Felietony Przeglądu
Kosmiczne bzdury
Długo mnie nie było, parę tygodni wakacyjnych – w szparach między betonowymi płytami na tarasie wyrósł obok trawsk i chwastów bujny nagietek, na metr wysoki, wielokwiatowy, mimo suszy, z nasiona, które musiało spaść z balkonu sąsiadów. Kumpel w tym samym czasie, w słomianym wdowieństwie, miał przez żonę wyznaczone zadanie dbania o kwiatki na tarasie – na wszelki wypadek podlewał je hojniej i częściej – przez co zdechły, przelane. Żadna to przypowieść, chyba tylko o tym, że natura sobie poradzi doskonale bez nas, najlepiej, żebyśmy ją zostawili w spokoju, człowiek powinien się zajmować ochroną przyrody poprzez zaniechanie, fanatyczni ekolodzy są równie groźni co bezlitośni truciciele. Często zaś ci drudzy udają tych pierwszych, greenwashing jest nową korporacyjną pandemią. Z grubsza o tym opowiada całkiem zabawna tragikomedia „Bogaci i martwi” Romain Gavrasa, syna Costy, słynnego twórcy thrillerów politycznych, skądinąd autora średnio udanej adaptacji „Małej apokalipsy” Konwickiego. Nie, żebym film szczególnie polecał, ale jeśli kto woli kino mizantropijne od czułych narracji, przełknie to bez zapitki – żadna postać nie jest tu warta funta kłaków, z nikim widz się nie zidentyfikuje, reżyser nie lubi wszystkich tak samo, a cała akcja zmierza do nieuniknionej zagłady ludzkości. Czytam właśnie szkice Wernera Herzoga wydane niedawno w tomiku „Przyszłość prawdy” (przekład Ewy Mikulskiej-Frindo), gdzie genialny reżyser, słynący z zamiłowania do kuriozów, napomyka o utopijnych planach skolonizowania Marsa. Twierdzi, że Elon Musk obiecał go zabrać do rakiety Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Brać swoje i w krzaki
46. rocznica podpisania umów gdańskich. Dwie odrębne, wrogie sobie uroczystości. Nawrocki, podobno historyk i strażnik pamięci narodowej, celebrując wydarzenie, nie wspomniał o Wałęsie. W trakcie drugich, już prawdziwych obchodów mówił Borusewicz. Bez niego nie byłoby tego strajku. Zorganizował go i na początku sterował Wałęsą, wiem, bo na gorąco zbierałem o tym materiał. Bogdan jest ojcem strajku, potem motorem zdarzeń był oczywiście Lech, pamiętam go ze stoczni. Byłem tam przez te ostatnie, najważniejsze dni. Notowałem zdarzenia, to moje ostatnie wpisy z finału. „Niedziela, 31 sierpnia 1980. Wyjeżdżamy samochodem spod stoczni. Oszołomieni, nie do końca wierzący, że to wszystko było naprawdę. Na granicy miasta patrol milicyjny obserwuje przez lornetkę numery rejestracyjne samochodów. Straszą wymarłe stacje benzynowe. W małym miasteczku ludzie mówią, że niedawno była branka mężczyzn do wojska. Noc. Wpadamy nagle w oko ulewy, ale jej szaleństwo niesie nadzieję. Po obu stronach szosy wyrósł las, rozkołysany, groźny, ale nam przyjazny. Poniedziałek, 1 września 1980. Budzę się w moim pokoju, w swoim łóżku i wali się na mnie moc wydarzeń, których byłem świadkiem. Pod ociekającym krwią, pulsującym miarowo bezdusznym sercem Moskwy dokonaliśmy bezkrwawej rewolucji”. Czy przegramy wybory w 2027 r.? Moi liczni znajomi tak czują. Było jakoś podobnie, gdy je przegraliśmy przed laty. Tusk zaczął wtedy popełniać błędy. I brakowało, jak teraz brakuje, wizji, więc baśni. Niedawno premier wymyślił „dziesiątkę na wybory”. Głównie politycy, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Po wakacjach
Zwykle sierpień nazywano sezonem ogórkowym. Główni aktorzy życia publicznego przebywali na wakacjach i tak dalece nic godnego uwagi się nie działo, że dziennikarze na siłę szukali jakichś newsów i sensacji. Tak bywało, ale od dawna już nie jest. Niby urlopy, niby Sejm nie pracuje, ale w kraju polityczna zupa pod pokrywką wrze i tylko czekać, kiedy wykipi. Zaczęła się afera Zondakrypto. Jak się skończy? Zapowiada się trzęsienie ziemi. Na razie aresztowano prezesa PKOl Radosława Piesiewicza. Przyjaciela pisowskich elit. Prezes spółki Przemysław Kral, który przejął ją po zaginionym bez wieści Sylwestrze Suszku, nazywanym „królem kryptowalut”, chce sypać. Wiadomo powszechnie, że Zondakrypto finansowało nie tylko PKOl, ale też fundacje związane z politykami PiS, i to gdy Sejm pracował nad ustawą, która miała wprowadzić kontrolę kryptowalut. Ustawą, którą Nawrocki wetował. Czy śledztwo potwierdzi, że i kampania prezydencka była finansowana z tego źródła? Czy istotnie do trzęsienia ziemi dojdzie, nie jestem pewien, na razie doszło tylko do trzęsienia portek – wielu polityków PiS, od Kaczyńskiego i Morawieckiego począwszy, próbuje od rynku kryptowalut się zdystansować. Kaczyński twierdzi, że zawsze był przeciw, Morawiecki – że wielokrotnie przed Zondakrypto i w ogóle przed kryptowalutami ostrzegał. Nie bardzo wiadomo kogo. W każdym razie nieskutecznie, i to nawet w przypadku partyjnych kolegów. Nie bardzo wierzę w skuteczność prokuratury, która bardziej studiuje sondaże poparcia poszczególnych partii i analizuje, kto wygra najbliższe wybory, niż zbiera i analizuje materiał dowodowy w sprawie, w którą umoczeni są politycy. Szczególnie politycy, którzy za rok mogą Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
KryptoPolska poluje i korumpuje
Dojrzewa i pęcznieje afera wokół firmy Zondacrypto i jej powiązań z prawicową sceną polityczną. Przedziwny szef Polskiego Komitetu Olimpijskiego posiedzi trzy miesiące w areszcie, ale pętla zaciska się na większych szyjach. Czy wsparcie finansowe dla polityków PiS i ludzi z nimi powiązanych może doprowadzić do usunięcia z urzędu prezydenta RP? Czy uruchomi serię procesów w sprawach, w których podejrzenia dotyczyły sutenerstwa, kibolskich ustawek, nadużyć urzędniczych, wyłudzenia mieszkania? Nie wiadomo, nie wiadomo. Ale z tych postępowań, niewyjaśnionych wątków, wyłania się obraz widmowego państwa polskiego. Państwa, które na miękkich nóżkach krąży wokół możnych tego politycznego cyrku, ale też potrafi pokazać zęby, kiedy na zlecenie Kościoła i dewelopera eksmituje na bruk kolejne rodziny z Osiedla Maltańskiego w Poznaniu. Tu stanowczość i brutalność policji rozlewa się ostentacyjnie. Taki jest efekt przywilejów i niekontrolowanej działalności zarobkowej Kościoła. W jakimś sensie afera z kryptowalutami jest podobna do zarobkowej działalności Kościoła, który wobec narastającego zjawiska sekularyzacji, a w konsekwencji utraty korzyści finansowych, przerzuca się na domeny gangstersko-przemocowo-deweloperskie. Łba do Jezusa już nie mają, ale do szemranych interesów – a i owszem. Kibicuje im niespełniona gwiazda polityki samorządowej, prezydent Poznania Jaśkowiak. Piesiewicz, jeden z panteonu ludzi pełniących ważne funkcje publiczne, których nigdy nie powinno im się powierzyć, nie nacieszy się za bardzo zegarkiem Patek za 40 tys. euro. W cieniu tej historii skrywa się jeszcze inny aspekt owej tendencji do powierzania ważnych funkcji w państwie nieodpowiednim osobom. Przykładem jest były prezydencki as PiS, Andrzej Duda, i jego paniczne poszukiwania kolejnej dobrze płatnej pracy, którą ostatecznie dostał w sektorze IT – i nie potrzebował do tego żadnych kompetencji. Czy lasso na Zondacrypto i jego powali na ziemię, jeśli w ogóle stoi jeszcze na nogach? Nie wiadomo, nie wiadomo. A co wiadomo? Że udało się zebrać Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wielki backlash
Nie lubię anglicyzmów, ale w tym przypadku trudno znaleźć jakieś polskie słowo, które tak adekwatnie oddałoby, o co chodzi. Backlash oznacza cofnięcie, regres, ale także reakcję na jakieś wcześniejsze działania i powrót do tego, co już było. Słowo to jest więc bardzo pojemne znaczeniowo, a mnie chodzi o to, by uchwycić wielorakie zjawiska, które pod jego znaczenie podpadają. Od dłuższego czasu bowiem nie mogę się pozbyć wrażenia, że się cofamy, że nastąpił okres negatywnej reakcji na wcześniejszy postęp. Przy czym dostrzegam ów regres głównie w sferze mentalnej, moralnej i estetycznej. W sferze technicznej i technologicznej postęp dokonuje się nieustannie, ale i tu mam wiele zastrzeżeń co do jego jakości. Powiem od razu, o co mi chodzi. Otóż wydaje mi się, że ludzkość ma np. coraz więcej narzędzi do komunikowania się i coraz mniej istotnych rzeczy do powiedzenia. W tym sensie postęp techniczno-technologiczny idzie ręka w rękę z powszechnym zgłupieniem. Od epoki oświecenia wydawało się, że świat, a w każdym razie Zachód, będzie się stawał coraz bardziej racjonalny, że to rozum, a nie przesądy czy uprzedzenia będą rządziły ludzkim działaniem. Nauka wespół z filozofią nie tylko miały nieść ludzkości nadzieję na lepszą przyszłość, ale także wskazywać standardy myślenia i odczuwania, poniżej których zejść nie można. Dziś obserwujemy zaćmienie tak pojmowanego rozumu i wejście na scenę Nowego Obskurantyzmu. Rzecz nie dotyczy jedynie upadającego prestiżu nauki i ekspansji idiotycznych teorii spiskowych czy bredni historycznych. Rozkwitają nacjonalizmy, ksenofobia i rasizm, oświeceniowy uniwersalizm humanistyczny leży w gruzach. Ponownie mamy do czynienia ze światem Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Mafia trzyma ich za gardło
Po wielu latach buty i pazernego zagarniania państwa dla siebie, czyli dla PiS, nadszedł czas rozliczeń. Czy może być coś gorszego dla wyborców prawicy niż to, co widzą po kolejnych odsłonach afery Zondacrypto? PiS szło po władzę z hasłem oczyszczenia życia publicznego z afer i oszustw. A co zrobiło? Po dwóch kadencjach jego rządów mamy wysyp takich skandali, że po wielokroć przebiły te, które były w Polsce wcześniej. Ludzie z największą nawet wyobraźnią nie mogli tego przewidzieć. Do tej pory to autorzy kryminałów łączyli w misternych intrygach świat polityki z kryminalistami i aferzystami. Czy teraz stracą zajęcie? Pewnie nie. Tyle że opowieści kryminalne mają teraz innych głośnych autorów. I to sporą grupę. Są wśród nich politycy, którzy brali kasę za załatwianie lub ochronę interesów przestępczych. Teraz będą zeznawać i opowiadać o kulisach. Mogą liczyć na wielką publiczność. Ciągle poznajemy nowe pomysły Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
SI
Nasz stosunek do zjawisk, w szczególności do tych, których do końca nie jesteśmy w stanie zrozumieć, w znacznej mierze zależy od nazw im przypisywanych. Jeśli takie zjawisko jest ważne dla nas, to i nasza kondycja od tego może zależeć. Sztuczna inteligencja to niewątpliwie ważna sprawa. Nawet gdybyśmy próbowali o niej nie myśleć, media nie pozwolą, tym bardziej że być może ona już nimi rządzi. Nazywamy ją AI, z angielskiego, co daje brzmienie {ej aj}, przypominające swojskie pojękiwania – w sumie trochę odbierające potencjalną i oczekiwaną przez wielu grozę tego być może potwora. Nasze SI, trafne przez skojarzenie z chemicznym symbolem krzemu, mogłoby kojarzyć się nieco bardziej tajemniczo i niebezpiecznie. Ale szybciej przywoływałoby nazwę rozwiniętą, której polska wersja jest też u nas przyjęta powszechnie. I tu znów pewna specyficzność naszego języka może wpływać na pojmowanie całej sprawy. Artificial intelligence, intelligence artificielle, Künstliche Intelligenz czy iskusstwiennyj intiellekt dają poczucie jakiegoś kontaktu ze sztuką Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Politycy prawicy na żołdzie przestępców
Czekam na nowe hasło prezydenta Nawrockiego. Bliższe faktom i sposobowi, w jaki sprawuje swój urząd. Bo jego hasło wyborcze: „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy” tak się ma do praktyki jak Ziobro do prawa. Gdyby Nawrocki był choć przez chwilę szczery, to mógłby krzyknąć: „Po pierwsze kryptowaluty, po drugie i trzecie weto w ich obronie”. Oczywiście nie tylko tego nie powie, ale jeszcze cała Kancelaria Prezydenta została zaprzęgnięta do odwracania kota ogonem. Metoda stosowana przez PiS, Kaczyńskiego i Morawieckiego jest podobna do strategii obrony złodzieja złapanego na przestępstwie, który krzyczy: „To nie moja ręka!”. W każdym kraju, w którym obowiązują standardy państwa prawa, polityk umoczony w tak wielką aferę jak Zondacrypto byłby już po dymisji. I przed sądem. To, co się dzieje wokół Zondacrypto, skala uwikłań polityków prawicy w tę aferę, pokazuje, jak daleko nam do takiego modelu państwa. A nawet coraz dalej. Bo zarzuty dotykają najważniejsze osoby w kraju. W tym prezydenta. Argumentów do oskarżeń dostarczył osobiście, trzykrotnie wetując ustawę o kryptowalutach. Zachęcam do powtórnego odsłuchania tego, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Niemcami podszyci
„Poskrob Rosjanina, a znajdziesz Tatara”, powiadał niegdyś Joseph de Maistre. „Poskrob Polaka, a znajdziesz Niemca”, można rzec po lekturze „Naszych Niemców”, wydanej niedawno książki Macieja Falkowskiego. Jest to książka rewelacyjna, choć wydawać by się mogło, że wcale być taką nie powinna. Wszak wszystkie (no, prawie wszystkie) przedstawione tu zjawiska zostały opisane. Wszystkie (prawie wszystkie) wydarzenia były przedmiotem dociekań historyków, socjologów, językoznawców. Skąd zatem świeżość książki Falkowskiego? Nauka w Polsce nie ma na ogół przełożenia na życie społeczne. Dzieje się tak z powodu specjalizacji, poszatkowania naukowych działek, braku syntez, które – z racji ogromu opracowań – rzeczywiście wymagają wyjątkowego pisarskiego trudu. Brakuje też popularyzatorów. Zagadnienie „Niemców w Polsce” otrzymało znakomite, opatrzone dziesiątkami ilustracji opracowanie prof. Marka Zybury, ale było to ćwierć wieku temu. A przecież książka Falkowskiego – to nie tylko popularyzatorski wykład: to przede wszystkim reportaż. Autor pokazuje, że Niemcy byli w Polsce wszędzie. W Polsce – a właściwie na całym obszarze przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Na przykład na Łotwie, w Inflantach Polskich, skąd wywiodły się rody Tyzenhauzów i Platerów. Falkowski tropi te niemieckie ślady. I niemal nie mówi o naszych Ziemiach Zachodnich i Północnych – tu byłoby to zbyt oczywiste. Penetruje zwłaszcza Polskę centralną: Małopolskę, Wielkopolskę, Mazowsze, Warszawę, Łódź. Szuka starych domów, zarośniętych cmentarzy, ostatnich świadków. „Przyjechał pan o jakieś 20 lat za późno”, słyszy od mieszkańca spod Kozienic. Ale dociekliwość reportera przynosi owoce. I nagle okazuje się, że w różnych miejscach Polski skrzykują się dziś entuzjaści szukający śladów dawnego życia. A to dawne życie było nasycone niemieckością. I było pokojowe, jak pokojową była przez stulecia granica polsko-niemiecka. Niemcy w Polsce z czasem się polonizowali. Osadnicy z bawarskiego Bambergu napływali do podpoznańskich wsi od roku 1719. Język niemiecki zachowali przez kilka pokoleń, gdy jednak w czasie Kulturkampfu Kościół katolicki był w Niemczech szykanowany, wspólnota a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Pojutrza nie będzie
Obejrzałem przedpremierowo „Dziennik panny służącej”. Skądinąd Radu Jude został sprowadzony do Warszawy na warsztaty bernhardowskie w TR i przy okazji zaproszony na spotkanie po projekcji filmu. To jeden z największych artystów kina europejskiego, a pretensje można mieć do niego chyba tylko o to, że po arcydzielnych „Wszystkich w naszej rodzinie” i „Aferim!” robi wyłącznie filmy dobre lub bardzo dobre. Jego ostatnie dzieło, zrealizowane jako rodzaj uwspółcześnionych wariacji książki Octave’a Mirbau, plasuje się pomiędzy tymi dwiema kategoriami. Najpyszniejsze są jednak w filmie sceny z francuską burżuazją, która A.D. 2025, cokolwiek znużona przeciągającą się wojną ukraińsko-ruską, wyraża obawę, że „ten szaleniec Zełenski” wciągnie ją w III wojnę światową. Jakby nie mógł wziąć przykładu z cywilizowanej Francji, która przecież poddała się Hitlerowi w niewiele ponad miesiąc. Opór Ukrainy jest nader kłopotliwy; Slavoj Žižek w niedawno wydanej po polsku książce „Za późno na przebudzenie. Co nastąpi, skoro przyszłość nie istnieje” pisze wprost o wypartych pragnieniach zachodniej Europy: „Po cichu liczyliśmy, że Ukraina szybko padnie, żebyśmy mogli się porządnie oburzyć i opłakać stratę… następnie żyć po staremu. (…) Przypomnijmy sobie, jak w pierwszych dniach wojny zachodnie mocarstwa zaproponowały Zełenskiemu ewakuację z Kijowa specjalnym samolotem. Podtekst był taki, że sprawa została przegrana (więc szybko się stąd zmywajmy). Nieprzemyślana, histeryczna reakcja zdradziła prawdziwe pragnienie Zachodu – którego zaspokojenie uniemożliwił niespodziewany opór ze strony Ukrainy”. Antyukraińskie nastroje w Polsce są także rodzajem resentymentu wobec sąsiada, który zamiast załatwić sprawę „polubownie” i przystać na podyktowane przez agresora warunki rozejmu, z uporem i bohatersko prowadzi wojnę obronną już piąty rok. Naród ukraiński wykazuje bowiem wszelkie te cechy, które chcą sobie przypisywać Polacy na podstawie własnej heroizującej polityki historycznej, lecz broń boże nie chcieliby ich zweryfikować w warunkach wojennych. Žižek swoje pesymistyczne rozważania napisał jeszcze przed ponownym wyborem Trumpa na prezydenta USA, zatem nawet katastrofizm autora nie zakładał upokarzających przekomarzań Trumpa z Zełenskim, prób decydowania o wojnie ponad głowami Ukraińców, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wywiady Przeglądu
Nasza wspólna historia
Nie było państwa polskiego, ale był polski Lwów Prof. Stanisław Sławomir Nicieja – historyk biografista, autor monumentalnego, dotychczas 23-tomowego cyklu „Kresowa Atlantyda” Nie ma Kresów bez Lwowa, ale też bez Ukrainy i Ukraińców. A przecież jeszcze przed wojną mówiono o nich Rusini, wyróżniała ich przede wszystkim religia. – Współczesna Ukraina ma bardzo krótką historię. Jako osobna społeczność Ukraińcy wyraziście ujawnili się dopiero po 1848 r., czyli po Wiośnie Ludów. Markijan Szaszkewycz, Iwan Wahyłewycz oraz Jakiw Hołowacki to była ta trójca, która zaczęła udowadniać, że jest absolutnie osobny naród ukraiński i naród ten ma swój własny język. Takiego stanowiska nie akceptowali ani Rosjanie, którzy uważali, że ten język to zepsuta ruszczyzna, ani Polacy, uważający, że to zepsuta polszczyzna. Ale trzej wymienieni intelektualiści – nazwani Ruską Trójcą – nie ulegli i podjęli intensywną działalność, aby wykazać, że racja jest po ich stronie. Ruska Trójca, działająca głównie we Lwowie, postanowiła społeczność posługującą się językiem, który Rosjanie i Polacy uważali za jakieś gwarowe wynaturzenie, nazwać Ukraińcami, a państwo Ukrainą, co etymologicznie oznacza ziemię rodzimą. To państwo miało być zamknięte granicami od Charkowa na wschodzie po Przemyśl na zachodzie. Wielka idea. – Ruska Trójca i kontynuatorzy jej myśli, tacy jak Wołodymyr Barwinsky, Kost Łewycki, Julian Romanczuk czy Iwan Franko, jeden z największych pisarzy i publicystów ukraińskich, nadali tej idei wielką dynamikę. Po 1864 r. proces przyśpieszył – Ukraińcy tworzą we Lwowie swój teatr, a Anatol Wachnianin ukraińskojęzyczne stowarzyszenie społeczno-oświatowe Proswita; powstają ukraińskie gazety, szkoły, podręczniki itp. Z Kijowa do Lwowa, gdzie były nieporównywalnie większe swobody obywatelskie, przyjechał Mychajło Hruszewski, wybitny historyk, nazywany przez Polaków ukraińskim Lelewelem; napisał on dziesięciotomową historię Ukrainy-Rusi, od Jarosława Mądrego i książąt halickich. I ten naród, żyjący między Moskalami a Polakami, pomieszany, zaczął mieć swoją świadomość. – Wtedy też pojawiła się ideologia, którą Hruszewski i jego następcy wzięli na sztandary. Ukraińcy wzięli przykład z Polaków. W jaki sposób? – Miejmy świadomość, bo to absolutny unikat, że w czasie zaborów nie tylko utrzymaliśmy polskość we Lwowie, ale, mimo niewoli i braku swojego państwa, Polacy wręcz zdominowali to miasto językiem i kulturą. Miasto, w którym przecież żyło kilkanaście innych nacji. Po 1772 r. austriacka administracja zaborcza wysłała do Lwowa całe zastępy urzędników germanizatorów. Miasto miało się nazywać Lemberg, a wszystkie instytucje, z ratuszem na czele, miały szyldy w języku niemieckim. Jak opisywałem Cmentarz Łyczakowski, założony cesarskim dekretem w 1783 r., to wykazałem w swojej monografii, że przez pierwsze 40 lat nagrobki w większości miały inskrypcje w języku niemieckim. Dopiero po roku 1830 polskość zaczęła wracać falą i z roku na rok zyskiwać dominację. W mieście, w którym obok siebie żyło tych kilkanaście nacji, w tym tak dynamicznych jak Żydzi, Ormianie, Austriacy, Czesi, Węgrzy, no i rozbudzeni narodowo Rusini, przyjmujący nazwę „Ukraińcy”, Polacy wybijają się na plan pierwszy. Liczne rodziny żydowskie się polszczą, zasilając polską kulturę twórcami – jak Marian Hemar, Józef Wittlin, Stanisław Jerzy Lec, Ostap Ortwin czy Stanisław Lem – głęboko w nią wrośniętymi, głoszącymi, jak Hemar, że „polszczyzna to ich ojczyzna”. To zaskakujące? – Na przykład Żydzi wileńscy nie ulegli procesowi polonizacji, tam objawił się główny ośrodek języka jidysz, a prócz jidysz używali języka rosyjskiego. We Lwowie, stolicy austriackiej Galicji, Polacy byli namiestnikami, prezydentami miasta, rektorami uniwersytetu i politechniki, dyrektorami poczty czy dworca kolejowego. Nie było państwa polskiego, ale były dwa polskie teatry, polska filharmonia, kilkanaście polskich gimnazjów, wielkie biblioteki – Ossolińskich i Baworowskich, polskie muzea – w tym etnograficzne Dzieduszyckich, galerie obrazów, wielka Panorama Racławicka, pokazująca triumf oręża polskiego nad Moskalami. Stawiano pomniki polskim twórcom, np. Fredrze, Ujejskiemu, Mickiewiczowi. A urzędnicy cesarscy, kupcy? – Ci Niemcy i Austriacy, którzy przyjechali germanizować miejscową ludność, żenili się z Polkami i przez nie – co też jest swoistym fenomenem – byli skutecznie przerabiani na Polaków. Jak się weźmie przedwojenną książkę telefoniczną miasta Lwów, to tam co drugie nazwisko jest niemieckie Robert Walenciak r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Jerzy Domański j.domanski@tygodnikprzeglad.pl Paweł Dybicz p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl
Moja muzyka zaczęła się od szczerości
W świecie pełnym bodźców życie na własnych zasadach to najbardziej wywrotowa droga, jaką można wybrać WaluśKraksaKryzys, właśc. Sebastian Gugulski – muzyk, wokalista, kompozytor i autor tekstów. Zadebiutował w 2019 r. albumem „MiłyMłodyCzłowiek”. Laureat Fryderyka 2024 w kategorii Album Roku Rock za „+ piekło + niebo +” oraz Fryderyka 2026 w kategorii Album Roku Rock & Blues za „Tematy i wariacje”. Kim był Sebastian Gugulski, zanim stał się WalusiemKraksąKryzysem? – Byłem marzycielem. Od najmłodszych lat szukałem w sobie i wokół siebie sposobu na nazwanie oraz wyrzucenie tłumionych emocji. Zaczęło się bardzo niewinnie – od intuicyjnego układania dźwięków, czyli swobodnego komponowania. Dopiero z czasem przypadek sprawił, że właśnie w muzyce rockowej odnalazłem najpełniejsze ujście dla swojej wrażliwości. A w dzieciństwie? Jak każdy chłopak – bawiłem się w rycerza, żołnierza, strażaka czy piłkarza. Chciałem być kimkolwiek, kto dawałby perspektywę barwnego życia pełnego przygód i wyzwań. W mediach krążą różne wątki związane z twoją przeszłością. Dotyczą m.in. wypasania owiec i rodzinnych tradycji jazdy tirem. Ile w tym prawdy? – Mój tata był i jest nadal zawodowym kierowcą tira, a ja rzeczywiście przez pewien czas pracowałem jako pasterz. Z jakiegoś głębokiego dołu, w którym wtedy byłem, i z miejsca, w którym mieszkałem, bardzo ostrożnie wychodziłem do świata. Owce wypasałem w moich rodzinnych stronach, w okolicach Ojcowskiego Parku Narodowego. Kiedy zobaczyłem ogłoszenie o pracę w charakterze pasterza, pomyślałem, że dla takiego dzikusa, jakim wtedy byłem, to zajęcie idealne. Praca w naturze, w samotności, bez ciągłego zwierzchnictwa i szefostwa nad głową, dała mi wtedy potrzebny spokój. W tamtym momencie bardzo mi to pasowało. Zaczynałeś bez zaplecza – bez szkoły muzycznej i profesjonalnego sprzętu. Ile w tych początkach było walki? – Bardzo dużo. Zanim projekt WaluśKraksaKryzys ujrzał światło dzienne, skasowałem po drodze z osiem, może nawet dziesięć albumów o bardzo zróżnicowanej stylistyce – od delikatnego dream popu po surowy black metal. Tworzyłem wyłącznie do szuflady. To była żmudna szkoła wprawiania się w muzyce, polegająca na ciągłym pokonywaniu ograniczeń sprzętowych i szlifowaniu warsztatu metodą prób i błędów. A skąd wzięła się nazwa WaluśKraksaKryzys? Jedni odbierają ją jako diagnozę, drudzy – jako chwytliwą ksywkę. – Ze wszystkiego po trochu: częściowo z aktu twórczego, a trochę z tego, skąd się wywodzę. Waluś – od Walka Dzedzeja, ponoć pierwszego polskiego punka, uznawanego za chorego psychicznie, bo robił niecodzienne rzeczy w centrum Warszawy. Kraksa jest dla mnie bardzo ciekawym słowem, zaczerpniętym z wyścigów kolarskich: przez cały etap możesz prowadzić, a dosłownie na ostatniej prostej – wywalić się i cała stawka wyścigu się zmienia. Z kolei Kryzys to bezpośredni hołd dla legendarnych formacji alt-rockowych i punkowych Roberta Brylewskiego – zespołu Kryzys oraz Brygady Kryzys. Brylewski był moim, powiedzmy, duchowym mentorem. Nigdy się o tym nie dowiedział, bo nie zdążyłem go niestety poznać, ale jego wywiady i archiwalne nagrania były dla mnie pewnego rodzaju drogowskazem. Nauczyły mnie skupienia się na bezkompromisowym przekazie, na muzyce i czerpania satysfakcji z tego, że tworzy się coś prosto z serca. W tekstach mówisz wprost o alkoholu i uzależnieniach. Jak ten mroczny okres twojego życia wpłynął na twoją twórczość? – Z perspektywy czasu myślę, że tamte życiowe zakręty mimo wszystko ukształtowały moją dzisiejszą wrażliwość i mają pozytywny wpływ na to, co robię teraz. Nie chcę rozdrapywać starych ran ani gloryfikować przeszłości. Cieszę się, że udało mi się wyjść na prostą, bo dzięki temu potrafię dziś docenić zwyczajne, niepudrowane życie. Najbardziej pociąga mnie codzienność – ta prawdziwa, wolna od robienia czegokolwiek na pokaz. W filmie, książce czy muzyce zawsze szukam głosu zwykłych ludzi, którzy nie mają dyplomów szkoły muzycznej, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kustosz kresowej pamięci
Napisałem 23 tomy sagi kresowej. Piszę dalej… Prof. Stanisław Sławomir Nicieja – historyk biografista, autor monumentalnego, dotychczas 23-tomowego cyklu „Kresowa Atlantyda”. Pisze pan kolejne tomy „Kresowej Atlantydy”? – Tak, piszę rytmicznie. Przez ostatnie dwa letnie miesiące napisałem prawie połowę 24. tomu. Miastem wiodącym będzie Nowogródek i w tym rozdziale mierzę się z największym mitem i legendą polskiej literatury, a nawet historii Polski – fenomenem Adama Mickiewicza. To nie było proste. O Mickiewiczu napisano tysiące artykułów, jest sto różnych biografii. Jak powiedzieć coś oryginalnego na dziesięciu stronach? Sądzę, że znalazłem klucz! I piszę dalej. Póki oczy dają radę. Dlaczego oczy? – Bo przy tym, co robię, trzeba dużo czytać. Trzeba ściągać rzadkie rzeczy. To jest główna siła moich książek, że wyciągam opowieści z rodzinnych archiwów oraz rodzinnych samizdatów i wprowadzam je do kolejnych tomów. W swoim domu na wsi, gdzie głównie pracuję, mam w zbiorach, w bibliotece, ok. 7 tys. książek, które wydały rodziny. Czasem książka została wydana w 12 egzemplarzach, czasem w 50. Lekarz, adwokat, notariusz, inżynier na emeryturze czy rolnik pisze historię swojej rodziny, chce ją zostawić wnukom. Czasem jest tak perfekcyjny jak porządny historyk. Zawodowi historycy częstokroć lekceważą takie rodzinne wydawnictwa i archiwa. U zawodowych historyków przeważa kult archiwum państwowego oraz solidnej biblioteki naukowej. Bo można dać przypis: Archiwum Akt Nowych czy Zbiór Rękopisów z wrocławskiego Ossolineum – to ma być dowód, na jak solidnym warsztacie naukowym oparta jest monografia. A częstokroć w tych zasobach archiwalnych jest jakiś marny donos, uzłośliwiony list, plotka, faktograficzny bełt. Jest swoista sakralizacja zasobów archiwów państwowych. Ja mam do tego dystans. Często słyszę od kolegów z mojej profesji, że książki rodzinne to bajkopisarstwo. Czasami mają rację. – Owszem, są bajkopisarze, którzy tworzą biografie swojej rodziny, ale są też ludzie bardzo rzetelni, którzy mają kult faktu. Docieram do takich, zyskałem ich zaufanie, oni mi wysyłają swoje prace, ja to później wykorzystuję. Podam przykład: miejscowość Baranowicze pod Nowogródkiem. Przed wojną była tam słynna radiostacja, która toczyła walkę propagandową z radziecką stacją w Mińsku białoruskim. W ochronie polskiej radiostacji pracował Szymon Środa – polski Białorusin. Jego siostrzeniec Antoni Godycki-Ćwirko, prowadzący na Dolnym Śląsku duże ogrodnictwo, napisał na 140 stronach opartą na dokumentach historię swojego rodu, żyjącego w Baranowiczach od czasów Chodkiewicza. Wykorzystałem to, zrobiłem z tego pięć stron esencji do czytania, wykorzystałem z niej kilka zdjęć, które cudem przetrwały wojnę. Nie wziął pan wszystkiego. – Wtedy może nikt nie wziąłby mojej książki do ręki, poza rodziną. To też jest kwestia pewnych modułów, które stosuję. Bo wiem, że dziś ludzie czytają inaczej, zwłaszcza młodzież. Staram się więc do nich dotrzeć. Uznałem, że czytelnik nie musi książki czytać od deski do deski. Może ją otworzyć na 154. stronie, znajdzie tam trzy-, czterostronicowy moduł, który go zainteresuje. Znajdzie dobrze opisane zdjęcie. Z anegdotą. Jak go to zainteresuje, cofnie się albo pójdzie dalej i tam znajdzie inny moduł czy zdjęcie, które również go zaciekawi. Opowieść szkatułkowa. – Tak, dotyka pan istoty sprawy i wzorca, po który sięgnąłem – słynnej szkatułkowej powieści Jana Potockiego „Rękopis znaleziony w Saragossie”, będącej moją ulubioną powieścią, i genialnego filmu Wojciecha Hasa o tym samym tytule. Ja stosuję moduły i muszę tu wyjaśnić, co rozumiem przez moduł. Jest to krótka opowieść o człowieku, grupie ludzi czy jakimś wydarzeniu, która sama w sobie stanowi swoistą całość. Norman Davies używa w książkach określenia kapsułka – w sposób encyklopedyczny próbuje zdefiniować jakieś zjawisko czy spuentować biografię. Ma pan swoją metodę. – I ja tą swoją metodą, myślę, zdobyłem publiczność, bo jednak jestem czytany. Oczywiście nie jestem Remigiuszem Mrozem, ale „Kresowa Atlantyda” wyszła już w nakładzie ok. 250 tys. egzemplarzy, a historia Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie w ponad 300 tys. (sześć wydań). Każdy tom Robert Walenciak r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Jerzy Domański j.domanski@tygodnikprzeglad.pl Paweł Dybicz p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl Za tydzień ostatnia część rozmowy z prof. Stanisławem Sławomirem Nicieją: Dlaczego we Lwowie czczą Szuchewycza, a nie pamiętają o tych, którzy współpracowali z Polakami? Dlaczego lwowscy profesorowie nie mają swojej tablicy? Jak Zełenski zapisze się w historii? Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Musimy uczyć dzieci, jak być dobrymi obywatelami
Fragmenty rozmowy przeprowadzonej przez Wojciecha Łaskiego, fotografa i dziennikarza, z Wandą Traczyk-Stawską w 80. rocznicę wybuchu powstania warszawskiego Wanda Traczyk-Stawska – (ur. 7 kwietnia 1927 r. w Warszawie, zm. 18 sierpnia 2026 r. tamże) ps. „Pączek”, „Atma”, harcerka Szarych Szeregów, żołnierka Armii Krajowej, uczestniczka powstania warszawskiego. Psycholożka, nauczycielka, działaczka społeczna i kombatancka. Gdzie zastał panią wybuch powstania i jak pani się o nim dowiedziała? – Wybuch powstania wywołał taki entuzjazm wśród ludności Warszawy, że zawsze o tym momencie pamiętam. Powstanie mnie nie zastało – ja do niego doszłam. Byłam w konspiracji w Szarych Szeregach. Miałam wyznaczoną placówkę i rozkaz zameldowania się u „Huberta” (Aleksandra Kamińskiego, autora książki „Kamienie na szaniec” – przyp. red.). Pełniłam funkcję, o której rzadko się mówi, bardzo niebezpieczną i trudną, polegającą m.in. na ratowaniu Żydów. Gdzie się pani nauczyła strzelać i rzucać granatem? – Nauczył mnie tego kolega z batalionu „Zośka”. Był bardzo odważnym chłopcem, poległ w powstaniu. Na pary Niemcy zwracali mniejszą uwagę. Uważali, że chłopak z dziewczyną bardziej są zajęci sobą aniżeli konspiracją czy walką. Moim marzeniem było walczyć z bronią w ręku. Pracując w konspiracji, roznosiliśmy warunkowe wyroki śmierci, o czym także mało się mówi. Polskie służby, kierując się prawem, miały też za zadanie wykonywanie wyroków. Zdarzało się przecież, że zdradzali nawet ci, którzy byli w konspiracji. A do więzienia nie można było nikogo wsadzić, bo więzień nie było. Kiedy wybuchło powstanie, była pani młodą dziewczyną. Jak wyglądały pani pierwsze dni? – To był dla mnie bardzo trudny czas. Nie miałam broni, a musiałam chodzić do ludzi, którzy donosili. Nigdy nie wiedziałam, czy nie zaczną mnie bić, by wymusić informacje o tym, kto stoi za warunkowymi wyrokami śmierci. Polakom, którzy zdradzali, roznosiliśmy pisma warunkujące: albo zaprzestanie donoszenia, albo śmierć. Roznoszący te pisma byli starannie obserwowani. W Szarych Szeregach była pani jedną z osób, które roznosiły także informacje drukowane. – Roznosiłam „Biuletyn Informacyjny”. Wymyśliłam na to własną metodę: kupowałam gazetę, której treść odpowiadała Niemcom… Gadzinówkę! – …„Nowy Kurier Warszawski”, wkładałam do niego „Biuletyn Informacyjny” i mówiłam zainteresowanym kupnem o wkładce. Warszawiacy roznoszących prasę bardzo chronili. Ostrzegali: „Nie biegnij tam, bo jest łapanka” albo: „Niemcy przeprowadzają rewizję”, „Schowaj się w to Wojciech Łaski Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kustosz Kresowej Atlantydy
Piszę o miastach, w których Polacy żyli przez całe wieki Prof. Stanisław Sławomir Nicieja – historyk biografista, autor ponad 40 książek i współautor z Jerzym Janickim kilkudziesięciu filmów telewizyjnych o Kresach, jeden z najpoczytniejszych polskich historyków; senator RP V kadencji, długoletni (cztery kadencje) rektor i budowniczy Uniwersytetu Opolskiego, renowator zabytków. Autor monumentalnego, dotychczas 23-tomowego cyklu „Kresowa Atlantyda”. Zapowiadał pan, że skoro na Kresach było 200 miast i miasteczek, opisze je pan wszystkie w „Kresowej Atlantydzie”. Ile będzie ostatecznie tomów? – Niełatwa sprawa… Kiedy zaczynałem, myślałem, że zamknę to w jakichś pięciu tomach. I zrobiłem fatalny błąd, bo w pierwszym tomie zamieściłem pięć miast, duże aglomeracje, w tym trzy stolice województw: Lwów, Tarnopol i Stanisławów, a także Borysław i Brzeżany. O Lwowie, który czuję, którym przez lata się zajmowałem, napisałem 40 stron! A później o takich małych miasteczkach jak Gródek Jagielloński, Brody czy Żółkiew – po ok. 100 stron. W tym ostatnim, 23. już tomie, który skończyłem, o Chyrowie, liczącym ledwie 3 tys. mieszkańców, jest ponad 150 stron. Bo zagłębiając się w historię Kresów, natrafiłem na tak fascynującą enklawę faktów i niebanalnych życiorysów, że poniosło to szeroką falą moją opowieść. Nie potrafię więc powiedzieć, ile tomów jeszcze będzie. Pan chciałby, aby zachowano pamięć o tamtej Rzeczypospolitej. – Tak! Ale najpierw wyjaśnię, dlaczego ta „Atlantyda”. Miałem ponad 1,2 tys. spotkań autorskich, od 40 lat jeżdżę. Jedno ze spotkań, w esencjonalny sposób ukazujące problematykę, którą się zajmuję, odbyło się w Stanisławowie, czyli w Iwano-Frankiwsku. Zorganizował je lwowski konsulat. Na sali 400 osób, połowa Ukraińcy, połowa Polacy. Wśród zebranych był jeden z przywódców Prawego Sektora – partii, która narzuca dziś Ukrainie „prawdę”, że Bandera to przecież taki ich Piłsudski itd. Był przygotowany do spotkania ze mną, wszystko wiedział, jak dobry lustrator z IPN. Wiedział, gdzie się urodziłem, co w życiu napisałem, co robię. Wstał i ostro zapytał… Po ukraińsku? – Po ukraińsku. To język podobny do polskiego. Zapytał: Panie profesorze, dlaczego z uporem maniaka, i tak chcę powiedzieć ostro – maniaka, od 35 lat zajmuje się pan naszymi ukraińskimi miastami? Zaczął pan od Łyczakowa, to była książka roku, ciągle jest dodrukowywana, rozszerzana i szeroko kolportowana. A później pan się zajął Stanisławowem, Tarnopolem, Brzeżanami, Borysławiem, Drohobyczem i innymi miastami. Czy pan nie ma o czym pisać w Polsce? Nie może pan pisać o Strzegomiu, gdzie pan się urodził? Albo o Świdnicy, gdzie pan skończył liceum? Albo o Opolu, gdzie pan pracuje? A pan tu jeździ, z Jerzym Janickim zrobiliście kilkadziesiąt filmów, i dalej pan tłucze książkę za książką o naszych miastach. Pytam pana: naprawdę nie ma pan o czym pisać, tylko nam tu pisze swoją historię? Od części widowni dostał brawa, że pouczył jakiegoś Polaka, który tu się plącze i pisze. I co pan na to? – Popatrzyłem mu w oczy i powiedziałem: Proszę pana, ja nie piszę historii waszych miast. Jestem historykiem polskim i piszę historię swojego narodu. A muszę panu uświadomić, jeżeli pan jest niezorientowany, że Polska jako duże państwo europejskie, które ma tysiącletnią tradycję, nie leżała przez całe swoje istnienie w tym samym miejscu, jak leżą Francja czy Hiszpania. Polska miała pulsujące granice: inny kształt miała w czasach Piastów, inny w czasach Jagiellonów, inny w czasach Wazów. Później źle rządzona przepadła. Warszawa stała się miastem rosyjskim, Kraków austriackim, Poznań niemieckim. Przez 120 lat Polacy nie umieli odzyskać niepodległości. Wzniecali powstania, które kończyły się fiaskiem i lawiną nieszczęść. Aż wykorzystali koniunkturę polityczną i odzyskali niepodległość. Ale granice tej nowej, odrodzonej Polski były na Zbruczu, Dniestrze, Styrze, Horyniu, Niemnie… Takie było wyobrażenie o Polsce. – Gdyby wtedy ktoś powiedział, że Polska będzie nad Nysą Łużycką, uznaliby, że zwariował. Ale minęło ćwierć wieku i nie jesteśmy nad Horyniem i Niemnem, tylko nad Nysą Łużycką i Odrą. Jeżeli więc pan wymaga ode mnie – mówiłem do tego Ukraińca – żebym pisał tylko o miastach, o państwie, w którym żyję, to pan wymaga, żebym wyciął sobie trzy czwarte mózgu. Bo gdzie urodzili się Moniuszko, Kościuszko, Słowacki, Zapolska, Grottger, Hemar, Herbert? Mogę do rana wymieniać wielkie nazwiska tych wszystkich Piłsudskich, Paderewskich, Chodkiewiczów czy Żółkiewskich. Ja nie piszę o waszych miastach. Piszę o miastach, w których Polacy żyli przez wieki i zostawili tam wyraziste ślady swojej obecności, m.in. w postaci świątyń, szkół, uczelni, pałaców, twierdz, cmentarzy itp. Odtwarzam Robert Walenciak r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl, Jerzy Domański j.domanski@tygodnikprzeglad.pl, Paweł Dybicz p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl Za tydzień druga część rozmowy z prof. Stanisławem Sławomirem Nicieją: Fenomen Lwowa – dlaczego wygrał z Krakowem? Uniwersytet Jana Kazimierza – zazdrościł nam go cały świat! Chyrów, Złoczew, Tłumacz, Kołomyja… Tajemnice Galicji – dlaczego ludzie piszą historie swoich rodzin? Ci nieopisani skazani są na zapomnienie. Czyli historia ludzi ważniejsza jest niż historia systemów. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Archipelag dramatów i gniewu
Zapomniane bohaterki polskiej alternatywy Magdalena Czubaszek – niezależna dziennikarka i reportażystka, absolwentka Instytutu Kultury Polskiej UW oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Autorka książki „Będziesz wrzeszczeć. Dziewczyny na polskiej scenie alternatywnej lat 80.” Jeden z rozmówców w pani książce zapytał: „Po co pani opowiada porażkę?”. Inni mówili, że baby zawsze się kłócą i „im się nie chciało”. Kiedy to czytałam, narastało we mnie poczucie gniewu. – Cieszę się, że udało mi się trochę tego gniewu na panią przelać. Podczas lektury innych książek o historii polskiej sceny muzycznej miałam wrażenie, że kobiety były jedynie dodatkami do męskich opowieści. Ten wzór mnie denerwował. – Nie wszyscy mężczyźni zachowywali się tak samo, ale większości z nich trudno było uznać kobiety za osoby, które mogą mieć jakiś życiorys. Gniew towarzyszył mi przez dłuższy czas pracy nad tym tematem. Z czasem, gdy poznałam historię Ireny Jagiełki (trębaczka i gitarzystka basowa – przyp. red.), pojawił się namysł, czy w ogóle ten reportaż może kogoś uratować. Wiedziałam, że nie, ale biłam się z myślami, czy nie spróbować tekstu interwencyjnego, bo Irenka żyła w strasznej nędzy. Z urywków gazet, kaset i wspomnień odzyskiwała pani historie kobiet. Co panią napędzało? – Na początku niedosyt. Przeczytałam „Dziką rzecz” Rafała Księżyka i choć dużo się z niej dowiedziałam, wątki kobiece wydały mi się zbyt grzecznie opowiedziane. Później podczas siedmiu lat pracy nad książką te emocje się zmieniały. Wiedziałam na co się piszę – że będzie to wydrapywanie informacji niemal spod ziemi, ale nie chciałam pisać kroniki, lecz pokazać sytuację tych kobiet – czym żyły i oddychały w latach 80. Z tej ciekawości i złości powstała książka. Lubię gniew jako punkt uderzenia, energię do działania. To ona popchnęła mnie do pracy i wyciągania z szafy zapomnianych historii kobiet. Ale potem się wyczerpała. Gdy już intensywnie pracowałam nad wywiadami, ich historie stały się moimi historiami. Zastanawiałam się, jak to było być kobietą w latach 80., mieć dzieci albo mieć je w drodze i do tego grać muzykę. Dla mnie to była osobista nagroda, że mogę zajmować się kobiecym dziedzictwem. Kilka kobiet odmówiło pani rozmowy. Dlaczego nie chciały mówić o ówczesnej aktywności? – Myślę, że to efekt ducha tamtych czasów. Od mężczyzn wymagano, żeby byli aktywni, silni i twardzi, a kobiety miały być ciche i grzeczne. Domyślam się, że mogły czuć pewien dysonans w sytuacji, kiedy pojawia się obca osoba, zadaje pytania i pcha je na pierwszy plan. Nie każda była na to gotowa. Kobiety z tego pokolenia, nie tylko muzyczki czy artystki, rzadko mówią, co myślą. Mają przekonanie, że są bezwartościowe, za wszystko przepraszają i wolą zostać z boku, bo nie czują się komfortowo w świecie, który cały czas sprawdza ich kompetencje. A może obawiały się odbioru? – Jest to pewien trop. Wiadomo, że nie są to osoby po dwudziestce, ale po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce. Żyją domem, mają wnuki, pracę, która nie jest dla nich najważniejsza na świecie. Łączą w sobie dwie postacie: stateczną panią w sile wieku z tamtą pełną buntu Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kitu nie wciskałem
Dotrzymujemy słowa – to rzecz najważniejsza Janusz Czerwiński – ur. 24 października 1936 r., zawodnik, trener piłki ręcznej. Jego drużyna zdobyła trzecie miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu w 1976 r. Następnie trenował reprezentacje Islandii (1976-1977) i Grecji (1984-1987). Prezes Związku Piłki Ręcznej w Polsce (1988-1996, od 1996 prezes honorowy ZPRP), rektor Akademii Wychowania Fizycznego w Gdańsku (1981-1984 i 1996-2002), profesor zwyczajny. Jak pan trafił do piłki ręcznej? – Byłem też koszykarzem. Nawet nieźle mi szło. Ale wie pan, w tamtych latach, po wojnie, uprawialiśmy wszystko. Począwszy od szmacianki i puszek od konserw, bo je także się kopało. Straszna bieda była. Ale umiałem się dostosować, nie narzekałem. Na studia dostałem się na AWF w Warszawie. W tym czasie grałem w Kłodzku w piłkę ręczną i – to był ewenement – weszliśmy do pierwszej ligi „jedenastek”. Wie pan, co to było? Piłka ręczna, jedenastoosobowa. – Jak weszliśmy do pierwszej ligi, to było ogromne wydarzenie na Dolnym Śląsku. Chłopcy, z którymi ten awans wywalczyliśmy, zaczęli mnie namawiać: zostań! A ja odpowiadałem: wezmą mnie do wojska! A oni: nie wezmą! Załatwimy ci wszystko! Proszę sobie wyobrazić, że wybrałem granie w Kłodzku. I oczywiście trafiłem do wojska. Ale do Śląska Wrocław nie poszedłem, bo w naszym mieście też był cywilno-wojskowy klub sportowy Nysa. Udało mi się zostać w Kłodzku i mogłem grać. Ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że muszę się pakować. Bo tu się nie rozwinę. A miałem swój cel. Marzyłem, żeby być reprezentantem Polski. I tak trafiłem do Gdańska. Sam pan tam się zgłosił? – Kolega mnie nakłonił, żeby przyjechać i zobaczyć. Bo powstaje nowy klub – Spójnia Gdańsk, do tego jest fajny trener. Przyjechałem i od razu mnie tam drapnęli. Nienajgorszy byłem. I od 1959 r. jestem w Gdańsku. Kupili pana? – To były inne czasy. Nie było pieniędzy, bajer głównie funkcjonował. Pamiętam, jak mnie namawiali: przyjdziesz, dostaniesz mieszkanie. Jakie chcesz? Drzwi w środku otwierane czy zasuwane? To ja mówię: wszystko jedno, tylko dajcie to mieszkanie. Dali? – Po trzech latach. Trzeba było cierpliwie poczekać. A co sprawiło, że zajął się pan trenerką? – Samo wyszło. Grając, zawsze obserwowałem, jak grają ci drudzy. Bo to cały czas były rzeczy nowe, których człowiek nie znał. Mieliśmy mecz ze Szwedami, którzy w tej dyscyplinie reprezentowali wysoki poziom. Patrzyłem, jakie mają nowości. Rzut ze skrzydła z odchyleniem. Jak oni to robili? Była sytuacja charakterystyczna – w obronie stwarzali luki, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Ziemie Odzyskane – sukcesy i niepowodzenia
Polityka nieinterwencji lub nadmiernej liberalizacji na tych terenach może stworzyć zagrożenie na niepokojącą skalę Prof. Andrzej Karpiński – ekonomista, zawodowo i naukowo zajmował się polityką gospodarczą państwa, prognozowaniem i studiami nad przyszłością. Wieloletni zastępca przewodniczącego Komisji Planowania przy RM i sekretarz naukowy Komitetu Prognoz „Polska 2000 Plus” przy Prezydium PAN. Autor prawie 90 książek i kilkuset artykułów tłumaczonych na wiele języków. Jakie najważniejsze wnioski wynikają z prac badawczych związanych z pana książką „Alarm dla Ziem Odzyskanych” wydaną przez „Przegląd”? – Moim zdaniem, obok potwierdzenia przełomowych sukcesów z lat 1945-2025, najważniejszym wnioskiem z tych prac jest dramatyczne wręcz zagrożenie płynące z prognozy ludności Polski, szczególnie na tych ziemiach. Wynika z niej bowiem prawdopodobieństwo głębokiej depopulacji w perspektywie do 2060 r. – czyli zmniejszenia się liczby ludności zamieszkałej w Polsce. Według szacunków łączna liczba ludności może się obniżyć z 37 mln obecnie do 30,9 mln w 2060 r., czyli prawie o jedną piątą. Wprawdzie przyczyną tego prognozowanego spadku są przede wszystkim procesy demograficzne, zwłaszcza spadek liczby urodzeń, który w ciągu ostatnich 10 lat wyniósł aż 38%, ale jest to także w dużym stopniu wynik masowej emigracji zarobkowej Polaków w latach 1994-2004. Była ona spowodowana przedwczesną i niczym obiektywnie nieuzasadnioną dezindustrializacją Polski. Jakie największe błędy według pana wówczas popełniono? – Jednym z podstawowych błędów był brak ochrony najnowocześniejszych polskich zakładów przemysłowych, mających kluczowe znaczenie dla modernizacji całej struktury przemysłu. W rezultacie po przejęciu przez zachodnie koncerny w drodze prywatyzacji zakłady te z reguły w pierwszej kolejności ulegały likwidacji. Stały się pierwszą ofiarą transformacji. Dla tych koncernów były bowiem jedyną konkurencją istniejącą na polskim rynku. Z tych samych względów zachodnie koncerny uruchomiły niezwykle intensywną kampanię propagandową, by upowszechnić u nas pogląd, że w przemyśle własność polska ma niewielki sens, a szansę na rozwój mają tylko małe i średnie zakłady. W jaki sposób likwidacja najnowocześniejszych zakładów wpłynęła na spadek liczby ludności w naszym kraju? – Ten wpływ pokazują twarde dane o emigracji. W jej wyniku Polskę opuściła znaczna liczba kobiet w wieku rozrodczym. Następstwem tego była duża liczba polskich dzieci urodzonych za granicą. Tylko w Wielkiej Brytanii urodziło się ich ok.100 tys. Przeważająca ich część nie wraca już z rodzicami do kraju. Ta depopulacja może być szczególnie odczuwalna na Ziemiach Odzyskanych. Ludność może się tam zmniejszyć z 10,2-10,4 mln w 2023 r. do 8,1-8,4 mln w 2060 r., czyli o 20%. Dezindustrializacja Polski po 1989 r. wywołała masowe bezrobocie. W szczytowym momencie objęło ono ponad 3 mln ludzi, co stanowiło najwyższy wówczas poziom w Unii Europejskiej. Walka z bezrobociem przez emigrację była klasycznym wręcz przykładem rozwiązywania i przezwyciężania bieżących trudności kosztem pogorszenia warunków dla rozwoju w późniejszym okresie. Nie brakuje u nas badaczy, którzy twierdzą, że nic się nie stanie, jeżeli będzie nas o 6-7 mln mniej niż obecnie, bo ten ubytek zastąpią automatyzacja i sztuczna inteligencja. – Znam takie opinie, ale zaręczam, że tak duży ubytek ludności musi mieć negatywne konsekwencje, zwłaszcza w przemyśle, ale i w całej gospodarce, mimo automatyzacji produkcji i usług. Badacze, o których pan wspomniał, chyba w ogóle nie zdają sobie sprawy ze skali zagrożenia dla przemysłu i sektora usług. A ten ostatni opiera się w dużej mierze na usługach świadczonych indywidualnie i niełatwo poddaje się automatyzacji. Oczywiście część luki powstałej w wyniku spadku liczby ludności możemy wyrównać – także poprzez sprowadzenie zagranicznych specjalistów, którzy chcieliby u nas pracować i się osiedlić. Nie sądzę, by to było masowe zjawisko, tacy specjaliści wybiorą się na Zachód, a Polskę potraktują co najwyżej jako punkt tranzytowy. – Tak w pewnym sensie jest już teraz. Dlaczego ubytek ludności może być największy właśnie na Ziemiach Odzyskanych? – Powód jest dość prozaiczny. Ziemie te są położone najbliżej najbogatszego rynku pracy w Europie, jakim są i nadal będą Niemcy. Dlatego, moim zdaniem, centrum Polski powinno podjąć maksymalny wysiłek, aby ten odpływ zahamować lub przynajmniej zmniejszyć jego rozmiary. Wymaga to p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Czasami czuję ten ciężar
Teatr Telewizji jest największą sceną świata Michał Kotański – dyrektor Teatru Telewizji W ostatnich dwóch latach, za pańskiej dyrekcji, Teatr Telewizji stanął na nogi. Wyciągnął pan asy z rękawa. Czy osiągnąwszy tak wiele, ma pan jeszcze coś do ujawnienia przed nowym sezonem? – Program będziemy ogłaszali na początku września. Wtedy opowiem więcej o planowanych na kolejny sezon premierach, teraz dopinamy szczegóły i nie chcę jeszcze za dużo o nich mówić. Żeby mieć o czym mówić we wrześniu? – Dzisiaj mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie uda nam się najpewniej utrzymać zarówno liczbę produkcji, jak i ich poziom. Jeszcze trzy lata temu spektakle w TVP były robione szybko i za nierealne budżety. Wynikało to z niewiary decydentów w sens misji publicznej. Decyzja obecnego prezesa telewizji o zwiększeniu finansowania ambitnych projektów, rozmowy wewnątrz telewizji o tym, jak można odświeżyć formułę Teatru TV, większe zaangażowanie i współpraca innych agencji TVP – to zmienia podejście do teatru wewnątrz tej dużej korporacji, jaką jest Telewizja Polska. I co, naprawdę się zmieniło? – Zmieniło się. Zarówno, jeżeli chodzi o jakość, ale też poruszane tematy. Kiedy w pierwszym roku uruchamialiśmy niektóre produkcje, usłyszałem, że będę ekskomunikowany. Ze smutkiem konstatuję, że nadal nie jestem. Publiczność oczekuje oprócz rozrywki również poważnej rozmowy. I budowania przestrzeni, która wychodzi poza polaryzację, ogarniającą już chyba wszystkie sfery życia publicznego. O jakich spektaklach pan mówi? – O takich jak „Prałat” czy „Jak nie zabiłem swojego ojca”. Rozmowy po ich emisji, nawet jeżeli były dla niektórych mocne czy wchodziły w rejony mogące budzić kontrowersje, były potrzebne i w stu procentach spełniały definicję misji publicznej. Obecnie politycy i media w zdecydowanej większości odpuścili sobie rozmowę. Liczy się cyrk. Przy okazji warto wspomnieć, że Jacek Kurski miał przecież ambicje, żeby Teatr Telewizji był wartościowy i był mocną jednostką produkcyjną wewnątrz TVP. No ale zapału, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kupujemy drogo i nie na tę wojnę, która nam grozi
Ludzie, którzy kupowali śmigłowce Apache, nie mają pojęcia o współczesnej wojnie Kmdr Maksymilian Dura – przez 26 lat (1985-2011) służył w Marynarce Wojennej, na okrętach rozpoznawczych, szef Wydziału Dowodzenia i Łączności w Sztabie MW. Polski przedstawiciel w grupach NATO (RADHAZ, MCG-5, MSA). Obecnie ekspert w portalu Defence24. Panie komandorze, budżet MON to 200 mld zł, będzie jeszcze więcej. Czy rozsądnie wydajemy te pieniądze? Czy nie inwestujemy w rzeczy niepotrzebne albo bardzo drogie, a można by było mieć sprzęt bardziej użyteczny? – Nie można mówić o rzeczach niepotrzebnych, dlatego że praktycznie wszystko, co jest kupowane, przydaje się wojsku. Natomiast problem jest z ustaleniem priorytetów i z kupowaniem w taki sposób, aby to wszystko od razu działało. Na przykład kupujemy w tej chwili czołgi kompletnie nieprzydatne na współczesnym polu walki. Dlaczego nieprzydatne? – Nie mają możliwości bronienia się przed dronami. I teraz – zamiast kupić mniej czołgów, ale od razu takie, które byłyby przygotowane do walki jak na Ukrainie – kupiono od razu mnóstwo czołgów, a na później zostawiono decyzję, że zostaną wprowadzone systemy, które je zabezpieczą. A jeśli takich systemów nie dostaniemy? Obecnie żaden czołg nie jest przygotowany do takiej walki jak na Ukrainie. Po kilkunastu minutach będzie zniszczony. Te kilkanaście minut to czas, w którym dolecą rosyjskie drony. I gdy dolecą, tego czołgu już nie będzie. 366 Abramsów, które kupiliśmy, to cena ok. 25 mld zł. – Dlatego podaję to jako przykład. Inny: kupiliśmy Borsuki, bojowe wozy piechoty, bardzo potrzebne. Tylko nie kupiliśmy do nich żadnych systemów antydronowych, więc na taką wojnę jak na Ukrainie, się nie nadają. 15 sierpnia będzie parada wojskowa. Proszę zwrócić uwagę, czy prezentowane czołgi i wozy piechoty będą miały klatki antydronowe. Czy będą miały systemy zakłóceniowe przeciwko dronom i pancerze aktywne? Widać, że kupujemy na zasadzie: kupmy, co jest do kupienia, a potem się zastanowimy, jak to dostosować do pola walki. Tak nie powinno to wyglądać. Czyli kupujemy broń na starą wojnę, której już nie będzie? – Przykładem tego jest kontrakt na zakup 96 śmigłowców Apache. Wszyscy wiedzą, że śmigłowce bojowe na współczesnym polu walki nasyconym dronami mają niewiele do powiedzenia. A my ich kupiliśmy aż 96. To świadczy o tym, że ludzie, którzy je kupowali, kompletnie nie mają pojęcia, jak wygląda współczesna wojna. Śmigłowiec na linii frontu nie ma szans? – W ogóle tam nie doleci. Ma uzbrojenie, które może działać na odległość kilkunastu kilometrów. A pas śmierci, w którym operują drony, jest znacznie szerszy – to 15 do 20 km. Żaden śmigłowiec nie wleci w tę strefę, więc o nich zapomnijmy. Jeśli chodzi o śmigłowce Apache, nie dość, że ich zakup to 40 mld zł, czyli gigantyczne pieniądze, trzeba będzie jeszcze wyszkolić 500 pilotów, mechaników, do tego koszty serwisowania, części zamienne. – Szkolenie pilotów to ogromny wysiłek, nie wiem, jak się w tym wyrobimy. Natomiast jest jeszcze większy problem – to nie są śmigłowce proste do utrzymania. One nie mogą stać tak jak śmigłowce Mi-24, które stały pod kocami, i – jesień, zima – od razu można je było uruchomić. Z Apache’ami jest inaczej? – Jest tak, jakbyśmy wystawili telewizor na zewnątrz r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Klasyka Przeglądu
PREMIUM Historyczna rola PZPR
Przez jej szeregi przewinęło się 4,5 mln Polaków Dzieje Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie cieszą się dziś zainteresowaniem historyków, a co za tym idzie – odbiorców literatury historycznej. To smutny paradoks, że na większą uwagę mogą liczyć wynoszeni do rangi superbohaterów „żołnierze wyklęci”, a także demonizowani bez umiaru ich przeciwnicy z Urzędu Bezpieczeństwa, natomiast losy najważniejszej organizacji politycznej w XX-wiecznej Polsce są wstydliwie przemilczane lub co najwyżej kwitowane sztampowymi opiniami o „rządach komunistów podległych Moskwie”. Wielki Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Jak się skończy ta wojna
Poufne negocjacje Czy ta wojna zakończy się rozejmem, czy rozstrzygnie na polu bitwy? To pytanie pojawiło się w globalnej debacie, ledwie rosyjskie rakiety przecięły ukraińskie niebo 24 lutego 2022 r. Szybko też podzieliło świat na dwa obozy. Można nazywać przedstawicieli tych dwóch stronnictw realistami i idealistami, zwolennikami interwencjonizmu i polityki powściągliwości albo jastrzębiami i gołębiami pomocy Ukrainie – nazwy są jednak drugorzędne. Istotna była treść tego sporu. A eksperci, analityczki czy dziennikarze i emerytowani dyplomaci spierali Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Gambit Jaruzelskiego
Wszystkie cztery armie gotowe były do walki [Gen. Jaruzelski jeszcze przed stanem wojennym] część wojsk wyprowadził z koszar na poligony. Ze sprzętem, by ćwiczyły, by były gotowe do ewentualnych działań. Jakich? Gen. Dachowski1 odpowiada wprost: jednostki „wychodziły z artylerią i z rakietami, a więc na pewno nie po to, aby wjechać do miasta w celu zaprowadzenia w nim porządku”. Można więc przyjąć, że wojsko, które ćwiczyło i zajmowało poligony, pełniło funkcję prewencyjną. Zniechęcało do pochopnej interwencji. Czyniło ją trudną. I taką, która może przynieść niedobre konsekwencje. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kraj
Polska energetyka wchodzi w nową erę Po raz pierwszy w historii prąd z polskiej morskiej farmy wiatrowej popłynął do naszych gniazdek 10 lipca br. Był to moment przełomowy nie tylko dla właścicieli projektu Baltic Power, Grupy Orlen i kanadyjskiej spółki Northland Power, ale i dla całego kraju. Farma wiatrowa Baltic Power powstała ok. 23 km od wybrzeża, na wysokości Łeby i Choczewa, w miejscu, gdzie wiejące bez przeszkód wiatry gwarantują wyjątkową wydajność turbin. W morskim dnie zakotwiczono 76 turbin wiatrowych – model V236-15.0 MW. To flagowy produkt duńskiej spółki Vestas, globalnego lidera w produkcji tych urządzeń, który zainstalował ponad 200 GW mocy w prawie 90 krajach świata. Gabaryty turbin są imponujące. Każda wystaje ponad lustro wody na wysokość 260-280 m – czyli sięgają wyżej niż Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, który z iglicą mierzy 237 m. Wirnik o średnicy 236 m chwyta energię wiatru i zamienia ją w ciągu godziny w 15 MW energii. Gondola na szczycie wieży waży ponad 600 ton. Jedna turbina jest w stanie w ciągu roku dostarczyć ok. 80 GWh energii – tyle Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Radosław Piesiewicz. Od zera do milionera i za kratki
PKOl stał się wspólnikiem biznesowym w przestępczej działalności Zondacrypto Takiej afery jeszcze nie było w polskim sporcie i ruchu olimpijskim. Radosław Piesiewcz, prezes PKOl, który zawarł tajny układ biznesowy z powiązaną ze środowiskiem przestępczym i PiS giełdą kryptowalut, trafił na trzy miesiące do aresztu. Jeszcze niedawno Przemysław Kral, szef Zondacrypto, w odpowiedzi na mój artykuł „Aferzyści prezydenta RP” w nadesłanym sprostowaniu próbował nieudolnie przekonać red. Jerzego Domańskiego i Czytelników „Przeglądu”, że jego interes jest kryształowo czysty, a moje zarzuty bezpodstawne, ale zmienił zdanie. Poszedł po rozum do głowy, czyli na współpracę z prokuraturą. Został tzw. małym świadkiem koronnym i w zamian za złagodzenie kary sypie wspólników oraz mocodawców politycznych – polityków PiS i Kancelarii Prezydenta. Przestępcze frukta Na pierwszy ogień poszedł Piesiewicz. Prokuratura zarzuca mu powoływanie się na wpływy w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów, „które miały wynikać ze znajomości z byłym premierem Rzeczypospolitej Polskiej, i w zamian za przyjętą korzyść majątkową w postaci zegarka o wartości 169 476 zł podjęcia się załatwienia sprawy w UOKiK poprzez ingerencję w postępowanie prowadzone wobec giełdy kryptowalutowej Zondacrypto i jej operatora – spółki BB Trade Estonia OÜ”. Niewymienionym z imienia i nazwiska premierem jest oczywiście Mateusz Morawiecki, a wspomniany zegarek to Patek Philippe Calatrava 6007G-001, szpanerski chronometr z 40-milimetrową kopertą wykonaną z białego złota i czarną tarczą z tłoczonym wzorem przypominającym karbon. Piesiewicz lubuje się w drogich zegarkach. Wcześniej spostrzegawczy dziennikarze wypatrzyli na jego nadgarstku Aerowatch Renaissance Dual Time 51974 AA Polish Basketball Anniversary Limited Edition (wyceniany na ok. 25 tys. zł) i Renaissance Big Mechanical Skeleton 50981 RO01 (wart ok. 17 tys. zł). Drugi zarzut dotyczy „nakłonienia w kwietniu 2026 r., w Warszawie i Monako, ustalonego członka zarządu spółki BB Trade Estonia OÜ, operatora giełdy kryptowalutowej Zondacrypto, w sytuacji grożącej spółce niewypłacalności lub upadłości, do wypłaty z giełdy środków w wysokości 194 420,15 zł w dniu 7 kwietnia 2026 r. oraz 100 tys. euro w dniu 8 kwietnia 2026 r., czym działał na szkodę pozostałych wierzycieli – użytkowników giełdy Zondacrypto”. Za popełnione przestępstwa Piesiewiczowi grozi nawet osiem lat więzienia. Przy czym należy mieć na uwadze, że śledztwo jest rozwojowe i zarzuty mogą zostać rozszerzone lub zmienione. W środę 2 września zatrzymano kolejne osoby w związku z aferą Zondacrypto. „Nie z pierwszych stron gazet”, jak stwierdził minister Waldemar Żurek, ale mające kluczowe dowody i informacje na temat afery, w tym zaginięcia pierwszego prezesa giełdy kryptowalut Sylwestra Suszka. Są to: znany inwestor giełdowy Rafał Z. oraz Jaromira W. i Anna P. Pierwsza kobieta to była żona Mariana W. „Mańka”, przestępcy i głównego podejrzanego w sprawie zaginięcia Suszka. „Maniek” uważany jest za twórcę i nieformalnego szefa Zondacrypto. Natomiast Anna P. to prawa ręka „Mańka” w prowadzonych przez niego na szeroką skalę lewych biznesach paliwowych. Człowiek Sasina z Wołomina Reakcje środowiska sportowego na aresztowanie Piesiewicza były jednoznaczne. „Jako sportowiec nie chciałabym być kojarzona z szemranymi sprawami i aferami. Mam nadzieję, że my, sportowcy, nie będziemy kojarzeni ze sprawą Zondacrypto ani innymi politycznymi kwestiami”, powiedziała panczenistka Kaja Ziomek-Nogal. „Dramat kompletny. Jak my wyglądamy? Tego wszystkiego mogło nie być” – to już słowa Adama Konopki,
7 września, 2026
Nasza wspólna historia
Nie było państwa polskiego, ale był polski Lwów Prof. Stanisław Sławomir Nicieja – historyk biografista, autor monumentalnego, dotychczas 23-tomowego cyklu „Kresowa Atlantyda” Nie ma Kresów bez Lwowa, ale też bez Ukrainy i Ukraińców. A przecież jeszcze przed wojną mówiono o nich Rusini, wyróżniała ich przede wszystkim religia. – Współczesna Ukraina ma bardzo krótką historię. Jako osobna społeczność Ukraińcy wyraziście ujawnili się dopiero po 1848 r., czyli po Wiośnie Ludów. Markijan Szaszkewycz, Iwan Wahyłewycz oraz Jakiw Hołowacki to była ta trójca, która zaczęła udowadniać, że jest absolutnie osobny naród ukraiński i naród ten ma swój własny język. Takiego stanowiska nie akceptowali ani Rosjanie, którzy uważali, że ten język to zepsuta ruszczyzna, ani Polacy, uważający, że to zepsuta polszczyzna. Ale trzej wymienieni intelektualiści – nazwani Ruską Trójcą – nie ulegli i podjęli intensywną działalność, aby wykazać, że racja jest po ich stronie. Ruska Trójca, działająca głównie we Lwowie, postanowiła społeczność posługującą się językiem, który Rosjanie i Polacy uważali za jakieś gwarowe wynaturzenie, nazwać Ukraińcami, a państwo Ukrainą, co etymologicznie oznacza ziemię rodzimą. To państwo miało być zamknięte granicami od Charkowa na wschodzie po Przemyśl na zachodzie. Wielka idea. – Ruska Trójca i kontynuatorzy jej myśli, tacy jak Wołodymyr Barwinsky, Kost Łewycki, Julian Romanczuk czy Iwan Franko, jeden z największych pisarzy i publicystów ukraińskich, nadali tej idei wielką dynamikę. Po 1864 r. proces przyśpieszył – Ukraińcy tworzą we Lwowie swój teatr, a Anatol Wachnianin ukraińskojęzyczne stowarzyszenie społeczno-oświatowe Proswita; powstają ukraińskie gazety, szkoły, podręczniki itp. Z Kijowa do Lwowa, gdzie były nieporównywalnie większe swobody obywatelskie, przyjechał Mychajło Hruszewski, wybitny historyk, nazywany przez Polaków ukraińskim Lelewelem; napisał on dziesięciotomową historię Ukrainy-Rusi, od Jarosława Mądrego i książąt halickich. I ten naród, żyjący między Moskalami a Polakami, pomieszany, zaczął mieć swoją świadomość. – Wtedy też pojawiła się ideologia, którą Hruszewski i jego następcy wzięli na sztandary. Ukraińcy wzięli przykład z Polaków. W jaki sposób? – Miejmy świadomość, bo to absolutny unikat, że w czasie zaborów nie tylko utrzymaliśmy polskość we Lwowie, ale, mimo niewoli i braku swojego państwa, Polacy wręcz zdominowali to miasto językiem i kulturą. Miasto, w którym przecież żyło kilkanaście innych nacji. Po 1772 r. austriacka administracja zaborcza wysłała do Lwowa całe zastępy urzędników germanizatorów. Miasto miało się nazywać Lemberg, a wszystkie instytucje, z ratuszem na czele, miały szyldy w języku niemieckim. Jak opisywałem Cmentarz Łyczakowski, założony cesarskim dekretem w 1783 r., to wykazałem w swojej monografii, że przez pierwsze 40 lat nagrobki w większości miały inskrypcje w języku niemieckim. Dopiero po roku 1830 polskość zaczęła wracać falą i z roku na rok zyskiwać dominację. W mieście, w którym obok siebie żyło tych kilkanaście nacji, w tym tak dynamicznych jak Żydzi, Ormianie, Austriacy, Czesi, Węgrzy, no i rozbudzeni narodowo Rusini, przyjmujący nazwę „Ukraińcy”, Polacy wybijają się na plan pierwszy. Liczne rodziny żydowskie się polszczą, zasilając polską kulturę twórcami – jak Marian Hemar, Józef Wittlin, Stanisław Jerzy Lec, Ostap Ortwin czy Stanisław Lem – głęboko w nią wrośniętymi, głoszącymi, jak Hemar, że „polszczyzna to ich ojczyzna”. To zaskakujące? – Na przykład Żydzi wileńscy nie ulegli procesowi polonizacji, tam objawił się główny ośrodek języka jidysz, a prócz jidysz używali języka rosyjskiego. We Lwowie, stolicy austriackiej Galicji, Polacy byli namiestnikami, prezydentami miasta, rektorami uniwersytetu i politechniki, dyrektorami poczty czy dworca kolejowego. Nie było państwa polskiego, ale były dwa polskie teatry, polska filharmonia, kilkanaście polskich gimnazjów, wielkie biblioteki – Ossolińskich i Baworowskich, polskie muzea – w tym etnograficzne Dzieduszyckich, galerie obrazów, wielka Panorama Racławicka, pokazująca triumf oręża polskiego nad Moskalami. Stawiano pomniki polskim twórcom, np. Fredrze, Ujejskiemu, Mickiewiczowi. A urzędnicy cesarscy, kupcy? – Ci Niemcy i Austriacy, którzy przyjechali germanizować miejscową ludność, żenili się z Polkami i przez nie – co też jest swoistym fenomenem – byli skutecznie przerabiani na Polaków. Jak się weźmie przedwojenną książkę telefoniczną miasta Lwów, to tam co drugie nazwisko jest niemieckie Robert Walenciak r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Jerzy Domański j.domanski@tygodnikprzeglad.pl Paweł Dybicz p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl
7 września, 2026
Wyszkowski z Orderem Orła Białego
Chamstwo i pogarda nagrodzone 31 sierpnia, podczas obchodów 46. rocznicy podpisania porozumień sierpniowych oraz powstania NSZZ Solidarność, Karol Nawrocki wręczył Order Orła Białego Krzysztofowi Wyszkowskiemu. Działacz opozycji w PRL, nazwany „legendą podziemia antykomunistycznego”, najwyższe odznaczenie państwowe dostał „w uznaniu znamienitych zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, w szczególności dla przemian demokratycznych i wolnej Polski, za osiągnięcia w działalności państwowej i publicznej”. Gdy Nawrocki hołubił Wyszkowskiego, w warszawskim Kościele Świętego Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu odbywały się uroczystości pogrzebowe Wandy Traczyk-Stawskiej, żołnierki AK, uczestniczki powstania warszawskiego, psycholożki, nauczycielki i działaczki społecznej. Karol Nawrocki nie tylko nie uhonorował zmarłej Orderem Orła Białego, ale jeszcze postanowił pośmiertnie ją upokorzyć. W krótkim liście odczytanym przez ministra Wojciecha Kolarskiego prezydent stwierdził, że zasłużona weteranka powstania „w odrodzonej, suwerennej Polsce (…) pozostawała osobą aktywnie obecną w życiu publicznym”, a „jej poglądy i oceny niejednokrotnie wywoływały spory i różnice zdań”. Było to haniebne stwierdzenie. Nawrocki pił bowiem do wydarzeń sprzed kilku lat. Wanda Traczyk-Stawska broniła demokratycznych wartości, krytykując rządy PiS i odradzający się brunatny nacjonalizm. W 2018 r. poparła protest osób z niepełnosprawnościami i próbowała spotkać się z uczestnikami, ale marszałek Marek Kuchciński nie wpuścił jej do gmachu parlamentu. W 2020 r. wsparła protesty kobiet przeciwko zaostrzeniu przepisów dotyczących aborcji. W 2021 r. zabrała głos podczas manifestacji na Placu Zamkowym w Warszawie po kuriozalnym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego wydanym na zamówienie PiS w sprawie uznania wyższości konstytucji RP nad prawem Unii Europejskiej. „Ja jestem żołnierzem, który pamięta, jak krew się lała, jak moi koledzy ginęli, ja tu jestem, aby wołać w ich imieniu! Nasza ojczyzna to Polska w Europie! Nikt nie wyprowadzi nas z Europy! Europa to także moja matka!”, mówiła Traczyk-Stawska. Jej przemówienie próbował zagłuszyć kumpel Nawrockiego, neofaszysta Robert Bąkiewicz. „Milcz, głupi chłopie, chamie skończony!”, odcięła się żołnierka AK, co wywołało entuzjazm zgromadzonych. A w proteście wzięło udział ponad 100 tys. ludzi. Wyszkowski wpadł w furię. Styropianowy kombatant Solidarności porównał Wandę Traczyk-Stawską do hitlerowskiego zbrodniarza, degenerata i przestępcy seksualnego Oskara Dirlewangera, którego oddziały SS złożone z kryminalistów wymordowały kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w tym mieszkańców Warszawy. „Krzysztof! Proszę! Nie!!! Tak nie wolno! Są jednak rzeczy i sprawy nieporównywalne”, apelował Sławomir Cenckiewicz. Podobnego zdania był ówczesny rzecznik IPN Rafał Leśkiewicz, według którego „ten komentarz nie miał prawa się pojawić”. Za coś takiego Wyszkowski powinien zostać wykluczony z życia publicznego, ale środowisko PiS, w tym Karol Nawrocki, który był prezesem IPN, uznało, że nic poważnego się nie wydarzyło. Prof. Tadeusz Wolsza, szef Kolegium IPN (Wyszkowski jest członkiem tego gremium) stwierdził, że „za prywatne wypowiedzi i komentarze, które nie są stanowiskiem Kolegium IPN, odpowiada wyłącznie ich autor”. Politycy PiS byli też pobłażliwi Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
7 września, 2026
Polska pod napięciem
Centra danych – cyfrowa przyszłość czy energetyczna pułapka? Wyobraźmy sobie halę wielkości kilku boisk piłkarskich. Tysiące szaf serwerowych. Szum wentylatorów. Setki tysięcy procesorów pracujących non stop. Chłodzenie, które potrzebuje kilometrów rur z wodą, i transformatory wielkości autobusu. Dla większości z nas to „chmura”, do której trafiają nasze zdjęcia i dokumenty. Dla mieszkańców podwarszawskich Reguł, Kajetan i Piaseczna to beton, stal, megawaty energii i potężne zbiorniki z olejem napędowym tuż za płotem. Polska stoi dziś na progu gigantycznego bumu na centra danych, co oznacza inwestycje liczone w dziesiątkach miliardów złotych i obietnicę świetlanej przyszłości cyfrowej. Pojawiają się jednak pytania: kto za to zapłaci? Skąd weźmiemy prąd? I dlaczego te potężne obiekty są budowane w odległości 30 m od najbliższych domów? I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu rynek centrów danych był niszą kojarzoną z Warszawą i kilkoma operatorami telekomunikacyjnymi. Dziś to ważny element infrastruktury państwa – cyfrowe magazyny polskiej gospodarki, bankowości, administracji, chmury i sztucznej inteligencji. Przyśpieszenie na rynku Polska dysponuje obecnie 200–250 MW działającej mocy. To całkiem sporo. Sama aglomeracja warszawska to ok. 157 MW mocy. Dodajmy do tego ok. 11 MW w budowie i kolejne 148 MW w planach. Nie bez powodu stolica nazywana jest polską Doliną Krzemową centrów danych. Nasz kraj przekroczył 200 MW komercyjnej mocy w roku 2024, a prognozy mówią o 600 MW, a nawet 1 GW w roku 2030. Czym są owe megawaty? Choć pojęcie centra danych w nowoczesnym sensie upowszechniło się w latach 90. XX w. wraz z rozwojem internetu i bumem na dotcomy, początkowo ich wielkość opisywano, podając liczbę pracujących w nich serwerów. Potem przyszedł czas na hektary – im większa była powierzchnia zajmowana przez serwery, tym lepiej. Dziś są to megawaty, czyli moc, a właściwie możliwość zużycia energii w danym momencie. Liczby procesorów pracujących w centrach danych idą w setki tysięcy. Jeżeli centrum danych ma 100 MW mocy i pracuje przez godzinę, zużyje 100 MWh energii. Pracując rok, zużyje 876 GWh, co w przybliżeniu odpowiada rocznemu zużyciu energii przez ok. 478 tys. przeciętnych polskich gospodarstw domowych. A to tylko jedno centrum! Polska wchodzi teraz w drugą falę inwestycji w centra danych. Tym razem budowana jest infrastruktura pod sztuczną inteligencję. Kontrolowane przez Kulczyk Investments centrum danych Beyond.pl w Poznaniu dysponuje mocą 42 MW. Ma już zakontraktowane 100 MW, a plany przewidują rozbudowę do 150 MW. Będzie to polskie centrum sztucznej inteligencji zajmujące powierzchnię ponad 60 tys. m kw. Centrum danych WAW1 w Morach pod Warszawą buduje holenderska spółka Switch Datacenters wspólnie z funduszem De Groot Family Office. Koszt tej inwestycji szacowany jest na ok. 600 mln zł – 1 mld euro. Planowana moc ma przekraczać 100 MW. Szwedzka spółka EdgeConneX, zarządzana przez fundusz EQT Infrastructure przy mniejszościowym udziale spółki Sixth Street, ma być operatorem projektu Digital Ursus w Warszawie o mocy ok. 65 MW. Jak dotąd nie opublikowano jej oficjalnego budżetu. Źródła branżowe informują jednak, że nakłady Szwedów mają wynieść setki milionów euro. Microsoft planuje budowę gigantycznego obiektu w Ożarowie Mazowieckim, o mocy ok. 60 MW, również jednak nie podaje szacunków dotyczących kosztu inwestycji. Vantage Data Centers to z kolei Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
7 września, 2026
Śmierć na szpitalnym łóżku
Jak placówki medyczne ukrywają błędy związane z zakażeniami szpitalnymi i sepsą Pani Janina miała 78 lat, kiedy 29 stycznia 2019 r. trafiła do szpitala w Olsztynie. 2 maja, trzy miesiące później, nie żyła. Została zakażona m.in. bakterią Klebsiella pneumoniae NDM (New Delhi), jednym z najtrudniejszych do leczenia patogenów szpitalnych na świecie. 7 marca 2019 r. rodzina odkryła, że kobieta leży w sali szpitalnej w kałuży własnej krwi. Pielęgniarki pozostawiły otwarty kranik trójdrożny przy wkłuciu centralnym. Nikt z personelu medycznego tego nie zauważył. Albo nikt nie zareagował. Otwarte wkłucie centralne to wrota do zakażenia – bakterie znajdujące się w otoczeniu, na rękach personelu, w powietrzu na oddziale, mają prostą drogę do krwiobiegu. Nic zatem dziwnego, że doszło do sepsy. Był to jeden z tysięcy tragicznych przypadków, które każdego roku zdarzają się w polskich szpitalach. W opublikowanym w połowie 2018 r. raporcie Najwyższej Izby Kontroli „Zakażenia w podmiotach leczniczych” znalazło się m.in. zdanie: „Zakładając, że ok. 5% pacjentów hospitalizowanych ulega zakażeniom szpitalnym, daje to roczną liczbę zakażeń szpitalnych w naszym kraju na poziomie ok. 400 tys.”. Według cytowanych w raporcie danych Narodowego Funduszu Zdrowia w 2015 r. z powodu sepsy hospitalizowano w Polsce 19 053 osoby, w roku 2016 – 21 522, a w pierwszym półroczu 2017 r. – 10 962 osoby. W opublikowanym w 2025 r. na łamach czasopisma „Medycyna Ogólna i Nauki o Zdrowiu” artykule „Analiza i trendy występowania zakażeń szpitalnych w Polsce w latach 2016-2023” znalazła się informacja, że rocznie raportowano ok. 80-105 tys. zakażeń szpitalnych. Skąd taka różnica pomiędzy cytowanymi danymi? 400 tys. zakażeń szpitalnych z raportu NIK to szacunek. Podana przez autorów artykułu liczba 80-105 tys. takich zdarzeń oparta jest na danych z Mapy Potrzeb Zdrowotnych platformy Baza Analiz Systemowych i Wdrożeniowych. Pamiętać jednak należy, że szpitale często ukrywają takie sytuacje. Ile w tym było przypadków sepsy? Nie wiadomo. W Polsce nikt nie prowadzi takiego odrębnego rejestru, na co również zwrócili uwagę w raporcie pracownicy NIK. Oznacza to, że jesteśmy skazani na szacunki i domysły. Ostatnie dni życia 78-letniej pani Janiny przypominały horror. Z akt sądowych wynika, że personel pielęgniarski w szpitalu nie był odpowiednio przeszkolony z przygotowywania mieszanek żywieniowych podawanych dożylnie. Podawane pacjentce preparaty żywieniowe uzupełniano, dodając i wstrzykując substancje odżywcze do worków – w gabinecie zabiegowym, na szafkach, bez zachowania wymogów aseptyki dotyczących żywienia pozajelitowego. Pielęgniarki jednak musiały wiedzieć, że każde zanieczyszczenie mieszanki może się skończyć źle. 28 stycznia 2022 r. syn pani Janiny złożył w sądzie pozew przeciw szpitalowi. 28 sierpnia 2025 r. Sąd Okręgowy w Olsztynie (sygnatura akt I C 240/25) wydał wyrok i zasądził 160 tys. zł zadośćuczynienia za krzywdę moralną związaną ze śmiercią bliskiej osoby. Sprawa jak na polskie warunki trwała rekordowo krótko – zaledwie trzy i pół roku. 160 tys. zł za matkę, która leżała w kałuży krwi z otwartym wkłuciem. Matkę karmioną mieszankami przygotowywanymi na brudnych szafkach przez nieprzeszkolony personel i zarażoną bakterią New Delhi. Matkę, która odeszła po trzech miesiącach cierpień. Zakażenie szpitalne a sepsa Zakażenie szpitalne to termin, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
31 sierpnia, 2026Świat
Farmerzy mają dość. Wojna celna z Kanadą przelewa czarę goryczy Korespondencja z USA Ze wszystkich bastionów MAGA te na prowincji od samego początku były najsilniejsze i najbardziej zdyscyplinowane. Prowincjonalna Ameryka przez prawie dekadę konsekwentnie głosowała na człowieka, któremu zaufała niemal bezgranicznie. Refleksja pojawiła się po raz pierwszy, kiedy przyszło zapłacić za chaotyczną politykę celną Trumpa w ubiegłym roku, a drugi raz – gdy po atakach na Iran podrożało paliwo. Ale potrzebna była dopiero wojna handlowa z Kanadą, by Amerykanie przejrzeli na oczy. Miłość ze złości W 2016 r. Trump zdobył 65% głosów w hrabstwach, których mieszkańcy żyją głównie z rolnictwa. Cztery lata później – już 70%, a w ostatnich wyborach – aż 78% („The New Republic”, czerwiec 2026). Kamala Harris przegrała w 2024 r. walkę o ten elektorat z aż 30-punktową różnicą. Jednocześnie był to najlepszy od czasów Ronalda Reagana wynik konserwatysty na prowincji – choć trzeba wziąć poprawkę na fakt, że Reagan zwyciężył w stylu landslide (lawinowo) w każdym przedziale wyborczym. I jeszcze jedna ciekawostka. Do lat 90. amerykańska prowincja głosowała mniej więcej tak samo jak miasta, uwzględniając oczywiście różnice regionalne. Pas biblijny, czyli południe USA, zawsze preferował polityków konserwatywnych, z kolei oba wybrzeża i Nowa Anglia zawsze ciążyły ku progresywistom. Czym Trump zaskarbił sobie tak wielką sympatię mieszkańców małych miast i wsi? Olbrzymią rolę odegrały jego specyficzna charyzma oraz kult „człowieka biznesu”, a więc tego, który „wie, potrafi i dowiezie”. Prowincjonalni wyborcy, zubożali, bezrobotni, mający poczucie odstawienia na boczny tor historii, w roku 2016 buntowali się przeciw wszystkim elitom. Wizja rządów człowieka, który na każdym kroku podkreślał, że jest „spoza systemu”, była pociągająca. Choć Trump nie szafował konkretami, to obiecywał wsi natychmiastowe obniżenie kosztów życia, politykę celną, która poprawi koniunkturę na amerykańskie produkty, oraz powszechną deregulację – zdjęcie duszącej przedsiębiorców obroży, bezlitośnie zaciśniętej przez demokratów. Na okrasę były zapowiedzi hojnego wsparcia federalnego dla farm w kłopotach finansowych i masowych deportacji nielegalnych migrantów, przestępców i dilerów fentanylu. Narkomania największe żniwo w USA zbiera właśnie na prowincji. Miłość przebacza Czy Trump „dowiózł”? Bynajmniej. Nigdy nie podpisał obiecanej wsi ustawy zapomogowej ani żadnego rozporządzenia ułatwiającego prowincji dostęp do internetu oraz infrastruktury komunikacyjnej, co miało wyrównywać jej szanse edukacyjne i zawodowe. Do tego wieś z własnej kieszeni zapłaciła za jego „wojnę sojową” z lat 2018-2019. Rachunek wyniósł ok. 28 mld dol. strat za niezrealizowany eksport amerykańskiej soi do Chin. Można się spierać o to, co dokładnie wywołało zbiorową amnezję i sprawiło, że w 2024 r. prowincja ponownie zasiliła szeregi największych zwolenników Trumpa. Tak czy owak, wieś znowu uwierzyła, że jest jego oczkiem w głowie. Na wieść o tym, że USA weszły w stan wojny handlowej z Kanadą i oba państwa obłożyły się 50-procentowymi cłami na towary warte ponad 20 mld dol., wszyscy zareagowali szokiem. Najbardziej osłupiała prowincja – to przecież ona poniesie największe koszty tego konfliktu. Od razu jednak
Cegiełki pod chiński porządek
Zachód traci monopol, BRICS buduje alternatywę Stwierdzenie, że demokracje liberalne północnego Atlantyku straciły monopol na dyktowanie norm i zasad, według których ma funkcjonować współczesny świat, jest prawdziwe, ale dziś już trywialne. Maleje znaczenie polityczne Europy, co w połączeniu ze stagnacją gospodarczą, brakiem nowej wyobraźni politycznej i wewnętrznym skłóceniem sprawiło, że Stary Kontynent dla mało kogo jest punktem odniesienia. Z kolei administracja Donalda Trumpa odsłoniła strukturalne słabości Stanów Zjednoczonych, a dodatkowo pogłębiła niektóre deficyty. Tym samym przyśpieszyła schyłek tzw. amerykańskiego momentu, okresu, w którym tamtejsza armia, gospodarka, soft power oraz kompleks akademicko-technologiczny pozostawały najlepsze i największe na świecie, praktycznie niezagrożone w swojej dominacji. USA już nie są globalnym hegemonem – ani „dobrodusznym”, jak mówiono w latach 90., ani „pasożytniczym”, jak nazwał je felietonista „Foreign Policy” i wykładowca Harvardu prof. Stephen Walt. Politolog ten w ostatniej publikacji przygotował nawet listę „10 sposobów, na które Trump osłabia Amerykę”, oceniając, że w polityce zagranicznej działania prezydenta do tej pory były „wyłącznie szkodliwe”. Hegemon na glinianych nogach Era hegemonów, podobnie jak czas uniwersalizmów, dobiega zresztą końca, i to nie tylko z powodu trajektorii spadkowej samej Ameryki. Henry Kissinger zauważył kiedyś, że w miarę powszechny porządek międzynarodowy, taki jak ten, który mieliśmy w ostatniej dekadzie XX w., możliwy jest wyłącznie wtedy, kiedy istnieje hegemon spełniający dwa kryteria. Po pierwsze, narzuca on zasady zachowania mniejszym graczom. Po drugie, jest w stanie wyegzekwować przestrzeganie tych zasad. W dzisiejszym świecie, jak niedawno na łamach magazynu „Foreign Affairs” zauważył brazylijski politolog Matias Spektor, żadne państwo nie spełnia obu tych warunków. Amerykanie nie mają zasobów, żeby zmusić mniejsze państwa do respektowania ich wizji, czego najlepszym przykładem jest kuriozalna wojna z Iranem. Waszyngton zużył w niej jedynie swoje zapasy pocisków dalekiego zasięgu i systemów obrony przeciwrakietowej, a strategicznie nie osiągnął tam nic, w praktyce wręcz wyniósł Iran do rangi regionalnego mocarstwa. Biorąc pod uwagę fakt, że kraj ten jeszcze niedawno był pariasem nawet dla państw Zatoki Perskiej, jest to osiągnięcie zaiste wybitne. Z kolei drugi potencjalny hegemon, twierdzi Spektor, nie jest specjalnie zainteresowany stabilizowaniem świata rozchwianego przez populistów i spółki technologiczne. Znaczenie geopolityczne Chin rośnie w zawrotnym tempie, ale przywództwo pod względem nowych technologii oraz inwestycji infrastrukturalnych to nie wszystko. W prosty sposób udowodnił to David Lubin, ekspert brytyjskiego think tanku Chatham House, zajmujący się polityką walutową i makroekonomią. W niedawnym komentarzu dla macierzystej instytucji opisał potencjalną naturę kolejnego kryzysu finansowego. Zdaniem Lubina, jeśli do niego dojdzie, nie będzie przypominał wielkiego kryzysu z 2008 r., bo znajdujemy się w innym układzie hegemonicznym. Wtedy, pisze Lubin, Amerykanie wzięli na siebie zadanie ustabilizowania rozkołysanej łodzi, jaką były światowe rynki finansowe. Dzisiaj już nie byliby w stanie tego zrobić, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
7 września, 2026
Stabilność bez perspektywy
Rząd Giorgii Meloni urzęduje najdłużej w dziejach Włoch Korespondencja z Rzymu 4 września 2026 r. w porcie w Bari Giorgia Meloni wraz z ministrami i działaczami Braci Włochów świętowała historyczny rekord. Tego dnia jej rząd przekroczył 1412 dni urzędowania i wyprzedził drugi gabinet Silvia Berlusconiego, pozostający u władzy od 11 czerwca 2001 r. do 23 kwietnia 2005 r. To znaczące osiągnięcie w kraju od lat kojarzonym z polityczną niestabilnością, szczególnie w okresie tzw. Pierwszej Republiki (1948-1994). W rankingu najdłużej urzędujących gabinetów za rządem Meloni oprócz drugiego rządu Berlusconiego znajduje się jego czwarty rząd, który sprawował władzę przez 1287 dni. Kolejne miejsce zajmuje pierwszy gabinet Bettina Craxiego – 1093 dni. Od 1946 r. Włochy miały 68 gabinetów, co pokazuje skalę politycznej rotacji. Rozdrobnienie sceny politycznej, kruche koalicje wielopartyjne, częste zmiany układów parlamentarnych i klientelizm sprawiały, że włoskie rządy utrzymywały się średnio przez ok. 14 miesięcy. Gabinet Giorgii Meloni został zaprzysiężony 22 października 2022 r. Jego utrzymanie się przy władzy przez niemal cztery lata jest więc bez wątpienia wyczynem. Przy tym Meloni to pierwsza w historii Włoch kobieta stojąca na czele rządu. Ale czy sama stabilność wystarczy? Meloni świętuje, Włosi nie „Podczas gdy włoskie rodziny płacą z własnej kieszeni za niekompetencję tego rządu – mierząc się z rekordowo wysokimi cenami paliw, z kosztującymi niemal 30% więcej niż pięć lat temu artykułami spożywczymi i z rachunkami należącymi do najwyższych w Europie – Giorgia Meloni myśli wyłącznie o zmianie ordynacji wyborczej i przygotowaniach do swojej uroczystości w Bari. Głównym zmartwieniem w Pałacu Chigi są przygotowania do celebracji, podczas gdy dla Włochów najważniejsze jest opłacenie pełnego baku samochodu i zrobienie zakupów”, oskarżała sekretarz Partii Demokratycznej Elly Schlein, dodając: „Meloni świętuje, Włosi nie”. Również lider Ruchu Pięciu Gwiazd Giuseppe Conte ironizował: „Są zbyt zajęci przygotowaniami do uroczystości w Bari i konstruowaniem ordynacji wyborczej, która pozwoli im przyspawać się do władzy. Oprócz rekordu długowieczności mają na koncie jeszcze jeden: to rząd, który najdłużej ignorował problemy Włochów”. Dla liderów opozycji krytykowanie rządzących jest obowiązkiem, zwłaszcza w perspektywie zbliżających się wyborów. Obrońcy Meloni wskazują natomiast, że jej rządy przypadają na okres szczególnie trudnej sytuacji gospodarczej. Wojna w Ukrainie, wprowadzenie przez administrację Donalda Trumpa ceł, które uderzyły w ważne sektory włoskiego eksportu, szczególnie dotykając małe i średnie przedsiębiorstwa, napięcia na Bliskim Wschodzie, wojna z Iranem i zakłócenia żeglugi przez cieśninę Ormuz, wywołujące kolejne wzrosty cen energii i paliw oraz skoki inflacji. Jednocześnie nastąpiło spowolnienie gospodarcze w strefie euro, zwłaszcza w Niemczech, jednym z najważniejszych partnerów handlowych Włoch, ograniczając popyt na włoskie towary i hamując przemysł. Mimo to Włochy nie weszły w recesję. Jak podają media, wzrost PKB utrzymywał się na poziomie ok. 0,6--0,8%, a deficyt budżetowy spadł z 8,1% do ok. 3,1% PKB, przybliżając kraj do wyjścia z unijnej procedury nadmiernego deficytu. Stabilność rządu Meloni okazała się gwarancją
7 września, 2026
Pocztówka z… czyli wakacyjna miniszarada
Wbrew stereotypom okres wakacyjny to czas intensywnej pracy akademików. Odbywa się wtedy wiele konferencji, na których obecność jest niemal obowiązkowa. Są one intelektualnie poruszające, ale wiążą się z dużym nakładem pracy. Nie chcę jednak zaprzątać uwagi Czytelników dylematami politycznymi rozpatrywanymi na zjazdach naukowych; kraj, w którym byłem z powodów zawodowych, może też być interesującym celem wakacyjnym. Niniejszy tekst jest zatem moją trzecią pocztówką z wakacji. Trzy lata temu pisałem o Nowym Jorku („Amerykańskie impresje”), rok temu o Seulu („Blisko perfekcji”), a dzisiaj o… Ciekawe, jak szybko Państwo się domyślą. Dodam, że tym razem tekst ma współautorkę, prof. Annę Citkowską-Kimlę. Nastaw czajnik Państwo, które mamy na myśli, należy do rodziny państw europejskich. Od 1 stycznia 1973 r. jest członkiem Unii Europejskiej, należy do strefy euro, co upraszcza życie podróżującemu, jest także w strefie roamingu UE (to niezwykle ważne dla cyfrowego nomady), ale nie należy do strefy Schengen, dlatego warto mieć przy sobie paszport, co usprawni przejście na lotniskach. Historycznie i geograficznie państwo to dzieli się na cztery prowincje (północną, wschodnią, zachodnią i południową). Uwidacznia się to m.in. w symbolice i sporcie. Nazw tych prowincji na razie nie ujawniamy, bo zagadka, jaki to kraj, zostałaby od razu rozwiązana. Mieliśmy przyjemność być w zachodniej części, przepięknym regionie. Ludzie zamieszkujący to państwo są uprzejmi, ale pełni godności, nienachalni przy sprzedawaniu czegokolwiek i przy świadczeniu usług, co dodatnio ich wyróżnia na tle innych rejonów świata. Informacja pozornie naprowadzająca: przeciętny mieszkaniec tego kraju wypija od czterech do sześciu filiżanek herbaty dziennie. Tym samym kraj ten plasuje się na drugim miejscu w globalnych rankingach spożycia herbaty per capita. Pierwsze miejsce zajmuje Turcja, a trzecie Wielka Brytania, nie chodzi więc o Zjednoczone Królestwo. Heinrich Böll zauważył, że przez każde gardło w tym kraju „przepływa ilość herbaty mogąca wypełnić cały basen”. Herbatę pije się tam niemal zawsze z dodatkiem mleka oraz opcjonalnie cukru. Kulturowe znaczenie ma sformułowanie put the kettle on, nastaw czajnik – automatyczna reakcja na każdą sytuację życiową, począwszy od plotek ze znajomymi, poprzez radzenie sobie z wyzwaniami, po antidotum na deszczową i wietrzną pogodę. Po tym akapicie staje się już oczywiste, że chodzi o kraj, w którym zarówno herbatę, jak i kawę spożywa się z whisky, czyli po… irlandzku. Skoro jesteśmy przy napojach, od razu przekazujemy informacje od rodowitego Irlandczyka na temat drugiego najpopularniejszego na szmaragdowej wyspie napoju. Irlandczycy twierdzą, i zapewne mają rację, że prawdziwy Guinness jest tylko w Irlandii. Kiedy barman nam go poda, należy cierpliwie poczekać, aż powoli od dołu uzyska krystaliczną czarną barwę. Następnie pijemy naraz jeden potężny łyk, do połowy napisu Guinness na szklance (ciekawe, komu to się uda od razu). Następnie piwo należy wypić w ciągu 20 minut. Wśród najbogatszych państw A teraz kilka podróżniczych rekomendacji. W związku ze zmianami klimatycznymi Irlandia staje się coraz popularniejszym kierunkiem, jeśli chodzi o wypoczynek. Potrafi zaskoczyć i zachwycić słońcem, jak było w naszym przypadku. Wtedy trudno uwierzyć w jej deszczowy i wietrzny klimat. A skoro o wietrze mowa: okna w Irlandii otwierają się na zewnątrz, właśnie ze względu na wiejące tam cały rok wiatry. Żeby nie było tak słodko, jeden duży mankament. Przynajmniej dla nas. Ruch lewostronny. Na szczęście można liczyć na komunikację autobusową. Lokalni kierowcy autobusów wyręczają takich jak my kontynentalnych nieudaczników i wiozą gdzie trzeba. No i jeszcze bardzo wąskie lokalne drogi. Trudno na nich się minąć, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
31 sierpnia, 2026
Szczepionka na radykalizm
Jeśli Hiszpania skręci w prawo, konsekwencje odczuje cała Europa Ostatnio Madryt stawiany jest w absolutnej awangardzie polityki europejskiej. Podczas gdy zdecydowana większość zachodnich gospodarek utknęła w miejscu albo się kurczy, Hiszpania notuje wzrost na poziomie 2,1% PKB w skali roku – to wynik dzisiaj nieosiągalny dla Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Ponadto im bardziej europejski główny nurt, z Ursulą von der Leyen, Mette Frederiksen i Donaldem Tuskiem na czele, skręca w prawo pod względem regulacji migracyjnych i skali deportacji, tym bardziej Pedro Sánchez obiera kurs przeciwny. Niedawno jego rząd podjął decyzję o stworzeniu szybkiej ścieżki legalizacji pobytu, a z czasem nawet uzyskania obywatelstwa, dla pół miliona nielegalnych imigrantów, głównie z krajów Ameryki Łacińskiej. Początkowe szacunki okazały się zresztą zbyt zachowawcze. Osób, które będą w stanie skorzystać z nowych przepisów, może być nawet o jedną trzecią więcej. W dodatku Sánchez, polityk szalenie utalentowany, ale też kochający splendor, nie kryje się ze swoją oryginalnością. Nową politykę migracyjną ogłosił światu esejem na łamach „New York Timesa”. Brama do UE Migracja to oczywiście przykład najjaskrawszy, ale fundamentalnych różnic pomiędzy Madrytem a resztą kontynentu jest znacznie więcej. W obliczu nadchodzącego „drugiego chińskiego szoku handlowego”, który może wyeliminować setki tysięcy miejsc pracy w europejskim przemyśle, Bruksela i Berlin przygotowują się do ostrzejszego protekcjonizmu wobec Chin. Hiszpanie w tym samym czasie otwierają się na chiński kapitał. Sánchez był w Pekinie cztery razy w ciągu czterech lat, a jego współpraca z Państwem Środka zaczyna przyjmować niepokojącą formę. Portal śledczy Intelligence Online ujawnił niedawno, że w Madrycie odkryto jeden z wielu rozsianych po całej Europie nieoficjalnych i po prostu nielegalnych posterunków chińskiej policji. Xi Jinping używa tych jednostek do monitorowania chińskiej diaspory, szpiegostwa – w tym przemysłowego – i wpuszczania propagandy do obiegu informacyjnego społeczeństw europejskich. Władze w Madrycie rzekomo miały wiedzieć o istnieniu posterunku, ale nic z tą wiedzą nie zrobiły, bo sięgające ponad 3,5 mld euro chińskie inwestycje w tamtejszy przemysł motoryzacyjny byłyby zbyt wielką ceną, którą trzeba by zapłacić za interwencję w tej sprawie. Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, o które niedawno pokusił się Ivan Krastev. Bułgarski politolog powiedział, że Sánchez „jest tak samo utalentowany jak Viktor Orbán i zaczyna odgrywać tę samą rolę wobec Pekinu, którą przez lata odgrywał premier Węgier”. Krótko mówiąc, dawniej to Budapeszt był bramą Chińczyków do Unii Europejskiej, dzisiaj jest nią Madryt. Energia jądrowa, źródła odnawialne, eutanazja, kobietobójstwo, prawa mniejszości, decentralizacja. Tam, gdzie wiele państw europejskich próbuje wrócić wręcz do XIX w., monopolizując władzę w rękach rządów i ograniczając swobody obywatelskie, lewicowy premier Hiszpanii podąża w przeciwną stronę. Nie ma co się oszukiwać, pod wieloma względami jest to możliwe dzięki dywidendzie geograficznej. Wojna, przynajmniej na razie, Hiszpanom nie grozi, obawiać się mogą – i powinni – znacznie bardziej katastrofy klimatycznej, która właściwie już każdego lata dewastuje tysiące hektarów lasów i niszczy infrastrukturę krytyczną. Na razie jednak to problem głównie dla turystyki, odpowiadającej za 13% tamtejszego PKB. Póki nie płoną miasta, można co najwyżej się martwić, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
31 sierpnia, 2026
Jak znikają europejskie rzeki
Dramatycznie niski stan wody powoduje ogromne straty w gospodarkach krajów, przez które przepływa Dunaj „Królowa europejskich rzek”, długa na prawie 3 tys. km, dla dziewięciu krajów i czterech stolic, przez które przepływa, ma ogromne znaczenie nie tylko gospodarcze, ale i symboliczno-patriotyczne. Większość z nas słyszała o słynnym walcu Johanna Straussa syna „Nad pięknym, modrym Dunajem”. Bułgarzy śpiewają o rzece w hymnie narodowym. A rolnicy i sadownicy, których uprawy znajdują się w delcie i na Nizinie Węgierskiej, co roku wyczekują opadów, które podniosą poziom wody w rzece, zapewniając jesienią obfitsze plony. Przez lata intensywne deszcze w Niemczech czy w Austrii były przyczyną powodzi w dolnym biegu Dunaju. Miejscowi wiedzieli jednak, że kiedy powodzie ustąpią, użyźnione gleby obrodzą w najlepsze w Europie owoce i warzywa. Tak było przez stulecia. Ale od kilku tygodni w miejscach, gdzie zazwyczaj nie brakowało opadów, czyli w południowo-zachodnich Niemczech bądź w rejonie przełomu Dunaju, panuje wyjątkowa susza, której towarzyszą rekordowe upały. Dunaju nie zasilają też – jak bywało w przeszłości – liczne jego dopływy. Sawa, prawy dopływ, rzeka o długości zbliżonej do Wisły, wypływa z Alp Julijskich, terenów, gdzie często pada. Przez dziesięciolecia podnosiła poziom wody dolnego Dunaju. W tym roku i w słoweńskich, i w innych częściach Alp opadów jest jak na lekarstwo. Cisa, lewy dopływ, również poziomu Dunaju nie podniesie. Powód – na ukraińskim Zakarpaciu, skąd wypływa, i na Węgrzech, w jej dolnym biegu, tego lata praktycznie nie padało. Rekordowo niski stan wód na Dunaju jest przyczyną piętrzących się kłopotów, które dotyczą coraz szerszej grupy mieszkańców Europy Środkowej i Bałkanów. A prognozy nie pozostawiają złudzeń – skala problemów może jedynie się powiększać. Słowacja U naszych południowych sąsiadów Dunaj płynie na stosunkowo krótkim, 172-kilometrowym odcinku. Na Nizinie Naddunajskiej, która jest najcieplejszym i najsuchszym regionem Słowacji, tego lata w Kamenicy nad Hronem odnotowano temperaturę 41,4 st. C. Słowacki odcinek Dunaju jest krótki, ale rzeka przepływa przez Bratysławę, gdzie znajduje się port rzeczny. Od kilku tygodni jego prace są praktycznie sparaliżowane. Zbyt płytki nurt uniemożliwia normalny ruch statków towarowych oraz wycieczkowych, m.in. tych z Wiednia czy nowych połączeń do Belgradu. W okolicach Bratysławy zlokalizowana jest duża część ważnych dla Słowacji zakładów. Ograniczenia w poborze wody znacząco zmniejszają wydajność chociażby rafinerii Slovnaft w bratysławskiej dzielnicy Ružinov. Mieszkańcy i turyści od kilku tygodni odkrywają zaś na brzegach rzeki miny i pozostałości materiałów wybuchowych z czasów II wojny światowej. Kilkadziesiąt kilometrów od Bratysławy znajduje się tama i elektrownia wodna Gabčíkovo (po sporach z Węgrami oddana do użytku dopiero w 1992 r.). Brak wody w Dunaju powoduje, że Gabčíkovo dostarcza Słowacji tylko 90 z możliwych 720 MW! Na szczęście słowackie elektrownie atomowe Jaslovské Bohunice i Mochovce położone są dość daleko od Dunaju i nie są uzależnione od poziomu jego wód. Węgry Bratankowie w kwestii energii elektrycznej są w znacznie gorszej sytuacji niż Słowacy. 20-tysięczne miasteczko Paks leżące w środkowych Węgrzech stało się tego lata „gwiazdą” światowych agencji prasowych i najważniejszych stacji telewizyjnych. Niezwykle trudna sytuacja tamtejszej elektrowni Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
31 sierpnia, 2026Kultura
Moja muzyka zaczęła się od szczerości
W świecie pełnym bodźców życie na własnych zasadach to najbardziej wywrotowa droga, jaką można wybrać WaluśKraksaKryzys, właśc. Sebastian Gugulski – muzyk, wokalista, kompozytor i autor tekstów. Zadebiutował w 2019 r. albumem „MiłyMłodyCzłowiek”. Laureat Fryderyka 2024 w kategorii Album Roku Rock za „+ piekło + niebo +” oraz Fryderyka 2026 w kategorii Album Roku Rock & Blues za „Tematy i wariacje”. Kim był Sebastian Gugulski, zanim stał się WalusiemKraksąKryzysem? – Byłem marzycielem. Od najmłodszych lat szukałem w sobie i wokół siebie sposobu na nazwanie oraz wyrzucenie tłumionych emocji. Zaczęło się bardzo niewinnie – od intuicyjnego układania dźwięków, czyli swobodnego komponowania. Dopiero z czasem przypadek sprawił, że właśnie w muzyce rockowej odnalazłem najpełniejsze ujście dla swojej wrażliwości. A w dzieciństwie? Jak każdy chłopak – bawiłem się w rycerza, żołnierza, strażaka czy piłkarza. Chciałem być kimkolwiek, kto dawałby perspektywę barwnego życia pełnego przygód i wyzwań. W mediach krążą różne wątki związane z twoją przeszłością. Dotyczą m.in. wypasania owiec i rodzinnych tradycji jazdy tirem. Ile w tym prawdy? – Mój tata był i jest nadal zawodowym kierowcą tira, a ja rzeczywiście przez pewien czas pracowałem jako pasterz. Z jakiegoś głębokiego dołu, w którym wtedy byłem, i z miejsca, w którym mieszkałem, bardzo ostrożnie wychodziłem do świata. Owce wypasałem w moich rodzinnych stronach, w okolicach Ojcowskiego Parku Narodowego. Kiedy zobaczyłem ogłoszenie o pracę w charakterze pasterza, pomyślałem, że dla takiego dzikusa, jakim wtedy byłem, to zajęcie idealne. Praca w naturze, w samotności, bez ciągłego zwierzchnictwa i szefostwa nad głową, dała mi wtedy potrzebny spokój. W tamtym momencie bardzo mi to pasowało. Zaczynałeś bez zaplecza – bez szkoły muzycznej i profesjonalnego sprzętu. Ile w tych początkach było walki? – Bardzo dużo. Zanim projekt WaluśKraksaKryzys ujrzał światło dzienne, skasowałem po drodze z osiem, może nawet dziesięć albumów o bardzo zróżnicowanej stylistyce – od delikatnego dream popu po surowy black metal. Tworzyłem wyłącznie do szuflady. To była żmudna szkoła wprawiania się w muzyce, polegająca na ciągłym pokonywaniu ograniczeń sprzętowych i szlifowaniu warsztatu metodą prób i błędów. A skąd wzięła się nazwa WaluśKraksaKryzys? Jedni odbierają ją jako diagnozę, drudzy – jako chwytliwą ksywkę. – Ze wszystkiego po trochu: częściowo z aktu twórczego, a trochę z tego, skąd się wywodzę. Waluś – od Walka Dzedzeja, ponoć pierwszego polskiego punka, uznawanego za chorego psychicznie, bo robił niecodzienne rzeczy w centrum Warszawy. Kraksa jest dla mnie bardzo ciekawym słowem, zaczerpniętym z wyścigów kolarskich: przez cały etap możesz prowadzić, a dosłownie na ostatniej prostej – wywalić się i cała stawka wyścigu się zmienia. Z kolei Kryzys to bezpośredni hołd dla legendarnych formacji alt-rockowych i punkowych Roberta Brylewskiego – zespołu Kryzys oraz Brygady Kryzys. Brylewski był moim, powiedzmy, duchowym mentorem. Nigdy się o tym nie dowiedział, bo nie zdążyłem go niestety poznać, ale jego wywiady i archiwalne nagrania były dla mnie pewnego rodzaju drogowskazem. Nauczyły mnie skupienia się na bezkompromisowym przekazie, na muzyce i czerpania satysfakcji z tego, że tworzy się coś prosto z serca. W tekstach mówisz wprost o alkoholu i uzależnieniach. Jak ten mroczny okres twojego życia wpłynął na twoją twórczość? – Z perspektywy czasu myślę, że tamte życiowe zakręty mimo wszystko ukształtowały moją dzisiejszą wrażliwość i mają pozytywny wpływ na to, co robię teraz. Nie chcę rozdrapywać starych ran ani gloryfikować przeszłości. Cieszę się, że udało mi się wyjść na prostą, bo dzięki temu potrafię dziś docenić zwyczajne, niepudrowane życie. Najbardziej pociąga mnie codzienność – ta prawdziwa, wolna od robienia czegokolwiek na pokaz. W filmie, książce czy muzyce zawsze szukam głosu zwykłych ludzi, którzy nie mają dyplomów szkoły muzycznej,
Turystyka śladem książek
Pierwsze Rzeki Literatury w Lubuskiem Wystarczy zjechać kilka kilometrów z głównych dróg – mówił Irek Grin, szef zarządu Fundacji Olgi Tokarczuk – żeby zobaczyć skarby. Pierwsza edycja Festiwalu Rzeki Literatury przepłynęła przez Zieloną Górę i takie miejsca jak Bojadła, Zabór, Zatonie, Trzebiechów, Klenica, Łaz, znane lokalnym mieszkańcom. Dla przybyłych na festiwal były jednak odkryciem. Turyści kulturalni nie zawiedli. Rzeki i odnogi spotkań, spacerów, warsztatów Latającego Uniwersytetu Ludowego, rozmów, koncertów zagarnęły tłumy z całej Polski. Ci, którzy od lat planowali przyjazd na Góry Literatury, ale nigdy nie dotarli, teraz dostali swoje Rzeki – bliżej, w Lubuskiem, np. w Klenicy, gdzie pierwsze lata życia spędziła Olga Tokarczuk, a jej rodzice prowadzili kursy Lubuskiego Uniwersytetu Ludowego. „Krótkie życie bomby od początku było marne”, tak zaczyna się fragment nowej powieści Tokarczuk „Świata jest za dużo”, przeczytany przez autorkę na otwarcie festiwalu. „Bomba”, „Dom z dziurą” to fragmenty książki zapowiadanej przez noblistkę jako jej ostatnia. Panie i panowie w czarnych koszulkach z napisem „Ochrona” przy bramie pomiędzy kordegardami pałacu w Bojadłach pracowali od rana do wieczora. Pomocni, uprzejmi, zatrudnieni przy festiwalu u „naszej noblistki”, jak mówił ktoś z dumą. Uśmiechnięty starszy ochroniarz przyznaje, że to była odmiana w codzienności i szansa na dorobienie. Nawet jeśli sprowadzało się to do dbania o czystość na dziedzińcu pałacu, można było spotkać Macieja Stuhra, Sylwię Chutnik, Joannę Bator czy Magdalenę Grzebałkowską. Koło gospodyń wiejskich karmiło i poiło. A pałac w Bojadłach ożył wszechstronnie, choć i na co dzień przyjmuje gości. Zabór – w niedzielę w zdziczałym, ale rewitalizowanym parku na polanie między gigantycznym dębem szypułkowym a innymi potężnymi drzewami ławy, leżaki i scena rozmów z autorami. Obok książkobus, księgarnia na kołach. Ostatni gość festiwalu, po rozmowach Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Niebieska linia przyszłości
Scalić, odkryć na nowo. Poszerzyć granice percepcji Czy można zyskać rozgłos i uznanie świata, naklejając cienką, niebieską taśmę na wszystko, na co tylko się da? Otóż można. Dzięki takiemu właśnie zamysłowi twórczemu, zrodzonemu w 1968 r., jednym z najbardziej znanych dziś na świecie polskich artystów wizualnych stał się Edward Krasiński (1925-2004). W londyńskim muzeum sztuki współczesnej Tate Modern jest jednym z nielicznych naszych rodaków, których dzieła długoterminowo eksponowano w sekcji Performer and Participant. Jego prace prezentowano również w Amsterdamie, Bazylei, Hongkongu, Paryżu czy Wiedniu. Teraz także w Warszawie, w galerii sztuki współczesnej Spectra Art Space, otwarto wystawę poświęconą jego sztuce. Ekspozycja jest wyjątkowa, ponieważ gromadzi dzieła na co dzień rozproszone – pochodzące ze zbiorów Zachęty, Muzeum Sztuki w Łodzi oraz prywatnej kolekcji Fundacji Rodziny Staraków, właścicieli galerii. Przez śnieżnobiałe ściany galerii biegnie poziomo, nieprzerwanie, wąska linia niebieskiej taśmy. To znak rozpoznawczy autora. Niby nic nadzwyczajnego – a jednak na przecięte nią płaszczyzny od razu zaczynamy patrzeć inaczej. Dostrzegamy ich istnienie, a biel zmienia się w pole jakiegoś zdarzenia. Starałem się zrozumieć jego naturę. Sam autor mówił, że dokonuje w ten sposób swoistego ujawniania czy demaskowania niedostrzeganych na co dzień elementów otoczenia. Odebrałem to jako wypełnianie myślą pustki, a przynajmniej pytanie o jej ukrytą zawartość. Edward Krasiński przez lata był związany z warszawską Galerią Foksal – stworzoną wspólnie m.in. z Tadeuszem Kantorem – skupiającą jedno z najbardziej radykalnych środowisk artystyczno-intelektualnych powojennej Polski. Koncentrował się na pokazywaniu przestrzeni w wymiarze sztuki i na odkrywaniu jej wymowy. Może to brzmieć niezrozumiale, sam twórca podchodził do tego z dystansem. W jednym z archiwalnych filmów żartobliwie opowiadał, że gdy w latach 60. podczas pobytu w sanatorium opisał dyżurnemu lekarzowi charakter swoich działań twórczych, ten zalecił mu udanie się na… konsultację psychiatryczną. Dziś z tej anegdoty można już tylko się śmiać. Współcześni fizycy sami przecież sugerują, że otacza nas niewidzialna kwantowa rzeczywistość, która poszerza naszą definicję wszechświata. Artyści mają doskonałą świadomość granic ludzkiego postrzegania. Sztuka współczesna w dużej mierze dąży właśnie do ich poszerzania, a instalacje Krasińskiego są tego wyraźnym przejawem. Niebieska linia Krasińskiego jest zawsze taka sama: ma szerokość 19 mm i jest naklejana na wysokości 130 cm. Nie wiadomo, dlaczego akurat w takim miejscu. Niektórzy poetycko kojarzą to z wysokością, na której przeciętnie znajduje się ludzkie serce. Bardziej prawdopodobny jest jednak zamysł skierowania naszego spojrzenia niżej niż zwykle. W ten sposób niebieska linia zmusza do patrzenia na otoczenie z nietypowej perspektywy. A taki jest przecież cel sztuki. W instalacjach na wystawie w Spectra Art Space niebieska linia biegnie w poprzek zawieszonych na ścianach prac plastycznych autora. Krasiński eksploruje w nich piękno geometrii i Spectra Art Space Spectra Art Space MASTERS. Edward Krasiński do 11 listopada Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Jeszcze bawi cię świat
Wywalczyła sobie niezależność. Nie wszyscy byli gotowi to respektować Joanna Rawik 1934-2026 Od tych tytułowych słów z refrenu piosenki wyśpiewanej na festiwalu w Opolu rozpoczęła się droga Joanny Rawik na szczyt. To fragment utworu „Nie chodź tą ulicą” napisanego przez Lucjana Kaszyckiego do słów poety i aktora Tadeusza Śliwiaka. „Uważam, że był to utwór dużego formatu – mówiła po latach w rozmowie z Wiesławem Łuką – wymagający oprawy orkiestry symfonicznej. I taką oprawę dostał, bo wtedy były na to środki finansowe i na festiwalach panowała taka moda”. Za tę piosenkę wykonaną w monumentalnej aranżacji Joanna Rawik odebrała swoją pierwszą znaczącą nagrodę (III nagroda w kategorii Premiery). Był rok 1966. Potem nagrody dla Joanny Rawik w Opolu weszły jurorom w nawyk i artystka, obdarzona charakterystycznym niskim i silnym głosem, stała się ulubienicą publiczności. Kariera potoczyła się wartko, a słowa „Jeszcze bawi cię świat / Jaki jest / Pełen świeżej zieleni” towarzyszyły jej przez lata. Mimo krytycznego stosunku do wielu niepokojących symptomów upadku kultury wciąż wierzyła w magię sztuki, siłę muzyki i słowa. Mawiała o sobie: „Ja – produkt PRL, robię cały czas to samo, uprawiam kulturę”. Nie chciała udawać kogoś innego. Już jako dziecko wiedziała, że będzie się zajmować sztuką (lubiła to powtarzać w dziesiątkach udzielonych wywiadów). Muzyką przede wszystkim. Miała zostać skrzypaczką, rodzice tak postanowili, bo starsza siostra zajęła miejsce przy fortepianie. Skrzypaczką nie została, nie dostrzegła w sobie materiału na wirtuozkę, ale pozostała przy muzyce. Nie wiedziała jednak, że to zdarzy się w Polsce. Kiedy przyjechała po wojnie do Wrocławia, nie mówiła po polsku. Mówiła po rumuńsku, po niemiecku, po francusku. Wychowywała się w Rumunii, matka była Rumunką, ojciec Polakiem, profesorem uniwersytetu w Czerniowcach, ale w domu nie rozmawiało się po polsku. Jako dziewczyna czytała wielkie dzieła Tomasza Manna czy Franza Kafki w oryginale. Nic dziwnego, że po przyjeździe do Polski początkowo czuła się obco – choćby ze względu na barierę językową. Tym wyjaśniała wybór późniejszego pseudonimu artystycznego – z domu nazywała się Szamota. Została jednak Joanną Rawik, kiedy podjęła decyzję o wyborze kariery artystycznej – początkowo aktorskiej, terminowała wtedy w Studiu Teatralnym Ireny i Tadeusza Byrskich, a potem estradowej. Okazało się, że bliższe są jej solowe występy i piosenka. Pojawiła się z czasem w kabaretach właśnie jako Rawik – nawiązując do głównego bohatera ukochanej powieści, „Łuku Triumfalnego” Ericha Marii Remarque’a. W losach doktora Ravika dostrzegła pewne analogie do swoich przeżyć emigracyjnych. Potem do obranego nazwiska dochodził drugi człon, od nazwisk dwóch kolejnych mężów, ale na zawsze pozostała przy swoim pseudonimie. Najwyraźniej samo śpiewanie jej nie wystarczało – ani nawet aktorstwo, bo czasem jednak wykorzystywała swoje przygotowanie sceniczne na ekranie i w teatrze – skoro kusiło ją też pisanie i dziennikarstwo. Tak narodził się jej wieloletni związek z radiem, cykle autorskie, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Odeszła Wielka Artystka
Joanna miała poglądy postępowe, lewicowe, a po przemianach 1989 r. wręcz je manifestowała Poznaliśmy się w końcu lat 80. lub na samym początku 90. Może to było w Klubie Księgarza? Odczuliśmy wspólnotę oglądu świata i rzeczywistości. Okazało się ponadto, że mieszkamy blisko, nasze bloki mają wspólne podwórko. Ilość spotkań, rozmów – nie do policzenia. Joanna miała poglądy postępowe, lewicowe, a po przemianach 1989 r. wręcz je manifestowała. Miała stałe miejsce w miesięczniku „Dziś” redagowanym przez Mieczysława Rakowskiego. Felietony obejmowały bardzo szeroką tematykę, co świadczyło o ogromnej wiedzy i ukształtowanych poglądach autorki. Moja mama była jej wierną czytelniczką. Nigdy się nie poznały, ale Joanna jeszcze niedawno wspominała, że Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Archipelag dramatów i gniewu
Zapomniane bohaterki polskiej alternatywy Magdalena Czubaszek – niezależna dziennikarka i reportażystka, absolwentka Instytutu Kultury Polskiej UW oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Autorka książki „Będziesz wrzeszczeć. Dziewczyny na polskiej scenie alternatywnej lat 80.” Jeden z rozmówców w pani książce zapytał: „Po co pani opowiada porażkę?”. Inni mówili, że baby zawsze się kłócą i „im się nie chciało”. Kiedy to czytałam, narastało we mnie poczucie gniewu. – Cieszę się, że udało mi się trochę tego gniewu na panią przelać. Podczas lektury innych książek o historii polskiej sceny muzycznej miałam wrażenie, że kobiety były jedynie dodatkami do męskich opowieści. Ten wzór mnie denerwował. – Nie wszyscy mężczyźni zachowywali się tak samo, ale większości z nich trudno było uznać kobiety za osoby, które mogą mieć jakiś życiorys. Gniew towarzyszył mi przez dłuższy czas pracy nad tym tematem. Z czasem, gdy poznałam historię Ireny Jagiełki (trębaczka i gitarzystka basowa – przyp. red.), pojawił się namysł, czy w ogóle ten reportaż może kogoś uratować. Wiedziałam, że nie, ale biłam się z myślami, czy nie spróbować tekstu interwencyjnego, bo Irenka żyła w strasznej nędzy. Z urywków gazet, kaset i wspomnień odzyskiwała pani historie kobiet. Co panią napędzało? – Na początku niedosyt. Przeczytałam „Dziką rzecz” Rafała Księżyka i choć dużo się z niej dowiedziałam, wątki kobiece wydały mi się zbyt grzecznie opowiedziane. Później podczas siedmiu lat pracy nad książką te emocje się zmieniały. Wiedziałam na co się piszę – że będzie to wydrapywanie informacji niemal spod ziemi, ale nie chciałam pisać kroniki, lecz pokazać sytuację tych kobiet – czym żyły i oddychały w latach 80. Z tej ciekawości i złości powstała książka. Lubię gniew jako punkt uderzenia, energię do działania. To ona popchnęła mnie do pracy i wyciągania z szafy zapomnianych historii kobiet. Ale potem się wyczerpała. Gdy już intensywnie pracowałam nad wywiadami, ich historie stały się moimi historiami. Zastanawiałam się, jak to było być kobietą w latach 80., mieć dzieci albo mieć je w drodze i do tego grać muzykę. Dla mnie to była osobista nagroda, że mogę zajmować się kobiecym dziedzictwem. Kilka kobiet odmówiło pani rozmowy. Dlaczego nie chciały mówić o ówczesnej aktywności? – Myślę, że to efekt ducha tamtych czasów. Od mężczyzn wymagano, żeby byli aktywni, silni i twardzi, a kobiety miały być ciche i grzeczne. Domyślam się, że mogły czuć pewien dysonans w sytuacji, kiedy pojawia się obca osoba, zadaje pytania i pcha je na pierwszy plan. Nie każda była na to gotowa. Kobiety z tego pokolenia, nie tylko muzyczki czy artystki, rzadko mówią, co myślą. Mają przekonanie, że są bezwartościowe, za wszystko przepraszają i wolą zostać z boku, bo nie czują się komfortowo w świecie, który cały czas sprawdza ich kompetencje. A może obawiały się odbioru? – Jest to pewien trop. Wiadomo, że nie są to osoby po dwudziestce, ale po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce. Żyją domem, mają wnuki, pracę, która nie jest dla nich najważniejsza na świecie. Łączą w sobie dwie postacie: stateczną panią w sile wieku z tamtą pełną buntu
Hamlet spogląda Dulskiej przez ramię
Teatr, który zdziera maski Tematem dominującym w polskim teatrze jest demaskacja, docieranie do jądra sprawy i prawdziwego oblicza bohaterów strojących się cudze piórka. Tak jest w dramatach klasycznych na nowo interpretowanych, ale i najnowszych, jak choćby w „Pacyfistach” Marka Modzelewskiego w reżyserii Jacka Braciaka (Teatr Współczesny), „Eksie” Mariusa von Mayenburga w reżyserii Artura Tyszkiewicza (Teatr Ateneum) czy „Żarze” Sándora Máraiego w reżyserii Jana Englerta (Teatr Polonia). Wszędzie chodzi o to samo: o prawdę, czyli przywrócenie równowagi w przyrodzie społecznej. Duński książę w roli głównej W tym sezonie rządził Hamlet. Nie tylko na Międzynarodowym Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku, gdzie pojawiło się aż siedem różnych jego wersji z Polski i zagranicy, ale także na scenach polskich. Aż trzy – z Teatru Śląskiego w reżyserii Roberta Talarczyka grany po śląsku, z Teatru Zagłębia w Sosnowcu w reżyserii Jacka Jabrzyka i z Teatru Powszechnego w Warszawie w reżyserii Kamila Białaszka – rywalizowały o palmę pierwszeństwa na wspomnianym festiwalu. Ostatecznie jury Złotym Yorickiem wyróżniło „Hamleta” z Sosnowca. Ale przecież były jeszcze inne „Hamlety”, a nawet para-„Hamlety”: „Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET” Pawła Demirskiego z Narodowego Starego Teatru w Krakowie czy też „Hej, Hamlet” w reżyserii Anieli Płudowskiej ze Szczecina. Festiwal gdański poprzedził też prolog z głośnym „Hamletem” Jana Englerta, żegnającym się tym spektaklem z dyrekcją Teatru Narodowego, z budzącym wielkie nadzieje debiutem Hugona Tarresa w roli tytułowej – w tym sezonie także głównym bohaterem spektaklu Kamila Białaszka „Niewyczerpany żart”. Adaptacja powieści Davida Fostera Wallace’a pełnymi garściami czerpie z szekspirowskich inspiracji: młody Incandenza Tarresa wygląda na współczesne wcielenie Hamleta, chłopaka bez wielkich ambicji, wygodnickiego, z dobrej rodziny, ale odczuwającego pewną niewygodę swojego położenia. Przypomina wyraźnie bezwolnego Hamleta Antka Sztaby ze spektaklu Białaszka w Teatrze Powszechnym. Sztaba gra tego Hamleta słabeusza z talentem, maskując chwilowym ożywieniem jego niemrawość i obojętność. Białaszek dokonał tu niezłej wolty, wyciągając z „Hamleta” wątek karlejącego dziedziczenia, które prowadzi do katastrofy. To opowieść o autodestrukcji. Na tle pozbawionego energii dworu wyróżniają się postacie kobiece, Gertruda i Ofelia. Zwłaszcza królowa Gertruda (Anna Ilczuk), która okazuje się jedyną bohaterką panującą nad swoim losem i trzymająca władzę nad tym rozchwierutanym światem. To ona w brawurowym monologu wyrzuca Hamletowi wygodnictwo. Młodzi mężczyźni w tym świecie są do niczego. Białaszek za pomocą „Hamleta” demaskuje pokolenie Z. Rzecz ciekawa, ale Kamil Mrożek jako Zbyszko Dulski z „Moralności pani Dulskiej” wydaje się zainfekowany wygodnickim Hamletem. Także i on, po pozornym buncie, ustaje w swoich demonstracjach i wraca potulnie na rodziny łono. Zapolska i Szekspir, a cóż to za dziwaczne połączenie? A jednak! W repertuarze Teatru Narodowego „Hamlet” sąsiaduje z „Moralnością pani Dulskiej”, najnowszą premierą w reżyserii Anny Augustynowicz. Zapolska odzyskuje wigor Przed 80 laty, tuż po wojnie, zaniepokojony Kazimierz Wyka, krytyk i badacz literatury pytał: „Renesans Zapolskiej czy omdlenie teatru?” („Twórczość” nr 3, 1945/1946). Wyka zareagował na masowy powrót do Zapolskiej, traktując to zjawisko jako objaw słabości teatru niezdolnego do interpretacji świata i jego nowych wyzwań. Zapolska przetrwała ten krytyczny zagon i coraz częściej wraca na pierwszy plan. W tym sezonie pojawiło się aż pięć premier jej dramatów w teatrach żywego planu (w tym dwie w teatrach offowych) i premiera w Teatrze Telewizji, nie licząc spektakli dogrywanych. W Teatrze Narodowym – wspomniana „Moralność pani Dulskiej”, w lubelskim Teatrze im. Juliusza Osterwy pod koniec sezonu żegnano „Ich czworo” po pięciu latach obecności w repertuarze, a w warszawskim Teatrze Komedia premierę tej „komedii ludzi głupich” (jak pisała Zapolska) przygotował Marek Kalita. W Słupsku na afiszu pojawił się spektakl o Zapolskiej „Zapolska Superstar”, w paru teatrach grano też i wystawiano „Żabusię”. Tak więc Szekspir i Zapolska podali sobie ręce jako koryfeusze repertuaru. Co więcej, Zapolska doczekała się specjalnego wydania miesięcznika „Raptularz” – w całości poświęconego jej obecności w teatrze. Jak widać, Gabriela Zapolska odzyskała wigor, a dwie – odmienne, choć warsztatowo znakomite – realizacje „Moralności pani Dulskiej” w Teatrze Telewizji (w reżyserii Agnieszki Glińskiej i Franciszka Przybylskiego ze specjalnie skomponowanymi kupletami) i w Teatrze Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Czasami czuję ten ciężar
Teatr Telewizji jest największą sceną świata Michał Kotański – dyrektor Teatru Telewizji W ostatnich dwóch latach, za pańskiej dyrekcji, Teatr Telewizji stanął na nogi. Wyciągnął pan asy z rękawa. Czy osiągnąwszy tak wiele, ma pan jeszcze coś do ujawnienia przed nowym sezonem? – Program będziemy ogłaszali na początku września. Wtedy opowiem więcej o planowanych na kolejny sezon premierach, teraz dopinamy szczegóły i nie chcę jeszcze za dużo o nich mówić. Żeby mieć o czym mówić we wrześniu? – Dzisiaj mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie uda nam się najpewniej utrzymać zarówno liczbę produkcji, jak i ich poziom. Jeszcze trzy lata temu spektakle w TVP były robione szybko i za nierealne budżety. Wynikało to z niewiary decydentów w sens misji publicznej. Decyzja obecnego prezesa telewizji o zwiększeniu finansowania ambitnych projektów, rozmowy wewnątrz telewizji o tym, jak można odświeżyć formułę Teatru TV, większe zaangażowanie i współpraca innych agencji TVP – to zmienia podejście do teatru wewnątrz tej dużej korporacji, jaką jest Telewizja Polska. I co, naprawdę się zmieniło? – Zmieniło się. Zarówno, jeżeli chodzi o jakość, ale też poruszane tematy. Kiedy w pierwszym roku uruchamialiśmy niektóre produkcje, usłyszałem, że będę ekskomunikowany. Ze smutkiem konstatuję, że nadal nie jestem. Publiczność oczekuje oprócz rozrywki również poważnej rozmowy. I budowania przestrzeni, która wychodzi poza polaryzację, ogarniającą już chyba wszystkie sfery życia publicznego. O jakich spektaklach pan mówi? – O takich jak „Prałat” czy „Jak nie zabiłem swojego ojca”. Rozmowy po ich emisji, nawet jeżeli były dla niektórych mocne czy wchodziły w rejony mogące budzić kontrowersje, były potrzebne i w stu procentach spełniały definicję misji publicznej. Obecnie politycy i media w zdecydowanej większości odpuścili sobie rozmowę. Liczy się cyrk. Przy okazji warto wspomnieć, że Jacek Kurski miał przecież ambicje, żeby Teatr Telewizji był wartościowy i był mocną jednostką produkcyjną wewnątrz TVP. No ale zapału,
Hanka podnosi się z każdego upadku
Historia była wyjątkowo okrutna wobec nas, zwykłych ludzi na Górnym Śląsku Grażyna Bułka – aktorka teatralna i filmowa związana z Teatrem Śląskim w Katowicach i Teatrem Korez. Trzykrotna laureatka Złotej Maski za najlepszą rolę kobiecą, uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi (2023) oraz Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2017). Hanyska Roku 2016 i Ambasadorka Śląska (2026). Porozmawiajmy o „Mianujom mie Hanka” Alojzego Lyski. Jak do ciebie trafił ten tekst? – Mirek Neinert był na gali ogłoszenia wyników konkursu na jednoaktówkę po śląsku w Teatrze Śląskim, chyba w 2015 r. Tam usłyszał fragmenty „Hanki” czytane przez Dariusza Chojnackiego. Od razu wiedział, że to tekst na monodram. Mało tego, czuł, że to, co napisał Alojzy Lysko, może się stać nowym „Cholonkiem”. W jakim znaczeniu? – Czuł – i jak widać, się nie mylił – że „Hanka” stanie się w Teatrze Korez kolejnym kamieniem milowym na drodze prezentowania na scenie teatralnej historii Górnego Śląska i życia Ślązaków w sposób szczery, szlachetny i wartościowy. Mirek od dłuższego czasu szukał tekstu napisanego po śląsku, po naszymu, który stanie się godnym następcą „Cholonka”. Niełatwe zadanie. „Cholonek”, a przede wszystkim wasza realizacja tego tekstu, to majstersztyk. Wysoko podnieśliście poprzeczkę. – Szalenie. Dlatego stworzenie spektaklu, który oczarowałby widownię teatralną w podobny sposób, to było nie lada wyzwanie. Ale żeby zacząć myśleć o pracy aktorskiej, trzeba najpierw znaleźć tekst, który ma tę moc. W każdym razie Mirek powiedział mi, że jeżeli czekam na coś, co może być po „Cholonku”, to to jest właśnie „Hanka” Lyski. I jak, miłość od pierwszego wejrzenia? – Nie znałam tego tekstu, a już zaczęłam kręcić nosem. Głównie dlatego, że nie jestem miłośniczką monodramu. Trudno to sobie wyobrazić po sukcesie „Mianujom mie Hanka” i liczbie granych przez ciebie spektakli. I to nie był twój pierwszy monodram. – Owszem, ale ja nigdy nie lubiłam monodramów. (…) Aktorzy generalnie mają parcie na monodram, bo im się wydaje, że kiedy sami odpowiadają za spektakl, to jest im łatwiej, bo na scenie nie zależą od gry innych członków zespołu. A mnie, powtarzam, właśnie najbardziej brakuje partnera do dialogu. Lubię grać z ludźmi, kocham tę sceniczną interakcję. Mirek dosłownie wcisnął mi tekst „Hanki”. Zaczęłam czytać i po paru stronach wiedziałam, że to jest moje, dla mnie i ja tego nie wypuszczę z rąk. Że ta historia jest warta wszelkich poświęceń, że moja niechęć do monodramu jako gatunku scenicznego nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo to jest coś po prostu skrojone na mnie i jeżeli tego nie zrobię, będę żałowała do końca życia. Mirek Neinert podjął się reżyserii spektaklu. Wasze wizje dotyczące tego, jak ten tekst powinien zostać zaadaptowany na potrzeby teatru, jak masz go zagrać, były spójne, czy ścieraliście się w kwestiach reżyserskich? – Od początku wiedziałam, jak chcę, żeby to wyglądało, bo czułam, w czym tkwi siła tego dramatu. Wizje moja i Mirka pięknie się zespoliły; doskonale wiedzieliśmy, w jakim kierunku mamy podążać, na co zwracać uwagę, gdzie postawić pauzę, a gdzie wykrzyknik. To sprawiło, że praca nad sztuką szła jak po maśle. Zasada była prosta: bierzemy tekst i dokładamy do niego emocje. Ja silnie poczułam ten tekst, bo chociaż on opowiada o czyjejś wyimaginowanej historii, to jest mi niebywale bliski, a co najważniejsze, podobna historia zapewne wydarzyła się w co drugiej śląskiej rodzinie. Poza tym jestem matką dwóch synów, więc kiedy opowiadam, że synowie mojej bohaterki giną na wojnie albo w wybuchu w kopalni, mocno mnie to dotyka. I co z tego, że opowiadam jako Hanka, Fragmenty rozmowy z książki Grażyny Bułki i Tomasza Kowalskiego Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd, Sonia Draga, Katowice 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nasza druga strona ciszy
Surrealizm staje się remedium na współczesne lęki. Pomaga rozbroić wewnętrzne napięcia „Gdy już nie będę mogła mówić, będzie o mnie milczał wiatr”*, pisała w wierszu „Obecność” Erna Rosenstein. Taka cisza jednak nie zapadła. Dziś mówią za nią jej obrazy – i to donośnie. Oczy świata sztuki zwróciły się właśnie na Polskę – w wiedeńskim Belwederze otwarto dużą monograficzną wystawę malarstwa artystki (1913-2004), przedstawiając ją jako jeden z najbardziej oryginalnych głosów w europejskiej sztuce powojennej. Świadectwem rangi tego wydarzenia jest fakt, że ekspozycji oddano przestrzeń muzealną aż na pół roku. Miło mi było jako Polakowi włączyć się w międzynarodowy tłum zwiedzających, zachwyconych przywiezionymi z Polski 80 obrazami. Nie opuszczało mnie przy tym pytanie: skąd wzięło się nagłe zainteresowanie znaczącego muzeum europejskiego tą stosunkowo mało znaną artystką? I o czym ono świadczy? Przede wszystkim Erna Rosenstein przestaje być twórczynią mało znaną. W ostatnich latach prezentacje jej dzieł odbyły się w Londynie, Nowym Jorku, Zurychu czy Kassel. Wiedeńska ekspozycja wpisuje się w ten harmonogram, podkreślając zarazem wiedeński ślad w jej biografii. To tutaj artystka uczyła się w latach 30. ubiegłego wieku. Do Wiednia wysłał ją ojciec – sędzia lwowski – w obawie przed wejściem córki do kręgów lewicującej młodzieży oraz grozą narastającej w Polsce niechęci do Żydów. Duża część abstrakcyjnych obrazów ukazanych na wiedeńskiej wystawie rodzi skojarzenia z kwiatami, tkankami czy anatomią ciała. Emanuje z nich zachwyt nad biologicznym fenomenem życia i jego zagadkowością. Odbiorców fascynuje to szczególnie, gdyż wiedzą, że te formy tworzyła kobieta obciążona niewyobrażalną traumą. Najmocniejszym ładunkiem tej twórczości – tym, który przyciąga wielu i w tajemniczy sposób w tych dziełach eksploduje – są jej makabryczne doświadczenia z czasów okupacji. Artystka poznała piekło lwowskiego getta. Po ucieczce stamtąd w 1942 r. rodzice Erny zostali zamordowani w jej obecności w lesie pod Małkinią przez przewodnika, który za opłatę miał zapewnić im schronienie. Dziewczyna uciekła przed przeznaczoną dla niej kuli. Na dodatek musiała później w dramatycznych okolicznościach wyrzec się związku z zamordowanymi rodzicami, a nawet milczeniem osłonić sprawcę, by przed małomiasteczkowym tłumem zataić swoje pochodzenie. „Jak można z takim bagażem żyć dalej, Wystawa „Jenseits der Stille” Wiedeń, Unteres Belvedere (Dolny Belweder) do 10 stycznia 2027 r. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
AKTUALNOŚCI
WięcejDlaczego tak łatwo można manipulować Polakami?
Prof. Mirosław Karwat, politolog, kierownik Katedry Teorii Polityki i Myśli Politycznej WNPiSM UW Dość powszechna podatność na manipulację w przekazie politycznym wynika m.in. z niskiego poziomu i zakresu wiedzy obywatelskiej rodaków, tylko wyrywkowego i doraźnego zainteresowania polityką (a i wtedy nie meritum, ale detalami lub chwilowymi wrażeniami i nastrojami), z krótkiej pamięci wyborców o decyzjach i czynach polityków oraz z braku przyzwyczajenia do ciągłości w myśleniu, do porównywania źródeł i treści informacji, co umożliwiałoby samodzielność i krytycyzm w ocenach. Dominują subiektywne kryteria wiarygodności i skłonność do wiary na kredyt (z góry w dowolnej sprawie i sytuacji, na zawsze) ze względu na kryterium „swój, nasz, normalny, prawdziwy Polak” oraz irracjonalne uprzedzenia do oponentów. Znać tu efekty zarówno wychowania religijnego, jak i marketingu – jedno i drugie naprowadza na emocje, nie na przemyślenia. Prof. Radosław Markowski, profesor nauk społecznych Możemy najwyżej mówić o takich Polakach, którzy dają sobą manipulować lub nie dają. Mamy przecież bagaż wiedzy naukowej, dzięki której m.in. latamy w kosmos. W odróżnieniu od wypowiedzi religijnych w naukę wdrukowane są autokorekty. W przypadku religii mamy instytucję, która dba o nienaruszalność głoszonych dogmatów, nawet jeśli są sprzeczne z empirią. Kiedy mowa o manipulacji, myślimy więc o ludziach, którym przedstawia się świat, jakiego nie ma. Są to osoby ideologicznie zawłaszczone przez sprawnych manipulatorów. Działa Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Konsul zamożnych Polaków
Naszych konsularników, czyli konsulów z placówek i urzędników pracujących w centrali, w departamencie, najbardziej burzyło, gdy konsulami generalnymi zostawali zupełni dyletanci, osoby z politycznego polecenia. Taki najazd mieliśmy np. w czasach PiS na konsulaty w USA – w pewnym momencie żadnym nie kierowała osoba, która wcześniej zajmowała się sprawami konsularnymi. No to teraz warto wspomnieć o innym przypadku, tylko z pozoru podobnym. Otóż do Barcelony na konsula generalnego minister Sikorski wysłał osobę, która również nie zajmowała się wcześniej sprawami konsularnymi. Ale nie ma w MSZ człowieka, który by twierdził, że to chybiona nominacja. Wręcz przeciwnie, mówią, że trudno byłoby lepiej trafić. Tym konsulem jest Maciej Bernatowicz. Człowiek, który zna i kocha Hiszpanię, MSZ w zasadzie zna od dziecka, przez wiele lat był na placówce w Madrycie i pracował w centrali. Do tego ma wielkie umiejętności komunikowania, rozmawiania i przekazywania informacji. Jeśli więc tylko nie zabraknie mu zapału… Zacznijmy od tego dziecka – Maciej Bernatowicz jest synem Grażyny Bernatowicz, która dwa razy była wiceministrem spraw zagranicznych i o której kompetencjach minister Sikorski wyrażał się z najwyższym uznaniem. Głównym obszarem jej zainteresowań była Hiszpania i proces jej wejścia do Unii Europejskiej – pisała z tego i doktorat, i habilitację. Przez pięć lat (2002–2007) była ambasadorem w Madrycie, potem, po powrocie do Warszawy, objęła stanowisko wiceministra. W tym czasie w MSZ zaczął pracować, po przyjściu z Kancelarii Premiera, Maciej Bernatowicz. W różnych miejscach – w centrali był wicedyrektorem w Departamencie Współpracy Ekonomicznej, a potem w Departamencie Ameryki. W latach 2011-2016 kierował referatem ekonomicznym ambasady w Madrycie i był jej rzecznikiem prasowym. W latach 2018-2023 pracował w ambasadzie w Hadze, odpowiadając za kwestie zarówno gospodarcze, jak i później polityczne. Minęło mu tak, przy różnych ministrach, prawie 20 lat. I już wiadomo, że sam na swoją pozycję zapracował. A teraz ta Barcelona. Bernatowicz mieszkał w Hiszpanii prawie dziewięć lat, studiował w Madrycie. Gdy tam był, przesyłał korespondencje do gazet, radia i telewizji. Wie zatem, jak mówić, aby przyciągać uwagę. Napisał zresztą książkę o jednoznacznym tytule: „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko”. Warte zauważenia – gdy przedstawiał posłom w Sejmie swój okręg konsularny i plan pracy, panowała cisza, słuchano go z uwagą. Bo to miejsce, w którym mieszkania i domy ma kilkadziesiąt tysięcy Polaków. W Katalonii, Walencji. Owszem, jest jeszcze spora grupa dawnej emigracji zarobkowej, ale przede wszystkim napływają ci nowi, zamożni, którzy kupili nieruchomości – jedni, żeby wynajmować, drudzy, żeby mieszkać. W wakacje albo na stałe. No i 1,5 mln polskich turystów. Do tego placówka musi się przystosować. Bo Polacy w Hiszpanii chcą już czegoś innego i co innego mogą zaoferować. Później posłowie, jeden po drugim, gratulowali Bernatowiczowi prezentacji. W sumie dobrze się zaczyna… Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Listy od czytelników nr 37/2026
Bezkarni, bezczelni, bezmyślni Lektura artykułu, a zwłaszcza fragmentu o trzech kierowcach, którzy mieli rekordowe 19 (!) zakazów prowadzenia pojazdów, nasunęła mi pewną refleksję. Czy sądy nie mogą, czy nie chcą nic robić z takimi kierowcami? Spójrzmy na tę sytuację z innej perspektywy: jesteście państwo sędzią orzekającym wobec kierowcy, który miał już 18 zakazów prowadzenia. Czy naprawdę tym 19. delikwent się przejmie? Taki człowiek już przy złamaniu pierwszego zakazu powinien dostać przynajmniej obowiązek prac społecznych, żeby było jasne, że instytucja państwa daje mu fory, nie zmieniając przymusowo ostatniego adresu zamieszkania przy ul. 17 Stycznia 28 w Rawiczu. A jeśli znowu tak się zachowa na drodze, to żadnej taryfy ulgowej i trzeba go wysłać do tego Rawicza czy Białołęki. Orzekanie kilku czy kilkunastu zakazów nic nie da, skoro z jednego delikwent nic sobie nie robi. Nurtuje mnie tylko pytanie, czy sędziowie nie mogą, czy nie chcą iść w stronę, o której tu mówię. Tomasz Wasiołka To wierzchołek góry lodowej. Codziennie „siedzą mi na zderzaku” w obszarze zabudowanym całkiem trzeźwi, jak mniemam, kierowcy ciężarówek oraz mniejszych samochodów dostawczych. Z prozaicznego powodu – jadę przepisowo. Codziennie mój samochód jest wyprzedzany w miejscach niedozwolonych: na podwójnej ciągłej, na skrzyżowaniach, przejściach dla pieszych, przejazdach kolejowych itp. Bo panowie szlachta mają włączony tempomat albo tak bardzo się śpieszą, by nasza gospodarka nie upadła, że nie ma dla nich większej świętości, niż zarobić, nawet kosztem cudzego zdrowia i życia. O młodocianych kierowcach mocno przechodzonych bmw nie wspominając. Dla nich bezmyślność i brawura to sposób na dobre spędzenie czasu. Co gorsza, na wielu drogach policji nie widać miesiącami, jeśli nie latami. To nie wysokość kary odstrasza, ale jej nieuchronność. Michał Błaszczak Tatry moich czasów W latach 60. wędrowałam po Tatrach. To był obóz szkolny organizowany przez opiekuna kółka turystycznego. Przed wyjazdem przygotowywaliśmy się do wędrówki. Odbywaliśmy wielokilometrowe piesze wycieczki, by mieć kondycję. Wiedzieliśmy, jak się zachować w górach i jak się ubrać (to w nawiązaniu do dzisiejszych zachowań osób wędrujących po górach). Pamiętam, jak wybieraliśmy się na Giewont. Było cicho i od czasu do czasu mijała nas niewielka grupa lub pojedyncze osoby. Zwyczaj przekazywania sobie pozdrowień był wtedy powszechny i bardzo sympatyczny. Dzisiaj przy tabunach pseudoturystów, zachowujących się głośno, rzucających śmieci, nie jest to możliwe. Od lat nie jeżdżę w góry, bo to nie wypoczynek, lecz mordęga. Żal tamtego czasu, kiedy można było napawać się ciszą i podziwiać widoki. Cóż, wspomnień czar. Danuta Drelich-Pacanowska Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Złodziejskie żniwa w ROD
Moda na rodzinne ogrody działkowe (ROD) nie słabnie. Chętnych na kawałek działeczki z altanką jest więcej niż wolnych miejsc w 4,5 tys. ogrodów, które gospodarują na 40 tys. ha. Szczęśliwi posiadacze ogródków są w szczycie sezonu. Niestety, nie tylko oni. Żniwa mają złodzieje. Buszują po działkach i kradną wszystko. Najczęściej elektronarzędzia, kosiarki, sprzęt ogrodniczy, rowery i butle gazowe. Rekordziści mają na koncie po kilkadziesiąt włamań. Straty idą w dziesiątki tysięcy złotych. Zdarzają się też takie sytuacje jak w Darłowie, gdzie 38-letni złodziej zaczął od zjedzenia kiełbasy i wypicia ośmiu puszek piwa. Najedzony zabrał wkrętarkę i uciekł. Był i taki złodziej, który schował się przed właścicielem za zasłonką. Oraz taki, który czekał z łupem na autobus. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wojenka między imperiami
Czy Tadeuszowi Rydzykowi udało się zbudować coś tak wielkiego, że może nosić dumną nazwę IMPERIUM? Zazdrośnicy tak widzą dzieło toruńskiego redemptorysty. A że wielu jest krytyków Radia Maryja, Telewizji Trwam i „Naszego Dziennika”, to doczekali się riposty. I broszury „Pokonać Goliata. Mechanizmy propagandy medialnych gigantów przeciw Radiu Maryja”, której autorami są prof. Janusz Kawecki, szef zespołu wspierania Radia Maryja, oraz pracujący dla Rydzyka Małgorzata Rutkowska i Witold Ludwig. Cóż piszą? Jakież to imperium Rydzyka przy Axel Springer Polska, Bauer Media Polska, TVN Warner Bros. czy Grupie Polsat Plus? Mizerota. A kasa płynąca z budżetu państwa do mediów Rydzyka? Nie raduje nas. Choć widzimy też, że najbardziej boli to te media, które doją nas na o wiele większą skalę. Tyle że robią to bardziej przebiegle od Rydzyka. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Promocja
WięcejJak golić się bez podrażnień i zaczerwienień? Poradnik krok po kroku
Artykuł sponsorowany Podrażnienia i zaczerwienienia po goleniu są wynikiem mechanicznego uszkodzenia naskórka oraz zapalenia mieszków włosowych. Głównymi winowajcami są: golenie „na sucho”, stosowanie maszynek wieloostrzowych (które wielokrotnie przesuwają się po tym samym fragmencie skóry) oraz używanie
Jak wybrać rolki damskie – praktyczny poradnik dla początkujących i średniozaawansowanych
Artykuł sponsorowany Wybór rolek damskich to coś więcej niż tylko decyzja estetyczna. Dobrze dobrany model wpływa bezpośrednio na komfort jazdy, bezpieczeństwo oraz szybkość nauki. Wiele osób na początku wybiera sprzęt przypadkowo, co później skutkuje bólem stóp
Dlaczego nasiona nie wschodzą? Najczęstsze przyczyny problemów od siewu do pierwszych liści
Artykuł sponsorowany Brak wschodów nie zawsze oznacza, że materiał siewny był złej jakości. Nasiono potrzebuje odpowiedniej temperatury, wilgotności i dostępu do tlenu, a wymagania poszczególnych gatunków znacznie się różnią. Marchew może długo pozostawać niewidoczna, podczas
Jak rozpoznać, że roślina ma za mało światła? 7 charakterystycznych objawów
Artykuł sponsorowany Światło jest jednym z najważniejszych czynników wpływających na kondycję roślin. To właśnie ono napędza fotosyntezę i pozwala im wytwarzać związki potrzebne do wzrostu. Gdy roślina przez dłuższy czas stoi w zbyt ciemnym miejscu, jej wygląd i funkcjonowanie stopniowo
Kapsułowa garderoba na wrzesień – dlaczego klasyczny płaszcz to podstawa
Artykuł sponsorowany Wrzesień to miesiąc pełen niuansów, w którym poranne chłody mieszają się ze słonecznymi popołudniami. Świadome kreowanie wizerunku wymaga wówczas balansu między funkcjonalnością a bezkompromisowym szykiem. Poznaj zasady budowania harmonijnej szafy kapsułowej i sprawdź, dlaczego














