora znajdującej się w upadłości spółki Majencia. Polacy nie tylko przejęli fabryki w Noyon i Bressuire, ale też zatrudnili większość wcześniej pracującej tam załogi. Dzięki temu francuska spółka przetrwała. Poza niemieckimi firmami bracia Krzanowscy przejęli szwajcarską firmę Sitag oraz działającą w Dubaju spółkę Stylis Dubai. Wszystko po to, by rozszerzyć sprzedaż i asortyment. Obecnie prezesem zarządu jest pochodzący z Norwegii Ketil Årdal, który zastąpił Adama Krzanowskiego (Jerzy zmarł w 2024 r.). Tą samą drogą poszła działająca w branży Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Naczelna Izba Lekarska na wojnie z rządem
Patologiczna chciwość jest demokratyczna, nie ma barw politycznych. Świadczy o tym historia Dawida Kacprzyka, młodego lekarza bez specjalizacji, radnego PO, zarabiającego krocie w Warszawskim Szpitalu Południowym, oraz historia spółdzielni neurochirurgów z Mogilna zarabiających 26 tys. zł na godzinę i ponad 300 tys. zł dziennie – dla odmiany powiązanych ze środowiskiem PiS. Rzucamy w rozmowach tymi kwotami, jakby były czymś normalnym, podczas gdy wszyscy mieszkańcy czteropiętrowego bloku w Warszawie razem wzięci nie zarabiają nawet jednego Kacprzyka – nowej miary wartości pracy. Joanna Mucha, posłanka niezrzeszona, stwierdziła w „Kropce nad i”, że standardem w szpitalach jest jeden lekarz zarabiający ponad 100 tys. zł i kilku lekarzy zarabiających 50 tys. zł. Nic więc dziwnego, że większość budżetów szpitalnianych idzie na pensje personelu medycznego. A gdzie inwestycje w infrastrukturę, w pacjentów? Jaką korzyść mają pacjenci z lekarza za 100 tys. zł, często przemęczonego, biegającego za kasą z jednego miejsca w drugie? Co i jak chce uleczyć Naczelna Izba Lekarska Na uleczeniu patologii powinno zależeć przede wszystkim Naczelnej Izbie Lekarskiej, samorządowi lekarzy i lekarzy dentystów. Przynależność do niego jest obowiązkowa dla każdego, kto chce w Polsce uprawiać zawód lekarza. Tymczasem do tej pory niemal każda próba uleczenia była przez izbę bojkotowana. Szczególnie nie podoba jej się jawność wynagrodzeń w publicznej ochronie zdrowia. Prezes NIL Łukasz Jankowski zapowiedział w RMF FM, że jeśli prezydent podpisze ustawę o powiązaniu zarobków lekarzy z PESEL, ci skierują sprawę do trybunałów europejskich. Prezes zresztą już dwukrotnie poszedł do prezydenta Karola Nawrockiego – 19 listopada 2025 r., czego efektem był grudniowy Szczyt Zdrowotny, oraz 20 maja 2026 r., w sprawie przegłosowanej przez Sejm ustawy wydłużającej terminy na przedstawienie certyfikatu znajomości języka polskiego przez lekarzy cudzoziemców. Jankowski zaapelował wówczas o weto prezydenta, aby „chronić bezpieczeństwo pacjentów”. Co NIL zamierza zrobić, aby nie powtarzały się patologiczne sytuacje jak ta w Warszawskim Szpitalu Południowym czy ze spółką neurochirurgów z Mogilna? „Podpowiadać Ministerstwu Zdrowia, jak nie dopuszczać do takich patologii, ale nie mamy złudzeń, że zostaniemy wysłuchani. Zgłaszaliśmy mechanizmy blokujące częściowo takie nadużycia jeszcze w zeszłym roku – bezskutecznie”, odpisuje mi szef biura prasowego NIL Jakub Kosikowski. Dowiedziałam się też, że pensja Jankowskiego to cztery średnie krajowe. Jeśli do tego dorzucimy ryczałt, wychodzi ponad 40 tys. zł brutto miesięcznie. Kiedy wcześniej o ujawnienie pensji Jankowskiego wnioskował lekarz Janusz Pachucki, sprawa oparła się aż o NSA, który uznał, że w odniesieniu do zarobków prezesa nie obowiązuje zasada ochrony prywatności. Mimo to Jankowski nie chciał ujawnić, jaka to kwota. Ostatecznie jednak portal „Rynek Zdrowia” dotarł do uchwał ją określających, a prezes potwierdził autentyczność danych. Zdaniem NIL jedyną skuteczną metodą na zlikwidowanie kominów płacowych ma być rewizja wycen, które te kominy tworzą. „To są ciągle te same specjalizacje, gdzie marża na pacjentach jest zbyt duża”, pisze Kosikowski, odpowiadając na moje pytania. Izba proponuje także tachografy dla personelu medycznego. Lekarze na kontraktach mieliby pracować maksymalnie 78 godzin w tygodniu – czyli tyle, ile wynosi limit dla lekarzy zatrudnionych na etacie. Byłby to jednak czas pracy zbliżony do deklaracji z grafików Kacprzyka – etat poza ochroną zdrowia wynosi 40 godzin. Z badań NIL wynika, że 30% lekarzy przeszłoby z kontraktów na etaty, gdyby wynagrodzenie wynosiło ok. 30 tys. zł brutto. W RMF FM Jankowski dowodził: „Zostaliśmy wypchnięci na kontrakty przez panią premier Kopacz, ówcześnie ministra zdrowia”. Tu mija się z prawdą. Bernard Waśko, niegdyś pełniący funkcję zastępcy prezesa NFZ (ds. medycznych), a obecnie dyrektor Narodowego Instytutu
13 lipca, 2026
Normalne złodziejstwo
Jak cwaniak z kryminalistą pod patronatem Mateusza Morawieckiego i Piotra Glińskiego zrobili skok na kasę „Otrzymali blisko milion złotych z dotacji NIW i KPRM na organizację obozów młodzieżowych, wydarzeń patriotycznych, stypendiów i wydawanie książek historycznych. Pieniądze w dużej mierze trafiły na prywatne konta Miłosza Manasterskiego, Tomasza M., ich żon oraz członków ich rodzin. (…) Trudno o większą gangsterkę niż zgarnięcie na prywatne konta setek tysięcy złotych przeznaczone na wakacyjne obozy dla dzieci. Trudno o większą obłudę niż pozorowanie działań patriotycznych i przelewanie kasy na własne konto”, napisał na portalu X Michał Braun, dyrektor Narodowego Instytutu Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego (NIW-CRSO). Usłużny komentator Miłosz Manasterski i Tomasz M. to ludzie ściśle związani z poprzednią ekipą. Ten pierwszy przez wiele lat był dyrektorem domu kultury w podwarszawskich Łomiankach. Gdy PiS doszło do władzy, został dyżurnym komentatorem TVP. Wypowiadał się na wszystkie tematy. Słynął ze szczucia na przeciwników PiS i absurdalnych wywodów m.in. o tym, że wykorzystywanie przez ówczesnego marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego i innych dygnitarzy samolotów rządowych do prywatnych celów „przekłada się na rozwój gospodarczy”. Jak ujawnił europoseł Krzysztof Brezja, za opowiadanie takich idiotyzmów Manasterski (podobnie jak kilkunastu innych tzw. komentatorów) dostawał pieniądze z TVP. Manasterski przedstawia się jako prezes Związku Pisarzy Katolickich i prezes Agencji Informacyjnej – marginalnego portalu z mocno nieświeżymi newsami. „Za wybitne osiągnięcia w podejmowanej z pożytkiem dla kraju działalności zawodowej i społecznej, za zasługi dla wolnej Polski” został odznaczony przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Oszust, zabójca psa, przemocowiec Tomasz M. uchodzi za człowieka byłego wicepremiera, ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego. W 2021 r., mając nieco ponad 30 lat, M. został dyrektorem słynnego Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, gdzie powstały kreskówki m.in. o Reksiu, Bolku i Lolku i Baltazarze Gąbce. Ludzie z branży nie mogli pojąć, jak chłoptaś bez jakiegokolwiek doświadczenia i kompetencji w produkcji filmowej wygryzł z dyrektorskiego stołka cenionego w środowisku reżysera Andrzeja Orzechowskiego (zwolniono go telefonicznie). Gdy dziennikarze zapytali Tomasza M. o jego zawodową przeszłość, ten odmówił odpowiedzi, zasłaniając się… konstytucją. Nowy dyrektor rozpoczął rządy od zakupu ekspresu i trzech paczek galicyjskiej kawy oraz zatrudniania znajomych – też bez jakichkolwiek kompetencji. Studentka została np. specjalistką ds. inwestycji, a rzecznikiem prasowym – działacz propisowskiej Fundacji Służba Niepodległej. Jednak po dwóch miesiącach minister Gliński odwołał Tomasza M. „z powodu utraty zaufania”. Wyszło na jaw, że dyrektor ma bogatą kartotekę kryminalną. Był karany m.in. za oszustwo i poświadczenie nieprawdy, zabicie psa i znęcanie się nad partnerką, której o mało nie zatłukł młotkiem (prokuratura oskarżyła go o usiłowanie zabójstwa). Za wszystkie popełnione przestępstwa Tomasz M. został skazany na trzy lata więzienia. Wyrok był
13 lipca, 2026
Pytania o rolę mediów
Karierowicze i lizusy zawsze są do usług Piszcie tak dalej, to zobaczycie PiS u władzy… Mamy coraz więcej tego typu mejli, telefonów. Są reakcją na materiały, które krytykują różnych ministrów czy urzędników z poręki obecnej władzy. To bardzo ciekawe zjawisko. I warto mu się przyjrzeć. Słuszni i czujni Zacznijmy od tych, którzy próbują nas przestrzec przed niewłaściwym pisaniem. Ewidentnie traktują oni dziennikarzy jak żołnierzy walczących na politycznym froncie. Tak postrzegają politykę – nie jako debatę publiczną, nie jako poprawianie Polski, tylko jako bijatykę: my kontra oni. I nawet – są na ten temat badania – nie wymagają od dziennikarzy rzetelnego przedstawienia rzeczywistości. Niech kłamią – ważne, żeby w słusznej sprawie. Tym czytelnikom mogę jedynie odpowiedzieć, że mamy inny pogląd na politykę i rolę mediów. Oczywiście my też wiemy, że powrót PiS do władzy nie byłby dobrym rozwiązaniem dla Polski, ale walka z PiS to nie zadanie dla dziennikarzy. Z PiS niech walczy rządząca koalicja, i – podpowiadam – najskuteczniej będzie to robić wtedy, kiedy będzie dobrze rządziła. A dziennikarze? Naszym zadaniem jest pisać tak, jak świat postrzegamy. Czy z tego powodu PiS wróci do władzy? Nie wiem. Wiem za to, że gdy zacznę pisać tak, jak życzą sobie obrońcy obecnej koalicji, PiS do władzy wróci na pewno. Dlaczego tak się stanie? Z prostego powodu – jest grupa czytelników, wyborców, którzy chcą wyjść poza mierność obecnej debaty. Którym nie odpowiadają tzw. przekazy dnia. Oni nikomu w ciemno nie oddają swojego głosu. Szukają dobrych pytań i dobrych odpowiedzi. Tylko porządne dziennikarstwo może do nich dotrzeć. No i muszą zobaczyć, że rządzący wyciągają wnioski ze swoich błędów. Ale żeby ci mogli wnioski wyciągnąć, muszą najpierw błędy zobaczyć. A tylko niezależne media mogą je wskazać, te „swoje” tym się nie zajmują… Po co nam media? Zadaniem mediów jest patrzeć na rzeczywistość i pokazywać ją tak, jak wygląda. Tylko takie media mają rację bytu. To jest też nasza cywilizacyjna norma. Gdy PiS było u władzy, podjęło próbę zbudowania „swoich” mediów i wypchnięcia tych liberalnych i lewicowych na całkowity margines. Ta operacja częściowo się udała. Głównie za sprawą milionów, które pompowano w „swoje” media. I niestety za sprawą dziennikarzy tych mediów, którzy taki model funkcjonowania kupili. Chwalili PiS, krytykowali opozycję – z obserwatorów rzeczywistości, analityków, tych, którzy stawiają ciekawe pytania, przekształcili się w agresywnych politruków. Straszne byłoby, gdyby strona liberalna i lewicowa weszła w ten schemat działania. Nastąpiłoby wtedy domknięcie systemu. Zbudowalibyśmy system, w którym nie ma debaty publicznej, jest tylko wzajemne opluwanie. A czytelnicy nie są partnerami, z którymi się rozmawia, lecz widzami tej bijatyki. Zamiast auli mamy MMA. Zamiast ważkich argumentów – „zaorywanie”. Dlatego tak ważne jest, by media r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
13 lipca, 2026
Mobbing między regałami
Oskarżana przez pracowników o mobbing dyrektorka biblioteki na warszawskiej Woli przeszła po cichu do innej dzielnicy Mikrozarządzanie, destabilizowanie działania placówek i wyniszczanie niewygodnych pracowników póki sami nie odejdą. To do niedawna miała być codzienność bibliotekarzy z warszawskiej Woli. Dzielnicy stawianej za wzór, jeśli chodzi o nowoczesne biblioteki. To nie jest tekst o mobbingu. Bo ratusz zrobił wszystko, by nikt nie mógł tego tak nazwać. Była komisja wyjaśniająca nieprawidłowości, były czynności kontrolne, były zalecenia. Nie ma jednak żadnych konsekwencji. Anna Grędzińska niespodziewanie zmieniła dzielnicę i stanowisko. Współpracownicy pozostali z niesmakiem i obawami o zemstę ze strony byłej przełożonej. Fasada vs. rzeczywistość Media od miesięcy rozpływają się nad „nowymi bibliotekami” – modnymi „trzecimi miejscami”, gdzie prowadzi się kreatywne akcje czytelnicze. Na pierwszej linii walki o uwagę stoją bibliotekarze, których praca napędzana jest pasją. Za efektowną fasadą często kryje się stary, dobrze znany model: folwark dyrektora, w którym pracownik ma niewiele do powiedzenia, a liczy się wyłącznie dobry PR. W gminie bywa jeszcze względnie normalnie – bibliotekarza się szanuje. W Warszawie zaczyna się gra o prestiż między dzielnicami. Tu walczy się nie tylko o czytelników, ale i o pozycję, a środowisko jest tak małe, że lepiej milczeć – nawet gdy dzieje się źle. W tej rzeczywistości wystąpienie przeciwko dyrekcji wymaga odwagi. Zwłaszcza gdy chodzi o jedną z najgłośniejszych postaci stołecznych bibliotek – nagradzaną menedżerkę, twarz sukcesu i symbol nowoczesnych placówek – Annę Grędzińską. – Wszyscy pracujemy w sektorze kultury, więc towarzyszył nam lęk, że ewentualny „wilczy bilet” mógłby zamknąć nam drogę do pracy nie tylko w bibliotekach, ale w ogóle w branży związanej z kulturą. Wśród pracowników funkcjonowało też przekonanie – czasem pół żartem, pół serio – że pani dyrektor ma bardzo szerokie kontakty. Z jej opowieści wynikało, że zna i utrzymuje relacje z osobami na najwyższych szczeblach, co dodatkowo wzmacniało poczucie, że ma duże wpływy i możliwości oddziaływania – mówi Ania*, pracowniczka wolskiej biblioteki. Z odpowiedzi na interpelację radnej Agaty Diduszko-Zyglewskiej (nr 1555) wynika, że w maju 2025 r. pracownicy wolskiej biblioteki zgłosili do urzędu dzielnicy zarzuty wobec dyrektorki. Sprawę przekazano do Biura Zarządzania Zasobami Ludzkimi, które powołało specjalny zespół. Postępowanie zakończono 9 grudnia, a w styczniu zlecono kontrolę. Nasze źródła twierdzą, że większość zarzutów się potwierdziła. Oficjalnie jednak nic nie wiadomo – miasto utajnia wnioski, tłumacząc, że chodzi o „relacje pracownicze”, które nie podlegają dostępowi do informacji publicznej. Ratusz konsekwentnie przykrywał sprawę, by została jedynie branżową anegdotą. Nieoficjalnie słyszymy, że sygnalistom kazano podpisać klauzule poufności. Wnioski komisji udostępniono wyłącznie do wglądu – bez możliwości kopiowania, co najwyżej z możliwością sporządzenia notatek. Tyle że notatki, po podpisaniu klauzuli, są w praktyce bezużyteczne. Burmistrz Woli zapytany o podjęte działania również nie wskazuje konkretów. Na interpelację radnej Melanii Łuczak z 27 lutego 2026 r. odpowiedział w swoim stylu: „dużo słów, zero konkretów”. Kontrola? To tylko „element szeregu działań”. Efekty są „monitorowane”, a jeśli coś nie wyjdzie – będą „kolejne decyzje”. Na końcu standardowa formułka: miasto „dysponuje uprawnieniami”. Czyli: nic nie wiadomo, ale wszystko jest rzekomo pod kontrolą. Gwiazda jest tylko jedna Wolscy sygnaliści miesiącami odchodzili od zmysłów. Komisja zbierała zeznania, następnie dyrektor Grędzińska zaznajomiła się z zarzutami, na które musiała odpowiedzieć. Brak działań przez kolejne miesiące, aż do grudnia, był dla zespołu jak siedzenie na tykającej bombie. Istniała realna szansa, że mimo anonimowości źródeł, dyrektorka mogła np. rozpoznać sygnalistów po samych zeznaniach. Według relacji pracowników biblioteki na Woli nic nie zwiastowało, że zajdą jakiekolwiek zmiany. Nastał nowy rok, mijały kolejne miesiące, aż nagle Anna Grędzińska sama zrezygnowała ze stanowiska i odeszła z końcem maja. Z danych uzyskanych z dostępu do informacji publicznej wiemy, że rezygnację złożyła 10 kwietnia. O sprawie dowiedzieliśmy się zaś od zaniepokojonych pracowników dzielnicy Włochy. Tamtejsi bibliotekarze ustalili, że Grędzińska ma przejść do nich w roli wicedyrektorki. Na część padł *Imiona osób zostały zmienione dla ich bezpieczeństwa. k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
13 lipca, 2026
Po co nam amerykańska baza?
Nie obroni, a kosztować będzie krocie Pogrążamy się w świecie szaleństwa. Polscy politycy licytują się w sprawie amerykańskiej bazy: kto bardziej chce u nas amerykańskich żołnierzy, kto chce więcej za to zapłacić. Oto probierz patriotyzmu. Te wszystkie opowieści, jakie to szczęście zapanuje, gdy Amerykanie osiądą na polskiej ziemi, nie trzymają się kupy. Nie ma w tym ani przyzwoitości, ani logiki finansowej, ani strategicznego myślenia. Zacznijmy od przyzwoitości. Oto bowiem politycy, którzy mają usta pełne frazesów o wolności i niepodległości, chcą, by tę wolność zapewnili nam żołnierze zagraniczni. Przecież to jest ucieczka w poddaństwo. Wobec USA. Innymi słowy, wołają: „Wolność, suwerenność!”, a chcą nas sprzedać. Tę sprzedaż realizują z zapałem. Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz ogłasza z dumą, że negocjuje sprawę bazy z sekretarzem wojny Pete’em Hegsethem i że te negocjacje idą dobrze. Rzecznik prezydenta Nawrockiego pogania rząd i poucza, że to Nawrocki narzuca ton w tych zabiegach wobec Amerykanów. I że to on najbardziej chce wojsk USA w Polsce. Oto rozum Nawrockiego – wmawia nam, że im będzie milszy wobec Donalda Trumpa, tym bardziej Trump będzie chętny nas bronić. Wiąże więc bezpieczeństwo Polski z dobrym humorem prezydenta USA. Poza tym amerykańska baza będzie „odstraszać Rosję”. Czyżby? Jest wiele dowodów z ostatnich lat, a nawet dni, na to, że obecność amerykańskich żołnierzy nie gwarantuje bezpieczeństwa. Przykładem niech będzie ostatnia wojna w Zatoce. Amerykanie mają tam bazy w Katarze (Al-Udeid), w Bahrajnie (dowództwo V Floty), w Kuwejcie i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Bogate państwa Zatoki myślały podobnie jak polscy politycy – że ściągną Amerykanów i będą bezpieczne. Tymczasem okazało się, że bezpieczne nie były. Iran bombardował bazy, a nawet hotele, w których mieszkali amerykańscy żołnierze. Obecność amerykańskich baz niczego więc nie zagwarantowała. Podobnie było w roku 2021 w Afganistanie. Obecność amerykańskich żołnierzy nie pomogła prozachodniemu rządowi. Sceny z lotniska w Kabulu, z którego odlatywały amerykańskie samoloty, są tego symbolem. W naszej części świata podobną sytuację mieliśmy w roku 2008 w Gruzji. Dla nas ta wojna to początek agresywnych działań Rosji. Ale były one możliwe dlatego, że ówczesny gruziński prezydent Micheil Saakaszwili zbyt mocno uwierzył w amerykańską broń i poparcie USA. Wierzył m.in., że amerykańscy żołnierze szkolący armię gruzińską „będą odstraszać”. Nic takiego nie miało miejsca. W efekcie przegrał. Prof. Jadwiga Kiwerska z Instytutu Zachodniego skomentowała to krótko: „Wobec wojny rosyjsko-gruzińskiej Waszyngton okazał się dość bezradny, a jego działania były mocno spóźnione i raczej miały na celu »ratowanie twarzy« supermocarstwa niż realną skuteczność”. Dlaczego wiara, że baza wojsk amerykańskich będzie rodzajem naszej tarczy, że będzie odstraszała Rosję, jest tak naiwna? Bo zakłada, że Rosja i USA są głęboko skłócone, pozostają w konflikcie takim jak w czasach zimnej wojny. Ale tamtych czasów już nie ma. Ekipa Trumpa patrzy na świat zupełnie inaczej – wielobiegunowo. Podobnie będzie, jak sądzę, z ekipami, które przyjdą po nim. Rosja nie jest więc dziś dla USA śmiertelnym wrogiem, ale jednym z największych państw świata, z którym jakoś trzeba się ułożyć. Jak? Polska nie ma na to wpływu. Żadnego. W sprawach stosunków amerykańsko-rosyjskich jesteśmy poza grą. Mogliśmy więc w Warszawie wołać, że Putin to morderca i że nie podaje mu się ręki, a potem i tak oglądaliśmy w telewizji, jak na Alasce kroczy po czerwonym dywanie i wita się miło z Donaldem Trumpem. Możemy też obserwować wysłanników prezydenta USA, którzy jeżdżą do Moskwy negocjować i snują plany gospodarczych przedsięwzięć. Słuchać wiceprezydenta J.D. Vance’a, który z dumą opowiadał, że jego największym osiągnięciem jest odłączenie Ukrainy od amerykańskiej pomocy. Albo Trumpa, który w Paryżu r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
13 lipca, 2026Świat
Kto kształtuje debatę publiczną nad Sekwaną? Korespondencja z Francji We Francji postępuje oligarchizacja sektora medialnego. Media prywatne od jakiegoś czasu wykupuje skrajnie prawicowy miliarder, który coraz bardziej podporządkowuje sobie debatę publiczną. Związki między światem biznesu a prasą zawsze jednak były we Francji bardzo silne. Warto cofnąć się do historii, by zrozumieć zainteresowanie środowisk finansowych mediami, ich dążenie do gromadzenia tytułów prasowych, mające na celu umacnianie dominacji i poszerzanie wpływów. Dzisiejsza scena polityczna pokazuje najdobitniej, jak skuteczne okazują się przedsięwzięcia polityczne największych kapitalistów. Oraz jak ważna jest regulacja tych praktyk. Od mediów powszechnych do upolitycznionych Nieco ponad 100 lat temu zamożny przemysłowiec Jean Prouvost podporządkował sobie francuski rynek prasy i w okresie międzywojennym zbudował potężne imperium prasowe. Urodzony w 1885 r., pochodzący z zamożnej rodziny z północy Francji, najpierw dorobił się fortuny na założonej jeszcze przed I wojną przędzalni La Lainière de Roubaix. Na początku lat 20. ten niezwykle bogaty i ciekawy świata przedsiębiorca, zafascynowany dynamicznym rozwojem prasy amerykańskiej, postanowił wejść na rynek medialny. I odniósł spektakularny sukces. W 1924 r. kupił „Paris-Midi”, dziennik skupiający się przede wszystkim na wiadomościach dla inwestorów giełdowych oraz bywalców wyścigów konnych, o nakładzie zaledwie 4 tys. egzemplarzy. Prouvost w ciągu sześciu lat zwiększył go do 100 tys. egzemplarzy. Następnie w 1930 r. przejął „Paris-Soir”, gazetę, która później stała się jednym z najważniejszych tytułów prasowych Francji. Pod jego kierownictwem nakład „Paris-Soir” wzrósł z ok. 60 tys. do prawie 2 mln egzemplarzy w 1939 r. Sekret sukcesu Prouvosta polegał na przeniesieniu do Francji metod, które umożliwiły rozwój prasy amerykańskiej. Aby przyciągnąć czytelników, magnat zadbał o atrakcyjną szatę graficzną, stosował wielkie nagłówki i kładł nacisk na duże zdjęcia. Aktywnie przy tym poszukiwał talentów – często zatrudniał, płacąc bardzo wysokie wynagrodzenia, najwybitniejszych dziennikarzy i pisarzy swojej epoki. Znaleźli się wśród nich: Antoine de Saint-Exupéry, Joseph Kessel czy Pierre Lazareff, późniejszy legendarny szef „France-Soir”. Jean Prouvost imperium prasowe budował stopniowo: kupił m.in. kobiece czasopismo „Marie Claire” i przejął magazyn „Match”. Tytuł, przemianowany po II wojnie światowej na „Paris Match”, stał się jednym z najbardziej opiniotwórczych magazynów we Francji, wzorującym się na amerykańskim tygodniku „Life”. Prouvost inwestował również w „Le Figaro”, telewizję Télé 60 (później Télé 7 Jours), a także w radio RTL. Lata 70. przyniosły stopniowy demontaż tego rozległego imperium, które ostatecznie, wraz ze śmiercią jego założyciela w 1978 r., upadło. Dzisiaj siłę mediów zrozumiał Vincent Bolloré, choć pojął ją inaczej – przede wszystkim zgrabnie wykorzystując je do monopolizacji przesłania ideologicznego. System medialny pod presją Francuski krajobraz medialny uchodzi za jeden z najbardziej rozwiniętych w Europie. Oparty został na mieszanym modelu finansowania pochodzącym ze sprzedaży, reklam, subskrypcji i dotacji publicznych. Współczesny rynek opiera się na trzech filarach: prasie drukowanej („Le Monde”, „Le Figaro”, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Osadniczy terror
Żydowscy osadnicy na Zachodnim Brzegu prowadzą kampanię strachu, wykorzystując taktyki znane z działań Państwa Islamskiego Zachodni Brzeg Jordanu jest w coraz trudniejszej sytuacji. Teren, który według porozumień z Oslo miał się stać w przyszłości częścią niepodległego państwa palestyńskiego, nieustannie terroryzują siły izraelskie i fanatyczne grupy uzbrojonych i zamaskowanych osadników żydowskich, których wciąż przybywa. A przecież z punktu widzenia prawa międzynarodowego żydowskie osiedla na terytoriach palestyńskich są nielegalne. Dla Izraelczyków jednak legalność ma niewielkie znaczenie. W ich narracji Zachodni Brzeg to dzisiaj „terytoria sporne”, a znaczna część klasy politycznej i obywateli jest wrogo nastawiona do koncepcji jakichkolwiek ustępstw terytorialnych wobec Palestyńczyków. Stąd rosnąca liczba osiedli i samych osadników. Na Zachodnim Brzegu Jordanu, terenach, które Żydzi nazywają Judeą i Samarią, żyje obecnie przynajmniej 540 tys. osadników. Zalicza się do nich często także niemal 250 tys. żydowskich mieszkańców Jerozolimy Wschodniej, którą Palestyńczycy uznają za potencjalną przyszłą stolicę ich państwa, na co nigdy w porozumieniach i propozycjach pokojowych nie przystali Izraelczycy. Bywało to powodem przerywania rozmów. Jerozolima jest w końcu miastem świętym dla Żydów, a dla Palestyńczyków Al-Kuds – takie miano nosi w języku arabskim – to nie mniej istotne centrum religijne i ośrodek kultury. Rosnąca liczba żydowskich osadników i ich domów jest dla Palestyńczyków problemem o tyle, że kurczy się obszar, na którym mogą żyć i swobodnie się poruszać. Około 60% Zachodniego Brzegu to dzisiaj tzw. Strefa C, pozostająca pod wyłączną kontrolą izraelską. Właśnie tam znajduje się większość żydowskich osiedli, w tym już dość duże i uznawane za legalne przez izraelskie władze miasta Modi’in Illit z populacją sięgającą 90 tys. czy Ariel – znane z uniwersytetu, na którym kształci się ok. 17 tys. studentów. Znaczna liczba Palestyńczyków mieszka w Strefie A, która oficjalnie pozostaje pod wyłączną kontrolą Autonomii Palestyńskiej. W praktyce wyłączność ta funkcjonuje dziś jedynie na papierze. Ostatni chrześcijański przyczółek Przekonali się o tym m.in. mieszkańcy At-Tajjiby, ostatniej wyłącznie chrześcijańskiej miejscowości na terenie Autonomii Palestyńskiej. At-Tajjiba jest już miejscem wymierającym. Funkcjonują tu trzy parafie – rzymskokatolicka, greckokatolicka i melchicka. Ojciec David P. Khoury, który prócz tej drugiej prowadzi lokalną szkołę i aktywnie działa na rzecz konserwacji zabytków, wspólnie z proboszczem parafii melchickiej o. Jackiem Abedem zebrali środki na budowę 16 mieszkań dla potrzebujących parafian z At-Tajjiby. Ojciec Jack Abed jest postacią bardzo popularną, zwłaszcza wśród odwiedzających miejscowość. Chętnie zaprasza podróżnych do kościoła, opowiada jego historię i dzieli się swoją. Urodził się w Jafie, starożytnym mieście dzisiaj wchłoniętym przez Tel Awiw. Zrzekł się obywatelstwa izraelskiego i wyjechał do At-Tajjiby na znak protestu i solidarności z Palestyńczykami. Wszyscy trzej proboszczowie, bo także rzymskokatolicki ks. Bashar Fawadleh, otwarcie protestują przeciwko przemocy, której ofiarami padają z rąk osadników palestyńscy chrześcijanie. Miejscowość słynie również z browaru Taybeh, prowadzonego przez Madis Khoury, córkę jednego z założycieli i prawdopodobnie pierwszą i jedyną mistrzynię piwowarstwa na całym Bliskim Wschodzie. Powstanie browaru w 1994 r. nie obyło się bez kontrowersji w muzułmańskim społeczeństwie palestyńskim, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
13 lipca, 2026
Nadchodzi Król Północy
Czy Andy Burnham zbawi państwo brytyjskie? Być może najlepszym źródłem wiedzy, ale też przestrogą dla Andy’ego Burnhama i całej brytyjskiej Partii Pracy jest historia, która wydarzyła się dekadę wcześniej po drugiej stronie kanału La Manche. W 2012 r. prezydentem Francji został François Hollande. Technokrata z Partii Socjalistycznej, uznawany powszechnie za świetnego menedżera partyjnego, sprawnie manewrującego pomiędzy rozmaitymi, wrogimi wobec siebie frakcjami tego potężnego ugrupowania. Do Pałacu Elizejskiego wprowadzał się po latach rządów prawicy i choć mało kto widział w nim nowego Mitterranda, twórcę wielkiego, cywilizacyjnego wręcz projektu francuskiej lewicy, to jednak były podstawy, by sądzić, że Hollande wyprowadzi socjalistów z marazmu. Pięć lat później został ich grabarzem. Dzisiaj nad tą historią przechodzi się do porządku dziennego. Od prawie dekady polityka francuska, a przez to i w dużej części europejska, jest kształtowana przez Emmanuela Macrona – człowieka spoza układu partyjnego, liberalnego antypolityka, centrowego populisty, który pod wieloma względami rzeczywiście zmienił realia francuskiej republiki. Wtedy jednak była to zmiana wręcz rewolucyjna, bo francuska Partia Socjalistyczna w dużej mierze zarządzała dyskursem publicznym nad Sekwaną nieprzerwanie od końca II wojny światowej. Była twardą jak skała, nienaruszalną siłą. Miliony członków, sprzyjające jej media, liczne związki zawodowe. Cała tożsamość klasowa stworzona wokół jednego ugrupowania. Zasługi starych polityków i legiony młodych intelektualistów. Taki kolos nie miał prawa upaść. Tymczasem nie dość, że się zawalił, to jeszcze bez wielkiego huku. Dzisiaj poparcie PS, jeśli jest liczone oddzielnie, poza szerokimi lewicowymi koalicjami, zamyka się w jednocyfrowych wynikach. Z 577 miejsc w parlamencie socjaliści kontrolują tylko 66. W 2017 r., kiedy Macron dochodził do władzy, popierany przez partię Benoît Hamon zdobył zaledwie 6,36% głosów w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Era socjalistów we francuskiej polityce skończyła się wtedy definitywnie. Zarządzanie upadkiem Przytaczanie tej opowieści w kontekście obecnych kłopotów laburzystów na Wyspach i wyzwania stającego przed Andym Burnhamem (trzykrotnie wybieranym na burmistrza aglomeracji Wielkiego Manchesteru), nie jest przypadkowe. David Klemperer, brytyjski historyk i publicysta, na łamach magazynu „The New Statesman” stwierdził, że Partia Pracy znajduje się teraz w podobnym miejscu co francuscy socjaliści dekadę temu. Z najwyższego urzędu w kraju odchodzi partyjny technokrata, wewnętrzne frakcje rzucają się sobie do gardeł, a wokół wyrastają nowi, populistyczni rywale. Śmiertelne zagrożenie, nie tylko dla partii, ale i dla całej demokracji, nadciąga ze strony skrajnej prawicy, tam – spod znaku Marine Le Pen, tu – Nigela Farage’a. Tradycyjny elektorat lewicowy zaczyna się dzielić, dawna klasa pracująca w postindustrialnych okręgach przechodzi do radykałów, a wielkomiejska klasa średnia znajduje schronienie pod parasolem Zielonych, kierowanych przez charyzmatycznego, choć niedoświadczonego Zacka Polanskiego. Patrząc szerzej, cała scena partyjna przechodzi rewolucję kopernikańską. System, który od 120 lat był dwupartyjny i zapewniał rotację u władzy – najpierw pomiędzy torysami a liberałami, potem między Partią Konserwatywną a Partią Pracy – przekształca się właśnie w system pięcio-, a może i siedmiopartyjny. Gdyby wybory do parlamentu odbyły się jutro, żadna partia nie zdobyłaby większości – i trend ten zapewne się utrzyma. Oznaczać to będzie, że brytyjska polityka trwale upodobni się do kontynentalnej i pomimo unikatowego, jednomandatowego systemu wyborczego będzie po prostu rządzić się logiką koalicji. O tyle to trudne, że na Wyspach nikt nie wie, jak koalicje zawierać. Do tego należy dodać mizerny wzrost gospodarczy, niską produktywność, załamanie zaufania do instytucji publicznych i coraz wyraźniejszy radykalizm społeczny. Jak wynika z niedawno opublikowanego raportu sporządzonego przez Petera Hymana, byłego doradcę i speechwritera Tony’ego Blaira, aż 13% młodych Brytyjczyków, w wieku 16-24 lata, kwalifikuje się jako NEET – od Not in Employment, Education or Training – osoby, które się nie uczą, nie pracują i nie przysposabiają do żadnego zawodu. Pozostają poza systemem, bez perspektyw na przyszłość i bez poczucia sprawczości, panowania nad swoim życiem. Wzrost imigracji z krajów pozaeuropejskich wywołany brexitem napędził nastroje ksenofobiczne, a większość Brytyjczyków chciałaby dzisiaj wrócić do Unii Europejskiej, choć laburzyści nie wiedzą, jak mieliby to zrobić. Brytyjska opinia Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
13 lipca, 2026
Wbrew polityce
Wakacje na Litwie Korespondencja z Litwy Litewski Sejm 30 czerwca zatwierdził Mindaugasa Sinkevičiusa na urząd nowego premiera. Były mer rejonu janowskiego i świeżo upieczony przewodniczący socjaldemokracji będzie już trzecim szefem rządu w tej kadencji Sejmu, która najwyraźniej szczęścia do premierów nie ma. Kilka tygodni wcześniej Litwa żyła atakiem dronów i zastanawiała się, czy wpłynie to tak samo źle na turystykę, jak stało się w łotewskiej Łatgalii. Mieszkańcy nadbałtyckiej republiki podkreślają jednak, że nie takie rzeczy przeżyli i zapraszają polskich turystów na tegoroczne wakacje. Nie bać się dronów Rozmawiam z prof. Andrzejem Puksztą, kierownikiem Katedry Politologii na Uniwersytecie Witolda Wielkiego w Kownie. Pytam o to, czym Litwa będzie żyła tego lata. – Pomimo zmiany rządu nadal żyjemy sprawami obronności i bezpieczeństwa. Kwestią wiodącą jest zachowanie amerykańskiej obecności wojskowej na Litwie, jak również sprawna współpraca z Niemcami w kwestii rozlokowania brygady niemieckiej na Litwie. Na Litwie ciągle jest wielka chęć pomocy walczącej Ukrainie – informuje mnie profesor i działacz polskiej społeczności na Litwie. W połowie maja lokalną ludność zelektryzowało wysłane na telefony komórkowe ostrzeżenie o ukraińskim dronie, który wleciał na Litwę. W wyniku alertu mieszkańcy Wilna na kilka godzin uciekli do schronów, został zatrzymany transport. Do schronów trafili także ma moment prezydent Gitanas Nausėda oraz ówczesna premierka Inga Ruginienė. Zawieszono loty z międzynarodowego lotniska w Wilnie, wstrzymano ruch pociągów. Z lotniskiem w Wilnie w ciągu ostatnich miesięcy było więcej problemów, głównie z powodu „balonów przemytniczych” wypuszczanych przez Aleksandra Łukaszenkę w stronę Litwy. Znajomemu, który uczestniczył w listopadzie w ważnej konferencji w Kownie, odwołano lot z Wilna do Stambułu. Takich przypadków było bardzo wiele. – Odwołali mi wycieczkę ze Szczecina, organizatorzy przestraszyli się dronów wpadających na terytorium Litwy – zdradza Jan Boguszko, polski przewodnik po Wilnie. Twierdzi jednak, że ani drony, ani upały, które dotknęły pod koniec czerwca Litwę – w Wilnie notowano ok. 35 st. C – nie są mu straszne. Prof. Andrzej Pukszto podkreśla, że nie ma czego się bać, sytuacja jest pod kontrolą. Politycy także radzą, by nie histeryzować i przyjeżdżać tego lata na Litwę, która nawet nie graniczy z Ukrainą, gdzie toczy się wojna. Kurorty i SPA Co można latem robić w kraju nad Wilią? Przede wszystkim schłodzić się nad wodą. – Litwa ma prawie 100 km wybrzeża, zaczynającego się od granicy z Rosją i ciągnącego aż po łotewską Kurlandię, sanatoria w Druskiennikach, Birsztanach i Połądze, liczne SPA, jeziora, rzeki. Polscy turyści najczęściej trafiają do Wilna. Do zachodniej Litwy zapuszczają się o wiele rzadziej. Ostatnio Polskie Radio przypomniało o tym, jak budowaliśmy w XIX w. „nadbałtyckie Zakopane”, czyli nadmorską Połągę, własność rodziny Tyszkiewiczów. Do dziś jest to najpopularniejszy kurort nadmorski Litwy z pięknymi, drewnianymi willami, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
13 lipca, 2026
Jak długo wytrzymamy?
By złagodzić tylko wzrost cen surowców energetycznych, Europa będzie musiała wydać ponad bilion euro Gdy w lutym 2022 r. rosyjskie kolumny pancerne przekroczyły granicę Ukrainy, europejska gospodarka weszła w tryb, którego nie pamiętała od lat 70. XX w. – taki, w którym cena bezpieczeństwa staje się pozycją w budżecie każdego z nas. Trzy lata później, gdy w 2025 r. atak USA i Izraela na Iran zdestabilizował transport ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego przez cieśninę Ormuz, Europa otrzymała drugi rachunek – tym razem wystawiony przez sektor naftowy. „44 dni, 22 mld euro – i ani jednej dodatkowej cząsteczki energii. To pokazuje ogromny wpływ, jaki ten kryzys ma na naszą gospodarkę”, oświadczyła 13 kwietnia br. przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Był to komentarz do wzrostu cen surowców energetycznych dla europejskich odbiorców i jeden z rzadkich momentów, gdy poważny polityk powiedział, w czym rzecz. Bo koszty wojen – w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie – to temat niechętnie podejmowany przez liderów państw naszego kontynentu. Wyjątkami byli ówczesny premier Węgier Viktor Orbán i premier Słowacji Robert Fico, którzy przeciwstawiali się wydawaniu pieniędzy europejskich podatników na potrzeby Ukrainy. W Niemczech o kosztach tych konfliktów mówią politycy Alternatywy dla Niemiec, a we Francji liderka Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen. I nie ma czemu się dziwić. Gospodarka niemiecka, największa w Europie, od roku 2022 znajduje się w kryzysie. Z kolei Paryż boryka się z ogromnym zadłużeniem i wysokim deficytem budżetowym – w tym roku przekroczy on 5,8% PKB, co plasuje Francję w czołówce najbardziej zadłużonych państw UE. Wysokie ceny ropy naftowej i gazu ziemnego zdusiły wzrost gospodarczy w Europie i zmusiły rządy do wprowadzenia kosztownych programów osłonowych, a choć ostatnio notowane są spadki, miną miesiące, nim sytuacja wróci do normy. Pod warunkiem, że wojna w Zatoce Perskiej nie wybuchnie na nowo. Koszty idą w biliony W przypadku Europy podstawą kosztu wojny w Ukrainie był szok gazowy. Gdy kryzys osiągnął apogeum, w sierpniu 2022 r., ceny gazu na holenderskiej giełdzie TTF przekroczyły 350 euro/MWh. Był to poziom przeszło 10-krotnie wyższy od średniej sprzed pandemii. Uzależnione od rosyjskiego surowca kraje kontynentu – niemal 40% dostaw pochodziło ze Wschodu – w ciągu kilku miesięcy musiały przebudować całą architekturę zaopatrzenia, sięgając po droższy, skroplony gaz ze Stanów Zjednoczonych i Kataru. Na szok energetyczny rządy europejskie odpowiedziały bezprecedensowym pakietem osłon: dopłatami do rachunków gospodarstw domowych, obniżkami podatków od energii, mrożeniem cen i transferami środków do osób najuboższych. Najbardziej spektakularny był niemiecki „parasol ochronny” o wartości 200 mld euro, ogłoszony jesienią 2022 r. Jego skala wywołała napięcia wewnątrz Unii – mniejsze i uboższe państwa nie mogły sobie pozwolić na równie hojne osłony, a to groziło zaburzeniem konkurencji na jednolitym rynku. Bruegel AISBL, międzynarodowy think tank ekonomiczny z siedzibą w Brukseli, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
13 lipca, 2026
Była zbrodnia, jest kara
Pochodzenie Mariusa Borga Høiby’ego, syna norweskiej księżnej koronnej Mette-Marit, nie odegrało żadnej roli w wymierzeniu mu sprawiedliwości Jeśli cokolwiek w tej historii może, a nawet powinno szokować, to nie sam wyrok skazujący, tylko jego stosunkowa łagodność. Nie znając okoliczności sprawy, można śmiało stwierdzić, że cztery lata pozbawienia wolności za dwa przypadki gwałtu to kara bardzo niska. I nie ma znaczenia, że skazanym w tej historii jest Marius Borg Høiby, 29-letni syn norweskiej księżnej Mette-Marit i pasierb Haakona, tamtejszego następcy tronu. Kryminalne historie ciągną się za nim od niemal dekady. Warto uściślić, że z technicznego punktu widzenia nie dotyczą norweskiej rodziny królewskiej – w literalnym tego słowa znaczeniu. Marius nie jest synem Haakona, para ma dwójkę własnych dzieci – księżniczkę Ingrid Alexandrę i księcia Sverre Magnusa. Marius nie ma żadnych oficjalnych tytułów szlacheckich, nie znajdował się w linii sukcesji do norweskiego tronu i z praktycznego punktu widzenia niewiele go łączy z rodziną królewską. Co oczywiście nie zmienia faktu, że z racji powiązań swojej matki z norweskimi elitami nie mógł próbować wylobbować sobie wolności od popełnionych przestępstw. Marius nigdy nie miał łatwego życia i to nie tylko z powodu rozpadu związku jego biologicznych rodziców i szybkiego wejścia na świecznik. Sam ślub księcia Haakona z samotną matką wywołał ćwierć wieku temu spore kontrowersje, bo był pierwszym tego typu wydarzeniem w najnowszej historii norweskiej rodziny królewskiej. Samospełniająca się przepowiednia Norweskie media pisały25 lat temu, że sam fakt istnienia w rodzinie następcy tronu dziecka z nieprawego łoża jest skandalem. Tabloidy szybko rzuciły się na historię biologicznego ojca Mariusa, który miał kryminalną przeszłość, choć już konstytucyjne zapisy blokowały synowi Mette-Marit drogę do tronu. Im Marius był starszy, tym bardziej zaczynał wyrastać na problem – w królewskiej układance zaczynało brakować dla niego miejsca, a dokładniej – roli. Nie jest arystokratą, nie ma tytułu, odpowiedzialności – mówiąc obcesowo – nie wiadomo, po co w ogóle w tej rodzinie był. Mógł oczywiście zrobić inną rzecz, choć w europejskich monarchiach jest to wciąż rzadkością – i wybić się po prostu na niezależność. Pójść na studia, do pracy, uciec od nadanej mu przez media etykietki niegrzecznego renegata, bękarta, który nawet nie musi schodzić na złą drogę, bo jest na niej od urodzenia. Mógł, ale tego nie zrobił. Regularnie dostarczał pożywki plotkarskim mediom. A to złapano go na posiadaniu narkotyków, a to wpadł, zażywając kokainę na festiwalu muzycznym. Norwegowie oburzali się, kiedy zmuszeni do publicznych wyzwań mama i ojczym przyznali się, że płacą za Mariusa rachunki, choć ten był dorosłym człowiekiem. Dostawał „kieszonkowe”, coś na kształt książęcej renty, w wysokości 20 tys. koron (ok. 2 tys. dol.) miesięcznie. Jak na Norwegię, jedno z najdroższych jeśli chodzi o koszty życia państw na świecie, to właściwie żadne pieniądze, ale i tak budziły ogromne kontrowersje. Zażywanie narkotyków wpędziło go zresztą w samospełniającą się przepowiednię – jego biologiczny ojciec był dilerem kokainy. Jednym z pierwszych w historii Norwegii, którzy dostali za to wyrok skazujący. Łatwo więc sobie wyobrazić, jaką opowieść zbudowali dziennikarze, kiedy pierwsze problemy Mariusa z prawem wyszły na jaw. Już wtedy, 10 lat temu, nie było dla niego ucieczki od własnego wyroku – nawet jeśli początkowo był to tylko wyrok skazujący w sądzie opinii publicznej. O gwałt oskarżyły go cztery kobiety, choć upublicznione zostały dane tylko jednej z nich, Nory Haukland. Ostatecznie pełna lista zarzutów wobec Mariusa liczyła 40 pozycji, został uznany winnym w 34 przypadkach, w tym dwóch dotyczących gwałtu. Materiał dowodowy zgromadzony przez norweską prokuraturę musiał mieć mocne podstawy, ponieważ proces, odtajniony z racji na osobę oskarżonego, trwał łącznie tylko sześć tygodni. Każdy, kto kiedykolwiek obserwował jakąkolwiek sprawę o gwałt, doskonale wie, że to tempo ekspresowe, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
6 lipca, 2026Kultura
Przełomy i samotna aktorka
46. Warszawskie Spotkania Teatralne miały kłuć, proponując teatr, który nie pozostawia widza obojętnym Na afiszu znalazło się 16 spektakli, w tym kilka zagranicznych i dwa studenckie. Wszystkim towarzyszyło hasło „Przełomy” sugerujące, że mamy do czynienia z teatrem, który inspiruje zmiany w otaczającym nas świecie. Program WST zawsze budowany był z tego, co proponują teatry, więc siłą rzeczy był lustrzanym odbiciem tego, co widać na scenach. Czerwcowa 46. edycja ukazała teatr silnie zakotwiczony we współczesności, który jednak źródeł bieżących konfliktów i niepokojów poszukuje w przeszłości, często nierozliczonej, nieprzepracowanej i niezrozumianej. Prawie wszystkie spektakle odnosiły się do wydarzeń sprzed lat, tylko jeden, „Pokój”, wybiegał horyzontem czasowym w przyszłość. Wszystkie zarazem, niezależnie od tego, czy ich kanwą były dawne wydarzenia, czy toczyły się w czasie niedookreślonym albo przyszłym, czy to w Argentynie, czy w Niemczech, czy w Polsce, silnie rezonowały ze światem zza okien. Spotkania potwierdziły, że teatr czuje puls współczesności i potrafi nadać temu odczuciu oryginalny rys formalny. Jak tego dokonuje? Po pierwsze, stawia pytanie, kim był i kim jest artysta Jak w „Piramidzie zwierząt” Michała Borczucha (Narodowy Stary Teatr), nawiązującej tytułem do słynnej pracy dyplomowej Katarzyny Kozyry, instalacji z wypchanych ciał zwierząt: konia, psa, kota i koguta. Artystkę zainspirowała baśń braci Grimm „Muzykanci z Bremy”, a jej przesłaniem był zakodowany w pracy protest przeciw zabijaniu i towarzyszącej zabijaniu hipokryzji. Zrozumiano ją opacznie. Gwałtowne protesty, które towarzyszyły udostępnieniu tej pracy wraz z zapisem wideo zabijania konia przeznaczonego do wypchania, stały się klinicznym dowodem zakłamania w podejściu do zabijania zwierząt. O tym opowiada spektakl, szerzej ukazujący artystów wyrosłych głównie w kręgu pracowni rzeźby prof. Grzegorza Kowalskiego w warszawskiej ASP. Borczuch wyraźnie sięga do „Factory 2” Krystiana Lupy, opowieści o nowojorskiej bohemie, wystawianej w tym samym Narodowym Starym Teatrze (2008). Pojawia się w „Piramidzie zwierząt” m.in. Zbigniew Libera, guru sztuki krytycznej, którego zdanie „artysta nie może być odpowiedzialny” mogłoby stanowić podtytuł tego przedstawienia o roli sztuki w świecie współczesnym (czasem ukazywanej też w krzywym zwierciadle, z przekąsem). Przy czym wbrew pozorom spory o granice wolności artystycznej wcale nie ustały, a strofowanie niegrzecznych artystów weszło w krew nie tylko krytykom, ale i politykom. Spektakl należy do najlepszych realizacji Borczucha, najbardziej domyślanych w warstwie wizualnej (wymowna transmisja z podróży pociągiem z Krakowa do Trójmiasta wsysa widza w rytm tej opowieści), precyzyjnie skonstruowanych. Czasem irytujący powolny bieg akcji ma swoje istotne walory – pozwala na dystans i refleksję. Aktorskie dopracowanie rysunku postaci i sytuacji oraz wyraźne oddanie rolom (szczególnie zwraca uwagę otwierający spektakl przeszło półgodzinny monolog Małgorzaty Zawadzkiej w roli Katarzyny Kozyry) dodaje całości smaku. Przy czym wcale nie trzeba głęboko orientować się w hierarchiach i zjawiskach sztuki współczesnej, aby odczuć sugestywnie odtworzony klimat lat 90. i niebudzącą wątpliwości deklarację teatru i reżysera, że szuka pozbawiona wolności karleje, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Geniusz, szarlatan, chuligan
Gałczyński, poeta nie z tej ziemi Mariusz Urbanek – pisarz, publicysta, autor poczytnych biografii, m.in. Stefana Kisielewskiego, Władysława Broniewskiego, ana Brzechwy, Juliana Tuwima, Jerzego Waldorffa, Mariana Eilego, Rudolfa Weigla i zbiorowej biografii lwowskiej szkoły matematycznej. Autor biografii Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Gałczyński. Kanarek w klatce”. Jest pan uznanym biografem. Wydana ostatnio książka o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim „Kanarek w klatce” jest 11. w pana dorobku. Co jest najtrudniejsze w pisaniu o wybitnych ludziach? – Bycie uczciwym. Podwójnie: wobec czytelników, którzy czekają na prawdę, i wobec bohatera. Uczciwość wymaga mówienia rzeczy gorzkich, także o jego ciemnych sprawach. Nawet jeżeli ma się dużo sympatii do protagonistów. Ale właśnie wtedy nie wolno ukrywać ich mrocznych stron. Niezależnie od tego, czy dotyczy to ich życia rodzinnego, twórczości czy polityki. Nie można niczego tuszować, tworzyć hagiografii, bo to właśnie jest nieuczciwe wobec człowieka, który przecież żył naprawdę, czasem bywał bohaterem, ale czasem… nie. Jednocześnie trzeba próbować go zrozumieć. Czuje pan dreszcz emocji na miarę Sherlocka Holmesa, kiedy odkrywa coś, o czym dotąd nie było wiadomo? Jak to było w przypadku Gałczyńskiego? – Kiedy uda się trafić na coś absolutnie nowego, na pewno jest to satysfakcja na miarę odkryć Sherlocka. W przypadku Gałczyńskiego to była np. jego młodzieńcza miłość do kuzynki, Jadwigi Łopuszyńskiej, dla której napisał debiutanckie wiersze. Pojawiły się w obiegu publicznym dopiero niedawno, kiedy rodzina Jadwigi zechciała sprzedać listy poety do Muzeum K.I. Gałczyńskiego w Praniu. Zawierały nieznane dotąd wiersze. Dzięki temu udało się uzupełnić życiorys Konstantego o nieznane do tej pory fakty. Czyli złudne jest myślenie, że wszystko o Gałczyńskim już wiemy? A przecież powstało już tyle monografii czy biografii, które zresztą zmonopolizowała nieżyjąca już córka Gałczyńskiego, Kira. – Kira Gałczyńska napisała o ojcu kilkanaście książek, ale to nie były prawdziwe biografie, wybielały ojca i wybiórczo traktowały fakty. Jako córka miała do tego prawo, jako biograf nie. Ponad dekadę temu powstała rzetelna biografia Gałczyńskiego „Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta” pióra Anny Arno. Tak naprawdę pierwsza, która ukazała się poza kontrolą córki. Kira nie zostawiła na niej suchej nitki. Czy jest sens, by dzieci tworzyły biografie rodziców? Często popadają w skrajność – są to „żywoty świętych” albo pamflety, rodzaj zemsty za zawiedzione uczucia. – Nie potrafiłbym całkowicie skrytykować Kiry Gałczyńskiej. Zrobiła bardzo dużo, by pielęgnować pamięć o ojcu. Prawdopodobnie gdyby nie ona, Gałczyński nie byłby poetą wciąż popularnym i kochanym. Ale idealizowała rodziców, budowała im pomnik. Konstruowała wizerunek ojca według swoich wyobrażeń, bo nie do końca go znała. Miała trzy lata, gdy Gałczyński poszedł na wojnę; wrócił, gdy miała dziesięć; umarł, gdy Kira miała 17 lat. Nastolatki nie mają czasu na poznawanie rodziców. Manipulowała faktami? – Niektóre ukrywała. Przed wojną Gałczyński publikował w skrajnie prawicowym piśmie „Prosto z Mostu”, w którym ukazywały się wypominane mu do dziś antysemickie utwory, na czele z listem „Do przyjaciół z »Prosto z mostu«”. W tym piśmie Gałczyński groził też Żydom, socjalistom i liberałom „nocą długich noży”… – A Kira to ukryła. Cały czas podstawowym wydaniem dzieł Gałczyńskiego jest pięciotomowy wybór Czytelnika z 1979 r. pod jej redakcją. Tam listu „Do przyjaciół…” nie ma, podobnie jak w przerwanej edycji dzieł wszystkich poety oficyny Prószyński i S-ka, opartej na wyborze Kiry. A bez znajomości tego listu nie sposób zrozumieć przedwojennego Gałczyńskiego. Podobnie córka utajniła niektóre wiernopoddańcze wobec komunistycznej władzy utwory, które poeta napisał po wojnie. Nigdy też nie przyznała, że ojciec był bigamistą. Wojnę spędził w stalagu Altengrabow w Niemczech, ale po wyzwoleniu obozu nie wrócił od razu do kraju i do żony. Przez rok podróżował po Europie, poznał Lucynę Wolanowską, z którą wziął ślub w niemieckim urzędzie stanu cywilnego. Jeśli wierzyć Wolanowskiej, za wiedzą, a wręcz namową księdza katolickiego, który przekonywał parę, że wcześniejszy ślub z Natalią w obrządku prawosławnym nie jest tak do końca ważny. Tego drugiego ślubu, choć zawartego w majestacie prawa, Kira nigdy nie uznała. O Wolanowskiej mówiła: „kobieta, z którą ojciec miał relację w czasie wojny”. Według niej Konstanty kochał tylko jedną kobietę. I miała to być „srebrna” Natalia. Kochanki ukrywała albo zaprzeczała ich istnieniu. A w ciągu tego szalonego roku po wojnie Gałczyński miał aż trzy partnerki. Owocem związku z Wolanowską był Konstanty junior, który później razem z matką wyemigrował do Australii. Przyrodnie rodzeństwo poznało się dopiero w Polsce, w 1990 r. Kira starała się też wygumkować zażyłą przyjaźń ojca z Jerzym Waldorffem. – Dzieliła przyjaciół ojca na takich, których lubiła, i tych, którym odmawiała prawa do tej przyjaźni. Waldorff zaliczał się do tego „gorszego sortu”. Poznali się przed wojną, w czasie pobytu poety w stalagu korespondowali, Waldorff opiekował się Natalią. Listy,
Jazz… To jest całe moje życie
Muzykowanie na żywo. Nie same nuty Henryk Miśkiewicz – saksofonista, kompozytor, aranżer, legenda polskiego jazzu, muzyk wszechstronny. Trzykrotny laureat Fryderyka – nagrody polskiego przemysłu fonograficznego. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV. Ojciec perkusisty jazzowego Michała Miśkiewicza i piosenkarki Doroty Miśkiewicz. W czerwcu 2026 r. świętuje 75. urodziny. Jest jazz? – To jest cały czas żywa muzyka. A dixie? – Te początki? Młodzież tego już nie gra. Szkoda, bo to świetna muzyka, pod nóżkę… Ludzie do tego tańczyli. Od tego zaczęła się moja przygoda z jazzem. Miałem 12 lat i do Kożuchowa, gdzie mieszkaliśmy, przyjechał zespół Zygmunta Wicharego, który grał dixieland. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem jazz. I poczułem: to jest to! A tydzień wcześniej słyszałem Trubadurów. I? – I nic. A tu przyjechał zespół, który grał trudniejszą muzykę. I od razu tak mnie wzięło, że nie mogłem usiedzieć. Na początku miał pan grać na akordeonie. – W Kożuchowie było ognisko muzyczne. Grałem tam na akordeonie, potem na klarnecie. A później mój profesor powiedział, że powinienem iść do szkoły, do Wrocławia, że tam się więcej nauczę. Widział we mnie talent. Dużo zawdzięczam nauczycielom. Bo później ci z Wrocławia mówili, żebym jechał do Warszawy. I tam zdawał. Od najmłodszych lat ciągnęło pana do muzyki. – Jak ojciec szedł grać na wesele – bo co sobotę, niedzielę albo była zabawa, albo wesele – to ja jako 10-latek stawałem w drzwiach i prosiłem: „Tata, weź mnie z sobą!”. Często więc mnie brał i grałem. Umiałem już wtedy grać na akordeonie. Na saksofonie też trochę, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Afryka 30 kilometrów od Warszawy
Są festiwale, na które jedzie się dla line-upu. Są też takie, na które wraca się dla ludzi, atmosfery i poczucia, że przez kilka dni świat może działać trochę inaczej. African Beats Festival należy właśnie do tej drugiej kategorii. W dniach 7-9 sierpnia 2026 r. w Kawęczynie pod Warszawą odbędzie się szósta edycja największego w Polsce festiwalu promującego kulturę Afryki. To niezależne wydarzenie, organizowane przez Fundację Perspektywy z Sopotu, od początku miało ambicję większą niż tylko prezentowanie muzyki. Jego twórca, Jakub Malinowski, mówi o African Beats jak o projekcie społecznym, który ma budować otwartość, wrażliwość kulturową i dialog między ludźmi. W czasach, gdy do Europy coraz częściej wracają lęki, podziały i nacjonalistyczne hasła, festiwal w Kawęczynie proponuje coś prostego, ale bardzo potrzebnego: wspólne słuchanie, taniec, rozmowę i spotkanie. Miejsce też ma znaczenie. African Beats odbywa się na terenie Dworku pod Wiechą w podwarszawskiej wsi Kawęczyn, ok. 30 km od stolicy. To zielona, rozległa przestrzeń pośród pól i lasów, z dala od miejskiego hałasu. Festiwal nie przypomina wielkich, anonimowych imprez masowych. Jest rodzinny, bezpieczny i kameralny, choć z roku na rok przyciąga coraz większą publiczność. Właśnie ta bliskość jest jego największą siłą. Artyści, uczestnicy, podróżnicy, prowadzący warsztaty i organizatorzy funkcjonują tu w jednej wspólnej przestrzeni. Program muzyczny edycji 2026 pokazuje Afrykę w wielu odcieniach. Gwiazdą pierwszego, piątkowego wieczoru festiwalu będzie Fatoumata Diawara z Mali, jedna z najważniejszych współczesnych artystek afrykańskich, łącząca tradycję Afryki Zachodniej z bluesem, rockiem, African Beats Festival 2026 Dworek pod Wiechą, Kawęczyn k. Warszawy 7-9 sierpnia Bilety: www.africanbeats.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Powrót do maczugi
Kamil Białaszek za pomocą „Hamleta” demaskuje pokolenie Z Stanisław Wyspiański, projektując inscenizację „Hamleta”, napisał znamienne słowa: „W Polsce zagadką »Hamleta« jest to: co jest w Polsce – do myślenia”. To zdanie stało się kluczem interpretacyjnym dla Andrzeja Żurowskiego, który, uznawszy, że Szekspir jest najbardziej polskim dramaturgiem, głosił, iż w Polsce zagadką Szekspira jest to, co jest w Polsce do myślenia. W ten sposób, rozszerzając tezę Wyspiańskiego, dowodził, jak w kolejnych inscenizacjach, szczególnie w XX w. i dzisiaj, odzwierciedlają się polskie dylematy, rozterki, dążenia. I rzeczywiście, kiedy śledzi się fale zainteresowania polskich reżyserów dziełami Szekspira, nietrudno zauważyć, że przypływy (i odpływy) wzięcia niektórych tytułów mówią coś więcej o świecie społecznym niż sam wzrost zaciekawienia takim czy innym dramatem. I to niezależnie od intencji twórców. 20 lat temu tragedią, która wyszła na czoło inscenizacji szekspirowskich, okazał się „Makbet”, swego rodzaju komentarz zawieruchy dziejowej, jaką była polska transformacja ustrojowa. Rzecz jasna, był to komentarz symboliczny, a nie bezpośredni. Świat w szekspirowskim „Makbecie” bowiem to koszmar absurdu. To świat, w którym z dnia na dzień można się stać nie tylko mordercą, ale i człowiekiem o rozdwojonym języku: oficjalnym, reprezentowanym wobec innych, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wolność-obecność: Remigiusz Grzela z Nagrodą im. Karoliny Beylin
Zarząd Oddziału Warszawskiego przyznał w tym roku Nagrodę im. Karoliny Beylin Remigiuszowi Grzeli – jest on piątym zdobywcą tej najmłodszej nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, ustanowionej z myślą o wyróżnianiu wybitnych dziennikarek i dziennikarzy z Warszawy i Mazowsza, szczególnie silnie związanych z regionem, miejscem pracy i aktywności. Uroczystość wręczenia nagrody w warszawskim Domu Dziennikarza zgromadziła licznych przedstawicieli tego zawodu, przyjaciół i wielbicieli talentu znakomitego dziennikarza, mistrza sztuki wywiadu – obecna była m.in. Ewa Błaszczyk, kreująca tytułową rolę w jego monodramie „Oriana Fallaci”, granym od dziewięciu sezonów w Teatrze Studio. Remigiusz Grzela ma na koncie wiele błyskotliwych zbiorów wywiadów i biografii artystów, m.in. Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata czy Barbary Krafftówny. W jego książkach czuje się „zapach czasu”. Autor nie ucieka od spraw trudnych ani zawikłanych, ale uchyla się od jakichkolwiek ocen. To istotny rys jego twórczości. Nie stawia się w roli sędziego, wymierzającego sprawiedliwość opisywanemu światu i ludziom. Nie dlatego, że nie ma poglądów – dość zerknąć na jego wpisy w mediach społecznościowych, by znikło najmniejsze podejrzenie, że unika ujawniania swojego stanowiska. Ale też świadomie oddaje się pisarstwu z punktu widzenia „czułego narratora”, jak to ujęła w swoim wykładzie noblowskim Olga Tokarczuk. „Przypuszczam, że mianownikiem twórczości Remigiusza Grzeli – powiedział Tomasz Miłkowski, przewodniczący Oddziału Warszawskiego SDRP w laudacji – swoistym lepiszczem wielu jego zatrudnień i poszukiwań są idee wolności i obecności. To go napędza i otwiera na wciąż nowe, frapujące spotkania. A nam, czytelnikom, niesie satysfakcję”. Gratulacje Remigiuszowi Grzeli złożyli m.in. sekretarz generalny Zarządu Głównego SDRP Andrzej Maślankiewicz i prof. Artur Krajewski, doradca ministry kultury i dziedzictwa narodowego. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Tajemnice „Japonki” Pankiewicza
Nic tak nie podnosi ciśnienia jak kwota z sześcioma zerami, a tu jest możliwość dołączenia nawet siódmego. Na stronie domu aukcyjnego DESA Unicum pojawiła się informacja: Józef Pankiewicz (1866 Lublin – 1940 La Ciotat, Francja). „Japonka”, 1906-08, olej/płótno, 199 x 93 cm, sygnowany p.d.: Pankiewicz, inne historyczne tytuły: „Japonka z wachlarzem”. Estymacja: 12 000 000 – 20 000 000 zł. Numer obiektu na aukcji – 8. Komentarz DESY: To oznacza, że „Japonka” ma szansę stać się jednym z najdrożej sprzedanych obrazów w historii polskiego rynku sztuki. Warszawa, Piękna 1A Każdy może sobie bezpłatnie obejrzeć dzieło Pankiewicza do 18 czerwca, kiedy o godz. 19 odbędzie się aukcja. W siedzibie DESA Unicum przy ul. Pięknej 1A w Warszawie, obok kilkudziesięciu mniejszych płócien słynnych polskich malarzy (Boznańska, Hofman, Makowski, Mehoffer i inni), które szykowane są na aukcję sztuki dawnej pod hasłem: XIX w., modernizm, międzywojnie. W oddzielnym boksie znajduje się ONA, kobieta w japońskim kimonie obrócona do nas tyłem, trzymająca w ręku okrągłe lusterko, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Winny jestem losowi wdzięczność
Nagroda krytyków teatralnych dla Mirosława Baki Marka artystyczna Mirosława Baki jest stała i podkreślana przy okazji niemal każdego nowego spektaklu teatralnego. Aktor prawie 40 lat udowadnia, że jego wymagający zawód może być najwyższej próby, a rzemiosło w tym zawodzie w jego wykonaniu to klasa sama w sobie. Hamlet wiele wytrzyma Dojście do takiego poziomu, jaki dzisiaj prezentuje Baka, to lata różnych doświadczeń, wyrzeczeń, upadków w sensie dosłownym i przenośnym, ale przede wszystkim wielu znaczących sukcesów. Od tych ostatnich mogło zawirować w głowie, ale nie zawirowało, choć artysta dość odważnie przyznaje, że bywa próżny. Wielką radość sprawił mu album wydany z okazji 50-lecia festiwalu w Cannes, gdzie jest jego zdjęcie z pokazywanego tam w maju 1988 r. słynnego „Krótkiego filmu o zabijaniu” w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego. Jednak owej okolicznościowej „próżności” nie zauważyłam na scenie. A mam to szczęście, że mogę obserwować od początku teatralne zmagania Mirosława Baki, a i filmowe i telewizyjne nie są mi obce. Kiedy się spotkaliśmy? W Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, w pierwszym sezonie Mirka Baki w tym zespole, a więc był to rok 1988. Oczywiście nie od razu zauważyłam jego wielkie możliwości sceniczne. Szczupły (do dzisiaj), wysoki blondyn, o chłopięcej aparycji, skupiony i uśmiechający się z pewną nieśmiałością, nie brylował w zespole, w którym prym wiodły gwiazdy. Ale usłyszałam już wtedy tembr głosu, który łatwo było mi zapamiętać. Dusza radiowca jest we mnie do dzisiaj. Kiedy polska sekcja Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT) działająca przy Stowarzyszeniu Dziennikarzy RP jednogłośnie, bez jakichkolwiek wątpliwości uznała – choć krytycy teatralni, jak wiadomo, miewają różne zdania – że Nagroda im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego za wybitne osiągnięcia aktorskie w dziedzinie sztuki teatralnej powinna trafić właśnie teraz do Mirosława Baki, z radością przyjęłam propozycję wygłoszenia laudacji. Było to uhonorowanie artystycznego dorobku niezapomnianego gdańskiego Hamleta, który zapewne jako jedyny artysta sceniczny doświadczył 200 ekstremalnych prób w ciągu dziewięciu miesięcy, nim w 1996 r. w Teatrze Wybrzeże doszło do premiery spektaklu w reżyserii Krzysztofa Nazara. Przygotowania okazały się prawdziwym sprawdzianem wytrzymałości fizycznej i artystycznej. Po kilku latach (2000) doszła jeszcze tytułowa rola w „Ryszardzie III”, również w reżyserii Nazara. Przedstawienie to określano jako „oddziałujące na wszystkie zmysły widzów”, choć nie dyskutowano o nim tak zażarcie jak o „Hamlecie”. O tych dwóch realizacjach Mirek Baka napisał pracę magisterską (nieco spóźnioną, bo powstała ona 25 lat po zakończeniu studiów we wrocławskiej PWST), którą zadedykował reżyserowi. Krótkie CV Bakersa Mirosław Baka ma 62 lata. Urodził się w Ostrowcu Świętokrzyskim, a miasto dumne z dokonań byłego mieszkańca uczyniło go w ubiegłym roku honorowym obywatelem. Rodzinnie nie miał kontaktów teatralnych. Mama pracowała w kiosku, tata i dziadek w hucie, a on chętnie spędzał swój młodzieńczy czas z dziadkami i pradziadkami. W Ostrowcu pobierał pierwsze ważne nauki. Był aktywnym harcerzem, doszedł do stopnia podharcmistrza, ale również demonstrował indywidualność kontestatora i zdarzało mu się obrywać za brak pokory. Przywiązanie do własnych zasad i „bycia sobą” stanowiło jego kredo nie tylko w tamtych latach. Przez jakiś czas trenował w Ostrowcu w drużynie piłki wodnej. Był także gorącym kibicem kobiecej drużyny siatkówki w swoim liceum. Pisał wiersze dla wybranych koleżanek… i doświadczał młodzieńczej fascynacji teatrem. W podstawówce recytował wiersze na apelach i w konkursach, w liceum rozśmieszał w szkolnym kabarecie. Po maturze do szkoły teatralnej w Warszawie (dzisiejszej Akademii Teatralnej) dostał się bez problemów, ale po pierwszym roku wyrzucił go rektor Andrzej Łapicki, ponoć za namową pani Mai Komorowskiej, bo uznali, że nie jest odpowiednim „materiałem” na aktora. Łapicki określił to po latach jako swój „błąd pedagogiczny”, a Baka uważał, też po latach, że ten zimny prysznic porażki był ważny. Zaczął więc naukę w różnych szkołach policealnych w Ostrowcu: m.in. elektrycznej, wychowania przedszkolnego, był też ratownikiem w pogotowiu. To doświadczenie uważa za nader cenne, bo na jednym dyżurze mogła się zdarzyć kondensacja wielu emocji, które są tak ważne w zawodowym doświadczeniu aktora. Drugie podejście do aktorstwa to wydział zamiejscowy krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Tę uczelnię skończył bez problemu. Na pierwszym roku oficjalnie zadebiutował w filmie Mirosława Borka „Daleki dystans” (1985), na drugim zagrał w serialu „Ballada o Januszku”, a na trzecim Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Artyści do przemysłu
Strzemiński i artystyczna szkoła przyszłości Biblioteka Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych to przez długi czas jedynie kilka szaf na korytarzu, które studenci i profesorowie zapełniają własnymi książkami przyniesionymi z domów. Inne pomoce naukowe też są z darów; zdobyczny szkielet ludzki przydatny na zajęciach z anatomii studenci pieszczotliwie nazywają „Stefankiem”. Kto może, dokłada cegiełkę do tej wymarzonej i długo w Łodzi wyczekiwanej akademii. Plany utworzenia nowoczesnej artystycznej szkoły wyższej były dyskutowane w środowisku łódzkich twórców jeszcze w 20-leciu międzywojennym. Miała być nowoczesna w najlepszym znaczeniu tego słowa, wzorowana na zdobyczach niemieckiego Bauhausu i rosyjskich uczelni artystycznych, zreformowanych po rewolucji. W tych moskiewskich studiowali przecież Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński. Starali się przekazać swoje doświadczenia w programach nauczania dla szkół średnich i zawodowych w Koluszkach i w Łodzi, gdzie pracowali, w rozmowach z dyrektorami tych placówek oświatowych i z innymi twórcami. Uczyli podstaw: wiedzy o kolorze, fakturach malarskiej i materiałowej, kompozycji, tworzenia monogramów; poruszali bardziej skomplikowane kwestie, jak kompozycja architektoniczna, omawiali formy przedmiotów i figury ludzkiej według zasad kubizmu analitycznego. Praca pedagogiczna była dla obojga Strzemińskich głównym źródłem utrzymania; znajdowali w niej powołanie, a nawet satysfakcję, w każdym razie mieli w dziedzinie edukacji zasługi, wystarczy przywołać pochlebne recenzje z przeglądu szkół zawodowych podczas wystawy wyrobów przemysłu artystycznego i przedmiotów codziennego użytku w Warszawie w 1931 r. „Wszyscy znają prace Bauhausu – czytamy w piśmie „Architektura i Budownictwo”. – Mało natomiast wiadomo o trwającej od kilku lat analogicznej pracy w szkole przemysłowej w Koluszkach. Zawdzięczając kierownictwu artystycznemu wybitnego teoretyka i plastyka Władysława Strzemińskiego oraz p. K. Kobro, osiągnięto tam wyniki pod względem plastycznym wyższe niż w Bauhausie, ponieważ oparte o ścisłą naukę formy nowoczesnej, która znalazła swój wyraz w ściśle u nas opracowanym programie”. (…) W Łodzi Katarzyna Kobro pracowała w liceum gospodarczym i szkole gospodarczej. Awangardowa artystka, twórczyni nowoczesnej koncepcji rzeźby, uczyła estetyki wnętrz dziewczęta przygotowujące się do pracy w hotelarstwie czy do prowadzenia domu. Własne mieszkanie Strzemińskich oryginalnie zakomponowała: „Płaszczyzny ścian, sufitów i podłóg zostały podzielone na kwadraty i prostokąty i pomalowane na biało, szaro, niebiesko, żółto i czarno – wydzielono w ten sposób funkcje poszczególnych części pokoi”. Z kolei Strzemiński kierował Miejską Dokształcającą Szkołą Zawodową Grafików nr 10, w której nauczał zasad drukarstwa funkcjonalnego. Przeciętna zawodówka dzięki jego staraniom i włączeniu do kadry nauczycielskiej artystów Stefana Wegnera, Karola Hillera i Zenobiusza Poduszki ogromnie zyskała. Do szkoły tej uczęszczała młodzież pracująca – relacjonuje Anna Wegner-Sumień, córka malarza Stefana Wegnera – czeladnicy z różnych zawodów rzemieślniczych: drukarze, introligatorzy, malarze ścienni, grawerzy, Fragmenty książki Małgorzaty Czyńskiej Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy, Marginesy, Warszawa 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Mono w językach obcych
Teatr jednego aktora wraca do Krakowa Niemiecki krytyk Dieter Topp po obejrzeniu „Pana Tadeusza” na Krakow Fest 2026, Międzynarodowym Festiwalu Monodramu, nazwał wykonawcę, Mateusza Nowaka, królem polskiego monodramu. Porównał jego pozycję w polskim teatrze jednego aktora do pozycji króla monodramu brytyjskiego, którym w jego przekonaniu jest Pip Utton. To coś więcej niż komplement, bo oznacza, że epos Adama Mickiewicza przemówił do krytyka, który nie zna języka polskiego, a mimo to odczuł jego urodę. Nie pokrzepiamy serc Mateusz Nowak występował w Krakowie poza konkursem jako jeden z dzisiejszych majstrów gatunku. Do pozycji mistrzowskiej szedł z ruchu amatorskiego, debiutując monodramem „Teatralność” (2011), za który podczas toruńskiego festiwalu teatrów jednego aktora został nagrodzony Szczeblem do Kariery. Nagrodę tę zainicjował i wylansował Wiesław Geras, dyrektor najważniejszych festiwali monodramu, starając się za jej pośrednictwem wydobywać z cienia najbardziej obiecujące talenty objawiające się w ruchu teatrów jednego aktora. Zanim Nowak zdecydował się na debiut w teatrze jednoosobowym, przez kilkanaście lat brał udział w konkursach recytatorskich, zbierając na nich kilkadziesiąt nagród. Kiedy był już gotów, razem ze Stanisławem Miedziewskim, reżyserem i współscenarzystą wszystkich jego monodramów, przygotował „Teatralność”. Po debiucie kolejnymi monodramami potwierdził swoje dyspozycje aktorskie w tym specyficznym gatunku, zdobywając liczne laury na międzynarodowych festiwalach, szczególnie za głośny spektakl „Od przodu i od tyłu” według książki Karola Zbyszewskiego pod tym samym tytułem, ukazującej proces rozpadu szlacheckiej Rzeczypospolitej. To opowieść o polskich omamieniach, prywacie, korupcji, bigoterii i krótkowzroczności, która ma nie tylko walor pouczającej lekcji historii. Unosi się nad nią duch Gombrowicza z jego krytycznym, groteskowym ujęciem polskości. Podobną aurę tworzy Nowak w monodramie według „Pana Tadeusza”, który wcale nie jest miłą gawędą ku pokrzepieniu serc, jak mogłoby się wydawać; zawiera sporo akcentów o gorzkiej wymowie, dalekich od radosnego delektowania się przeszłością. Scenariusz został zamknięty ramami epopei: od inwokacji do epilogu, choć wiele wątków siłą rzeczy zostało pominiętych, jak choćby malownicze grzybobranie, barwny obraz zaścianka, zajazd i bitwa czy dramatyczna spowiedź Jacka Soplicy. Podobnie rzecz się ma z postaciami, nawet tak soczystymi jak Gerwazy czy Jacek Soplica vel ksiądz Robak, dla których niemal nie starczyło miejsca. W głównych rolach obsadzone zostały inne postacie, które kolorową kreską maluje Mateusz Nowak: Telimena, Zosia oraz Pan Tadeusz, Sędzia, Wojski i Jankiel. Historia tak skomponowana wysunęła na plan pierwszy starcie między Polską odchodzącą, sklerotyczną krainą Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
AKTUALNOŚCI
WięcejSaszetki nikotynowe: niebezpieczny trend czy alternatywa dla palaczy?
Prof. Łukasz Balwicki, lekarz, specjalista zdrowia publicznego, Gdański Uniwersytet Medyczny Saszetki nikotynowe to produkt przemysłu tytoniowego, stworzony by utrzymać pozycję branży na rynku coraz bardziej świadomych zdrowotnie konsumentów. Wprowadzane wyroby mają przyciągać młodych użytkowników atrakcyjnym wyglądem i różnorodnymi smakami, budując bazę klientów uzależnionych na lata. Co warto podkreślić – nie są one obojętne dla zdrowia. Zawierają toksyczną nikotynę, która silnie uzależnia oraz oddziałuje zarówno miejscowo na błonę śluzową jamy ustnej, jak i ogólnoustrojowo, m.in. na układ sercowo-naczyniowy. Jedyną rekomendowaną przez środowiska medyczne możliwością jest całkowite zaprzestanie nałogu. W tym celu zaleca się metody o udowodnionej skuteczności, w tym odpowiednią farmakoterapię zwiększającą szanse na trwałe wyleczenie. Dr Magdalena Cedzyńska, kierownik Poradni Pomocy Palącym w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie Saszetki reklamuje się jako produkt dla osób, które chcą rzucić palenie. W rzeczywistości to jednak zabieg marketingowy. Chodzi o to, by uzależnieni mogli bezkarnie przyjmować nikotynę tam, gdzie nie wolno palić. Co gorsza, przez atrakcyjne smaki i dyskrecję te wyroby celują w nastolatków. Saszetki zawierają duże dawki nikotyny; jednorazowe użycie dostarcza więcej nikotyny niż wypalenie jednego papierosa. Substancja ta silnie uzależnia i dewastuje młody mózg – upośledza pamięć, pogarsza zdolności poznawcze i wywołuje impulsywne zachowania. Choć producenci chwalą się brakiem procesu spalania, to jednak brak twardych dowodów na szkodliwość nie oznacza bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o ich wpływ na zdrowie na razie mamy więcej pytań niż odpowiedzi. Angelika Kołomańska, psycholożka, psychoterapeutka CBT, Klinika USWPS Nikotyna jest substancją o wysokim potencjale uzależniającym. Jej działanie polega między innymi na pobudzaniu układu nagrody poprzez zwiększenie uwalniania dopaminy, co wzmacnia odczuwanie przyjemności i sprzyja utrwalaniu zachowań prowadzących do ponownego stosowania nikotyny. Z tego względu regularne używanie saszetek nikotynowych może prowadzić do rozwoju uzależnienia. Badania z zakresu psychologii uzależnień wskazują, że część użytkowników sięga po nikotynę w celu regulowania emocji, zmniejszenia odczuwanego stresu lub poprawy koncentracji. Choć nikotyna może wywoływać krótkotrwałe poczucie ulgi i zwiększać czujność, efekty te mają charakter przejściowy i nie rozwiązują źródła problemów psychologicznych. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Listy od czytelników nr 28/2026
To wielka umiejętność – skłócić się ze wszystkimi Uważam, że na linii Polska-Białoruś stroną bardziej konfliktową jest Polska. Nadmiernie wtrącamy się w białoruskie sprawy, a ,,baćka” jest pamiętliwy i stoi za nim Rosja. Władze RP muszą sobie uświadomić, że Brześć, Grodno to już nie jest terytorium Polski. Trudno też mieć pretensje do Aleksandra Łukaszenki, że wypomina Polsce mordy na Białorusinach popełnione przez tzw. żołnierzy wyklętych. To było bandyctwo i trzeba umieć przeprosić, a nie domagać się jedynie przeprosin ze strony innych narodów. Co do zachodniej Białorusi, która w dwudziestoleciu międzywojennym należała do Polski, należy powiedzieć, że tamtejsza białoruska większość nie była traktowana na równi z Polakami, którzy byli tam mniejszością narodową (naganna polityka sanacji względem narodowych mniejszości jest dobrze znana i wiemy, że nakręcała awersję do Polski i Polaków). Damian Paweł Strączyk Premier na najtrudniejsze czasy Lubię tygodnik „Przegląd”, ale tym razem nie zgadzam się z autorem. Za dużo mamy pomników, z których nic nie wynika. Ponadto premier Mazowiecki odpowiada za fatalną decyzję, jaką było wprowadzenie religii do szkół ministerialną instrukcją, bez zmiany ustawy, powołanie słynnej Komisji Majątkowej, której działalność obfitowała w skandale i ogólnie za utorowanie klerowi katolickiemu drogi do zajęcia uprzywilejowanej pozycji w państwie. Odbija się to czkawką do dziś. Włodzimierz Mytnik Lepiej późno niż wcale. Premier Tadeusz Mazowiecki był Politykiem z wielkiej litery, jakich dzisiaj brak. Barbara Targosz Z UPA na piedestale Gdyby nie ZSRR, to Ukraina miała szansę być niepodległa przede wszystkim ze względu na swoją zachodnią część. A tu niespodzianka – ta sama część była poddana polskiej kolonizacji i gdyby nie Stalin, to Polacy z Ukraińcami mieliby spór podobny do tego w Irlandii. Nacjonalizm ukraiński rodził się w tych czasach, kiedy Polacy byli dla Ukraińców kolonizatorami. (…) Nacjonalizm jest straszną chorobą ale sami jej ulegamy, nawet w tym, jak nie rozumiemy innych nacjonalizmów, tylko własny wynosimy na pomniki. Łukaszko Walczuk Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Komu można ufać, a komu nie?
Nasz czy ich? Takie zawsze jest pierwsze pytanie, czy to prezydenta, czy premiera, gdy jadą z wizytą zagraniczną i wiadomo, że będzie ją przygotowywała miejscowa placówka. A tu można dużo – już na etapie organizowania spotkań, doboru rozmówców, gości. Można daną wizytę podbić albo uczynić ją mało zauważalną. Szef placówki może tu wiele, zwłaszcza jeśli na swojej robocie się zna. I teraz jedzie Karol Nawrocki na szczyt NATO do Turcji, pytanie zasadnicze brzmi zatem, jak będzie. W przypadku Ankary Nawrocki może odetchnąć. W Turcji mamy pełnego ambasadora, jest nim Maciej Lang, zawodowy dyplomata. I to z CV długim jak u mało kogo. Był ambasadorem w Turkmenistanie, Afganistanie, Kazachstanie, Turcji, Rumunii i znów od roku 2023 jest w Turcji. Dodajmy – placówki opuszczał przed czasem, na żadnej nie dotrwał do końca zwyczajowej czteroletniej kadencji. A dlaczego? Bo inne obowiązki go wzywały. Na przykład w roku 2021, gdy był ambasadorem w Bukareszcie, otrzymał wezwanie od ministra Raua i pojechał do Kabulu, z którego uciekali Amerykanie. Tam kierował ewakuacją polskich obywateli. To była poważna operacja: 52 loty wojskowe, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Parafia dla specjalisty od bruzd
Czym sobie zawinił warszawski Plac Narutowicza, że na proboszcza Parafii św. Jakuba Apostoła rzucono tam skandalistę? I to takiego z najwyższej półki. Z jednej strony ks. prałat Franciszek Longchamps de Bérier to profesor doktor habilitowany, wykładowca na UJ i UW, członek PAN. Kawaler Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski (od prezydenta Dudy) i adresat lizusowskiego listu od Nawrockiego na 25-lecie święceń. A z drugiej strony nowy proboszcz jest autorem wyjątkowo obrzydliwych słów. Choć minęło 13 lat od wywiadu dla „Uważam Rze”, ciągle trudno uwierzyć w to, co powiedział: „Są tacy lekarze, którzy po pierwszym spojrzeniu na twarz dziecka wiedzą już, że zostało poczęte z in vitro, bo ma dotykową bruzdę, która jest charakterystyczna dla pewnego zespołu wad genetycznych”. Po takich słowach ksiądz prałat powinien pokutować w klasztorze, a nie rządzić prestiżową parafią. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Anna Paluch i mieszkanko za 116 zł
Kto tak uparcie puka spod dna? Anna Paluch, posłanka PiS od sześciu kadencji. Tak biedna, że mysz kościelna jest przy niej krezusem. Choć Paluch w Sejmie zarabia ok. 25 tys. zł miesięcznie. Choć buduje dom o powierzchni 180 m kw. Choć ma działkę leśną i dwie budowlane o wartości ok. 240 tys. zł. I z tej biedy od ponad 30 lat zajmuje mieszkanie komunalne w centrum Krościenka nad Dunajcem. Nie zgadniecie, ile ta bidula płaci za lokal o powierzchni 38,3 m kw. Miesięcznie 116 zł 43 gr! Promocja ekstra dla polityków PiS. A potrzebujący z Krościenka ciągle czekają na lokal komunalny. I będą czekać, bo z bezczelną pisówką nikt nie może sobie poradzić. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Promocja
WięcejŚwiatowa wiedza na wyciągnięcie ręki. Edukacja bez granic w Wyższej Szkole Kształcenia Zawodowego
Artykuł sponsorowany Wiedza jest wartością uniwersalną, która łączy ludzi niezależnie od tego, w jakim miejscu na świecie się znajdują. Taka idea przyświeca Wyższej Szkole Kształcenia Zawodowego, która aktywnie angażuje się we współprace z zagranicznymi ekspertami – jako
Jak komputery sprawdzają nasze wnioski o pożyczkę?
Artykuł sponsorowany Wokół pożyczek internetowych krąży mnóstwo opowieści. Jedni uważają, że pieniądze w sieci rozdaje się każdemu, kto wypełni krótki formularz, inni szukają w tym sposobu na szybkie wyjście z finansowych dołków. Jak jest naprawdę?
Pożyczanie poza sektorem bankowym. Jak bezpiecznie i zgodnie z prawem poruszać się po rynku?
Artykuł sponsorowany Zarządzanie domowym budżetem w czasach dynamicznych zmian gospodarczych bywa sporym wyzwaniem. Każdemu z nas może przydarzyć się sytuacja, w której pilnie potrzebuje dodatkowego zastrzyku gotówki na niespodziewany wydatek, czy to nagła naprawa samochodu, czy opłacenie rachunków.
Ile smaczków dziennie może zjeść pies, żeby nie przytyć?
Artykuł sponsorowany Trening, budowanie więzi czy po prostu chęć sprawienia przyjemności swojemu czworonożnemu przyjacielowi – istnieje wiele powodów, dla których sięgamy po smaczki. To doskonałe narzędzie motywacyjne i świetny sposób na urozmaicenie dnia. Jednak jako odpowiedzialni opiekunowie
Dom w rarytasach 6 (E) – mała parterówka z pomysłem na wygodne życie
Artykuł sponsorowany Dom w rarytasach 6 (E) to projekt domu parterowego, który pokazuje, że niewielki metraż może zapewnić bardzo wygodny układ dla rodziny. Całość została zaplanowana na jednej kondygnacji, dzięki czemu przestrzeń mieszkalna jest czytelna,














