Czy naprawimy niesprawiedliwy system wyborczy?

Nierówności dotyczą ponad połowy kraju Prof. Adam Gendźwiłł – politolog, socjolog i geograf, kierownik Centrum Studiów Wyborczych na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, badacz systemów i zachowań wyborczych oraz polityki samorządowej, ekspert Fundacji Batorego. Czy polska demokracja jest równa dla wszystkich? – Równość jest ważną obietnicą demokracji. Równość rozumiana tak, że każdy głos w wyborach powszechnych, obejmujących wszystkich obywateli i obywatelki, waży równo, niezależnie od statusu majątkowego czy od miejsca zamieszkania. I z tą równością zależnie od miejsca zamieszkania mamy problem. – Eksperci alarmują, że w Polsce nierówności w tym aspekcie rosną. Wynikają z tego, że nie zmieniamy podziału mandatów pomiędzy okręgi wyborcze w wyborach do Sejmu. To jest naruszenie obietnicy konstytucyjnej, która mówi, że wybory do Sejmu mają być wyborami równymi. Jak to wygląda w praktyce? – Z upływem czasu nasz system wyborczy staje się coraz bardziej skrzywiony. W roku 2011 został uchwalony Kodeks wyborczy i razem z nim załącznik numer 1, który określał granice 41 okręgów wyborczych do Sejmu i liczbę mandatów poselskich dla każdego okręgu, zależną od liczby mieszkańców. Jak można się spodziewać, z biegiem czasu sytuacja zmieniała się ze względu na migracje i zmiany liczby ludności w poszczególnych okręgach. W piśmie z października 2022 r. Państwowa Komisja Wyborcza pokazywała, że w efekcie w 11 okręgach wyborczych należy zmniejszyć liczbę mandatów o jeden, w 10 – zwiększyć o jeden, a w jednym okręgu (Warszawa II) aż o dwa mandaty. Czyli nierówności dotyczą ponad połowy kraju! – Dodam, że jest jeszcze drugi problem, który nabrzmiewa. To głosujący za granicą. Ten problem dotyka głosujących w Warszawie, ponieważ zgodnie z przepisami Kodeksu wyborczego wszystkie głosy padające w obwodach głosowania za granicą są doliczane do okręgu Warszawa I. A ponieważ mamy do czynienia z radykalnym wzrostem liczby głosujących za granicą w stosunku do 2011 r., w Warszawie na jeden mandat przypada znacznie więcej wyborców niż w innych częściach Polski. Liczyłem to. Warszawa I ma 20 mandatów. Gdyby przeprowadzono korektę demograficzną nieuwzględniającą głosów z zagranicy, powinna mieć 21 mandatów. A za granicą głos oddało 569 tys. Polaków. Czyli Warszawa I powinna mieć 9-10 mandatów więcej, bo na jeden mandat przypada 63 tys. osób uprawnionych do głosowania. W Warszawie powinno być wybieranych 30-31 posłów, a nie 20 jak teraz. – Liczba głosujących za granicą zmienia się z wyborów na wybory i nie sposób z góry przyjąć, ilu ich będzie. Czy są metody, żeby przewidzieć, ile osób będzie głosowało za granicą? – Rozpatruje się różne scenariusze. Najprościej pewnie byłoby przyjąć liczbę głosujących z poprzednich wyborów. Można też przyjąć bardziej skomplikowane rozwiązanie, które jakiś czas temu postulował prof. Jacek Haman. To jest tzw. rozwiązanie czeskie: obwody r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Czy naprawimy niesprawiedliwy system wyborczy?
Sakiewicz miał się wstawić za Kralem, Kania za Dochnalem

Ludzie TV Republika lubią powoływać się na wpływy Czarne chmury zbierają się nad Tomaszem Sakiewiczem, naczelnym propagandystą PiS i wspólnikiem w interesach Przemysława Krala, szefa założonej przez przestępców giełdy kryptowalut Zondacrypto. Na początku września Donald Tusk odczytał w Sejmie zanonimizowane fragmenty zeznań „głównego świadka”, czyli Przemysława Krala, który poszedł na współpracę z prokuraturą i ujawnia kulisy przestępczej działalności mafii kryptowalutowej. Otóż Kral powiedział śledczym, że „pan X” obiecywał mu, że gdy Karol Nawrocki zostanie prezydentem, to on załatwi mu ułaskawienie. Chodzi o sprawę dotyczącą gróźb i próby powstrzymania reportażu „Superwizjera” TVN o Zondacrypto (wcześniej giełda nazywała się BitBay i Zonda). W 2019 r. Michał Fuja przygotowywał reportaż o szemranej giełdzie kryptowalut, a gdy zaczął zbyt mocno drążyć temat, odezwał się do niego pośrednik, proponując 1 mln euro za odstąpienie od realizacji materiału. Pojawiły się groźby, z pozbawieniem życia włącznie. Pośrednik oferujący łapówkę został ujęty i skazany, ale w trakcie śledztwa wyszło na jaw, że w sprawę zamieszani byli też Kral i współpracujący z nim detektyw (mieli tworzyć fałszywe dowody, by utrudnić śledztwo prokuratorskie). Co prawda, Kral został uniewinniony przez Sąd Okręgowy w Krakowie, ale nieprawomocnie i sąd apelacyjny w kwietniu 2025 r. wyrok uchylił, przekazując sprawę do ponownego rozpoznania. Obawiający się skazania szef Zondacrypto (nie mógłby wtedy kierować giełdą) poprosił „pana X” o pomoc. Według dziennikarzy „Superwizjera” TVN i Wirtualnej Polski „panem X” jest Tomasz Sakiewicz, który w aktach śledztwa występuje m.in. pod znanym w środowisku polityczno-dziennikarskim przezwiskiem „Sakiewka”. Redaktor, polityk, biznesmen Szef TV Republika miał wiele powodów, aby załatwić Kralowi u Nawrockiego ułaskawienie. Panów łączyła wspólnota interesów. Sakiewicz poprzez swoje media (TV Republika, portal Niezależna.pl i „Gazetę Polską”) zajadle atakował obóz rządowy za próbę uregulowania szemranego rynku kryptowalut, a jednocześnie ciągnął pieniądze od Zondacrypto. Według badań Instytutu Monitorowania Mediów TV Republika zarobiła na reklamach ponad 37 mln zł, co stanowiło 70% całego budżetu reklamowego marki. Ofensywa reklamowa ruszyła w marcu i trwała do grudnia 2025 r. W tym czasie w Republice pojawiło się 5877 spotów, co średnio daje 18 reklam dziennie. Zondacrypto była także zachwalana przez dziennikarzy stacji w programach publicystycznych i informacyjnych oraz w mediach społecznościowych. Ponadto Sławomir Jastrzębowski (w Republice prowadzi pasmo „Przyjaciele Republiki”) był członkiem grupy na WhatsAppie nazwanej „zondacrypto Public Relations”, dbającej o dobry wizerunek giełdy. Natomiast Marcin Dobski (współautor magazynu „Ściśle jawne” emitowanego w Republice) pisał przychylne teksty i atakował prześwietlających giełdę dziennikarzy. Zondacrypto opłaciła konferencję CPAC (Conservative Political Action Conference) w Jasionce pod Rzeszowem, którą organizowała Republika, a Sakiewicz był jednym z prelegentów. CPAC to odbywająca się od kilkudziesięciu lat konferencja amerykańskich konserwatystów, która stała się międzynarodową przybudówką zwolenników Donalda Trumpa, gromadzącą populistycznych nacjonalistów z całego świata, prawicowych ekstremistów, rasistów, głosicieli teorii spiskowych i lobbystów. To w Jasionce Karol Nawrocki złożył publiczne zobowiązanie, że jeśli zostanie prezydentem, nie podpisze ustawy Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sakiewicz miał się wstawić za Kralem, Kania za Dochnalem
Bezkarne platformy z USA i Chin

Skończmy z internetową patologią Miałem zacząć ten tekst inaczej. Na chłodno. Jednak partnerka właśnie woła mnie do pokoju dzieci. Na jej twarzy maluje się smutek. Jest czwartkowy wieczór. Szkoła przysłała przed chwilą wiadomość. Mamy ją przeczytać naszym nastolatkom. Placówka wzmaga środki bezpieczeństwa w związku z atakami nożowników w szkołach. W internecie krążą informacje, że największy atak zaplanowany jest na jutro (piątek, 9 października). Dzień okrzyknięto w sieci „krwawym piątkiem”. To ma być gra, w której wygra ten, kto zabije więcej osób. Brzmi abstrakcyjnie, prawie jak początek horroru klasy B. A jednak dzieje się naprawdę. I chociaż wiemy, że to zwykłe podkręcanie opinii publicznej fejkami, jest nam wszystko jedno – na pewno nie puścimy jutro dzieci do szkoły. Populizm przyczyną nieszczęścia „Za brak bezpieczeństwa dzieci w internecie odpowiada dziś prezydent Nawrocki”, stwierdził w styczniu na łamach „Przeglądu” minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Rozmawialiśmy wtedy o wecie prezydenta dotyczącym Aktu o usługach cyfrowych (DSA). W styczniu 2026 r. prezydent poinformował o zawetowaniu nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Miała ona umożliwić prezesom Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wydawanie platformom internetowym nakazów usunięcia nielegalnych treści dotyczących ponad 20 czynów zabronionych. Biliśmy na alarm, że weto nie jest obroną wolności słowa, ale ukłonem w stronę amerykańskich big techów. Wszystko kosztem dzieci. Największe platformy internetowe od lat przekonują, że dbają o bezpieczeństwo użytkowników. W praktyce jednak miliony dzieci mają dostęp do serwisów, które potrafią rekomendować brutalne nagrania, treści pornograficzne, materiały gloryfikujące przemoc czy poradniki prowadzące do samookaleczeń. Jednocześnie użytkownicy pozbawieni są szybkich i skutecznych narzędzi do kwestionowania decyzji tych samych platform. Od tamtej rozmowy minęło niespełna dziewięć miesięcy. Ostrzeżenia o internetowej patologii, które wielu traktowało jako polityczną przesadę, zderzyły się z rzeczywistością. W ciągu jednego tygodnia doszło do serii ataków w polskich szkołach i prób kolejnych napaści. Dziewiątka rannych w Ostrołęce. Pod Wyszkowem zabita woźna, która osierociła dwójkę dzieci. Napastnik ma 15 lat. Kilka dni wcześniej policjanci z Wąbrzeźna udaremnili planowany atak 13-latka. W jego plecaku szkolnym znaleziono niemal 30-centymetrowy nóż, określany przez śledczych jako bagnet. W domu zabezpieczono również tasak. Według ustaleń chłopak udzielał się na internetowych forach o treściach faszystowskich i miał sugerować w sieci, że zamierza przeprowadzić atak w szkole. W Sierpcu policjanci udaremnili atak, do którego szykował się 17-latek. Znaleziono u niego dwa noże. Rząd nie pozostawia wątpliwości, że za część tego zjawiska odpowiada środowisko cyfrowe, w którym przemoc staje się widowiskiem, a brutalność walutą algorytmów. Szczególnie wstrząsający jest jednak wątek sprawcy spod Wyszkowa, który według premiera planował nagrać atak. Miał na głowie hełm z kamerką. Nie wystarczało więc zabić. Trzeba było jeszcze stworzyć materiał do obejrzenia. Niewyobrażalnie brutalna przemoc stała się rozrywką. Zupełnie jakby dzieci, o których mowa, nie rozumiały różnicy między światem wirtualnym a realnym. Przeniosły upiorną grę w zabijanie do prawdziwego życia, nie pojmując konsekwencji. Premier Donald Tusk przekonuje, że przemoc atrakcyjnie opakowana przez media społecznościowe coraz częściej opuszcza cyberprzestrzeń i przenika do świata rzeczywistego: na ulice, do szkół i do domów. W ocenie szefa rządu państwo powinno dysponować narzędziami pozwalającymi natychmiast reagować na treści, które mogą inspirować lub podsycać akty k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Bezkarne platformy z USA i Chin
Ściganie uciekających wyborców

O jesiennych wyborach może zadecydować stosunek Amerykanów do publicznych żłobków i przedszkoli Korespondencja z USA Miesiąc przed wyborami połówkowymi republikanie liczą na cud. Na to, że Trumpowi uda się zakończyć wojnę w Iranie, ceny ropy spadną z dnia na dzień, a wyborcy pozwolą im ocalić Senat. Los Izby Reprezentantów zdaje się już przesądzony – w badaniach demokraci mają obecnie 86% szansy na jej przejęcie. Wygrana w Senacie szacowana jest na 61% (VoteHub, październik 2026). Kto śledził przebieg prawyborów, widział, że najwięcej entuzjazmu i nadziei po stronie demokratów niesie dziś skrzydło socjaldemokratyczne. Zdyscyplinowane, skupione na temacie „affordability”, czyli kryzysie zbyt wysokich kosztów życia, i odważnie forsujące reformy w kluczowych obszarach życia publicznego. Chodzi o wprowadzenie powszechnej opieki medycznej, restrukturyzację rynków mieszkaniowych oraz dostęp do publicznej opieki nad dziećmi. Dwie pierwsze propozycje reform nie są zaskoczeniem. W mniej lub bardziej odważnych odsłonach stanowią elementy demokratycznych kampanii wyborczych od lat. Publiczna opieka nad dziećmi jest jednak w Ameryce czymś relatywnie nowym. Nic więc dziwnego, że to na niej skupili uwagę republikanie, węsząc łatwy łup. Zaatakowali projekt jako kopię idei z podręcznika komunizmu, uwłaczającą fundamentalnym amerykańskim wartościom. I… wybili sobie zęby. Straszak spod znaku sierpa i młota okazał się mało skuteczny w starciu z rosnącymi cenami paliwa, coraz wyższymi stopami procentowymi i inflacją. Wyborcy skupieni przede wszystkim na sile nabywczej swojego portfela uznali, że prawem do wolności wyboru i wartościami nie zapłacą czynszu, podczas gdy dostęp do dotowanego żłobka i przedszkola byłby realną pomocą. Pod koniec września od Trumpa bezlitośnie odsunęli się nawet ci wyborcy, którzy od przeszło dekady tworzyli żelazny filar MAGA, czyli biali Amerykanie bez wykształcenia wyższego. Większość z nich dziś już Trumpa nie popiera (co nie znaczy, że zmienili barwy partyjne). Zjawisko rozlało się nawet na zdecydowanie republikańskie, prowincjonalne stany, takie jak Teksas, Kentucky, Ohio czy Alaska („Donald Trump’s Approval Rating Flips With White Voters in Red States”, „Newsweek”, wrzesień 2026). Żłobek a komunizująca prawica Amerykańskich polityków i ich wyborców cechuje też jednak bezwzględny pragmatyzm. I tak doczekaliśmy w tych wyborach kuriozum. Ścigając uciekającego wyborcę, Biały Dom właśnie bowiem zaproponował Amerykanom rozwiązanie rodem z europejskich socjaldemokracji – powszechny program świadczeń wychowawczych. W cieniu wojny w Iranie, masowych protestów przeciwko serwerowniom AI oraz bezprecedensowego zdestabilizowania relacji transatlantyckich o jesiennych wyborach może więc zadecydować stosunek Amerykanów do publicznych żłobków i przedszkoli. O co chodzi? O projekt wiceprezydenta J.D. Vance’a, w ramach którego rodziny otrzymywałyby od państwa 9 tys. dol. rocznie na dziecko. Jeśli przypomina to polskie 500+ czy 800+, nie są państwo w błędzie, choć Ameryka nie planuje być tak egalitarna jak Polska – świadczenie ma przysługiwać rodzicom w zalegalizowanym związku małżeńskim, z dochodami poniżej 85 tys. dol. rocznie brutto (średni dochód gospodarstwa domowego w USA w 2025 r. to 126 tys. dol. brutto) i tylko wtedy, gdy jeden rodzic nie pracuje, bo opiekuje się dzieckiem. Jak ustalił „New York Times”, który na początku września pierwszy opublikował informacje na ten temat, Vance chce sfinansować swój pomysł pieniędzmi z już istniejącego, 12-miliardowego budżetu, którym dysponuje Child Care and Development Fund (CCDF, czyli główny federalny program zapewniający dofinansowanie i subsydia do opieki nad dziećmi dla rodzin o niskich dochodach). To sprytny Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Ściganie uciekających wyborców

Felietony Przeglądu

Wywiady Przeglądu

Klasyka Przeglądu

Kraj

Mamy specjalistów na światowym poziomie, ale wciąż brakuje dawców serca Pod koniec sierpnia Polską wstrząsnął dramat 13-letniego Tymona z Katowic. Chłopiec urodził się z wadą serca. Przeszedł ponad 30 skomplikowanych procedur medycznych. W ostatnich dwóch latach jego stan zaczął się pogarszać. 19 sierpnia br. doszło do załamania wydolności krążeniowo-oddechowej. Na Oddziale Intensywnej Terapii Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach Tymon został podłączony do sztucznego płuco-serca (ECMO) i trafił na sam szczyt listy oczekujących w Polsce na przeszczep. Widząc jego pogarszający się z godziny na godzinę stan rodzice wystosowali poruszający apel w mediach społecznościowych oraz ogólnopolskich stacjach telewizyjnych. Nie prosili o zbiórkę pieniędzy. Nie szukali „dedykowanego” serca dla swojego syna. Apelowali do lekarzy pracujących na oddziałach intensywnej terapii o odwagę w podejmowaniu rozmów z rodzinami zmarłych pacjentów i o przełamanie tabu wokół tematu transplantacji narządów. 25 sierpnia pojawiła się informacja o znalezieniu odpowiedniego serca od dziecka zmarłego w stolicy Czech. Tymon został pilnie przetransportowany do Kliniki Chirurgii Serca, Klatki Piersiowej i Transplantologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Niestety, z powodu długotrwałego wspomagania ECMO u chłopca rozwinęła się sepsa. Jego organizm był zbyt słaby, by przeżyć operację. Tymon zmarł w obecności rodziców 26 sierpnia o godz. 16.30, po odłączeniu od aparatury podtrzymującej życie. Sprowadzone z Czech serce otrzymał inny pacjent oczekujący na narząd, 16-letni chłopiec, który także przyszedł na świat z wadą serca. Śmierć Tymona poruszyła społeczeństwo. Jego rodzice zapowiedzieli kontynuację działań na rzecz promocji transplantologii w Polsce, czyniąc z osobistej tragedii motywację do edukowania społeczeństwa w zakresie dawstwa organów. Najważniejsi w przeszczepach Pierwsza w Polsce próba przeszczepienia serca miała miejsce 4 stycznia 1969 r. w II Klinice Chirurgicznej Łódzkiej Akademii Medycznej. Operację przeprowadził zespół pod kierunkiem prof. Jana Molla, w skład którego wchodzili późniejsi wybitni kardiochirurdzy Kazimierz Rybiński i Antoni Dziatkowiak. Zabieg odbył się zaledwie 13 miesięcy po przełomowej operacji dr Christiaana Barnarda w Kapsztadzie przeprowadzonej w grudniu 1967 r. Pod względem technicznym operacja przebiegła pomyślnie – nowe serce podjęło pracę, jednak po kilku godzinach pacjent zmarł z powodu ostrej niewydolności prawokomorowej. Na kolejną taką operację przyszło czekać 18 lat. 5 listopada 1985 r. w Wojewódzkim Ośrodku Kardiologii w Zabrzu zespół doc. Zbigniewa Religi, z udziałem przyszłych profesorów Andrzeja Bochenka i Mariana Zembali, przeprowadził pierwszy udany przeszczep serca w Polsce. Biorcą był Józef Krawczyk, 62-letni rolnik z Krzepic. Niestety, pacjent zmarł po kilku dniach na skutek powikłań pooperacyjnych. Wielkim sukcesem prof. Religi okazała się dopiero 19. operacja z sierpnia 1987 r. Pacjent, 61-letni Tadeusz Żytkiewicz, żył po przeszczepie jeszcze ponad 30 lat. Zmarł we wrześniu 2017 r. Jego wdzięczność wobec lekarza Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Czy naprawimy niesprawiedliwy system wyborczy?

Czy naprawimy niesprawiedliwy system wyborczy?

Nierówności dotyczą ponad połowy kraju Prof. Adam Gendźwiłł – politolog, socjolog i geograf, kierownik Centrum Studiów Wyborczych na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, badacz systemów i zachowań wyborczych oraz polityki samorządowej, ekspert Fundacji Batorego. Czy polska demokracja jest równa dla wszystkich? – Równość jest ważną obietnicą demokracji. Równość rozumiana tak, że każdy głos w wyborach powszechnych, obejmujących wszystkich obywateli i obywatelki, waży równo, niezależnie od statusu majątkowego czy od miejsca zamieszkania. I z tą równością zależnie od miejsca zamieszkania mamy problem. – Eksperci alarmują, że w Polsce nierówności w tym aspekcie rosną. Wynikają z tego, że nie zmieniamy podziału mandatów pomiędzy okręgi wyborcze w wyborach do Sejmu. To jest naruszenie obietnicy konstytucyjnej, która mówi, że wybory do Sejmu mają być wyborami równymi. Jak to wygląda w praktyce? – Z upływem czasu nasz system wyborczy staje się coraz bardziej skrzywiony. W roku 2011 został uchwalony Kodeks wyborczy i razem z nim załącznik numer 1, który określał granice 41 okręgów wyborczych do Sejmu i liczbę mandatów poselskich dla każdego okręgu, zależną od liczby mieszkańców. Jak można się spodziewać, z biegiem czasu sytuacja zmieniała się ze względu na migracje i zmiany liczby ludności w poszczególnych okręgach. W piśmie z października 2022 r. Państwowa Komisja Wyborcza pokazywała, że w efekcie w 11 okręgach wyborczych należy zmniejszyć liczbę mandatów o jeden, w 10 – zwiększyć o jeden, a w jednym okręgu (Warszawa II) aż o dwa mandaty. Czyli nierówności dotyczą ponad połowy kraju! – Dodam, że jest jeszcze drugi problem, który nabrzmiewa. To głosujący za granicą. Ten problem dotyka głosujących w Warszawie, ponieważ zgodnie z przepisami Kodeksu wyborczego wszystkie głosy padające w obwodach głosowania za granicą są doliczane do okręgu Warszawa I. A ponieważ mamy do czynienia z radykalnym wzrostem liczby głosujących za granicą w stosunku do 2011 r., w Warszawie na jeden mandat przypada znacznie więcej wyborców niż w innych częściach Polski. Liczyłem to. Warszawa I ma 20 mandatów. Gdyby przeprowadzono korektę demograficzną nieuwzględniającą głosów z zagranicy, powinna mieć 21 mandatów. A za granicą głos oddało 569 tys. Polaków. Czyli Warszawa I powinna mieć 9-10 mandatów więcej, bo na jeden mandat przypada 63 tys. osób uprawnionych do głosowania. W Warszawie powinno być wybieranych 30-31 posłów, a nie 20 jak teraz. – Liczba głosujących za granicą zmienia się z wyborów na wybory i nie sposób z góry przyjąć, ilu ich będzie. Czy są metody, żeby przewidzieć, ile osób będzie głosowało za granicą? – Rozpatruje się różne scenariusze. Najprościej pewnie byłoby przyjąć liczbę głosujących z poprzednich wyborów. Można też przyjąć bardziej skomplikowane rozwiązanie, które jakiś czas temu postulował prof. Jacek Haman. To jest tzw. rozwiązanie czeskie: obwody r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

  12 października, 2026
Sakiewicz miał się wstawić za Kralem, Kania za Dochnalem

Sakiewicz miał się wstawić za Kralem, Kania za Dochnalem

Ludzie TV Republika lubią powoływać się na wpływy Czarne chmury zbierają się nad Tomaszem Sakiewiczem, naczelnym propagandystą PiS i wspólnikiem w interesach Przemysława Krala, szefa założonej przez przestępców giełdy kryptowalut Zondacrypto. Na początku września Donald Tusk odczytał w Sejmie zanonimizowane fragmenty zeznań „głównego świadka”, czyli Przemysława Krala, który poszedł na współpracę z prokuraturą i ujawnia kulisy przestępczej działalności mafii kryptowalutowej. Otóż Kral powiedział śledczym, że „pan X” obiecywał mu, że gdy Karol Nawrocki zostanie prezydentem, to on załatwi mu ułaskawienie. Chodzi o sprawę dotyczącą gróźb i próby powstrzymania reportażu „Superwizjera” TVN o Zondacrypto (wcześniej giełda nazywała się BitBay i Zonda). W 2019 r. Michał Fuja przygotowywał reportaż o szemranej giełdzie kryptowalut, a gdy zaczął zbyt mocno drążyć temat, odezwał się do niego pośrednik, proponując 1 mln euro za odstąpienie od realizacji materiału. Pojawiły się groźby, z pozbawieniem życia włącznie. Pośrednik oferujący łapówkę został ujęty i skazany, ale w trakcie śledztwa wyszło na jaw, że w sprawę zamieszani byli też Kral i współpracujący z nim detektyw (mieli tworzyć fałszywe dowody, by utrudnić śledztwo prokuratorskie). Co prawda, Kral został uniewinniony przez Sąd Okręgowy w Krakowie, ale nieprawomocnie i sąd apelacyjny w kwietniu 2025 r. wyrok uchylił, przekazując sprawę do ponownego rozpoznania. Obawiający się skazania szef Zondacrypto (nie mógłby wtedy kierować giełdą) poprosił „pana X” o pomoc. Według dziennikarzy „Superwizjera” TVN i Wirtualnej Polski „panem X” jest Tomasz Sakiewicz, który w aktach śledztwa występuje m.in. pod znanym w środowisku polityczno-dziennikarskim przezwiskiem „Sakiewka”. Redaktor, polityk, biznesmen Szef TV Republika miał wiele powodów, aby załatwić Kralowi u Nawrockiego ułaskawienie. Panów łączyła wspólnota interesów. Sakiewicz poprzez swoje media (TV Republika, portal Niezależna.pl i „Gazetę Polską”) zajadle atakował obóz rządowy za próbę uregulowania szemranego rynku kryptowalut, a jednocześnie ciągnął pieniądze od Zondacrypto. Według badań Instytutu Monitorowania Mediów TV Republika zarobiła na reklamach ponad 37 mln zł, co stanowiło 70% całego budżetu reklamowego marki. Ofensywa reklamowa ruszyła w marcu i trwała do grudnia 2025 r. W tym czasie w Republice pojawiło się 5877 spotów, co średnio daje 18 reklam dziennie. Zondacrypto była także zachwalana przez dziennikarzy stacji w programach publicystycznych i informacyjnych oraz w mediach społecznościowych. Ponadto Sławomir Jastrzębowski (w Republice prowadzi pasmo „Przyjaciele Republiki”) był członkiem grupy na WhatsAppie nazwanej „zondacrypto Public Relations”, dbającej o dobry wizerunek giełdy. Natomiast Marcin Dobski (współautor magazynu „Ściśle jawne” emitowanego w Republice) pisał przychylne teksty i atakował prześwietlających giełdę dziennikarzy. Zondacrypto opłaciła konferencję CPAC (Conservative Political Action Conference) w Jasionce pod Rzeszowem, którą organizowała Republika, a Sakiewicz był jednym z prelegentów. CPAC to odbywająca się od kilkudziesięciu lat konferencja amerykańskich konserwatystów, która stała się międzynarodową przybudówką zwolenników Donalda Trumpa, gromadzącą populistycznych nacjonalistów z całego świata, prawicowych ekstremistów, rasistów, głosicieli teorii spiskowych i lobbystów. To w Jasionce Karol Nawrocki złożył publiczne zobowiązanie, że jeśli zostanie prezydentem, nie podpisze ustawy

  12 października, 2026
Bezkarne platformy z USA i Chin

Bezkarne platformy z USA i Chin

Skończmy z internetową patologią Miałem zacząć ten tekst inaczej. Na chłodno. Jednak partnerka właśnie woła mnie do pokoju dzieci. Na jej twarzy maluje się smutek. Jest czwartkowy wieczór. Szkoła przysłała przed chwilą wiadomość. Mamy ją przeczytać naszym nastolatkom. Placówka wzmaga środki bezpieczeństwa w związku z atakami nożowników w szkołach. W internecie krążą informacje, że największy atak zaplanowany jest na jutro (piątek, 9 października). Dzień okrzyknięto w sieci „krwawym piątkiem”. To ma być gra, w której wygra ten, kto zabije więcej osób. Brzmi abstrakcyjnie, prawie jak początek horroru klasy B. A jednak dzieje się naprawdę. I chociaż wiemy, że to zwykłe podkręcanie opinii publicznej fejkami, jest nam wszystko jedno – na pewno nie puścimy jutro dzieci do szkoły. Populizm przyczyną nieszczęścia „Za brak bezpieczeństwa dzieci w internecie odpowiada dziś prezydent Nawrocki”, stwierdził w styczniu na łamach „Przeglądu” minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Rozmawialiśmy wtedy o wecie prezydenta dotyczącym Aktu o usługach cyfrowych (DSA). W styczniu 2026 r. prezydent poinformował o zawetowaniu nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Miała ona umożliwić prezesom Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wydawanie platformom internetowym nakazów usunięcia nielegalnych treści dotyczących ponad 20 czynów zabronionych. Biliśmy na alarm, że weto nie jest obroną wolności słowa, ale ukłonem w stronę amerykańskich big techów. Wszystko kosztem dzieci. Największe platformy internetowe od lat przekonują, że dbają o bezpieczeństwo użytkowników. W praktyce jednak miliony dzieci mają dostęp do serwisów, które potrafią rekomendować brutalne nagrania, treści pornograficzne, materiały gloryfikujące przemoc czy poradniki prowadzące do samookaleczeń. Jednocześnie użytkownicy pozbawieni są szybkich i skutecznych narzędzi do kwestionowania decyzji tych samych platform. Od tamtej rozmowy minęło niespełna dziewięć miesięcy. Ostrzeżenia o internetowej patologii, które wielu traktowało jako polityczną przesadę, zderzyły się z rzeczywistością. W ciągu jednego tygodnia doszło do serii ataków w polskich szkołach i prób kolejnych napaści. Dziewiątka rannych w Ostrołęce. Pod Wyszkowem zabita woźna, która osierociła dwójkę dzieci. Napastnik ma 15 lat. Kilka dni wcześniej policjanci z Wąbrzeźna udaremnili planowany atak 13-latka. W jego plecaku szkolnym znaleziono niemal 30-centymetrowy nóż, określany przez śledczych jako bagnet. W domu zabezpieczono również tasak. Według ustaleń chłopak udzielał się na internetowych forach o treściach faszystowskich i miał sugerować w sieci, że zamierza przeprowadzić atak w szkole. W Sierpcu policjanci udaremnili atak, do którego szykował się 17-latek. Znaleziono u niego dwa noże. Rząd nie pozostawia wątpliwości, że za część tego zjawiska odpowiada środowisko cyfrowe, w którym przemoc staje się widowiskiem, a brutalność walutą algorytmów. Szczególnie wstrząsający jest jednak wątek sprawcy spod Wyszkowa, który według premiera planował nagrać atak. Miał na głowie hełm z kamerką. Nie wystarczało więc zabić. Trzeba było jeszcze stworzyć materiał do obejrzenia. Niewyobrażalnie brutalna przemoc stała się rozrywką. Zupełnie jakby dzieci, o których mowa, nie rozumiały różnicy między światem wirtualnym a realnym. Przeniosły upiorną grę w zabijanie do prawdziwego życia, nie pojmując konsekwencji. Premier Donald Tusk przekonuje, że przemoc atrakcyjnie opakowana przez media społecznościowe coraz częściej opuszcza cyberprzestrzeń i przenika do świata rzeczywistego: na ulice, do szkół i do domów. W ocenie szefa rządu państwo powinno dysponować narzędziami pozwalającymi natychmiast reagować na treści, które mogą inspirować lub podsycać akty k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

  12 października, 2026
Obok siebie

Obok siebie

Ukraińskie dzieci coraz częściej są w szkole izolowane, mają problem z asymilacją i relacjami rówieśniczymi Dzieci z Ukrainy trafiały do polskich szkół w różnych momentach wojny i z różnym bagażem doświadczeń. Niektóre nie znały ani słowa po polsku, inne mieszkały w Polsce jeszcze przed 2022 r. Po kilku latach część ma polskich przyjaciół i mówi bez akcentu, a inne spędzają przerwy tylko w ukraińskim gronie lub samotnie. Spotykają się z najróżniejszymi reakcjami: od życzliwości po wyzwiska, dyskryminację rówieśniczą i ksenofobiczną przemoc. Raport Centrum Edukacji Obywatelskiej oraz Fundacji International Rescue Committee Polska z sierpnia br. „Uczniowie-cudzoziemcy w polskich szkołach w roku szkolnym 2025/2026”, sporządzony na bazie danych z Systemu Informacji Oświatowej z kwietnia br., wskazuje, że w polskich szkołach uczyło się 155,3 tys. uchodźców z Ukrainy. Po doliczeniu 55 tys. migrantów sprzed wojny dawało to ok. 210 tys. ukraińskich uczniów zapisanych do polskich placówek oświatowych. W kwietniu 2026 r. większość uczniów uchodźców – 110,7 tys. – uczęszczała do szkół podstawowych. Z kolei w szkołach ponadpodstawowych ich liczba wzrosła z ok. 20 tys. w kwietniu 2023 r. do 44,6 tys. w kwietniu 2026 r. Liczby pokazują, ile ukraińskich dzieci i nastolatków siedzi w polskich ławkach, ale nie to, czy mają z kim usiąść i porozmawiać na przerwie. Przez pierwsze miesiące wojny zastanawiano się, czy system edukacji wytrzyma zwiększoną liczbę uczniów. Dziś należałoby zadać sobie trudniejsze pytanie: co rzeczywiście dzieje się z tymi dziećmi w szkole? Wsparcie, które znika Gdy w 2022 r. do szkół trafiło ponad 100 tys. dzieci z Ukrainy (raport Centrum Edukacji Obywatelskiej), wiele z nich nie mówiło po polsku. Odpowiedzią na to miały być oddziały przygotowawcze. Według CEO w roku szkolnym 2021/2022 uczyło się w nich 25,7 tys. uchodźców, a w 2025/2026 już tylko 2,6 tys. Odsetek uchodźców korzystających z dodatkowych lekcji polskiego spadł z 48% w kwietniu 2025 r. do 28% rok później. Za statystykami stoją konkretne sytuacje. Danylowi (imię zmienione), uczniowi podstawówki, jak relacjonuje siostra, z polskim pomagała jedna z pań ze szkoły. Kiedy się zwolniła, żaden z polskich nauczycieli nie prowadził już zajęć jeden na jeden. Chłopiec podkreślał też, że w jego szkole nigdy nie było zajęć grupowych. Wsparcie często opiera się na konkretnych osobach. Siostra Danyla mówiła, że poprzednia wychowawczyni brata organizowała dla klasy wyjścia i treningi integracyjne, bo rozumiała, że do szkoły trafiło wielu nowych uczniów z Ukrainy i Białorusi. Nowa wychowawczyni – ocenia siostra – nie jest już tak zaangażowana. Podobne doświadczenia ma uczennica drugiej klasy liceum, która także poprosiła o anonimowość. Pisze, że większość Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  12 października, 2026
Skąd przychodzi zło?

Skąd przychodzi zło?

Co państwo pamiętają z wydarzeń z ostatniego tygodnia, z ataków nożowników w szkołach na Mazowszu? Myślę, że przede wszystkim awantury polityków, którzy przerzucają się odpowiedzialnością, kto zawinił. Teorie, skąd te ataki się wzięły, mnożą się i są coraz bardziej fantastyczne. Mnie szczególnie ujęły wyjaśnienia Jarosława Kaczyńskiego, że to operacja sterowana z Kremla, by w Polsce zapanował chaos, i że państwo Tuska nas nie uchroniło. Brawo, Jarosławie! Już wiem, że wszelkie zło, które się dzieje, to wina Putina i wina Tuska… To zamieszanie nie powinno nam przysłaniać podstawowej konstatacji: szukajmy winy w nas samych. W przyzwoleniu na to, że nasze dzieci są coraz bardziej zagubione w otaczającym je świecie, coraz bardziej samotne, że władzę nad ich wyobraźnią, ich działaniami przejmują wielkie platformy i sterujące ruchem w sieci algorytmy. Mechanizm ten opisuje w dzisiejszym „Przeglądzie” Kornel Wawrzyniak. I pokazuje, do czego może prowadzić nasza bezczynność. Miejmy świadomość – o tym, że media społecznościowe są zagrożeniem dla młodych ludzi, dla ich psychiki, wie cały świat. Unia Europejska przyjęła w tej sprawie w 2024 r. stosowny Akt o usługach cyfrowych (DSA) i zobowiązała państwa członkowskie do zaimplementowania tych rozwiązań. Nic zaskakującego – jeżeli policja jest po to, by pilnować porządku na ulicach, aby nie mogli na nich rządzić mordercy, sadyści, oszuści, handlarze pornografią dziecięcą, to dlaczego nie może interweniować tam, gdzie przebywamy, my i nasze dzieci, coraz dłużej, czyli w internecie? A okazuje się, że nie może. Że wprawdzie w styczniu Sejm uchwalił ustawę, która pozwalałaby policji zamykać nawołujące do przestępstw strony, ale Karol Nawrocki natychmiast ją zawetował. W imię obrony przed „cenzurą”. I natychmiast usłyszał słowa pochwały od Elona Muska i Donalda Trumpa. Bo podział w tej sprawie jest klarowny. Z jednej strony, jest Europa i potrzeba obrony najmłodszych przed treściami dewastującymi ich psychikę. Z drugiej – żądne zysku wielkie platformy, które żyją z ruchu na stronach, z klikania. Żyją z manipulowania umysłami naszych dzieci. Gdy więc słyszę, że prezydent Nawrocki żali się, bo premier Tusk wypomina mu to weto, odpowiedź mam jedną: Karolu, stoisz po złej stronie. Bronisz witryn wykorzystywanych przez przestępców, sutenerów, oszustów, szaleńców… Państwo musi mieć narzędzia, by z tym szlamem sobie radzić. Bo inaczej ten szlam nas zaleje… Oczywiście nie mam złudzeń, jedna ustawa nas nie wyleczy i sprawy nie załatwi. Ale wiem, że jako społeczeństwo musimy bronić się przed złem. I że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  10 października, 2026

Świat

Hiszpanów nie stać na życie w miastach, w których pracują i mieszkają Kiedy wynoszono ją z mieszkania, na ulicy czekał tłum. Policja próbowała odsunąć ludzi od wejścia, by utorować drogę ratownikom medycznym. 87-letnia María del Carmen Abascal, przez wszystkich nazywana Maricarmen, nie chciała wyjść. Przez kilkadziesiąt lat to było jej mieszkanie, jej ulica, jej dzielnica i właściwie cały jej świat. Maricarmen stała się symbolem kryzysu, którego Hiszpanie doświadczają od lat: mieszkań jest za mało, czynsze rosną, a coraz większej części społeczeństwa nie stać na życie w swoich miastach. Wszyscy jesteśmy Maricarmen Ta historia zaczęła się w czasach, kiedy Hiszpania wyglądała zupełnie inaczej. W 1956 r. ojciec Maricarmen wynajął mieszkanie w madryckiej dzielnicy Retiro. Kobieta pozostała w nim po śmierci rodziców. Przez dziesięciolecia czynsz był stosunkowo niski, żyła więc spokojnie i bez obaw, że przestanie ją stać na opłacanie rachunków. Wszystko zmieniło się w 2018 r., kiedy nieruchomość została przejęta przez tzw. sępi fundusz inwestycyjny. Spór o prawo Maricarmen do dalszego zajmowania mieszkania trwał latami i ostatecznie trafił do sądu najwyższego. Próba eksmisji z września 2026 r. była już czwartą z kolei. Według relacji hiszpańskich mediów czynsz, który wcześniej wynosił ok. 500 euro, został podniesiony do 2650 euro miesięcznie. Później, po interwencjach, zaproponowano kwotę 1650 euro. Dla kobiety utrzymującej się z emerytury w wysokości 1,3 tys. euro wszystkie te sumy były nie do udźwignięcia. 23 września przed budynkiem przy ulicy Alcalde Sainz de Baranda pojawiła się policja. Od rana gromadzili się tam zaalarmowani sąsiedzi, aktywiści i osoby, które chciały eksmisję zablokować. Policja ogrodziła wejście. W pewnym momencie funkcjonariusze zaczęli usuwać protestujących. Maricarmen została wyniesiona z mieszkania i przewieziona do szpitala. Jej eksmisja, która miała być zakończeniem wieloletniego sporu prawnego, stała się początkiem czegoś zupełnie innego. W Madrycie zaczęto mówić: „Wszyscy jesteśmy Maricarmen”. W ostatnią sobotę września przez miasto przeszła wielotysięczna demonstracja. Ludzie potrząsali kluczami. Na transparentach pojawiały się hasła: „Mieszkanie jest po to, by żyć” oraz wezwania do walki ze spekulacją. Po marszu część demonstrantów została na noc na Puerta del Sol. Pojawiły się namioty, materace i improwizowane miejsca spotkań. Protestujący zapowiadali, że zostaną, dopóki rząd nie podejmie konkretnych działań w sprawie mieszkań. Widok setek namiotów przypominał obrazy z 2011 r., gdy plac stał się sercem ruchu 15-M, który kilka lat później dał początek lewicowej partii Podemos. Alicia del Río, rzeczniczka madryckiego związku lokatorów, mówiła o „fali oburzenia i gniewu, której nie da się już powstrzymać”. Organizacja domagała się m.in. silniejszej ochrony najemców i ograniczenia eksmisji. W tłumie słychać było jeszcze jedno słowo: Ayuso. Isabel Díaz Ayuso, prawicowa prezydent Wspólnoty Mad- rytu, od tygodni mierzy się z własną aferą mieszkaniową. Władze wspólnoty za publiczne pieniądze – 6,3 mln euro – kupiły luksusowy apartament w ekskluzywnej dzielnicy Chamberí. Tłumaczono, że ma służyć Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Nie ma kto pisać do związkowca

Nie ma kto pisać do związkowca

Porażka Luli w pierwszej turze brazylijskich wyborów ma znaczenie dla połowy świata Wyniki przeprowadzonych 4 października wyborów nie powinny nikogo dziwić. Wygrał, zdobywając 47% poparcia, kandydat reakcyjnej prawicy Flávio Bolsonaro, syn byłego prezydenta, odsiadującego obecnie wyrok za zamach stanu, człowiek o skłonnościach do otwartego autorytaryzmu. Drugie miejsce zajął urzędujący prezydent, symbol lewicy globalnego Południa, Luiz Inácio Lula da Silva, na którego głos oddało 45% wyborców. Lula należy do naprawdę niewielu polityków, w przypadku których słowo legenda nie jest przesadzone. Sławę zdobywał jeszcze w latach 80. jako lider związkowy. Potem krok po kroku budował struktury brazylijskiej lewicy, tłamszone przez brutalne represje wojskowej dyktatury z lat 1964-1985. Pierwszy raz o poważny urząd ubiegał się w 1983 r., startując na gubernatora bogatego i ludnego stanu São Paulo, tradycyjnej trampoliny do pierwszego szeregu brazylijskiej polityki. Wtedy przegrał z kretesem, otrzymując 11% głosów. Ale niemal równo dwie dekady później, 1 stycznia 2003 r., rozpoczynał urzędowanie jako prezydent najważniejszego kraju w Ameryce Łacińskiej i, jak się później okazało, jednego z kluczowych państw rodzącej się globalnej tożsamości antyglobalizacyjnej. Różowy prąd w odwrocie Pierwsze dwie kadencje Luli jako głowy państwa to właściwie synteza opowieści o światowych przemianach tamtych lat. Bum na rynku surowcowym przynoszący olbrzymie zyski, zwłaszcza z eksportu ropy naftowej, z czasem też produktów sojowych. Pierwsze oznaki lewicowego populizmu. Mocny nacisk na redystrybucję, wspierane przez Bank Światowy bezpośrednie transfery gotówkowe. W Brazylii ich symbolem stał się program Fome Zero służący zwalczaniu głodu wśród dzieci. Założenie było proste: najuboższe rodziny dostawały wypłaty z budżetu państwa pod warunkiem dbałości o regularne uczęszczanie dzieci do szkół. Efektem było wydźwignięcie niewyobrażalnej z europejskiego punktu widzenia liczby 28 mln ludzi z ubóstwa absolutnego. Brazylia zmieniała się dynamicznie, ewoluował też jej wizerunek na arenie międzynarodowej. Lula był zdecydowanie najaktywniejszym prezydentem kraju w tej dziedzinie, nie bojąc się kontrowersyjnych sojuszy. Wychowany w zimnowojennej interpretacji rzeczywistości, gdzie największym złem był amerykański imperializm, nigdy nie wahał się krytykować lokatorów Białego Domu, nawet relatywnie postępowego Baracka Obamy. Europejczyków traktował po macoszemu, otwierając kraj na chińskie inwestycje i zwiększając na masową skalę własny eksport do Państwa Środka. Wszedł do nowo powstałego wtedy aliansu BRICS, razem z Władimirem Putinem. Potrafił deklarować wsparcie dla Hamasu i Hezbollahu, otwarcie potępiał Izrael. I czuł się pewnie, bo jego zwycięstwo w 2002 r. rozpoczęło zjawisko nazwane później w naukach o Ameryce Łacińskiej „różowym prądem”. Evo Morales w Boliwii i jego wielonarodowa republika mniejszości etnicznych. Néstor i Cristina de Kirchner w Argentynie czy reformująca małymi krokami chilijski neoliberalizm Michelle Bachelet. Dalej José Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  12 października, 2026
Czy Apple wróci do korzeni?

Czy Apple wróci do korzeni?

Nowy szef chce przywrócić firmie dawnego ducha Niektórzy do dziś pamiętają emocje towarzyszące rozpakowywaniu pierwszego iPoda, iPhone’a czy MacBooka. Produkty Apple’a przez lata były czymś więcej niż elektroniką użytkową. Wywoływały zachwyt, budziły pożądanie i sprawiały, że technologia wydawała się ekscytująca. Firma z Cupertino była symbolem innowacyjności i wzornictwa, a jej premiery stawały się wydarzeniami kulturowymi. Rządy księgowych W ostatnich latach ten obraz zaczął jednak blaknąć. Pod rządami Tima Cooka udało się osiągnąć bezprecedensowy sukces finansowy, ale coraz częściej padały zarzuty o zachowawczość. Kolejne generacje urządzeń Apple’a przynosiły ewolucję zamiast rewolucji, a premiery nowych produktów były przewidywalne. W opinii wielu fanów miejsce odważnej wizji zajęła chłodna kalkulacja. Dzięki konsekwencji Steve’a Jobsa Apple przez wiele lat było synonimem przełomowych innowacji, ale dziś coraz częściej pojawiają się pytania, czy firma nadal wyznacza kierunek przyszłości branży. W ostatniej dekadzie koncentrowała się na rozwijaniu istniejącego ekosystemu i udoskonalaniu flagowych produktów. Premiery sprzętu, w którym z roku na rok zmienia się przede wszystkim kolor, stały się tematem żartów i internetowych memów. Nowe trendy technologiczne zaczęli zaś kreować inni. Dodatkowym ciosem było odejście w 2019 r. Jony’ego Ive’a, legendarnego projektanta odpowiedzialnego za wygląd iMaca, iPoda, iPhone’a czy Apple Watcha. Przez lata był on najbliższym współpracownikiem Steve’a Jobsa i jedną z najważniejszych postaci w historii firmy. Dziś Apple znów znajduje się na zakręcie. Stery firmy przejął John Ternus, człowiek wywodzący się nie z branży finansów bądź logistyki, lecz z inżynierii produktowej. Czy pod takim kierownictwem koncern odzyska ducha, który kiedyś uczynił z niego najbardziej fascynującą firmę technologiczną świata? Nowy Jobs? John Ternus urodził się w 1975 r. i niemal całe życie zawodowe tego 50-latka jest związane z Apple’em. Do firmy dołączył w 2001 r., jeszcze za czasów Steve’a Jobsa, i przez 25 lat współtworzył najważniejsze urządzenia koncernu. Jako szef inżynierii sprzętowej odpowiadał za rozwój wielu kluczowych produktów, w tym iPadów, komputerów Mac oraz słuchawek AirPods. Szczególnie istotny był jego udział w jednej z największych transformacji technologicznych w historii firmy, czyli przejściu z procesorów Intela na autorskie układy Apple Silicon. Właśnie dzięki tej zmianie ogromnie wzrosła wydajność i energooszczędność komputerów Mac. Ternus był również jednym z głównych architektów projektu iPhone Air, który pokazał, że Apple ponownie chce eksperymentować z formą sprzętu i wraca do obsesji miniaturyzacji, z której słynęło w najlepszych latach. Największa różnica między Ternusem a jego poprzednikiem ujawnia się jednak nie w portfolio produktów, lecz w sposobie zarządzania. Tim Cook był przede wszystkim operatorem. Doskonale rozumiał logistykę, produkcję, sprzedaż i finanse. To pod jego kierownictwem Apple stało się jedną z najcenniejszych firm świata. Ternus podchodzi do swojej roli zupełnie inaczej. Kwestie finansowe pozostawia dyrektorowi finansowemu, a zarządzanie łańcuchem dostaw specjalistom odpowiedzialnym za operacje. Sam koncentruje się na tym, co uważa za najważniejsze: na produktach. Według doniesień z Cupertino nowy CEO regularnie odwiedza studia projektowe kilka razy w tygodniu. Zdarza się, że pojawia się tam kilkakrotnie w ciągu dnia. Tim Cook projektantów miał odwiedzać średnio raz w miesiącu. Co istotne, Ternus k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  12 października, 2026
Ściganie uciekających wyborców

Ściganie uciekających wyborców

O jesiennych wyborach może zadecydować stosunek Amerykanów do publicznych żłobków i przedszkoli Korespondencja z USA Miesiąc przed wyborami połówkowymi republikanie liczą na cud. Na to, że Trumpowi uda się zakończyć wojnę w Iranie, ceny ropy spadną z dnia na dzień, a wyborcy pozwolą im ocalić Senat. Los Izby Reprezentantów zdaje się już przesądzony – w badaniach demokraci mają obecnie 86% szansy na jej przejęcie. Wygrana w Senacie szacowana jest na 61% (VoteHub, październik 2026). Kto śledził przebieg prawyborów, widział, że najwięcej entuzjazmu i nadziei po stronie demokratów niesie dziś skrzydło socjaldemokratyczne. Zdyscyplinowane, skupione na temacie „affordability”, czyli kryzysie zbyt wysokich kosztów życia, i odważnie forsujące reformy w kluczowych obszarach życia publicznego. Chodzi o wprowadzenie powszechnej opieki medycznej, restrukturyzację rynków mieszkaniowych oraz dostęp do publicznej opieki nad dziećmi. Dwie pierwsze propozycje reform nie są zaskoczeniem. W mniej lub bardziej odważnych odsłonach stanowią elementy demokratycznych kampanii wyborczych od lat. Publiczna opieka nad dziećmi jest jednak w Ameryce czymś relatywnie nowym. Nic więc dziwnego, że to na niej skupili uwagę republikanie, węsząc łatwy łup. Zaatakowali projekt jako kopię idei z podręcznika komunizmu, uwłaczającą fundamentalnym amerykańskim wartościom. I… wybili sobie zęby. Straszak spod znaku sierpa i młota okazał się mało skuteczny w starciu z rosnącymi cenami paliwa, coraz wyższymi stopami procentowymi i inflacją. Wyborcy skupieni przede wszystkim na sile nabywczej swojego portfela uznali, że prawem do wolności wyboru i wartościami nie zapłacą czynszu, podczas gdy dostęp do dotowanego żłobka i przedszkola byłby realną pomocą. Pod koniec września od Trumpa bezlitośnie odsunęli się nawet ci wyborcy, którzy od przeszło dekady tworzyli żelazny filar MAGA, czyli biali Amerykanie bez wykształcenia wyższego. Większość z nich dziś już Trumpa nie popiera (co nie znaczy, że zmienili barwy partyjne). Zjawisko rozlało się nawet na zdecydowanie republikańskie, prowincjonalne stany, takie jak Teksas, Kentucky, Ohio czy Alaska („Donald Trump’s Approval Rating Flips With White Voters in Red States”, „Newsweek”, wrzesień 2026). Żłobek a komunizująca prawica Amerykańskich polityków i ich wyborców cechuje też jednak bezwzględny pragmatyzm. I tak doczekaliśmy w tych wyborach kuriozum. Ścigając uciekającego wyborcę, Biały Dom właśnie bowiem zaproponował Amerykanom rozwiązanie rodem z europejskich socjaldemokracji – powszechny program świadczeń wychowawczych. W cieniu wojny w Iranie, masowych protestów przeciwko serwerowniom AI oraz bezprecedensowego zdestabilizowania relacji transatlantyckich o jesiennych wyborach może więc zadecydować stosunek Amerykanów do publicznych żłobków i przedszkoli. O co chodzi? O projekt wiceprezydenta J.D. Vance’a, w ramach którego rodziny otrzymywałyby od państwa 9 tys. dol. rocznie na dziecko. Jeśli przypomina to polskie 500+ czy 800+, nie są państwo w błędzie, choć Ameryka nie planuje być tak egalitarna jak Polska – świadczenie ma przysługiwać rodzicom w zalegalizowanym związku małżeńskim, z dochodami poniżej 85 tys. dol. rocznie brutto (średni dochód gospodarstwa domowego w USA w 2025 r. to 126 tys. dol. brutto) i tylko wtedy, gdy jeden rodzic nie pracuje, bo opiekuje się dzieckiem. Jak ustalił „New York Times”, który na początku września pierwszy opublikował informacje na ten temat, Vance chce sfinansować swój pomysł pieniędzmi z już istniejącego, 12-miliardowego budżetu, którym dysponuje Child Care and Development Fund (CCDF, czyli główny federalny program zapewniający dofinansowanie i subsydia do opieki nad dziećmi dla rodzin o niskich dochodach). To sprytny

  12 października, 2026
Nie ma miejsca na sprzeciw

Nie ma miejsca na sprzeciw

Represje w Turcji uderzają w kolejne środowiska Naloty na organizacje LGBTQI+, zatrzymania aktywistów, wyroki wobec opozycyjnych burmistrzów, aresztowanie popularnego komika. Do tego operacja przeciwko wpływowej wspólnocie religijnej. W Turcji coraz trudniej mówić o odosobnionych przypadkach. W ostatnich miesiącach państwo bierze na celownik kolejne środowiska, które znalazły się poza polityczną kontrolą rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Najnowszy przykład to rozpoczęta we wrześniu operacja „Moja rodzina jest bezpieczna”, skierowana przeciw społeczności LGBTQI+. Według ministra sprawiedliwości Akına Gürleka śledztwa objęły 162 osoby, 9 organizacji oraz 13 przedsiębiorstw w 15 prowincjach. Policja wkroczyła m.in. do biur organizacji i lokali odwiedzanych przez to środowisko. Według Human Rights Watch w ramach skoordynowanych działań prowadzonych od 12 do 14 września zatrzymano co najmniej 112 osób. Wobec 82 z nich sąd zdecydował o zastosowaniu aresztu. Władze mówią o ochronie rodziny, młodzieży i porządku publicznego. Wśród zarzutów są rozpowszechnianie treści obscenicznych, prostytucja, przestępstwa narkotykowe oraz naruszenia przepisów dotyczących stowarzyszeń. Organizacje praw człowieka zwracają jednak uwagę, że wśród zatrzymanych znaleźli się również działacze zajmujący się ochroną praw człowieka i pomocą dla nosicieli wirusa HIV. Takie działania nie są w Turcji niczym nowym, ale teraz wyraźnie się zaostrzyły. Rodzina przede wszystkim Wrześniowa operacja zbiegła się z coraz mocniejszym akcentowaniem przez prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana kwestii demografii i tradycyjnie rozumianej rodziny. Władze ogłosiły lata 2026-2035 „dekadą rodziny i populacji”. Polityka pronatalistyczna została połączona z ochroną modelu rodziny opartego na związku kobiety i mężczyzny. Akcję „Moja rodzina jest bezpieczna” przedstawiono jako część szerszej kampanii mającej chronić „rodzinę, młodzież i społeczeństwo”. Minister sprawiedliwości skierował do prokuratur specjalny okólnik z zaleceniem badania działalności, którą władze uznają za promującą „zacieranie różnic płciowych” wśród dzieci i młodzieży. Niektóre postępowania mogą być prowadzone także jako dotyczące przestępczości zorganizowanej i finansowej. Dla organizacji LGBTQI+ nie jest to już tylko język debaty ideologicznej. Za słowami poszły zatrzymania, przeszukania, ograniczenia działalności oraz blokowanie stron internetowych i kont w mediach społecznościowych. Human Rights Watch określiła operację jako próbę kryminalizowania i marginalizowania tego środowiska oraz uciszenia podmiotów broniących jego praw. Benjamin Ward, zastępca dyrektora organizacji ds. Europy i Azji Centralnej, mówił o „jawnej próbie kryminalizacji i marginalizacji osób LGBT”. Władze odpowiadają, że ścigają nie orientację seksualną, lecz konkretne przestępstwa. To rozróżnienie jest istotne. Zarzuty w poszczególnych sprawach powinny być oceniane oddzielnie. Pozostaje jednak pytanie o skalę operacji i o to, dlaczego jej celem stały się również Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  5 października, 2026
Bułgaria ostrożnie wstaje z kolan

Bułgaria ostrożnie wstaje z kolan

100 dni rządów Rumena Radewa Korespondencja z Sofii W ostatnich dekadach Bułgaria przyzwyczaiła Waszyngton i Brukselę do pewnego standardu. Niezależnie od tego, kto rządził, można było przyjąć, że niemal każda sugestia płynąca z danego ośrodka władzy zostanie przyjęta z gorliwością. Niedawno ten mechanizm zaczął się zacinać. 8 maja br. Zgromadzenie Narodowe wybrało byłego prezydenta Rumena Radewa na premiera. Jego stronnictwo Postępowa Bułgaria, zwycięzca przedterminowych wyborów parlamentarnych z 19 kwietnia, samodzielnie poparło nowo utworzony gabinet. Kandydaturę Radewa przyjęto 124 głosami przeciw 70, przy 36 wstrzymujących się posłach partii GERB Bojka Borisowa, zdetronizowanego półdyktatora. Właściwy skład rządu przeszedł stosunkiem 122 do 70. W sierpniu minęło symboliczne pierwsze 100 dni nowej władzy. To wystarczająco długo, by dostrzec kierunek, lecz za krótko, by Radew naprawił i przebudował Bułgarię, państwo, którego porządek socjalny, prawny, instytucjonalny i ekonomiczny od lat są w stanie atrofii. Analizując kwietniowe zwycięstwo, socjolog Iwo Christow, intelektualista i komentator polityczny, powiedział: „Radew nie ma żadnych mocy nadprzyrodzonych, nie odmieni przyciągania ziemskiego. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej zapewni nam miękkie lądowanie”. W kraju, który na koniec 2025 r. liczył oficjalnie tylko nieco ponad 6 mln mieszkańców (w porównaniu z ok. 9 mln u schyłku lat 80.), gdzie jedna czwarta ludności ma co najmniej 65 lat, a ubytek naturalny wyniósł w zeszłym roku ponad 49 tys. osób, żadna metafora nie jest przesadzona. Spór o tempo rozwoju dawno został zastąpiony tym o dramatyzm regresu. Jak wyraził się Christow: „Stoimy wobec wyzwania polegającego na ocaleniu nacji, to nasza absolutnie ostatnia szansa”. Radew wyłącza autopilota W takich warunkach nowy premier próbuje zrobić coś, co jak na bułgarskie standardy wygląda niemal rewolucyjnie. Zanim ktoś postawi pytanie, czego oczekują sojusznicy, Radew najpierw wskazuje interes narodowy. Nie oznacza to ani odwracania sojuszy, ani zmiany obozów czy reorientacji geopolitycznej. Radew nie zapowiada wyjścia z Unii Europejskiej ani z NATO, nie zamierza włączać kraju do BRICS. Zdaje też sobie sprawę, że Bułgaria nie jest Wielką Brytanią, która jako jedna z największych gospodarek świata mogła stosunkowo swobodnie podjąć decyzję o opuszczeniu UE. Premier wielokrotnie podkreślał, że przyjęte zobowiązania sojusznicze pozostają w mocy i państwo musi się poruszać w międzynarodowej rzeczywistości zgodnie z możliwościami i z narzucanymi przez nią ograniczeniami. Po raz pierwszy od dawna jednak bułgarskie uczestnictwo w zachodnich strukturach nie oznacza automatycznej zgody na każde działanie czy też propozycję NATO albo Unii. 14 lipca premier przebywał w Paryżu, gdzie Emmanuel Macron osobiście zaprosił go do udziału w tzw. koalicji chętnych – grupie państw wspierających dalszą militarną i finansową pomoc Ukrainie. Radew kategorycznie odmówił. „Nie uważam, aby miejsce Bułgarii było w koalicji chętnych”, powiedział dziennikarzom, odrzuciwszy zaproszenie francuskiego prezydenta. To wywołało wstrząs. Reakcja opozycji była natychmiastowa. Politycy obozu liberalnego (Demokratyczna Bułgaria i partia Kontynuujemy Zmiany) udzielali komentarzy o rzekomym „odgórnym putinizowaniu Bułgarii” i o „pustym krześle” przy stole, przy którym rozstrzyga się przyszłość Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  5 października, 2026

Kultura

AKTUALNOŚCI

Więcej
Aktualne Pytanie Tygodnia

Akademiki – prawo czy przywilej?

Dr Justyna Kajta, socjolożka, Uniwersytet SWPS Akademiki stanowią istotny element wyrównywania szans edukacyjnych w Polsce. W obliczu rosnących kosztów życia oraz ekonomicznych i geograficznych nierówności są kluczowym zasobem umożliwiającym podjęcie studiów przez osoby, których rodziny dysponują mniejszym kapitałem. Możliwość studiowania na uczelniach publicznych nie oznacza, że studia w Polsce są bezpłatne. Wydatki te są szczególnie duże dla osób, które muszą wyprowadzić się z rodzinnych miejscowości, żeby móc studiować. Koszt wynajmu pokoju stanowi bowiem jedną z największych składowych miesięcznego budżetu. Aby nierówności edukacyjne się nie pogłębiały, a studia nie były dostępne tylko dla osób w uprzywilejowanej pozycji ekonomicznej, państwo oraz uniwersytety muszą zadbać o zwiększanie dostępności publicznych akademików (oraz stołówek), zarówno pod względem liczby miejsc, jak i ich ceny. Gabriela Wilczyńska, OZZ Inicjatywa Pracownicza Domy studenckie muszą pełnić przede wszystkim funkcję socjalną, a nie komercyjną. Z jednej strony, mamy publiczne akademiki, które latami zaniedbywano i gdzie dramatycznie brakuje miejsc. Z drugiej – prywatne pseudoakademiki ze średnim czynszem ponad 2,4 tys. zł, dostępne tylko dla najbogatszych. Same kryteria przydziału bywają absurdalne: liczą się sztywne kilometry, a nie realna sytuacja materialna. Uboższy student marnuje godziny na dojazdy, bo ma „za blisko”, a pokój dostaje ktoś z daleka, kogo stać na wynajem. Do tego osoby pracujące wypadają z systemu przez minimalne zarobki, bo przekraczają restrykcyjne progi dochodowe. Politycy ignorują ten kryzys, ponieważ nie jesteśmy dla nich atrakcyjnym elektoratem. Ten stan rzeczy się nie zmieni, dopóki nie zaczniemy wywierać realnej presji na władze. Anna Kiryjow-Radzka, p.o. rzeczniczka prasowa SGGW w Warszawie Akademik dla części studentów jest warunkiem realnego dostępu do studiów, zwłaszcza w Warszawie, gdzie koszty najmu stanowią poważne obciążenie. Dlatego rolą uczelni jest nie tylko kształcić, ale także tworzyć warunki, które pozwalają z tej edukacji rzeczywiście skorzystać. SGGW ma pod tym względem wyjątkową sytuację – nasz kampus jest jednym z najbardziej zintegrowanych w kraju, ponieważ akademiki, budynki dydaktyczne, biblioteka i infrastruktura sportowa znajdują się w jednym miejscu. To zwiększa komfort studiowania, pozwala oszczędzać zarówno czas, jak i pieniądze. W SGGW systematycznie modernizujemy pokoje i przestrzenie wspólne, podnosząc ich standard. Naszym zadaniem jest utrzymać równowagę między jakością, ceną i dostępnością miejsc.   Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne

PRZEGLĄD nr 42/2026 – zapowiedź numeru

W najnowszym numerze PRZEGLĄDu:   Sakiewicz za Kralem, a Kania za Dochnalem   Ukraińskie dzieci w naszych szkołach   Rafał Skąpski szuka pierwowzorów Wokulskiego   Strajk Kobiet trwa   Czy rodzice przedszkolaków poprą Trumpa?   Kolejki do przeszczepów. Brakuje dawców serca   Prof. Stanisław Filipowicz o tym dlaczego upajamy się przemocą   Rafał Pikuła o literackim Noblu dla Anne Carson

Aktualne

IV edycja Nagrody im. Andrzeja „Ibisa” Wróblewskiego. Wielki finał 17 listopada w Warszawie

15 września br. zakończył się nabór zgłoszeń do IV edycji Nagrody im. Andrzeja „Ibisa” Wróblewskiego – wyróżnienia od 2022 roku przyznawanego młodym dziennikarzom Warszawy i Mazowsza. Laureatów poznamy 17 listopada 2026 roku podczas uroczystej gali w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Tegoroczna edycja odbywa się przy wsparciu licznego grona patronów honorowych i medialnych. Nagroda im. Andrzeja „Ibisa” Wróblewskiego została ustanowiona przez Zarząd Oddziału Warszawskiego SDRP w stulecie urodzin jej patrona, wybitnego dziennikarza, językoznawcy i krytyka muzycznego, związanego z redakcją „Życia Warszawy”. Jest skierowana do dziennikarzy Warszawy i Mazowsza, którzy w roku konkursowym nie ukończyli 28. roku życia. Celem wydarzenia jest dostrzeżenie i promowanie młodych talentów dziennikarskich, dobrego warsztatu, rzetelności, etyki zawodowej oraz wysokiej kultury słowa. Przy ocenie prac pod uwagę brane są m.in. jakość językowa, oryginalność ujęcia tematu oraz wartość informacyjna i merytoryczna materiału. - Chcemy dostrzegać młodych dziennikarzy, którzy mają odwagę mówić własnym głosem, szukają ważnych tematów i potrafią opowiadać o nich rzetelnie, ciekawie i w sposób, który zostaje w pamięci. Nagroda Ibisa ma być nie tylko wyróżnieniem, ale również zachętą do dalszego rozwoju zawodowego - mówi Adam Sęczkowski, pomysłodawca Nagrody i sekretarz jej Kapituły, w skład której wchodzą także: red. Tomasz Miłkowski - krytyk teatralny, przewodniczący Oddziału Warszawskiego SDRP; prof. Tadeusz Kononiuk - wybitny medioznawca, wieloletni członek Rady Etyki Mediów; red. Jan Kot - nauczyciel akademicki, konsultant ds. mediów, członek Zarządu Głównego i Oddziału Warszawskiego SDRP; red. Marek Kuliński - wieloletni dziennikarz telewizyjny, członek Oddziału Warszawskiego SDRP. Honorowymi członkami Kapituły są: wybitny językoznawca prof. Jerzy Bralczyk oraz piosenkarka i kompozytorka, żona red. Andrzeja „Ibisa” Wróblewskiego - Elżbieta Wojnowska, która uświetni uroczystość swoim recitalem. Podobnie jak podczas ubiegłorocznej gali, z krótkim koncertem wystąpi także Kataryniarz Jan, a ceremonię poprowadzi znana dziennikarka i prezenterka red. Zofia Czernicka. Tegoroczna edycja Nagrody odbywa się pod patronatem przedstawicieli świata nauki, kultury i samorządu oraz przy wsparciu licznego grona mediów. Na liście patronów honorowych znaleźli się: Rektor Uniwersytetu Warszawskiego, Marszałek Województwa Mazowieckiego, Dziekan Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Światowy Kongres Polaków. Liczną grupę patronów medialnych tworzą: TVP3 Warszawa, Polskie Radio RDC, Puls Lokalny, Głos Seniora / Stowarzyszenie MANKO, Politics Now, Why Story Polska, Tygodnik „Przegląd”, Telewizja ATV, Radio Radom, Studencka Telewizja Internetowa Uniwerek.TV, zachodniemazowsze.info, Odkrywamy Idoli, Radio Podlasie, Gazetylokalne.pl, Wirtualny Nowy Dwór, Z biegiem Liwca, czasopismo „Bogoria” z Grodziska Mazowieckiego oraz NaM Nasze Miasto. [caption id="attachment_185183" align="aligncenter" width="1600"] IV Gala Nagrody Ibisa 16 maja 2025. Elżbieta Wojnowska, Adam Sęczkowski, prof. Tadeusz KononiukFot. Krzysztof Żuczkowski[/caption] (oprac. Izabela Witkowska-Martynowicz – na podst. tekstu Adama Sęczkowskiego)

Aktualne Przebłyski

Dumni z siebie

Jak się nie wzruszyć, gdy czytamy, że jedna z pisowskich telewizji obchodzi urodziny. Pełne dwa lata. Powstała za rządów Tuska i dzielnie trwa mimo okropnego reżimu. Tygodnik „SIECI” i telewizja wPolsce24 są jak bliźniacy. A nawet bardziej niż bracia K. W ramach uroczystości urodzinowych Marcin Wikło napisał: „Przepełnia mnie duma z tego, co osiągnęliśmy. W sercu mamy Polskę i jej dobro”. Pamiętamy, ile tego dobra trafiło przez osiem lat do „SIECI”. „Wesprzyjcie dziennikarstwo śledcze, fundament misji telewizji”, apeluje jakiś skromnie znany Wojciech Biedroń. Gość z oryginalnym poczuciem humoru: „Patrzymy władzy na ręce. Tropimy afery. Demaskujemy kłamstwa…”. Biedroń nie urodził się wczoraj. Przez osiem lat rządów PiS afer były setki. Niestety, o żadnej z tych afer „SIECI” nie pisały. Bo i jak pisać o dobrodziejach, którzy wpłacali miliony. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Uciekają od Kuleszy

Wiedza o tym, że Cezary Kulesza lubi wypić, trafiła pod strzechy. I do kibiców, którzy w czasie meczu Lecha Poznań z Górnikiem Zabrze o Superpuchar powitali go hasłami „Łączy nas wóda” (przerobione hasło PZPN „Łączy nas piłka”) i „Czarek alkoholik” z podobizną Kuleszy po spożyciu. Prezes PZPN pił w loży prezydenckiej na Stadionie Narodowym, na wyjazdach z reprezentacją i na mundialu w Katarze. Choć tam obowiązywała prohibicja, Kulesza miał do dyspozycji przemycone przez PZPN skrzynki wódki. I to on decydował, kto może się napić. Trudno więc się dziwić, że od PZPN uciekają sponsorzy. Biedronka po 16 latach, InPost, TCL, a nawet Staropolanka. Może nie chcą być symbolem popitki. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Więcej
Promocja

Jetour Dashing w leasingu – dobrze wyposażony SUV w rozsądnym budżecie

Artykuł sponsorowany Firmowy SUV nie musi pochodzić od marki z wieloletnią historią, żeby zapewniać bogatą specyfikację i niską ratę. Jetour Dashing udowadnia, że za kwotę kompaktowego hatchbacka można leasingować auto z kamerą 360°, pełnym zestawem poduszek powietrznych i automatyczną

Promocja

Powierzchnie biurowe w Łodzi – od rewitalizowanych fabryk po biurowce klasy A. Gdzie ulokować biznes?

Artykuł sponsorowany W centrum Warszawy stawki za wynajem metra kwadratowego powierzchni biurowej wahają się między 18 a 28 euro. Tymczasem w Łodzi, oddalonej od stolicy o zaledwie godzinę drogi, ceny najmu w budynkach klasy A zaczynają się już

Promocja

Co robi programista przez większość dnia? To może zaskoczyć kandydatów na informatykę

Artykuł sponsorowany Zapytaj licealistę, co robi programista, a pewnie usłyszysz: pisze kod. Zapytaj programistę, co robił wczoraj, a odpowiedź może być mniej filmowa: przez kilka godzin próbował ustalić, dlaczego jedna funkcja zwraca datę przesuniętą o dzień.

Promocja

Najnowsza metoda wartościowania stanowisk zgodna z dyrektywą UE

Opracowana przez manaHR nowa metoda wartościowania stanowi odpowiedź na wymogi prawne i potrzeby zgłaszane przez działy HR. Metoda manaHR to system analityczno-punktowy, dostosowany do unijnej dyrektywy 2023/970 dzięki ocenie stanowisk na wspólnej skali w 4 wymaganych obszarach. Proces

Promocja

Trendy 2026 w świecie smartfonów: jak wybrać telefon dla siebie?

Artykuł sponsorowany Na rynku smartfonów rozwijają się aparaty, wydajność, łączność 5G i funkcje oparte na sztucznej inteligencji. Duże premiery 2026 roku przynoszą kolejne flagowe modele oraz udoskonalenia, które mają ułatwiać korzystanie z telefonu na co dzień. Producenci