Felietony Przeglądu
O sobie
Ale nie o sobie jako osobie, lecz o słowie sobie, o formie, ściśle o celowniku zaimka, który ma różne przypadki (siebie, sobą), ale nie ma mianownika. I nie tylko gramatyka jest tu ciekawa. To sobie może pokazywać relacje społeczne, które są oczywiście ciekawsze w społeczeństwie tak podzielonym jak nasze. Chociaż to w sumie też i nieciekawe… Sobie jest przypadkiem szczególnym. Można sobie robić różne rzeczy, nawet sobie zaszkodzić czasem, ale mówimy też, że robimy sobie coś, gdy nie ma to szczególnego celu poza tym robieniem właśnie. Ot, siedzimy sobie gdzieś, a potem sobie idziemy. I już, nie chcemy nic od nikogo. Nie narzucamy naszych myśli nikomu, kiedy sobie coś myślimy i jesteśmy w porządku. Ale gorzej, kiedy ty sobie coś robisz. Zwykle mamy ci to za złe. Powinieneś robić coś innego, a ty sobie siedzisz. Powinieneś zostać, a sobie idziesz. A kiedy sobie coś myślisz, to mówimy często: „nie myśl sobie!”. Sobie nie jest też dobre, kiedy każdy sobie coś robi, a robi to oddzielnie, nie z innymi. Na przykład skrobie sobie rzepkę, co wytyka mu przysłowie i Wyspiański w „Weselu”. Jeśli robimy coś razem, to zrobimy – inną Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Pokraczny twór
Spotkanie z reżyserami – z Filipem Bajonem, wcześniej z Wieśkiem Saniewskim. Reżyser „Nadzoru” szuka producenta filmu o nocy stanu wojennego, do którego napisałem nowelę filmową. Ale nie ma na to wielkich nadziei. „Jestem za stary”, mówi mi. Teraz liczą się tylko młodzi. To samo słyszę od Filipa Bajona, w końcu autora kilku wybitnych filmów. Potrzebuje 20 mln na film o Bronisławie Piłsudskim, bracie marszałka, słynnym etnografie, który potrafił skorzystać na nieszczęściu: zesłano go, podobnie jak brata, na Syberię i tam badał naukowo tubylców. Filip też nie ma dużych szans. Jest za stary. Był w Gdyni na festiwalu filmowym i podobnie jak wielu krytyków i reżyserów nie jest zachwycony jego poziomem. Sytuacja taka, że nasze młode kino nie jest wybitne, a starym o dużym dorobku nie pozwala się robić filmów. Odpadli. Cała nasza cywilizacja jest cywilizacją młodych. Starzy przestają się liczyć. Filip nie ma internetu. Jak żyć bez internetu? Jak robić film bez internetu? Słychać skargi, że kiedyś starzy byli autorytetami, a teraz już nie są. Jak można być dla młodych autorytetem, kiedy nie ma się internetu albo nie potrafi się wejść do bezobsługowej Żabki? Ja nie wejdę. Z byle głupstwem biegnę do moich synków, wołając o pomoc. To, że piszę książki, nie jest dla nich ważne – nie czytają książek. Przygotowałem ofertę na spotkania autorskie – lubię je i muszę. Na książkach nic nie zarabiam. Napisałem ofertę dla bibliotek i domów kultury z moim życiorysem oraz propozycjami tematów do wyboru. Przy okazji zdumiałem się, jak dużo napisałem, jak różne tematy poruszałem i jak rozmaite uprawiałem gatunki literackie oraz dziennikarskie. Nie wiem, jak i kiedy to się stało. I w końcu zdziwienie – jak mało z tego wynika. Oferta wydała mi się dobra, byłem z siebie dumny. Młoda znajoma poleciła mi jednak, by dać tekst do oceny sztucznej inteligencji. Dostałem opinię w kilka sekund. Była krytyczna: tekst za długi, za mało esencjonalny, źle dobrane akcenty. „To napisz to po swojemu”, wydałem polecenie. Dostałem tekst z licznymi przeróbkami i włosy stanęły mi dęba. Oferta Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Tryptyk warmiński. II. Manipulacje
Na Mazurach i Warmii symbioza elementu niemieckiego z elementem polskim nikomu przez wieki nie przeszkadzała. Dopiero po wojnie francusko-pruskiej, gdy w nowym cesarstwie wzniosła się fala nacjonalizmu, nazwy wsi, nadane niegdyś przez chłopów przybyłych z Mazowsza, zaczęto zmieniać na nowe, bardziej cywilizowane. Czyli niemieckie. W roku 1877 zastąpiono więc Dziurdziewo (Dziurdziau) nazwą Thalheim, Trzciankę (Trzcianken) – nazwą Rohrdorf, Krzywonogę (Krzywonoggen) – nazwą Krummfuss… Itd. Gdy zaś w plebiscycie roku 1920 za przynależnością do Polski zagłosowały w mazurskim Olecku tylko dwie osoby, miasto to przemianowano na Treuburg (Wierny Gród). Nazwisko zwycięzcy znad Jezior Mazurskich, feldmarszałka Paula von Hindenburga, stało się już wcześniej nazwą śląskiego Zabrza. W ten sposób Niemcy poprawiali przeszłość. Ale nie byli pierwsi. Po stłumieniu powstania listopadowego kilku miastom w Królestwie Polskim Rosjanie nadali miana rosyjskie. W roku 1834 Modlin nazwano Nowogieorgijewskiem, w roku 1840 Dęblin – Iwangorodem, w roku 1846 Puławy – Nową Aleksandrią. A w roku 1914 nawet stołeczny Petersburg stał się Petrogradem (Piotrogrodem). Apogeum tego szaleństwa przypadło oczywiście na czasy radzieckie. Piotrogród przemianowano na Leningrad, Carycyn – na Stalingrad, Jekaterynburg – na Swierdłowsk, Samarę – na Kujbyszew, Twer a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kiedy mocarstwo zaszumi w głowie
Nie ma już co ukrywać, nie ma co udawać skromnego, czas powiedzieć prawdę o polskiej potędze militarnej i dać jej odpowiednie słowo. Tak też się stało. Korzystając z rozpoczęcia roku akademickiego, premier Donald Tusk popielgrzymował do Akademii Sztuki Wojennej, gdzie zapewnił, że Polska osiągnęła status mocarstwa regionalnego, jeśli idzie o stopień ubogacenia w militaria wszelakie. Nawet jakaś gazeta w Finlandii o tym napisała, a wcześniej „The Economist”. Są konsekwencje bycia mocarstwem (nawet regionalnym). Otóż premier podzielił się przekonaniem swoim, a może i rządu, i partii, może któregoś z generałów, że „inwestycje w bezpieczeństwo i rozwój armii sprawiły, iż siła Polski jest szanowana zarówno przez sojuszników, jak i wrogów”. Szczególnie boleśnie odebrałem niewskazanie, którzy wrogowie tak nas, Polskę znaczy, szanują za zakupione, ale niedostarczone jeszcze śmigłowce szturmowe AH-64E Apache, za to, że zamówiono 48 wyrzutni do systemu Patriot, na których będą montowane kontenery z pociskami rakietowymi, no i jeszcze za produkowane przez firmy prywatne i państwowe lekkie opancerzone transportery rozpoznawcze Kleszcz alias AMZ Bóbr-3 oraz dużo dobra strzelającego, jak choćby czołgi amerykańskie i koreańskie. No kto by nie darzył szacunkiem??? Zaraz zamiast budów mieszkań ruszą deweloperskie fronty budowy schronów, już zacierają ręce producenci plecaków ewakuacyjnych, za chwilę będą szturmowane sklepy z kanistrami na wodę i na coraz tańsze dzięki rządowi i prezydentowi paliwo. Zrozumiałe jest, że w takich chwilach należy tchnąć w naród słowa otuchy i wzmocnienia. Tusk więc to robi. Bo cóż, jak nie świadomość, żeśmy mocarstwem (dobra, dobra – regionalnym), rozleje ciepło w sercach patriotycznych? Szczególnie że wyimaginowany spór między prezydentem a rządem o oddawanie części lub całego terytorium wrogom, którzy nas szanują, nie oznacza, że utracimy ojczyznę. Ojczyzna Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Przygoda w kratkę
Tydzień w Szkocji. Docelowo Islay i The Oa, cypel na południu Królowej Hebrydów – naturalne miejsce ucieczki w dzicz od krainy alembików, do której mnie tu przywieźli miłośnicy whisky. Maszerują szlakiem destylarni, zaliczając kolejne degustacje – a szlak ten dla znawców wybrzmiewa nazwami świętymi: Laphroaig, Lagavulin, Ardbeg, Bowmore, Bruichladdich; senne wioski i miasteczka, ożywiane przez alkoturystów z całego świata. Na wyspie wszędzie torf, nawet wodospady spływające ku morzu kaskadami z trawiastych wzgórz ciągną rdzawo-brązową wodę, wygląda to, jakby tymi wodogrzmotami spływała czysta łycha. W Laphroaigu chwalą się, że nawet nie filtrują wody w procesie produkcji, być może dlatego ich trunki najbardziej radykalnie zalatują bandażami, jodyną i lizolem – dla fachowców rozcmokanych nad kieliszkiem to są tzw. nuty apteczne. Owszem, dałem się namówić na jedną z tras turystycznych przez destylarnię, najbardziej przypadła mi do gustu degustacja ziaren jęczmienia, od najsłodszych po te mocno torfowe; potem już zaglądaniu do kadzi, podziwianiu alembików i przechadzce w labiryncie magazynowanych beczek towarzyszyły degustacyjne porcje trunków między 50% a 63% alkoholu, co skutecznie przytępiło mi zmysły. Czegóż to ludzie nie uczynią, aby swoją wątrobę maltretować bez wyrzutów sumienia… W sklepie firmowym spoglądam na butelki po 30 tys. funtów i myślę o dawniejszych szaleństwach wolnego rynku, z XVII-wieczną tulpenmanie na czele. W Edynburgu zwiedzam Gladstone’s Land, starą kamienicę kupiecką, w której Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Gaudeamus igitur…
1 października Uniwersytet Jagielloński zainaugurował 663. rok akademicki. W ślad za „matką wszystkich polskich uczelni” nowy rok akademicki zainaugurowało 135-138 uczelni publicznych i 210-230 niepublicznych. Ile ich naprawdę jest, tego nie wie AI, może wie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, ale pewności nie mam. Tak czy inaczej, jak Polska długa i szeroka, w kilkuset uczelniach rozległo się gromkie „Gaudeamus” i piękne, nabożne „Gaude Mater Polonia”. W kilkuset uczelniach pojawili się rektorzy w czerwonych togach z gronostajowymi (częściej króliczymi) mucetami, w otoczeniu prorektorów, dziekanów i lokalnych profesorów. Rektor przeważnie w ręku dzierży berło rektorskie. A jako że uczelni mamy mniej więcej tyle, ile powiatów, inauguracje roku akademickiego stały się gdzieniegdzie częścią powiatowego folkloru. Mój znajomy profesor z Wielkiej Brytanii zobaczył taki przyodziany w togi pochód w niewielkiej mieścinie i myślał, że to jakaś grupa rekonstrukcyjna, bo we wrześniu spotkał już takie dwie, tyle że przebrane w mundury żołnierzy września 1939 r. Faktycznie, mógł niezorientowany cudzoziemiec się nie połapać, bo rektor z berłem i w królikogronostajach oraz krocząca za nim lokalna profesura wyglądali zupełnie jak prawdziwi. Dociekał więc, który to wielki polski uniwersytet ma w tej mieścinie siedzibę, bo u nich Oksford i Cambridge to też niewielkie miasta w porównaniu z Londynem. Jeżeli nie we wszystkich ponad 130 uczelniach publicznych, to na pewno w większości, przy okazji przemówień inauguracyjnych rektorzy skarżyli się na za niskie nakłady na naukę, które wynoszą zaledwie ok. 1% PKB. Obecni Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Przechadzka na gruzach liberalizmu
Spoglądając w rozgwieżdżone niebo, Immanuel Kant wpadał w zachwyt. Wieczna harmonia, rządzona niezmiennymi prawami – czy trzeba nam czegoś więcej? Historia podpowiada, że tak. Być może harmonia i zgoda to nasze kajdany, prawdziwą radość daje zaś zgrzytanie zębami. Dziś słyszymy zgrzytanie zębami przeciwników liberalizmu. Skąd ten przypływ emocji? Jesteśmy przecież beneficjentami liberalnej tradycji i liberalnej polityki – poczynając od gwarancji praw jednostkowych, przez swobody dotyczące przedsiębiorczości, zasady podziału władzy mające zapobiegać tyranii, aż do swobody podróżowania. Nacjonaliści nam tego nie zapewnią. Zamkną granice i przystąpią do naprawy umysłów i obyczajów. Co nam bardziej odpowiada? Wahania, brak ostatecznej pewności czy pewność zachęcająca do wytępienia przeciwników? Bastionami przemocy i zawziętości były zawsze wojny religijne. Chcielibyśmy wrócić do przeszłości, niwecząc tradycję wzajemnego uznania i tolerancji? Jesteśmy przeciwnikami prawicowego populizmu. Ale, uwaga, mechanizm konsolidacji opartej na emocjach działa także po stronie liberałów. Tyle że tutaj regulatorem zachowań zamiast gniewu ma być strach. W liberalnej Europie trwa stan pogotowia. Wojna narzuca przymus kognitywno-informacyjny – wyjście poza jego ramy traktowane jest jako działanie na rzecz wroga. Wielki Brat intensywnie pracuje nad jednomyślnością. To jest jeszcze liberalizm? Charakteryzując w swojej księdze „O duch praw” despotyzm, Monteskiusz podkreślał: jego „zasadą” jest lęk. „Boję się, więc jestem” – to będzie w XXI w. nasze nowe wyznanie wiary, rękojmia prawomyślności? Bądźmy Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Tu żelazność, tam niezabijalność
Dwa ubiegłotygodniowe epizody związane z funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości przyciągnęły moją uwagę i sprawiły, że oczy miałem jeszcze większe niż zwykle – ze zdumienia. W Polsce kolejny odcinek telenoweli o tym, jak wiceminister sprawiedliwości z czasów Zjednoczonej Prawicy, Marcin Romanowski, oskarżany przez prokuraturę o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która ma odpowiadać za sprzeniewierzenie dziesiątków (co najmniej) milionów z Funduszu Sprawiedliwości, ścigany europejskim nakazem aresztowania, skutecznie unika stanięcia przed polskim sądem. Tym razem, co może wydawać się dość paradoksalne, pomocną dłoń wyciągnął do ściganego… warszawski sąd okręgowy. Wydanie listu żelaznego automatycznie uchyla tymczasowe aresztowanie, co może spowodować też unieważnienie europejskiego nakazu aresztowania. Od chwili uprawomocnienia się orzeczenia Romanowski nie będzie mógł zostać zatrzymany na terytorium Polski. Autorem tej przepięknej operacji jest konkretny sędzia, tzw. neosędzia Konrad Mielcarek, zawdzięczający karierę „deformom” Zbigniewa Ziobry. Zresztą już po drodze wykazujący działania odwdzięczające się. Żeby było śmieszniej, w innej sprawie sąd apelacyjny podważył skutecznie tzw. niezawisłość sędziego (z racji mianowania przez neo-Krajową Radę Sądownictwa). Tym razem prokuratura (konkretny prokurator) nie uznała za konieczne podważyć prawa do rozstrzygania w tej sprawie. Prokurator generalny minister sprawiedliwości Waldemar Żurek próbował argumentować, że prokuratorzy są niezależni itd. Śmiech po sali się niesie. Nie tylko sprawczość prokuratury jest wystawiona na pośmiewisko, ale i ma ta sytuacja wymiar demoralizujący; tzw. odzyskana Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nożownicy są wśród nas. Chcecie jeszcze rewolwerowców?
Przez kilka dni ubiegłego tygodnia jednym z głównych tematów w mediach był atak nożownika, który w jarosławskim klasztorze śmiertelnie ugodził nożem jednego księdza, a kilka osób poranił. Najważniejszą częścią tego newsa było to, że napastnik był Ukraińcem. Pomijam już wypowiedzi w internecie, gdzie głos zabrali wszyscy możliwi durnie przeróżnych odcieni nacjonalizmu. Zabrali głos politycy prawicy i obsługujący prawicę dziennikarze propagandyści. Za czyn jednego człowieka, w dodatku zdaje się niepoczytalnego, czyli z definicji nieponoszącego odpowiedzialności za swoje czyny, obwiniano wszystkich Ukraińców, no i przy okazji rząd Tuska, który, popierając Ukrainę i udzielając wsparcia imigrantom z Ukrainy, jest za ten atak, zdaniem komentujących, współwinny. Można powiedzieć, że to głupota i podłość, ale też, że to nic nowego, że oni tak zawsze. Nie od dziś znamy Brauna, Mentzena bądź Czarnka. W tej sprawie – i niestety w wielu innych – głos skrajnej prawicy jest jedynym. Strona lewicowo-liberalna milczy wyniośle. Siłą rzeczy do społeczeństwa trafia tylko ten jeden przekaz. Tym samym to on kształtuje postawy społeczne. Nie rozumiem, dlaczego koalicja po raz kolejny zostawia pole prawicowej opozycji. Gdy w maju jakiś ukraiński celebryta dopuścił się wykroczenia drogowego, dojeżdżając samochodem nad Morskie Oko, mieli czas (i widzieli w tym sens!) zabrać potępiający głos sam premier oraz minister spraw wewnętrznych i administracji. Ten drugi intensywnie zajął się sprawą i do 100-złotowego mandatu wymierzonego przez policję dorzucił od siebie… deportację. Z analizy słupków poparcia im wyszło, że tak trzeba? Tym bardziej docenić należy nieliczne głosy, jakie na ten temat padły z ambony. Szczególnie głos rannego w ataku ks. Adriana – duchowny z obandażowaną głową wygłosił kazanie, w którym wezwał do nieobwiniania narodu ukraińskiego o zaistniałą tragedię i do modlitwy za sprawcę. Jeśli jednak głoszący od ołtarza chrześcijańskie zasady ksiądz jest ewenementem, wyróżnia się, budzi podziw, to z naszym polskim chrześcijaństwem chyba nie jest dobrze. Uczciwie trzeba przyznać, że w podobnym tonie odezwał się w tej sprawie także abp Polak. Może jeszcze któryś hierarcha, ale jego wypowiedź przeoczyłem. Od polityków koalicji rządzącej nie oczekiwałem, że Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Po pół wieku
W dzienniku 23 września 1976 r. zapisałem: „Dowiaduję się o niepokojach na socjologii, podobno studenci wywiesili na wydziale list Jacka Kuronia do szefa włoskiej partii komunistycznej. Inna wiadomość to utworzenie Komitetu Obrony Robotników (…). Podobno nadal trwają represje w Radomiu, Ursusie i w Puławach”. Minęło 50 lat. Pół wieku mija szybciej, niż to się wydaje młodym. Na Zamek Królewski są zaproszeni ocalali z pogromu czasu członkowie KOR. Było w komitecie raptem kilkadziesiąt osób, teraz żyje o wiele, wiele mniej. Są też dawni działacze opozycyjni z lat 70. i grupa znanych działaczy Solidarności. Ruch opozycyjny powstawał w latach 70., najpierw skupiał się wokół KOR, on był twardym rdzeniem. Kołem zamachowym były potem nielegalna działalność wydawnicza i kursy naukowe. Ten drugi obieg wydawniczy, jego rozmiar i rozmach, w czym brałem aktywny udział, to było niezwykłe zjawisko w skali światowej. O czym zdołaliśmy zapomnieć. Dzisiaj duża sala pełna po brzegi, jest kilkaset osób. W sumie nie było nas tak wielu. I była to jednak odwaga albo głupota, nikt nie miał pewności, jak reżim zareaguje, a imperium trzymało się krzepko. Piękna sala pełna złoceń i luster, z sufitem malowanym w sceny mitologiczne. I zupełnie nieważne, że to wszystko rekonstrukcja, ona też stała się zabytkiem. Tusk mówi ciepło i osobiście. On także w latach 70. kręcił się wokół KOR. Potem wystąpienie Ewy Milewicz, byliśmy blisko w tamtym czasie. Ewa w dzieciństwie Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wywiady Przeglądu
Z odwagą do seksuologa
Kiedy myślisz, że jesteś beznadziejnym przypadkiem Michał Lew-Starowicz – profesor nadzwyczajny, doktor habilitowany nauk medycznych, psychiatra, seksuolog, psychoterapeuta pracujący w nurcie integracyjnym, badacz, specjalista medycyny seksualnej (FECSM) afiliowany przez European Union of Medical Specialists. Seksuolog kliniczny i superwizor Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, członek Executive Committee Members European Society for Sexual Medicine. Pełni funkcję kierownika Kliniki Psychiatrii Bielańskiego Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. Czy poczucie humoru bywa przydatne w gabinecie seksuologa? – Groucho Marx twierdził, że najlepszy lekarz to taki, który potrafi rozśmieszyć pacjenta, zanim poda lekarstwo. Coś w tym jest. Nie chodzi o to, by zbanalizować problem chorego, ale żart i śmiech mają potencjał rozbrajający napięcie. (…) Od psychoterapeutów oczekujemy pewnej ich sterylności emocjonalnej i zdrowego dystansu. Jakiego rodzaju neutralność musi wypracować seksuolog? – Neutralność jest szczególnie potrzebna, kiedy pracujemy z parą albo analizujemy funkcjonowanie pacjenta w kontekście norma-patologia. Ważny jest kontakt z własnymi emocjami, jakie może wzbudzać w nas pacjent, który relacjonuje np. swoje nietypowe preferencje seksualne albo ma na koncie zachowania przestępcze. Wyobraźmy sobie, że trafia do gabinetu sprawca nadużyć seksualnych wobec małoletnich, a terapeuta ma dzieci w wieku jego ofiar. Trudno oczekiwać, żeby ta sytuacja nie wywoływała negatywnych emocji, a skoro się pojawiają, trzeba umieć nad nimi zapanować. (…) Gdy szukamy przykładów antyterapii, to akurat skojarzenie nadużyć seksualnych u seksuologa wydaje się banalne. Podobnie dość łatwo wyobrazić sobie tak ewidentny błąd, kiedy lekarz wypisuje niebieską tabletkę pacjentowi chorującemu na nadciśnienie i funduje mu orgazm, ale w komplecie z zawałem. – Leki stosowane w leczeniu zaburzeń erekcji są akurat bezpieczne dla większości pacjentów z chorobami układu krążenia i ich zalecenie osobom z nadciśnieniem tętniczym, poza skrajnymi przypadkami, wcale nie jest błędem. Trzeba jednak odróżnić nadużycia seksualne od nieadekwatnie udzielanej pomocy. Tu docieramy do sedna wielu zależności, które musimy uwzględnić w leczeniu problemów zdrowia seksualnego. Część z nich ma podłoże somatyczne, a część psychologiczne. Te pierwsze powinni leczyć lekarze, drugie – psychoterapeuci. Często kłopot pacjenta jest na tyle złożony, że wymaga współpracy specjalistów. Od początku zatem trzeba widzieć problem holistycznie, umiejętnie przeprowadzić wstępną diagnostykę różnicową. Ale na drzwiach gabinetu wisi wizytówka: SEKSUOLOG. Skąd pacjent ma wiedzieć, czy dobrze trafił? – Przede wszystkim warto pamiętać o tym, że każdy ma prawo zapytać o kwalifikacje osoby, do której się udaje. Jeżeli chce pani kupić sobie wycieczkę w biurze podróży, ma pani prawo zapytać, czy dane biuro posiada odpowiednie licencje. Jak idzie pani do specjalisty w jakiejkolwiek dziedzinie, to też ma Pani prawo dowiedzieć się, czy ta osoba ma udokumentowane kwalifikacje w danym obszarze. Przed wizytą u seksuologa warto zapytać, jakiego rodzaju kwalifikacjami dysponuje. Zwłaszcza że w tym zawodzie można spotkać osoby z wykształceniem zarówno medycznym, jak i psychologicznym. Transparentność jest niezbędna, a specjalista na prośbę pacjenta powinien uczciwie wyjaśnić, jakimi dysponuje kwalifikacjami. Na przykład – mogę się zająć sprawami medycznymi, ale nie znam się na psychoterapii. (…) W ten sposób każdy ma jasność, jakiej pomocy może oczekiwać w danym gabinecie. Ale nie zawsze potrafi stwierdzić, czy jego problem seksualny nadaje się do psychologa, czy lekarza. – Na tym właśnie polega zadanie specjalisty, temu służą pierwsze konsultacje. A przynajmniej tak to powinno wyglądać. Leczenie musi być dopasowane do przyczyny, a czasem przyczyn istniejącego problemu. Weźmy przytoczony już przykład zaburzeń erekcji u mężczyzny. Przypuśćmy, że jest to mężczyzna z chorobą naczyń obwodowych i otyłością. To przyczyny zaburzeń krążeniowych wpływające na ukrwienie Fragmenty rozmowy z książki Anny Bimer Kiedy terapia staje się antyterapią, Prószyński i S-ka, Warszawa 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Czy naprawimy niesprawiedliwy system wyborczy?
Nierówności dotyczą ponad połowy kraju Prof. Adam Gendźwiłł – politolog, socjolog i geograf, kierownik Centrum Studiów Wyborczych na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, badacz systemów i zachowań wyborczych oraz polityki samorządowej, ekspert Fundacji Batorego. Czy polska demokracja jest równa dla wszystkich? – Równość jest ważną obietnicą demokracji. Równość rozumiana tak, że każdy głos w wyborach powszechnych, obejmujących wszystkich obywateli i obywatelki, waży równo, niezależnie od statusu majątkowego czy od miejsca zamieszkania. I z tą równością zależnie od miejsca zamieszkania mamy problem. – Eksperci alarmują, że w Polsce nierówności w tym aspekcie rosną. Wynikają z tego, że nie zmieniamy podziału mandatów pomiędzy okręgi wyborcze w wyborach do Sejmu. To jest naruszenie obietnicy konstytucyjnej, która mówi, że wybory do Sejmu mają być wyborami równymi. Jak to wygląda w praktyce? – Z upływem czasu nasz system wyborczy staje się coraz bardziej skrzywiony. W roku 2011 został uchwalony Kodeks wyborczy i razem z nim załącznik numer 1, który określał granice 41 okręgów wyborczych do Sejmu i liczbę mandatów poselskich dla każdego okręgu, zależną od liczby mieszkańców. Jak można się spodziewać, z biegiem czasu sytuacja zmieniała się ze względu na migracje i zmiany liczby ludności w poszczególnych okręgach. W piśmie z października 2022 r. Państwowa Komisja Wyborcza pokazywała, że w efekcie w 11 okręgach wyborczych należy zmniejszyć liczbę mandatów o jeden, w 10 – zwiększyć o jeden, a w jednym okręgu (Warszawa II) aż o dwa mandaty. Czyli nierówności dotyczą ponad połowy kraju! – Dodam, że jest jeszcze drugi problem, który nabrzmiewa. To głosujący za granicą. Ten problem dotyka głosujących w Warszawie, ponieważ zgodnie z przepisami Kodeksu wyborczego wszystkie głosy padające w obwodach głosowania za granicą są doliczane do okręgu Warszawa I. A ponieważ mamy do czynienia z radykalnym wzrostem liczby głosujących za granicą w stosunku do 2011 r., w Warszawie na jeden mandat przypada znacznie więcej wyborców niż w innych częściach Polski. Liczyłem to. Warszawa I ma 20 mandatów. Gdyby przeprowadzono korektę demograficzną nieuwzględniającą głosów z zagranicy, powinna mieć 21 mandatów. A za granicą głos oddało 569 tys. Polaków. Czyli Warszawa I powinna mieć 9-10 mandatów więcej, bo na jeden mandat przypada 63 tys. osób uprawnionych do głosowania. W Warszawie powinno być wybieranych 30-31 posłów, a nie 20 jak teraz. – Liczba głosujących za granicą zmienia się z wyborów na wybory i nie sposób z góry przyjąć, ilu ich będzie. Czy są metody, żeby przewidzieć, ile osób będzie głosowało za granicą? – Rozpatruje się różne scenariusze. Najprościej pewnie byłoby przyjąć liczbę głosujących z poprzednich wyborów. Można też przyjąć bardziej skomplikowane rozwiązanie, które jakiś czas temu postulował prof. Jacek Haman. To jest tzw. rozwiązanie czeskie: obwody r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Czy możemy skuteczniej zapobiegać samobójstwom?
Dr Daria Biechowska – psycholog i psychoterapeuta, zastępczyni koordynatora Biura ds. Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym przy Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. IV Kongres Suicydologiczny, który odbył się w Warszawie w dniach 11-12 września, wpisał się w sekwencję wydarzeń naukowych próbujących opanować zjawisko narastania problemów z samobójstwami w Polsce. Jak obecnie wyglądają statystyki? Co wydaje się w nich najbardziej niepokojące? W liczbach bezwzględnych notuje się przecież mniej takich tragedii… – Taki ogólny trend obserwuje się od ok. 20 lat. Jednak spadek w liczbach bezwzględnych nie powinien nas wprowadzać w błąd, podobnie jak np. bezwzględna liczba zgonów w czasie epidemii covidu, kiedy podawano, że przodowało w nich województwo mazowieckie, które po prostu ma najwięcej mieszkańców. W tym wypadku trzeba szukać także innych wskaźników, jak liczba samobójstw na 100 tys. mieszkańców i zagrożenie takimi czynami ze względu na wiek, płeć itd. Z czego wynika to, że mężczyźni znacznie częściej niż kobiety ponoszą śmierć na skutek samobójstwa? – W większości krajów mężczyźni częściej umierają w wyniku samobójstwa niż kobiety, np. w Polsce współczynnik zgonów samobójczych wśród mężczyzn jest mniej więcej sześciokrotnie wyższy niż wśród kobiet. Przyczyny tej różnicy są złożone – znaczenie mogą mieć m.in. uwarunkowania kulturowe, społeczne oraz mniejsza gotowość części mężczyzn do korzystania z pomocy w kryzysie. Statystyki pokazują, że najwięcej samobójstw zdarza się w grupie wiekowej 25-64 lata. To aż 73%. – Wynika to z tzw. piramidy wieku – tych osób jest po prostu w społeczeństwie najwięcej. O ile wśród dorosłych dużo więcej zgonów samobójczych dotyczy mężczyzn, o tyle wśród nastolatków próby samobójcze znacznie częściej rejestrowane są wśród dziewcząt. – Jest wiele niepokojących danych, ale częściowo wynikają one także ze sposobu raportowania. Nie wszystkie próby samobójcze trafiają do statystyk policyjnych. W 2025 r. wzrosła liczba zgonów samobójczych wśród osób młodych. To pokazuje, że działania profilaktyczne powinny uwzględniać m.in. płeć i wiek. Osoby starsze również wymagają odrębnie projektowanych działań profilaktycznych, ponieważ inna jest w tej grupie charakterystyka czynników ryzyka i potrzeb. Podczas odbywającego się Kongresu Suicydologicznego alarmistyczne dane dotyczyły też zatruć lekami. – Skala zatruć lekami jest niepokojąca. Stanowią one jedną z istotnych form podejmowania prób samobójczych. W Polsce leki bez recepty są bardzo łatwo dostępne. Przedawkowanie niektórych może prowadzić do bardzo poważnych następstw zdrowotnych, w tym do b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nie bójmy się kryzysów, bo one prędzej czy później do nas przyjdą
Zdecydowanej większości z nas kryzys kojarzy się jednoznacznie negatywnie. A psychologom? Robert Kowalczyk: Dla nas, psychologów, kryzys nie musi automatycznie wiązać się z zagrożeniem czy katastrofą. (…) Z punktu widzenia psychologicznego pojawia się on wtedy, gdy dotychczasowe sposoby radzenia sobie z trudnościami przestają wystarczać. Wskutek tego następuje dezintegracja naszego życia. Jednak w perspektywie klinicznej kryzys sam w sobie jest zjawiskiem neutralnym. Najważniejsze jest bowiem, co z nim zrobimy. Katarzyna Waszyńska: Kryzys bywa momentem zatrzymania i poszukiwania nowych możliwości, jest też procesem adaptacji do zmieniającej się sytuacji w życiu. Dobrym przykładem jest zmiana lub utrata pracy po wielu latach spędzonych w jednym miejscu. To moment, który pozwala zastanowić się, w jakim kierunku chcemy iść. Czasami dopiero przy takiej okazji odkrywamy, że przez wiele lat wykonywaliśmy zajęcie, które nie dawało nam satysfakcji. Od czego zależy, czy kryzys odbije się na nas negatywnie, czy wprost przeciwnie – będzie szansą zmiany na lepsze? R.K.: Od tego, jak i czy w ogóle go przepracujemy. Oczywiście sytuacja kryzysowa wiąże się z ogromnymi emocjami, chodzi jednak o to, żeby spojrzeć na nią z innej perspektywy – jak na szczególny, nierzadko zwrotny moment w życiu, na którym można zbudować coś wartościowego. K.W.: Kryzysy są nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji, ponieważ nasze życie składa się z nieustannych zmian. Nie na wszystko możemy się przygotować. A nawet jeśli wydaje nam się, że nad wszystkim panujemy, to i tak każdy przełom w życiu oznacza zakłócenie dotychczasowego sposobu funkcjonowania. Dobrym przykładem są narodziny dziecka, które z jednej strony mogą być wyczekiwane i radosne, a z drugiej mogą wiązać się z bardzo silnymi emocjami i trudnościami. R.K.: Dlatego nie bójmy się kryzysów, bo one prędzej czy później do nas przyjdą. Pytanie brzmi, czy zdołamy wyjść z nich obronną ręką i zbudować na nich coś, co nas wzmocni. Czyli musimy przyjąć do wiadomości, że nie zdołamy przejść przez życie bezboleśnie. Powinniśmy się więc przygotować na różne trudne, kryzysowe sytuacje. K.W.: Kryzys może pojawić się właściwie na każdym etapie naszego życia. Może obejmować jedną osobę, parę lub całą rodzinę i – co warto podkreślić – nie zawsze jest wywołany przez jedno wielkie wydarzenie: wypadek, problemy zdrowotne, rozstanie. Może być również efektem splotu szeregu drobnych, codziennych trudności, które nawarstwiają się i w pewnym momencie przekraczają nasze możliwości radzenia sobie z nimi. Co więcej, nasza reakcja na aktualny kryzys nie dotyczy wyłącznie tego, co dzieje się tu i teraz – jest także wypadkową wcześniejszych doświadczeń i tego, jak poradziliśmy sobie (lub nie) z poprzednimi tego typu sytuacjami. Jakie kryzysy mogą nas dotknąć? I jakie zdarzają się najczęściej? R.K.: W praktyce gabinetowej spotykamy się z kilkoma typami. Kryzysy w związkach i małżeństwach to jedna z najczęstszych kategorii. Obejmują zarówno konflikty partnerskie, jak i sytuacje związane z rozstaniem, separacją bądź rozwodem. Są też kryzysy zawodowe, które mogą wynikać z konieczności podjęcia decyzji o zmianie pracy, wiążą się z jej utratą lub dotyczą bankructwa. Do powszechnych doświadczeń należą kryzysy zdrowotne: trudna diagnoza, nagła choroba, uraz czy wypadek, które wywołują konieczność adaptacji do nowych okoliczności i zmiany dotychczasowego sposobu funkcjonowania jednostki czy rodziny. Są wreszcie kryzysy sytuacyjne o charakterze niemożliwym do przewidzenia i traumatycznym, np. katastrofy. K.W.: Kryzysy mogą mieć charakter ogólnospołeczny – mówimy wtedy o kryzysach ekologicznych, ekonomicznych, związanych z konfliktami zbrojnymi albo dotyczących społeczności, w ramach których funkcjonujemy. R.K.: Nie zapominajmy o kryzysie wiary czy kryzysie egzystencjalnym, kiedy pojawiają się pytania o sens życia. K.W.: Kryzys egzystencjalny, często obserwowany w gabinetach, może wynikać z uświadomienia sobie własnej śmiertelności. Taką refleksję wywołuje np. śmierć kogoś bliskiego. Pamiętam osobę w gabinecie, która po odejściu rodziców doświadczyła intensywnego poczucia, że życie jest kruche i nieprzewidywalne, a ona zupełnie nie umiała sobie z tym poradzić. Psychologia wyróżnia także kryzysy rozwojowe związane z naturalnymi etapami życia – np. kryzys wieku dojrzewania czy związany z przejściem na emeryturę. Na myśl przychodzi mi również kryzys wieku średniego. K.W.: Należy on do tzw. kryzysów tożsamościowych, egzystencjalnych. Charakterystyczne jest to, że pojawiają się wówczas pytania: „Kim jestem?”, „Co jest dla mnie ważne?”, „Jakie są moje rzeczywiste potrzeby?”, „Czego chcę?”. Kryzysy tożsamościowe są wpisane w wiele faz życia. Na przykład w okresie dojrzewania takie pytania są wręcz potrzebne, aby młoda osoba mogła „oddzielić” się od rodziców czy opiekunów, zyskać autonomię i wykształcić własną tożsamość. Kryzysy egzystencjalne mogą jednak pojawiać się niezależnie od wieku. Zdarzają się w różnych momentach w reakcji na istotne wydarzenia lub zmiany. Dochodzi wtedy do sytuacji, w której kryzys tożsamościowy nakłada się na kryzys sytuacyjny. R.K.: Jeszcze raz warto tutaj podkreślić, że kryzys Fragmenty książki Roberta Kowalczyka, Katarzyny Waszyńskiej i Ewy Podsiadły-Natorskiej Całe szczęście to kryzys. Rozmowy o trudnych momentach, które zmieniają nasze życie, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Dyktatura sztucznej inteligencji
Oddajemy AI coraz więcej. W końcu oddamy jej siebie Agnieszka Smoczyńska – (ur. w 1978 r.) absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz Szkoły Wajdy. Od 2023 r. jest członkinią Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej (AMPAS). Jej pełnometrażowy debiut „Córki dancingu” zdobył m.in. Nagrodę Specjalną Jury na festiwalu Sundance, nagrodę za debiut w Gdyni i Orła w kategorii Odkrycie roku. „Fuga” miała światową premierę w Cannes, a za „Silent Twins” reżyserka otrzymała Złote Lwy w Gdyni. Myślisz o przyszłości z lękiem czy z nadzieją? Jak sobie ją wyobrażasz? – Kiedy wyobrażam sobie przyszłość, towarzyszy mi coraz wyraźniejszy lęk. Właściwie im większą mam świadomość zmian politycznych na świecie i gwałtownego rozwoju AI, tym bardziej rosną moje obawy. Ważnymi punktami odniesienia przy realizacji „Hot Spotu” – filmu opowiadającego o niedalekiej przyszłości – były więc teksty o sztucznej inteligencji i nowych technologiach? – Punktem wyjścia dla mnie i scenarzysty Roberta Bolesty była książka „21 lekcji na XXI wiek”. Yuval Noah Harari pisze, że sztuczna inteligencja będzie dynamicznie się rozwijać i dojdzie do zawiązania umowy społecznej, w której ludzie zgodzą się, by nimi zarządzała. Harari ostrzega przed oddawaniem swoich danych AI i zachęca do podejmowania rozważnych wyborów w sieci. Wszyscy dobrze wiemy, że big techy rządzą teraz w sferze internetowej i decydują, jak ma wyglądać komunikacja za pomocą sztucznej inteligencji. W 2023 r. liderzy branży technologicznej i badacze AI podpisali nawet list otwarty nawołujący wielkie firmy do wstrzymania prac nad nowymi modelami sztucznej inteligencji. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad „Hot Spotem”, myślenie o wpływie AI wydawało się fantazjowaniem. Teraz coraz częściej sugerujemy się podpowiedziami sztucznej inteligencji, korzystając z wyszukiwarki internetowej. Albo dzielimy się z nią prywatnymi danymi. Zastanawialiśmy się też z Robertem, co będzie, gdy fake newsy zdominują przekazy medialne. Dzisiaj fake news w pewnym sensie staje się faktem – jest powtarzany tyle razy, że przenika do rzeczywistości. Czerpaliście z tradycji kina i literatury science fiction czy chcieliście pójść własną drogą? – Nie myśleliśmy o dziedzictwie gatunku ani o konkretnych tytułach. W ogóle nie postrzegaliśmy „Hot Spotu” jako opowieści science fiction, bo wykorzystujemy zarówno elementy tej konwencji, jak i rozwiązania charakterystyczne dla antykryminału, horroru czy komedii. W trakcie przygotowań do filmu w mediach pojawił się temat fake newsów, więc jeżeli próbujesz o nim opowiadać, historia staje się bliska rzeczywistości. Bardzo nam zależało, żeby nie budować świata zupełnie oderwanego od współczesnych realiów. Chcieliśmy raczej się pobawić retrofuturystyczną estetyką i kiczem, by zrobić pastisz kina SF, jednocześnie poruszając ważne dziś tematy. Portretujecie głównego bohatera z przymrużeniem oka. Dlaczego Dżony ma tak nietypowy wizerunek jak na detektywa? – Dla mnie to rodzaj gry i zabawy z figurą mężczyzny oraz twardego, smutnego i pokiereszowanego detektywa. Przy tworzeniu rysów postaci wiele rzeczy przychodzi do nas intuicyjnie, ale już z lektury scenariusza wiedziałam, że Dżony ubiera się w biały strój cyklisty, nosi kolczyki koła i ma fryzurę typu mokra Włoszka. Dopiero gdy Robert dopasował do bohatera odpowiedni kostium i wymyślił dla niego piosenkę „The Final Countdown” zespołu Europe, kolejne elementy historii zaczęły się układać. Jego wygląd i sposób bycia narzucają też konwencję filmu. Powłoka sugeruje pastisz, żart i ironię, ale przeżycia wewnętrzne mężczyzny są poważne. Jako widz nie wiesz, czego po nim się spodziewać, a to pozwala nam na narracyjną swobodę. Od strony reżyserskiej ważne było Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Chiny kontra Zachód
W jakiej roli Xi Jinping jedzie do USA? Prof. Bogdan Góralczyk – politolog, hungarysta, sinolog, były ambasador w państwach Azji i były dyplomata na Węgrzech, były dyrektor i wykładowca Centrum Europejskiego UW Czy dojdzie do szczytu USA-Chiny? Chińczycy powiedzieli, że jeśli Ameryka zdecyduje się uruchomić nowy pakiet broni dla Tajwanu, to Xi Jinping do Stanów nie przyjedzie. To jest demonstracja siły. – Xi Jinping w lutym br. sam zadzwonił – co chińskiemu cesarzowi się nie zdarza – do Trumpa i położył kwestię Tajwanu na stół: że jest to nieprzekraczalna czerwona linia w stosunkach chińsko-amerykańskich. Jesienią ub.r. administracja amerykańska obiecała Tajwanowi sprzęt wojskowy za 11 mld dol. Chińczycy więc zagrozili, że jeśli pakiet zostanie uruchomiony, szczyt planowany na 24 września nie dojdzie do skutku. Trump już odpowiedział: nie wyobraża sobie, by Xi Jinping do Waszyngtonu nie przyjechał. Czyli Trump ustępuje. – Czyli chyba do szczytu dojdzie. Chińczycy, swoim sposobem, przygotowywali się do niego niezwykle starannie, co w naszych mediach prawie nie zostało zauważone. W ostatnim dniu sierpnia i 1 września odbył się szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Biszkeku. Spotkali się tam Xi Jinping, Narendra Modi i Władimir Putin. A dwa tygodnie później, 12-13 września, mieliśmy w New Delhi szczyt BRICS Plus. I znowu spotkanie Narendry Modiego, Xi Jinpinga i Putina. Zwróćmy uwagę, jak przyjmowany był w Indiach Władimir Putin. Wielkimi oklaskami. Ostracyzm go nie dotyczy. Chiny obydwa te szczyty wykorzystały do pokazania jedności antyzachodniej i antyamerykańskiej. Równocześnie neutralizowały Indie, które zawsze będą grały na siebie jako swing state, państwo obrotowe. W jakim celu neutralizowały? – Żeby były w miarę neutralne, gdyby Pekin zaczął coś robić z Tajwanem. To wystarczy. Putin oficjalnie podpisał w deklaracji, że popiera stanowisko chińskie w kwestii Tajwanu, więc ze strony Moskwy Chiny poparcie mają. Takiej deklaracji ze strony wspomnianych dwóch organizacji – Szanghajskiej Organizacji Współpracy i BRICS Plus – nie ma. Szczególnie jednak ważne jest to, że w obydwóch organizacjach pełnoprawnym członkiem jest Iran. W ten sposób spełnił się czarny sen Zbigniewa Brzezińskiego… Oś Rosja-Chiny-Iran. – Brzeziński mówił, że Stany Zjednoczone jako jedyne supermocarstwo mają nadrzędny strategiczny cel: nie dopuścić do utworzenia antyzachodniej i antyamerykańskiej koalicji na obszarze Eurazji, tego heartlandu Mackindera. A my ją mamy jak na dłoni! Chiny z Rosją, z Iranem, a jeśli trzeba, to jeszcze z Indiami. I być może z Koreą Północną! Kiedyś by to nazwano koalicją lub osią destabilizacji (Axis of Upheaval). Ale dziś największym źródłem destabilizacji na arenie międzynarodowej jest inny czynnik. Nazywa się Donald Trump. Fatalnie to dla Zachodu wygląda. – Jesteśmy w takim punkcie, który pokazuje, że świat gruntownie się zmienia, a w zasadzie – zmienił. Nasze elity polityczne, i mówię to z pełną świadomością, nie dostrzegają trzech megatrendów. Pierwszy to taki, że centrum świata, w sensie gospodarczym i handlowym, a coraz bardziej też technologicznym, już się przesunęło z Atlantyku na Pacyfik. Bo Stany Zjednoczone, chcąc nie chcąc, muszą się odwrócić w stronę Chin, do Tajwanu, do Japonii, do ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej – przyp. red.), do Indii itd. Natomiast Europa w najnowszej strategii amerykańskiej z grudnia 2025 r. jest w trzeciej klasie. A była w pierwszej. Drugi megatrend, który przewraca układ sił na globie: na naszych oczach zachodzi proces odrodzenia dwóch cywilizacji ubranych w szaty państw. O Chinach już wiemy i nimi straszymy. O Indiach wiemy znacznie mniej i ciągle kierujemy się stereotypami. Kiedy Indie w styczniu r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Prezydent miasta musi być poważny
Wszystkich kandydatów porównują z Jackiem Majchrowskim Sławomir Pietrzyk – dziennikarz, samorządowiec związany z Krakowem od ponad czterech dekad, w szczególności z Nową Hutą. Przez ponad 20 lat radny miasta Krakowa, w tym przez 12 lat pełnił funkcję wiceprzewodniczącego rady miasta. Jak poszło panu ze zbieraniem podpisów, by zarejestrować się w wyborach? Na tej przeszkodzie padło wielu kandydatów. Inni prześliznęli się po ścianie. – Zaczęliśmy tradycyjnie, od ulic i placów. Mieliśmy wolontariuszy. Od razu jednak zauważyliśmy, że ludzie bardzo niechętnie podpisują. Po aferach z wyciekiem danych pytali: „A po co panu mój PESEL?”. Skupiliśmy się więc na zbieraniu podpisów w firmach, u zaprzyjaźnionych przedsiębiorców. Jestem zaangażowany w spółdzielczość mieszkaniową, zbierałem więc w spółdzielniach, w placówkach handlowych… Zauważyłem, że ludzie musieli znać osobę, która zbiera podpisy. Ostatecznie mieliśmy więcej, niż było wymagane, prawie drugie tyle. Czyli w Krakowie trzeba być zakorzenionym. – W Krakowie trzeba się mocno zakorzenić, żeby cokolwiek osiągnąć i żeby być zauważonym. Byłem radnym miasta Krakowa od 2002 r., jako bezpartyjny zasiadałem w klubie pana prezydenta Jacka Majchrowskiego Przyjazny Kraków, a od 2010 r. byłem wiceprzewodniczącym rady miasta. Całe życie działam, wśród seniorów, w Stowarzyszeniu Pokolenia, w Nowej Hucie. Jestem prezesem społecznym jednoblokowej spółdzielni mieszkaniowej, pracuję w redakcji „Głosu – Tygodnika Nowohuckiego”, jestem wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, które prowadzi red. Jerzy Domański… Zna pan wszystkich i pana wszyscy znają. – Skończyłem prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, moimi kolegami na roku byli Zbyszek Wassermann, Jerzy Jaskiernia i Zbyszek Ćwiąkalski. To się nazywa pluralizm po krakowsku. Wszystkim przez lata się wydawało, że Kraków jest miastem bardzo stabilnym, że pieczę nad nim sprawuje Jacek Majchrowski. A kiedy Majchrowski odszedł i powstał potworny bałagan. – Wielu wybitnych polityków próbowało rywalizować z Jackiem Majchrowskim. I kończyło się to porażką. Walkę o fotel prezydenta Krakowa przegrał z nim Andrzej Duda. – Byłem świadkiem ich rozmowy. Andrzej Duda mówił: „Łatwiej, panie profesorze, jest wygrać wybory na prezydenta państwa, niż z panem wygrać w Krakowie”. Prof. Majchrowski budził szacunek, był człowiekiem, który wyszedł z lewicy, ale pierwsze, co zrobił, jak został prezydentem, to złożył legitymację. Jako jego współpracownik zrobiłem to samo, bo kiedyś też byłem związany z lewicą. Dziś mieszkańcy Krakowa zachowują prezydenta Majchrowskiego we wdzięcznej pamięci. Sądzę, że coraz bardziej zdają sobie sprawę z jego wartości. Na czym ta wartość polegała? Na umiejętności dogadywania się? – Prof. Jacek Majchrowski miał cudowny talent koncyliacji, umiejętność dogadywania się. Kiedyś powiedział mi wprost: „Sławek, ja się potrafię nawet z diabłem dogadać, żeby to było dobre dla mieszkańców”. I po jego odejściu sprawy się skomplikowały. – Nie będę wymieniał błędów pana Miszalskiego. Powiem tylko tyle: nie budowało pozycji prezydenta miasta zrzucanie śniegu z dachu magistratu przy muzyce ani sprzątanie mopem korytarza prezydenckiego. Kraków jednak jest miastem konserwatywnym. Prezydent to człowiek, którego darzy się szacunkiem, który ma autorytet. Nie za bardzo więc to wszystko tu pasowało. Porozmawiajmy o kampanii prezydenckiej. – Co drugi dzień debata! Niektóre są transmitowane. Sądzę, że Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Czy Europa wie, jak ułożyć relacje z Rosją?
Mamy wystarczającą siłę, ale marne elity Przemysław Grudziński – historyk, wykładowca akademicki, dyplomata Radosław Sikorski mówił w Sejmie, że wojna między Rosją a Ukrainą jest wojną o to, kto będzie trzecią potęgą świata: Europa czy Rosja. Ten, kto będzie miał Ukrainę, będzie trzeci na świecie. – Nie wiem, w jaki sposób państwo, które wyjdzie z tej wojny z dwudziestoparomilionową ludnością, ze zniszczonym przemysłem, z zasobami, które właściwie już są rozdane – bo surowce zostały przekazane w umowach zawartych ze Stanami Zjednoczonymi – będzie mogło decydować, kto zostanie trzecią siłą w świecie. Bardzo cyniczny jest pogląd, że to wojna o prymat na kontynencie euroazjatyckim, bo ona dokonuje się za cenę krwi setek tysięcy Ukraińców, a ci, którzy rzekomo walczą o prymat, nie chcą tam wysłać nawet jednego żołnierza, i to po zawarciu pokoju. Bardzo cyniczne jest także opłacanie zaciężnej armii, żeby walczyła o nasze drugie miejsce. To nie wydaje mi się ani rozsądne, ani prawdziwe. Dlaczego? – Nie jest prawdą, że to walka o jakikolwiek prymat. Europa w czasie wojny rosyjsko-ukraińskiej staje się coraz bardziej zależna od USA. Ukraina staje się coraz bardziej zależna od Zachodu, bo bez przepływów finansowych, pożyczek i broni nie byłaby zdolna utrzymać się jako równorzędny przeciwnik Rosji. Cała administracja, całe państwo funkcjonuje wyłącznie dzięki zastrzykom europejskim. No więc Ukraina staje się zależna od Europy, natomiast Europa staje się coraz bardziej zależna od Ameryki. Jest wyzyskiwana jak lennik. Płaci za amerykańską broń, przekazywaną Ukrainie. – A jeżeli Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej, nasze obciążenia finansowe będą jeszcze większe. Ponieważ Ukraina w tej chwili nie jest przygotowana, by wejść do Unii, i raczej będzie ją osłabiać, a nie wzmacniać. Sama odbudowa Ukrainy stanie się niesłychanie kosztowna, a wysiłek doprowadzenia jej do standardów europejskich rozciągnie się na lata. Poza tym bardzo wątpię, żeby po tym doświadczeniu obrony państwowości, suwerenności Ukraina chciała się przyczynić do budowy jednej Europy. Będzie zazdrośnie strzec atrybutów niepodległości, suwerenności i flagi. Duma narodowa, związana z rozkwitem nacjonalizmu w czasie wojny, stworzy z Ukrainy bardzo trudnego członka UE. A gdzie tu miejsce dla Rosji? Niby jest własnym klubem, ale coraz słabszym. Ta wojna ją osłabia i uzależnia od Chin. – Rosja w tej chwili walczy o zachowanie wszystkich atrybutów niezależnego klubu. Ale przychodzi to jej z trudem i najwyraźniej jest w defensywie, wbrew temu, co się mówi o wielkiej ofensywie Kremla. Ta wojna jest na życzenie Kremla, ale uwarunkowana wcześniejszymi wydarzeniami. Państwo rosyjskie pokazało słabość prawie pod każdym względem. Mimo to zachowuje tożsamość, integralność i jest jednym z centrów obecnego klubowego świata. Jeżeli ktoś myśli, że można to państwo wykreślić, wymazać, to głęboko się myli. Państwa nuklearnego nie można wymazać ani nawet zwyciężyć. Można z nim tylko znaleźć jakieś modus vivendi. Tak pan uważa? – Jako kolosalną porażkę Europy na tym etapie widzę to, że jest skupiona jedynie na wojnie. Nie widząc własnego interesu i nie umiejąc go sformułować, nie jest w stanie przemyśleć, jak zorganizować pokój. Wielcy mężowie stanu, tacy jak Roosevelt czy Churchill, jeszcze w czasie II wojny światowej potrafili myśleć o przyszłej Europie. Nawet ze Stalinem urządzić Narody Zjednoczone. A tu cisza. To wbrew najbardziej elementarnym lekcjom historycznym. Po wojnie przychodzi pokój, trzeba mieć jego wizję, jak urządzić Europę, jak ułożyć sobie relacje z Rosją. To podstawowe r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Psychiatrzy uważali, że jest lepiej
Obciążenie macierzyństwem i jednoczesne zmaganie się z problemami zdrowia psychicznego jest doświadczeniem wielu kobiet Dr Jacek Dębiec – polsko-amerykański psychiatra, psychoterapeuta, neurobiolog i filozof. Jego prace publikowane były w czołowych pismach naukowych, takich jak „Nature” czy „Biological Psychiatry”. Przez 12 lat pracował jako profesor psychiatrii i neurobiologii na Uniwersytecie Michigan, gdzie m.in. sprawował opiekę nad pacjentkami w okresie okołoporodowym. Zakończył się jeden z najgłośniejszych w USA procesów kryminalnych ostatnich lat. To sprawa Lindsay Clancy oskarżonej o zabójstwo trójki własnych dzieci. Jej czyn nosi znamiona próby rozszerzonego samobójstwa, w którym targnięcie się na swoje życie jest powiązane z zabiciem osób najbliższych. Po pięciu tygodniach procesu ława przysięgłych nie potrafiła osiągnąć wymaganej jednogłośności. Najprawdopodobniej rozpocznie się kolejny proces, w którym nowo wybrani ławnicy podejmą ponowną próbę rozstrzygnięcia czy kobieta w czasie popełniania morderstwa była w pełni poczytalna. Diagnoza psychiatryczna ma dla werdyktu ławy przysięgłych istotne znaczenie. Powołani przez obronę eksperci argumentowali, że Lindsay Clancy cierpiała na psychozę poporodową. – Na podstawie dostępnej dokumentacji i opinii biegłych psychiatrów i psychologów można stwierdzić, że istnieją przesłanki do rozpoznania psychozy i uznania niepoczytalności oskarżonej. Trzeba jednak zastrzec, że nie każdy stan psychozy automatycznie powoduje niepoczytalność. W podobnych sprawach sądowych zazwyczaj zadaniem obrony jest przedstawienie dowodów na niepoczytalność oskarżonej. Wynikająca z prawa stanu Massachusetts specyfika tego procesu polegała na tym, że to prokuratura miała przedstawić dowody poczytalności oskarżonej w chwili popełnienia zbrodni. Kilka miesięcy przed zabójstwem dzieci i próbą samobójczą kobieta była świadoma, że znajduje się w poważnym kryzysie psychicznym. Leczyła się psychiatrycznie. W ciągu zaledwie czterech miesięcy różni lekarze przepisali jej 13 różnych leków psychotropowych. – Zauważmy, że ta opieka nie opierała się na stabilnym kontakcie z jedną osobą, która regularnie sprawdzałaby, jak pacjentka się czuje, jakie ma objawy i jak się one zmieniają pod wpływem różnych leków. Okres po porodzie to czas o podwyższonym ryzyku wystąpienia wielu zaburzeń psychicznych. Zachodzące wtedy duże zmiany biologiczne, takie jak gwałtowna zmiana poziomu wielu hormonów i utrata snu, stres związany z opieką nad dzieckiem, nowe obowiązki, brak czasu na zajęcie się sobą, częste odizolowanie społeczne sprawiają, że psychika jest wystawiona na wielką próbę. Czasem, w jednym-dwóch przypadkach na 1 tys. porodów, może to prowadzić do zaburzeń psychotycznych. Sprawujący opiekę psychiatryczną nad Lindsay Clancy rozpoznali u niej depresję poporodową i, nie widząc poprawy jej stanu, często zmieniali jej leki. Clancy przyjmowała po kilka substancji psychotropowych naraz, w tym leki przeciwdepresyjne, przeciwpsychotyczne, stabilizujące nastrój, nasenne i uspokajające. Niektórzy specjaliści zastanawiają się, czy pogorszenie jej stanu nie wiązało się właśnie ze stosowaniem wielu leków i ich częstą zmianą. Udokumentowano, że pewne leki, np. popularne antydepresanty z grupy SSRI (inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny), mogą powodować pobudzenie, wzmożony niepokój, zaburzenia snu oraz myśli samobójcze. Niektóre leki przeciwpsychotyczne również mogą powodować pobudzenie i agresję wobec innych. Takie informacje znajdziemy na ulotkach tych leków. Szukanie pomocy u różnych psychiatrów wyglądało u niej jak wędrówka od Annasza do Kajfasza. – Z dokumentów, które zostały ujawnione opinii publicznej w trakcie przesłuchań sądowych, wynika, że negatywnie reagowała na niektóre leki. Na przykład kiedy zaczęła przyjmować Zoloft, popularny lek zawierający sertralinę należącą do grupy SSRI, i jego dawkę zwiększono z 25 mg do 50 mg, znacznie pogorszył się jej sen. Decyzję o takim leczeniu podjęła młoda psychiatra Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Europa w amerykańskiej pułapce
Nie można zbudować bezpiecznej Europy bez Niemiec i bez Rosji Przemysław Grudziński – podsekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej (1992-1993) i Ministerstwie Spraw Zagranicznych (1998-2000, 2008-2009). W MSZ zajmował się relacjami ze Stanami Zjednoczonymi i z państwami Europy Wschodniej. Ambasador RP w USA (2000-2005), stały przedstawiciel RP przy Biurze ONZ w Wiedniu (2009-2014) i ambasador RP w Finlandii (2015-2017). Do 1996 r. pracował jako adiunkt i docent Instytutu Historii PAN. Był profesorem w George C. Marshall European Center for Security Studies w Niemczech. Opracował teorię opisującą współczesny świat jako nowy międzynarodowy feudalizm. Autor takich publikacji jak: „Uczeni i barbarzyńcy. Polityka nuklearna Stanów Zjednoczonych 1939-1945”, „Państwo inteligentne. Polska w poszukiwaniu międzynarodowej roli”, „Rozpadające się światy. O człowieku i państwach w labiryncie rzeczywistości”, „Życie w twardym państwie”. Czy Donald Trump jest pomyłką systemu?\ – Nie. Jest emanacją systemu. Spójrzmy na historię Stanów Zjednoczonych. Prekursorem prezydenta Donalda Trumpa był np. prezydent Andrew Jackson. Nawet stworzono taką kategorię – jacksonizm. To taki, powiedziałbym, typ kowbojskiej polityki, która mówi bez ogródek o interesach, nie zasłaniając się pięknymi hasłami, prawem międzynarodowym czy uznaniem dla podmiotowości innych. Jest to coś, co opiera się na nagiej sile i własnym interesie. I pazerności. – Tak, chciwości, pazerności. Nie ma tu uwzględnienia podmiotowości drugiej strony ani nawet próby wczytania się w jej interesy i intencje. Czyli gra międzynarodowa staje się bardzo uproszczona. W tym sensie Trump, przy wszystkich swoich osobliwościach, bo charakter i osobowość też ma tu znaczenie, to nie żaden przypadek czy wypadek historii, tylko logiczna konsekwencja biegu rzeczy. Część większych procesów. Dały one o sobie znać w czasie prezydentury George’a Busha juniora. To on rzucił wyzwanie całej społeczności międzynarodowej, dokonując inwazji na suwerenne państwo bez aprobaty Narodów Zjednoczonych. To jest ten wielkomocarstwowy nacjonalizm, który ma w tej chwili apogeum. A jak wytłumaczyć działania Trumpa wobec Europy? Stałą presję, którą na nią wywiera, i groźby, że zabierze Grenlandię, wycofa wojsko, że nałoży cła. – Dawny świat już nie istnieje. Współczesny porządek światowy nie jest już porządkiem równorzędnych państw, lecz układem zależności, w którym jedni aktorzy kontrolują warunki działania drugich. Zgodnie z pańską tezą żyjemy w czasach nowego międzynarodowego feudalizmu… – …i świat podzielony jest na kilka klubów. Europa znajduje się w klubie północnym. Jego suzerenem, czyli szefem, jest prezydent USA, w tej chwili Donald Trump. Ale on nie szanuje innych członków klubu. – Stany Zjednoczone dają Europie bezpieczeństwo, w zamian Europa musi spłacać rozmaite długi, swoją rentę feudalną, musi być lojalna. Jest pan feudalny – Ameryka. A Europa jest zbiorowym wasalem, który musi płacić za bezpieczeństwo, za surowce, musi kupować drogą amerykańską broń. Oraz drogi amerykański gaz i drogie usługi informatyczne. – W dodatku ta ochrona jest niepewna, bo od czasu do czasu Trump mówi: a może ja was nie ochronię, może art. 5 traktatu waszyngtońskiego nie obowiązuje? Bo jeżeli nie jesteście już tacy lojalni wobec mnie, to dlaczego ja mam być lojalny wobec was? A Europa? Dlaczego nie mówi: chcemy się wyzwolić z tej nierównej sytuacji podległości w stosunku do USA? – Europa nie potrafi tego powiedzieć, nawet tam, gdzie jest mocniejsza od Stanów Zjednoczonych. Przecież jako Unia Europejska jest potęgą gospodarczą, a jak wyglądają relacje handlowo-gospodarcze z USA? Mamy poddanie się dyktatowi amerykańskiemu przez Ursulę r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Klasyka Przeglądu
PREMIUM Historyczna rola PZPR
Przez jej szeregi przewinęło się 4,5 mln Polaków Dzieje Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie cieszą się dziś zainteresowaniem historyków, a co za tym idzie – odbiorców literatury historycznej. To smutny paradoks, że na większą uwagę mogą liczyć wynoszeni do rangi superbohaterów „żołnierze wyklęci”, a także demonizowani bez umiaru ich przeciwnicy z Urzędu Bezpieczeństwa, natomiast losy najważniejszej organizacji politycznej w XX-wiecznej Polsce są wstydliwie przemilczane lub co najwyżej kwitowane sztampowymi opiniami o „rządach komunistów podległych Moskwie”. Wielki Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Jak się skończy ta wojna
Poufne negocjacje Czy ta wojna zakończy się rozejmem, czy rozstrzygnie na polu bitwy? To pytanie pojawiło się w globalnej debacie, ledwie rosyjskie rakiety przecięły ukraińskie niebo 24 lutego 2022 r. Szybko też podzieliło świat na dwa obozy. Można nazywać przedstawicieli tych dwóch stronnictw realistami i idealistami, zwolennikami interwencjonizmu i polityki powściągliwości albo jastrzębiami i gołębiami pomocy Ukrainie – nazwy są jednak drugorzędne. Istotna była treść tego sporu. A eksperci, analityczki czy dziennikarze i emerytowani dyplomaci spierali Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Gambit Jaruzelskiego
Wszystkie cztery armie gotowe były do walki [Gen. Jaruzelski jeszcze przed stanem wojennym] część wojsk wyprowadził z koszar na poligony. Ze sprzętem, by ćwiczyły, by były gotowe do ewentualnych działań. Jakich? Gen. Dachowski1 odpowiada wprost: jednostki „wychodziły z artylerią i z rakietami, a więc na pewno nie po to, aby wjechać do miasta w celu zaprowadzenia w nim porządku”. Można więc przyjąć, że wojsko, które ćwiczyło i zajmowało poligony, pełniło funkcję prewencyjną. Zniechęcało do pochopnej interwencji. Czyniło ją trudną. I taką, która może przynieść niedobre konsekwencje. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kraj
Mamy specjalistów na światowym poziomie, ale wciąż brakuje dawców serca Pod koniec sierpnia Polską wstrząsnął dramat 13-letniego Tymona z Katowic. Chłopiec urodził się z wadą serca. Przeszedł ponad 30 skomplikowanych procedur medycznych. W ostatnich dwóch latach jego stan zaczął się pogarszać. 19 sierpnia br. doszło do załamania wydolności krążeniowo-oddechowej. Na Oddziale Intensywnej Terapii Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach Tymon został podłączony do sztucznego płuco-serca (ECMO) i trafił na sam szczyt listy oczekujących w Polsce na przeszczep. Widząc jego pogarszający się z godziny na godzinę stan rodzice wystosowali poruszający apel w mediach społecznościowych oraz ogólnopolskich stacjach telewizyjnych. Nie prosili o zbiórkę pieniędzy. Nie szukali „dedykowanego” serca dla swojego syna. Apelowali do lekarzy pracujących na oddziałach intensywnej terapii o odwagę w podejmowaniu rozmów z rodzinami zmarłych pacjentów i o przełamanie tabu wokół tematu transplantacji narządów. 25 sierpnia pojawiła się informacja o znalezieniu odpowiedniego serca od dziecka zmarłego w stolicy Czech. Tymon został pilnie przetransportowany do Kliniki Chirurgii Serca, Klatki Piersiowej i Transplantologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Niestety, z powodu długotrwałego wspomagania ECMO u chłopca rozwinęła się sepsa. Jego organizm był zbyt słaby, by przeżyć operację. Tymon zmarł w obecności rodziców 26 sierpnia o godz. 16.30, po odłączeniu od aparatury podtrzymującej życie. Sprowadzone z Czech serce otrzymał inny pacjent oczekujący na narząd, 16-letni chłopiec, który także przyszedł na świat z wadą serca. Śmierć Tymona poruszyła społeczeństwo. Jego rodzice zapowiedzieli kontynuację działań na rzecz promocji transplantologii w Polsce, czyniąc z osobistej tragedii motywację do edukowania społeczeństwa w zakresie dawstwa organów. Najważniejsi w przeszczepach Pierwsza w Polsce próba przeszczepienia serca miała miejsce 4 stycznia 1969 r. w II Klinice Chirurgicznej Łódzkiej Akademii Medycznej. Operację przeprowadził zespół pod kierunkiem prof. Jana Molla, w skład którego wchodzili późniejsi wybitni kardiochirurdzy Kazimierz Rybiński i Antoni Dziatkowiak. Zabieg odbył się zaledwie 13 miesięcy po przełomowej operacji dr Christiaana Barnarda w Kapsztadzie przeprowadzonej w grudniu 1967 r. Pod względem technicznym operacja przebiegła pomyślnie – nowe serce podjęło pracę, jednak po kilku godzinach pacjent zmarł z powodu ostrej niewydolności prawokomorowej. Na kolejną taką operację przyszło czekać 18 lat. 5 listopada 1985 r. w Wojewódzkim Ośrodku Kardiologii w Zabrzu zespół doc. Zbigniewa Religi, z udziałem przyszłych profesorów Andrzeja Bochenka i Mariana Zembali, przeprowadził pierwszy udany przeszczep serca w Polsce. Biorcą był Józef Krawczyk, 62-letni rolnik z Krzepic. Niestety, pacjent zmarł po kilku dniach na skutek powikłań pooperacyjnych. Wielkim sukcesem prof. Religi okazała się dopiero 19. operacja z sierpnia 1987 r. Pacjent, 61-letni Tadeusz Żytkiewicz, żył po przeszczepie jeszcze ponad 30 lat. Zmarł we wrześniu 2017 r. Jego wdzięczność wobec lekarza Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Czy naprawimy niesprawiedliwy system wyborczy?
Nierówności dotyczą ponad połowy kraju Prof. Adam Gendźwiłł – politolog, socjolog i geograf, kierownik Centrum Studiów Wyborczych na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, badacz systemów i zachowań wyborczych oraz polityki samorządowej, ekspert Fundacji Batorego. Czy polska demokracja jest równa dla wszystkich? – Równość jest ważną obietnicą demokracji. Równość rozumiana tak, że każdy głos w wyborach powszechnych, obejmujących wszystkich obywateli i obywatelki, waży równo, niezależnie od statusu majątkowego czy od miejsca zamieszkania. I z tą równością zależnie od miejsca zamieszkania mamy problem. – Eksperci alarmują, że w Polsce nierówności w tym aspekcie rosną. Wynikają z tego, że nie zmieniamy podziału mandatów pomiędzy okręgi wyborcze w wyborach do Sejmu. To jest naruszenie obietnicy konstytucyjnej, która mówi, że wybory do Sejmu mają być wyborami równymi. Jak to wygląda w praktyce? – Z upływem czasu nasz system wyborczy staje się coraz bardziej skrzywiony. W roku 2011 został uchwalony Kodeks wyborczy i razem z nim załącznik numer 1, który określał granice 41 okręgów wyborczych do Sejmu i liczbę mandatów poselskich dla każdego okręgu, zależną od liczby mieszkańców. Jak można się spodziewać, z biegiem czasu sytuacja zmieniała się ze względu na migracje i zmiany liczby ludności w poszczególnych okręgach. W piśmie z października 2022 r. Państwowa Komisja Wyborcza pokazywała, że w efekcie w 11 okręgach wyborczych należy zmniejszyć liczbę mandatów o jeden, w 10 – zwiększyć o jeden, a w jednym okręgu (Warszawa II) aż o dwa mandaty. Czyli nierówności dotyczą ponad połowy kraju! – Dodam, że jest jeszcze drugi problem, który nabrzmiewa. To głosujący za granicą. Ten problem dotyka głosujących w Warszawie, ponieważ zgodnie z przepisami Kodeksu wyborczego wszystkie głosy padające w obwodach głosowania za granicą są doliczane do okręgu Warszawa I. A ponieważ mamy do czynienia z radykalnym wzrostem liczby głosujących za granicą w stosunku do 2011 r., w Warszawie na jeden mandat przypada znacznie więcej wyborców niż w innych częściach Polski. Liczyłem to. Warszawa I ma 20 mandatów. Gdyby przeprowadzono korektę demograficzną nieuwzględniającą głosów z zagranicy, powinna mieć 21 mandatów. A za granicą głos oddało 569 tys. Polaków. Czyli Warszawa I powinna mieć 9-10 mandatów więcej, bo na jeden mandat przypada 63 tys. osób uprawnionych do głosowania. W Warszawie powinno być wybieranych 30-31 posłów, a nie 20 jak teraz. – Liczba głosujących za granicą zmienia się z wyborów na wybory i nie sposób z góry przyjąć, ilu ich będzie. Czy są metody, żeby przewidzieć, ile osób będzie głosowało za granicą? – Rozpatruje się różne scenariusze. Najprościej pewnie byłoby przyjąć liczbę głosujących z poprzednich wyborów. Można też przyjąć bardziej skomplikowane rozwiązanie, które jakiś czas temu postulował prof. Jacek Haman. To jest tzw. rozwiązanie czeskie: obwody r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
12 października, 2026
Sakiewicz miał się wstawić za Kralem, Kania za Dochnalem
Ludzie TV Republika lubią powoływać się na wpływy Czarne chmury zbierają się nad Tomaszem Sakiewiczem, naczelnym propagandystą PiS i wspólnikiem w interesach Przemysława Krala, szefa założonej przez przestępców giełdy kryptowalut Zondacrypto. Na początku września Donald Tusk odczytał w Sejmie zanonimizowane fragmenty zeznań „głównego świadka”, czyli Przemysława Krala, który poszedł na współpracę z prokuraturą i ujawnia kulisy przestępczej działalności mafii kryptowalutowej. Otóż Kral powiedział śledczym, że „pan X” obiecywał mu, że gdy Karol Nawrocki zostanie prezydentem, to on załatwi mu ułaskawienie. Chodzi o sprawę dotyczącą gróźb i próby powstrzymania reportażu „Superwizjera” TVN o Zondacrypto (wcześniej giełda nazywała się BitBay i Zonda). W 2019 r. Michał Fuja przygotowywał reportaż o szemranej giełdzie kryptowalut, a gdy zaczął zbyt mocno drążyć temat, odezwał się do niego pośrednik, proponując 1 mln euro za odstąpienie od realizacji materiału. Pojawiły się groźby, z pozbawieniem życia włącznie. Pośrednik oferujący łapówkę został ujęty i skazany, ale w trakcie śledztwa wyszło na jaw, że w sprawę zamieszani byli też Kral i współpracujący z nim detektyw (mieli tworzyć fałszywe dowody, by utrudnić śledztwo prokuratorskie). Co prawda, Kral został uniewinniony przez Sąd Okręgowy w Krakowie, ale nieprawomocnie i sąd apelacyjny w kwietniu 2025 r. wyrok uchylił, przekazując sprawę do ponownego rozpoznania. Obawiający się skazania szef Zondacrypto (nie mógłby wtedy kierować giełdą) poprosił „pana X” o pomoc. Według dziennikarzy „Superwizjera” TVN i Wirtualnej Polski „panem X” jest Tomasz Sakiewicz, który w aktach śledztwa występuje m.in. pod znanym w środowisku polityczno-dziennikarskim przezwiskiem „Sakiewka”. Redaktor, polityk, biznesmen Szef TV Republika miał wiele powodów, aby załatwić Kralowi u Nawrockiego ułaskawienie. Panów łączyła wspólnota interesów. Sakiewicz poprzez swoje media (TV Republika, portal Niezależna.pl i „Gazetę Polską”) zajadle atakował obóz rządowy za próbę uregulowania szemranego rynku kryptowalut, a jednocześnie ciągnął pieniądze od Zondacrypto. Według badań Instytutu Monitorowania Mediów TV Republika zarobiła na reklamach ponad 37 mln zł, co stanowiło 70% całego budżetu reklamowego marki. Ofensywa reklamowa ruszyła w marcu i trwała do grudnia 2025 r. W tym czasie w Republice pojawiło się 5877 spotów, co średnio daje 18 reklam dziennie. Zondacrypto była także zachwalana przez dziennikarzy stacji w programach publicystycznych i informacyjnych oraz w mediach społecznościowych. Ponadto Sławomir Jastrzębowski (w Republice prowadzi pasmo „Przyjaciele Republiki”) był członkiem grupy na WhatsAppie nazwanej „zondacrypto Public Relations”, dbającej o dobry wizerunek giełdy. Natomiast Marcin Dobski (współautor magazynu „Ściśle jawne” emitowanego w Republice) pisał przychylne teksty i atakował prześwietlających giełdę dziennikarzy. Zondacrypto opłaciła konferencję CPAC (Conservative Political Action Conference) w Jasionce pod Rzeszowem, którą organizowała Republika, a Sakiewicz był jednym z prelegentów. CPAC to odbywająca się od kilkudziesięciu lat konferencja amerykańskich konserwatystów, która stała się międzynarodową przybudówką zwolenników Donalda Trumpa, gromadzącą populistycznych nacjonalistów z całego świata, prawicowych ekstremistów, rasistów, głosicieli teorii spiskowych i lobbystów. To w Jasionce Karol Nawrocki złożył publiczne zobowiązanie, że jeśli zostanie prezydentem, nie podpisze ustawy
12 października, 2026
Bezkarne platformy z USA i Chin
Skończmy z internetową patologią Miałem zacząć ten tekst inaczej. Na chłodno. Jednak partnerka właśnie woła mnie do pokoju dzieci. Na jej twarzy maluje się smutek. Jest czwartkowy wieczór. Szkoła przysłała przed chwilą wiadomość. Mamy ją przeczytać naszym nastolatkom. Placówka wzmaga środki bezpieczeństwa w związku z atakami nożowników w szkołach. W internecie krążą informacje, że największy atak zaplanowany jest na jutro (piątek, 9 października). Dzień okrzyknięto w sieci „krwawym piątkiem”. To ma być gra, w której wygra ten, kto zabije więcej osób. Brzmi abstrakcyjnie, prawie jak początek horroru klasy B. A jednak dzieje się naprawdę. I chociaż wiemy, że to zwykłe podkręcanie opinii publicznej fejkami, jest nam wszystko jedno – na pewno nie puścimy jutro dzieci do szkoły. Populizm przyczyną nieszczęścia „Za brak bezpieczeństwa dzieci w internecie odpowiada dziś prezydent Nawrocki”, stwierdził w styczniu na łamach „Przeglądu” minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Rozmawialiśmy wtedy o wecie prezydenta dotyczącym Aktu o usługach cyfrowych (DSA). W styczniu 2026 r. prezydent poinformował o zawetowaniu nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Miała ona umożliwić prezesom Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wydawanie platformom internetowym nakazów usunięcia nielegalnych treści dotyczących ponad 20 czynów zabronionych. Biliśmy na alarm, że weto nie jest obroną wolności słowa, ale ukłonem w stronę amerykańskich big techów. Wszystko kosztem dzieci. Największe platformy internetowe od lat przekonują, że dbają o bezpieczeństwo użytkowników. W praktyce jednak miliony dzieci mają dostęp do serwisów, które potrafią rekomendować brutalne nagrania, treści pornograficzne, materiały gloryfikujące przemoc czy poradniki prowadzące do samookaleczeń. Jednocześnie użytkownicy pozbawieni są szybkich i skutecznych narzędzi do kwestionowania decyzji tych samych platform. Od tamtej rozmowy minęło niespełna dziewięć miesięcy. Ostrzeżenia o internetowej patologii, które wielu traktowało jako polityczną przesadę, zderzyły się z rzeczywistością. W ciągu jednego tygodnia doszło do serii ataków w polskich szkołach i prób kolejnych napaści. Dziewiątka rannych w Ostrołęce. Pod Wyszkowem zabita woźna, która osierociła dwójkę dzieci. Napastnik ma 15 lat. Kilka dni wcześniej policjanci z Wąbrzeźna udaremnili planowany atak 13-latka. W jego plecaku szkolnym znaleziono niemal 30-centymetrowy nóż, określany przez śledczych jako bagnet. W domu zabezpieczono również tasak. Według ustaleń chłopak udzielał się na internetowych forach o treściach faszystowskich i miał sugerować w sieci, że zamierza przeprowadzić atak w szkole. W Sierpcu policjanci udaremnili atak, do którego szykował się 17-latek. Znaleziono u niego dwa noże. Rząd nie pozostawia wątpliwości, że za część tego zjawiska odpowiada środowisko cyfrowe, w którym przemoc staje się widowiskiem, a brutalność walutą algorytmów. Szczególnie wstrząsający jest jednak wątek sprawcy spod Wyszkowa, który według premiera planował nagrać atak. Miał na głowie hełm z kamerką. Nie wystarczało więc zabić. Trzeba było jeszcze stworzyć materiał do obejrzenia. Niewyobrażalnie brutalna przemoc stała się rozrywką. Zupełnie jakby dzieci, o których mowa, nie rozumiały różnicy między światem wirtualnym a realnym. Przeniosły upiorną grę w zabijanie do prawdziwego życia, nie pojmując konsekwencji. Premier Donald Tusk przekonuje, że przemoc atrakcyjnie opakowana przez media społecznościowe coraz częściej opuszcza cyberprzestrzeń i przenika do świata rzeczywistego: na ulice, do szkół i do domów. W ocenie szefa rządu państwo powinno dysponować narzędziami pozwalającymi natychmiast reagować na treści, które mogą inspirować lub podsycać akty k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
12 października, 2026
Obok siebie
Ukraińskie dzieci coraz częściej są w szkole izolowane, mają problem z asymilacją i relacjami rówieśniczymi Dzieci z Ukrainy trafiały do polskich szkół w różnych momentach wojny i z różnym bagażem doświadczeń. Niektóre nie znały ani słowa po polsku, inne mieszkały w Polsce jeszcze przed 2022 r. Po kilku latach część ma polskich przyjaciół i mówi bez akcentu, a inne spędzają przerwy tylko w ukraińskim gronie lub samotnie. Spotykają się z najróżniejszymi reakcjami: od życzliwości po wyzwiska, dyskryminację rówieśniczą i ksenofobiczną przemoc. Raport Centrum Edukacji Obywatelskiej oraz Fundacji International Rescue Committee Polska z sierpnia br. „Uczniowie-cudzoziemcy w polskich szkołach w roku szkolnym 2025/2026”, sporządzony na bazie danych z Systemu Informacji Oświatowej z kwietnia br., wskazuje, że w polskich szkołach uczyło się 155,3 tys. uchodźców z Ukrainy. Po doliczeniu 55 tys. migrantów sprzed wojny dawało to ok. 210 tys. ukraińskich uczniów zapisanych do polskich placówek oświatowych. W kwietniu 2026 r. większość uczniów uchodźców – 110,7 tys. – uczęszczała do szkół podstawowych. Z kolei w szkołach ponadpodstawowych ich liczba wzrosła z ok. 20 tys. w kwietniu 2023 r. do 44,6 tys. w kwietniu 2026 r. Liczby pokazują, ile ukraińskich dzieci i nastolatków siedzi w polskich ławkach, ale nie to, czy mają z kim usiąść i porozmawiać na przerwie. Przez pierwsze miesiące wojny zastanawiano się, czy system edukacji wytrzyma zwiększoną liczbę uczniów. Dziś należałoby zadać sobie trudniejsze pytanie: co rzeczywiście dzieje się z tymi dziećmi w szkole? Wsparcie, które znika Gdy w 2022 r. do szkół trafiło ponad 100 tys. dzieci z Ukrainy (raport Centrum Edukacji Obywatelskiej), wiele z nich nie mówiło po polsku. Odpowiedzią na to miały być oddziały przygotowawcze. Według CEO w roku szkolnym 2021/2022 uczyło się w nich 25,7 tys. uchodźców, a w 2025/2026 już tylko 2,6 tys. Odsetek uchodźców korzystających z dodatkowych lekcji polskiego spadł z 48% w kwietniu 2025 r. do 28% rok później. Za statystykami stoją konkretne sytuacje. Danylowi (imię zmienione), uczniowi podstawówki, jak relacjonuje siostra, z polskim pomagała jedna z pań ze szkoły. Kiedy się zwolniła, żaden z polskich nauczycieli nie prowadził już zajęć jeden na jeden. Chłopiec podkreślał też, że w jego szkole nigdy nie było zajęć grupowych. Wsparcie często opiera się na konkretnych osobach. Siostra Danyla mówiła, że poprzednia wychowawczyni brata organizowała dla klasy wyjścia i treningi integracyjne, bo rozumiała, że do szkoły trafiło wielu nowych uczniów z Ukrainy i Białorusi. Nowa wychowawczyni – ocenia siostra – nie jest już tak zaangażowana. Podobne doświadczenia ma uczennica drugiej klasy liceum, która także poprosiła o anonimowość. Pisze, że większość Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
12 października, 2026
Skąd przychodzi zło?
Co państwo pamiętają z wydarzeń z ostatniego tygodnia, z ataków nożowników w szkołach na Mazowszu? Myślę, że przede wszystkim awantury polityków, którzy przerzucają się odpowiedzialnością, kto zawinił. Teorie, skąd te ataki się wzięły, mnożą się i są coraz bardziej fantastyczne. Mnie szczególnie ujęły wyjaśnienia Jarosława Kaczyńskiego, że to operacja sterowana z Kremla, by w Polsce zapanował chaos, i że państwo Tuska nas nie uchroniło. Brawo, Jarosławie! Już wiem, że wszelkie zło, które się dzieje, to wina Putina i wina Tuska… To zamieszanie nie powinno nam przysłaniać podstawowej konstatacji: szukajmy winy w nas samych. W przyzwoleniu na to, że nasze dzieci są coraz bardziej zagubione w otaczającym je świecie, coraz bardziej samotne, że władzę nad ich wyobraźnią, ich działaniami przejmują wielkie platformy i sterujące ruchem w sieci algorytmy. Mechanizm ten opisuje w dzisiejszym „Przeglądzie” Kornel Wawrzyniak. I pokazuje, do czego może prowadzić nasza bezczynność. Miejmy świadomość – o tym, że media społecznościowe są zagrożeniem dla młodych ludzi, dla ich psychiki, wie cały świat. Unia Europejska przyjęła w tej sprawie w 2024 r. stosowny Akt o usługach cyfrowych (DSA) i zobowiązała państwa członkowskie do zaimplementowania tych rozwiązań. Nic zaskakującego – jeżeli policja jest po to, by pilnować porządku na ulicach, aby nie mogli na nich rządzić mordercy, sadyści, oszuści, handlarze pornografią dziecięcą, to dlaczego nie może interweniować tam, gdzie przebywamy, my i nasze dzieci, coraz dłużej, czyli w internecie? A okazuje się, że nie może. Że wprawdzie w styczniu Sejm uchwalił ustawę, która pozwalałaby policji zamykać nawołujące do przestępstw strony, ale Karol Nawrocki natychmiast ją zawetował. W imię obrony przed „cenzurą”. I natychmiast usłyszał słowa pochwały od Elona Muska i Donalda Trumpa. Bo podział w tej sprawie jest klarowny. Z jednej strony, jest Europa i potrzeba obrony najmłodszych przed treściami dewastującymi ich psychikę. Z drugiej – żądne zysku wielkie platformy, które żyją z ruchu na stronach, z klikania. Żyją z manipulowania umysłami naszych dzieci. Gdy więc słyszę, że prezydent Nawrocki żali się, bo premier Tusk wypomina mu to weto, odpowiedź mam jedną: Karolu, stoisz po złej stronie. Bronisz witryn wykorzystywanych przez przestępców, sutenerów, oszustów, szaleńców… Państwo musi mieć narzędzia, by z tym szlamem sobie radzić. Bo inaczej ten szlam nas zaleje… Oczywiście nie mam złudzeń, jedna ustawa nas nie wyleczy i sprawy nie załatwi. Ale wiem, że jako społeczeństwo musimy bronić się przed złem. I że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
10 października, 2026Świat
Hiszpanów nie stać na życie w miastach, w których pracują i mieszkają Kiedy wynoszono ją z mieszkania, na ulicy czekał tłum. Policja próbowała odsunąć ludzi od wejścia, by utorować drogę ratownikom medycznym. 87-letnia María del Carmen Abascal, przez wszystkich nazywana Maricarmen, nie chciała wyjść. Przez kilkadziesiąt lat to było jej mieszkanie, jej ulica, jej dzielnica i właściwie cały jej świat. Maricarmen stała się symbolem kryzysu, którego Hiszpanie doświadczają od lat: mieszkań jest za mało, czynsze rosną, a coraz większej części społeczeństwa nie stać na życie w swoich miastach. Wszyscy jesteśmy Maricarmen Ta historia zaczęła się w czasach, kiedy Hiszpania wyglądała zupełnie inaczej. W 1956 r. ojciec Maricarmen wynajął mieszkanie w madryckiej dzielnicy Retiro. Kobieta pozostała w nim po śmierci rodziców. Przez dziesięciolecia czynsz był stosunkowo niski, żyła więc spokojnie i bez obaw, że przestanie ją stać na opłacanie rachunków. Wszystko zmieniło się w 2018 r., kiedy nieruchomość została przejęta przez tzw. sępi fundusz inwestycyjny. Spór o prawo Maricarmen do dalszego zajmowania mieszkania trwał latami i ostatecznie trafił do sądu najwyższego. Próba eksmisji z września 2026 r. była już czwartą z kolei. Według relacji hiszpańskich mediów czynsz, który wcześniej wynosił ok. 500 euro, został podniesiony do 2650 euro miesięcznie. Później, po interwencjach, zaproponowano kwotę 1650 euro. Dla kobiety utrzymującej się z emerytury w wysokości 1,3 tys. euro wszystkie te sumy były nie do udźwignięcia. 23 września przed budynkiem przy ulicy Alcalde Sainz de Baranda pojawiła się policja. Od rana gromadzili się tam zaalarmowani sąsiedzi, aktywiści i osoby, które chciały eksmisję zablokować. Policja ogrodziła wejście. W pewnym momencie funkcjonariusze zaczęli usuwać protestujących. Maricarmen została wyniesiona z mieszkania i przewieziona do szpitala. Jej eksmisja, która miała być zakończeniem wieloletniego sporu prawnego, stała się początkiem czegoś zupełnie innego. W Madrycie zaczęto mówić: „Wszyscy jesteśmy Maricarmen”. W ostatnią sobotę września przez miasto przeszła wielotysięczna demonstracja. Ludzie potrząsali kluczami. Na transparentach pojawiały się hasła: „Mieszkanie jest po to, by żyć” oraz wezwania do walki ze spekulacją. Po marszu część demonstrantów została na noc na Puerta del Sol. Pojawiły się namioty, materace i improwizowane miejsca spotkań. Protestujący zapowiadali, że zostaną, dopóki rząd nie podejmie konkretnych działań w sprawie mieszkań. Widok setek namiotów przypominał obrazy z 2011 r., gdy plac stał się sercem ruchu 15-M, który kilka lat później dał początek lewicowej partii Podemos. Alicia del Río, rzeczniczka madryckiego związku lokatorów, mówiła o „fali oburzenia i gniewu, której nie da się już powstrzymać”. Organizacja domagała się m.in. silniejszej ochrony najemców i ograniczenia eksmisji. W tłumie słychać było jeszcze jedno słowo: Ayuso. Isabel Díaz Ayuso, prawicowa prezydent Wspólnoty Mad- rytu, od tygodni mierzy się z własną aferą mieszkaniową. Władze wspólnoty za publiczne pieniądze – 6,3 mln euro – kupiły luksusowy apartament w ekskluzywnej dzielnicy Chamberí. Tłumaczono, że ma służyć Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nie ma kto pisać do związkowca
Porażka Luli w pierwszej turze brazylijskich wyborów ma znaczenie dla połowy świata Wyniki przeprowadzonych 4 października wyborów nie powinny nikogo dziwić. Wygrał, zdobywając 47% poparcia, kandydat reakcyjnej prawicy Flávio Bolsonaro, syn byłego prezydenta, odsiadującego obecnie wyrok za zamach stanu, człowiek o skłonnościach do otwartego autorytaryzmu. Drugie miejsce zajął urzędujący prezydent, symbol lewicy globalnego Południa, Luiz Inácio Lula da Silva, na którego głos oddało 45% wyborców. Lula należy do naprawdę niewielu polityków, w przypadku których słowo legenda nie jest przesadzone. Sławę zdobywał jeszcze w latach 80. jako lider związkowy. Potem krok po kroku budował struktury brazylijskiej lewicy, tłamszone przez brutalne represje wojskowej dyktatury z lat 1964-1985. Pierwszy raz o poważny urząd ubiegał się w 1983 r., startując na gubernatora bogatego i ludnego stanu São Paulo, tradycyjnej trampoliny do pierwszego szeregu brazylijskiej polityki. Wtedy przegrał z kretesem, otrzymując 11% głosów. Ale niemal równo dwie dekady później, 1 stycznia 2003 r., rozpoczynał urzędowanie jako prezydent najważniejszego kraju w Ameryce Łacińskiej i, jak się później okazało, jednego z kluczowych państw rodzącej się globalnej tożsamości antyglobalizacyjnej. Różowy prąd w odwrocie Pierwsze dwie kadencje Luli jako głowy państwa to właściwie synteza opowieści o światowych przemianach tamtych lat. Bum na rynku surowcowym przynoszący olbrzymie zyski, zwłaszcza z eksportu ropy naftowej, z czasem też produktów sojowych. Pierwsze oznaki lewicowego populizmu. Mocny nacisk na redystrybucję, wspierane przez Bank Światowy bezpośrednie transfery gotówkowe. W Brazylii ich symbolem stał się program Fome Zero służący zwalczaniu głodu wśród dzieci. Założenie było proste: najuboższe rodziny dostawały wypłaty z budżetu państwa pod warunkiem dbałości o regularne uczęszczanie dzieci do szkół. Efektem było wydźwignięcie niewyobrażalnej z europejskiego punktu widzenia liczby 28 mln ludzi z ubóstwa absolutnego. Brazylia zmieniała się dynamicznie, ewoluował też jej wizerunek na arenie międzynarodowej. Lula był zdecydowanie najaktywniejszym prezydentem kraju w tej dziedzinie, nie bojąc się kontrowersyjnych sojuszy. Wychowany w zimnowojennej interpretacji rzeczywistości, gdzie największym złem był amerykański imperializm, nigdy nie wahał się krytykować lokatorów Białego Domu, nawet relatywnie postępowego Baracka Obamy. Europejczyków traktował po macoszemu, otwierając kraj na chińskie inwestycje i zwiększając na masową skalę własny eksport do Państwa Środka. Wszedł do nowo powstałego wtedy aliansu BRICS, razem z Władimirem Putinem. Potrafił deklarować wsparcie dla Hamasu i Hezbollahu, otwarcie potępiał Izrael. I czuł się pewnie, bo jego zwycięstwo w 2002 r. rozpoczęło zjawisko nazwane później w naukach o Ameryce Łacińskiej „różowym prądem”. Evo Morales w Boliwii i jego wielonarodowa republika mniejszości etnicznych. Néstor i Cristina de Kirchner w Argentynie czy reformująca małymi krokami chilijski neoliberalizm Michelle Bachelet. Dalej José Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
12 października, 2026
Czy Apple wróci do korzeni?
Nowy szef chce przywrócić firmie dawnego ducha Niektórzy do dziś pamiętają emocje towarzyszące rozpakowywaniu pierwszego iPoda, iPhone’a czy MacBooka. Produkty Apple’a przez lata były czymś więcej niż elektroniką użytkową. Wywoływały zachwyt, budziły pożądanie i sprawiały, że technologia wydawała się ekscytująca. Firma z Cupertino była symbolem innowacyjności i wzornictwa, a jej premiery stawały się wydarzeniami kulturowymi. Rządy księgowych W ostatnich latach ten obraz zaczął jednak blaknąć. Pod rządami Tima Cooka udało się osiągnąć bezprecedensowy sukces finansowy, ale coraz częściej padały zarzuty o zachowawczość. Kolejne generacje urządzeń Apple’a przynosiły ewolucję zamiast rewolucji, a premiery nowych produktów były przewidywalne. W opinii wielu fanów miejsce odważnej wizji zajęła chłodna kalkulacja. Dzięki konsekwencji Steve’a Jobsa Apple przez wiele lat było synonimem przełomowych innowacji, ale dziś coraz częściej pojawiają się pytania, czy firma nadal wyznacza kierunek przyszłości branży. W ostatniej dekadzie koncentrowała się na rozwijaniu istniejącego ekosystemu i udoskonalaniu flagowych produktów. Premiery sprzętu, w którym z roku na rok zmienia się przede wszystkim kolor, stały się tematem żartów i internetowych memów. Nowe trendy technologiczne zaczęli zaś kreować inni. Dodatkowym ciosem było odejście w 2019 r. Jony’ego Ive’a, legendarnego projektanta odpowiedzialnego za wygląd iMaca, iPoda, iPhone’a czy Apple Watcha. Przez lata był on najbliższym współpracownikiem Steve’a Jobsa i jedną z najważniejszych postaci w historii firmy. Dziś Apple znów znajduje się na zakręcie. Stery firmy przejął John Ternus, człowiek wywodzący się nie z branży finansów bądź logistyki, lecz z inżynierii produktowej. Czy pod takim kierownictwem koncern odzyska ducha, który kiedyś uczynił z niego najbardziej fascynującą firmę technologiczną świata? Nowy Jobs? John Ternus urodził się w 1975 r. i niemal całe życie zawodowe tego 50-latka jest związane z Apple’em. Do firmy dołączył w 2001 r., jeszcze za czasów Steve’a Jobsa, i przez 25 lat współtworzył najważniejsze urządzenia koncernu. Jako szef inżynierii sprzętowej odpowiadał za rozwój wielu kluczowych produktów, w tym iPadów, komputerów Mac oraz słuchawek AirPods. Szczególnie istotny był jego udział w jednej z największych transformacji technologicznych w historii firmy, czyli przejściu z procesorów Intela na autorskie układy Apple Silicon. Właśnie dzięki tej zmianie ogromnie wzrosła wydajność i energooszczędność komputerów Mac. Ternus był również jednym z głównych architektów projektu iPhone Air, który pokazał, że Apple ponownie chce eksperymentować z formą sprzętu i wraca do obsesji miniaturyzacji, z której słynęło w najlepszych latach. Największa różnica między Ternusem a jego poprzednikiem ujawnia się jednak nie w portfolio produktów, lecz w sposobie zarządzania. Tim Cook był przede wszystkim operatorem. Doskonale rozumiał logistykę, produkcję, sprzedaż i finanse. To pod jego kierownictwem Apple stało się jedną z najcenniejszych firm świata. Ternus podchodzi do swojej roli zupełnie inaczej. Kwestie finansowe pozostawia dyrektorowi finansowemu, a zarządzanie łańcuchem dostaw specjalistom odpowiedzialnym za operacje. Sam koncentruje się na tym, co uważa za najważniejsze: na produktach. Według doniesień z Cupertino nowy CEO regularnie odwiedza studia projektowe kilka razy w tygodniu. Zdarza się, że pojawia się tam kilkakrotnie w ciągu dnia. Tim Cook projektantów miał odwiedzać średnio raz w miesiącu. Co istotne, Ternus k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
12 października, 2026
Ściganie uciekających wyborców
O jesiennych wyborach może zadecydować stosunek Amerykanów do publicznych żłobków i przedszkoli Korespondencja z USA Miesiąc przed wyborami połówkowymi republikanie liczą na cud. Na to, że Trumpowi uda się zakończyć wojnę w Iranie, ceny ropy spadną z dnia na dzień, a wyborcy pozwolą im ocalić Senat. Los Izby Reprezentantów zdaje się już przesądzony – w badaniach demokraci mają obecnie 86% szansy na jej przejęcie. Wygrana w Senacie szacowana jest na 61% (VoteHub, październik 2026). Kto śledził przebieg prawyborów, widział, że najwięcej entuzjazmu i nadziei po stronie demokratów niesie dziś skrzydło socjaldemokratyczne. Zdyscyplinowane, skupione na temacie „affordability”, czyli kryzysie zbyt wysokich kosztów życia, i odważnie forsujące reformy w kluczowych obszarach życia publicznego. Chodzi o wprowadzenie powszechnej opieki medycznej, restrukturyzację rynków mieszkaniowych oraz dostęp do publicznej opieki nad dziećmi. Dwie pierwsze propozycje reform nie są zaskoczeniem. W mniej lub bardziej odważnych odsłonach stanowią elementy demokratycznych kampanii wyborczych od lat. Publiczna opieka nad dziećmi jest jednak w Ameryce czymś relatywnie nowym. Nic więc dziwnego, że to na niej skupili uwagę republikanie, węsząc łatwy łup. Zaatakowali projekt jako kopię idei z podręcznika komunizmu, uwłaczającą fundamentalnym amerykańskim wartościom. I… wybili sobie zęby. Straszak spod znaku sierpa i młota okazał się mało skuteczny w starciu z rosnącymi cenami paliwa, coraz wyższymi stopami procentowymi i inflacją. Wyborcy skupieni przede wszystkim na sile nabywczej swojego portfela uznali, że prawem do wolności wyboru i wartościami nie zapłacą czynszu, podczas gdy dostęp do dotowanego żłobka i przedszkola byłby realną pomocą. Pod koniec września od Trumpa bezlitośnie odsunęli się nawet ci wyborcy, którzy od przeszło dekady tworzyli żelazny filar MAGA, czyli biali Amerykanie bez wykształcenia wyższego. Większość z nich dziś już Trumpa nie popiera (co nie znaczy, że zmienili barwy partyjne). Zjawisko rozlało się nawet na zdecydowanie republikańskie, prowincjonalne stany, takie jak Teksas, Kentucky, Ohio czy Alaska („Donald Trump’s Approval Rating Flips With White Voters in Red States”, „Newsweek”, wrzesień 2026). Żłobek a komunizująca prawica Amerykańskich polityków i ich wyborców cechuje też jednak bezwzględny pragmatyzm. I tak doczekaliśmy w tych wyborach kuriozum. Ścigając uciekającego wyborcę, Biały Dom właśnie bowiem zaproponował Amerykanom rozwiązanie rodem z europejskich socjaldemokracji – powszechny program świadczeń wychowawczych. W cieniu wojny w Iranie, masowych protestów przeciwko serwerowniom AI oraz bezprecedensowego zdestabilizowania relacji transatlantyckich o jesiennych wyborach może więc zadecydować stosunek Amerykanów do publicznych żłobków i przedszkoli. O co chodzi? O projekt wiceprezydenta J.D. Vance’a, w ramach którego rodziny otrzymywałyby od państwa 9 tys. dol. rocznie na dziecko. Jeśli przypomina to polskie 500+ czy 800+, nie są państwo w błędzie, choć Ameryka nie planuje być tak egalitarna jak Polska – świadczenie ma przysługiwać rodzicom w zalegalizowanym związku małżeńskim, z dochodami poniżej 85 tys. dol. rocznie brutto (średni dochód gospodarstwa domowego w USA w 2025 r. to 126 tys. dol. brutto) i tylko wtedy, gdy jeden rodzic nie pracuje, bo opiekuje się dzieckiem. Jak ustalił „New York Times”, który na początku września pierwszy opublikował informacje na ten temat, Vance chce sfinansować swój pomysł pieniędzmi z już istniejącego, 12-miliardowego budżetu, którym dysponuje Child Care and Development Fund (CCDF, czyli główny federalny program zapewniający dofinansowanie i subsydia do opieki nad dziećmi dla rodzin o niskich dochodach). To sprytny
12 października, 2026
Nie ma miejsca na sprzeciw
Represje w Turcji uderzają w kolejne środowiska Naloty na organizacje LGBTQI+, zatrzymania aktywistów, wyroki wobec opozycyjnych burmistrzów, aresztowanie popularnego komika. Do tego operacja przeciwko wpływowej wspólnocie religijnej. W Turcji coraz trudniej mówić o odosobnionych przypadkach. W ostatnich miesiącach państwo bierze na celownik kolejne środowiska, które znalazły się poza polityczną kontrolą rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Najnowszy przykład to rozpoczęta we wrześniu operacja „Moja rodzina jest bezpieczna”, skierowana przeciw społeczności LGBTQI+. Według ministra sprawiedliwości Akına Gürleka śledztwa objęły 162 osoby, 9 organizacji oraz 13 przedsiębiorstw w 15 prowincjach. Policja wkroczyła m.in. do biur organizacji i lokali odwiedzanych przez to środowisko. Według Human Rights Watch w ramach skoordynowanych działań prowadzonych od 12 do 14 września zatrzymano co najmniej 112 osób. Wobec 82 z nich sąd zdecydował o zastosowaniu aresztu. Władze mówią o ochronie rodziny, młodzieży i porządku publicznego. Wśród zarzutów są rozpowszechnianie treści obscenicznych, prostytucja, przestępstwa narkotykowe oraz naruszenia przepisów dotyczących stowarzyszeń. Organizacje praw człowieka zwracają jednak uwagę, że wśród zatrzymanych znaleźli się również działacze zajmujący się ochroną praw człowieka i pomocą dla nosicieli wirusa HIV. Takie działania nie są w Turcji niczym nowym, ale teraz wyraźnie się zaostrzyły. Rodzina przede wszystkim Wrześniowa operacja zbiegła się z coraz mocniejszym akcentowaniem przez prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana kwestii demografii i tradycyjnie rozumianej rodziny. Władze ogłosiły lata 2026-2035 „dekadą rodziny i populacji”. Polityka pronatalistyczna została połączona z ochroną modelu rodziny opartego na związku kobiety i mężczyzny. Akcję „Moja rodzina jest bezpieczna” przedstawiono jako część szerszej kampanii mającej chronić „rodzinę, młodzież i społeczeństwo”. Minister sprawiedliwości skierował do prokuratur specjalny okólnik z zaleceniem badania działalności, którą władze uznają za promującą „zacieranie różnic płciowych” wśród dzieci i młodzieży. Niektóre postępowania mogą być prowadzone także jako dotyczące przestępczości zorganizowanej i finansowej. Dla organizacji LGBTQI+ nie jest to już tylko język debaty ideologicznej. Za słowami poszły zatrzymania, przeszukania, ograniczenia działalności oraz blokowanie stron internetowych i kont w mediach społecznościowych. Human Rights Watch określiła operację jako próbę kryminalizowania i marginalizowania tego środowiska oraz uciszenia podmiotów broniących jego praw. Benjamin Ward, zastępca dyrektora organizacji ds. Europy i Azji Centralnej, mówił o „jawnej próbie kryminalizacji i marginalizacji osób LGBT”. Władze odpowiadają, że ścigają nie orientację seksualną, lecz konkretne przestępstwa. To rozróżnienie jest istotne. Zarzuty w poszczególnych sprawach powinny być oceniane oddzielnie. Pozostaje jednak pytanie o skalę operacji i o to, dlaczego jej celem stały się również Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
5 października, 2026
Bułgaria ostrożnie wstaje z kolan
100 dni rządów Rumena Radewa Korespondencja z Sofii W ostatnich dekadach Bułgaria przyzwyczaiła Waszyngton i Brukselę do pewnego standardu. Niezależnie od tego, kto rządził, można było przyjąć, że niemal każda sugestia płynąca z danego ośrodka władzy zostanie przyjęta z gorliwością. Niedawno ten mechanizm zaczął się zacinać. 8 maja br. Zgromadzenie Narodowe wybrało byłego prezydenta Rumena Radewa na premiera. Jego stronnictwo Postępowa Bułgaria, zwycięzca przedterminowych wyborów parlamentarnych z 19 kwietnia, samodzielnie poparło nowo utworzony gabinet. Kandydaturę Radewa przyjęto 124 głosami przeciw 70, przy 36 wstrzymujących się posłach partii GERB Bojka Borisowa, zdetronizowanego półdyktatora. Właściwy skład rządu przeszedł stosunkiem 122 do 70. W sierpniu minęło symboliczne pierwsze 100 dni nowej władzy. To wystarczająco długo, by dostrzec kierunek, lecz za krótko, by Radew naprawił i przebudował Bułgarię, państwo, którego porządek socjalny, prawny, instytucjonalny i ekonomiczny od lat są w stanie atrofii. Analizując kwietniowe zwycięstwo, socjolog Iwo Christow, intelektualista i komentator polityczny, powiedział: „Radew nie ma żadnych mocy nadprzyrodzonych, nie odmieni przyciągania ziemskiego. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej zapewni nam miękkie lądowanie”. W kraju, który na koniec 2025 r. liczył oficjalnie tylko nieco ponad 6 mln mieszkańców (w porównaniu z ok. 9 mln u schyłku lat 80.), gdzie jedna czwarta ludności ma co najmniej 65 lat, a ubytek naturalny wyniósł w zeszłym roku ponad 49 tys. osób, żadna metafora nie jest przesadzona. Spór o tempo rozwoju dawno został zastąpiony tym o dramatyzm regresu. Jak wyraził się Christow: „Stoimy wobec wyzwania polegającego na ocaleniu nacji, to nasza absolutnie ostatnia szansa”. Radew wyłącza autopilota W takich warunkach nowy premier próbuje zrobić coś, co jak na bułgarskie standardy wygląda niemal rewolucyjnie. Zanim ktoś postawi pytanie, czego oczekują sojusznicy, Radew najpierw wskazuje interes narodowy. Nie oznacza to ani odwracania sojuszy, ani zmiany obozów czy reorientacji geopolitycznej. Radew nie zapowiada wyjścia z Unii Europejskiej ani z NATO, nie zamierza włączać kraju do BRICS. Zdaje też sobie sprawę, że Bułgaria nie jest Wielką Brytanią, która jako jedna z największych gospodarek świata mogła stosunkowo swobodnie podjąć decyzję o opuszczeniu UE. Premier wielokrotnie podkreślał, że przyjęte zobowiązania sojusznicze pozostają w mocy i państwo musi się poruszać w międzynarodowej rzeczywistości zgodnie z możliwościami i z narzucanymi przez nią ograniczeniami. Po raz pierwszy od dawna jednak bułgarskie uczestnictwo w zachodnich strukturach nie oznacza automatycznej zgody na każde działanie czy też propozycję NATO albo Unii. 14 lipca premier przebywał w Paryżu, gdzie Emmanuel Macron osobiście zaprosił go do udziału w tzw. koalicji chętnych – grupie państw wspierających dalszą militarną i finansową pomoc Ukrainie. Radew kategorycznie odmówił. „Nie uważam, aby miejsce Bułgarii było w koalicji chętnych”, powiedział dziennikarzom, odrzuciwszy zaproszenie francuskiego prezydenta. To wywołało wstrząs. Reakcja opozycji była natychmiastowa. Politycy obozu liberalnego (Demokratyczna Bułgaria i partia Kontynuujemy Zmiany) udzielali komentarzy o rzekomym „odgórnym putinizowaniu Bułgarii” i o „pustym krześle” przy stole, przy którym rozstrzyga się przyszłość Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
5 października, 2026Kultura
Antyk we współczesnej szacie
Literacka Nagroda Nobla dla Kanadyjki Anne Carson nie jest zaskoczeniem Kanadyjska pisarka Anne Carson była jedną z faworytek wyścigu po najważniejsze literackie wyróżnienie na świecie. Zanim jeszcze zapadł werdykt Akademii Szwedzkiej, spodziewano się, że nagrodzona zostanie kobieta (od kilku lat nagroda przyznawana jest zgodnie z niepisaną zasadą raz kobiecie, raz mężczyźnie) spoza Europy (w zeszłym roku laur otrzymał Węgier László Krasznahorkai). Dużo mówiło się o Chince Can Xue, wskazywana była też meksykańska autorka Cristina Rivera Garza, ale i Anne Carson znajdowała się wysoko na listach typów, choć podkreślano, że to wciąż „zachodni” i „europejski” krąg kulturowy. Anne Carson urodziła się w 1950 r. w Toronto. Z wykształcenia jest filolożką klasyczną, a przez lata wykładała m.in. na Uniwersytetach Michigan, McGill, New York i Princeton. Jej twórczość od dekad wymyka się tradycyjnym kategoriom, łącząc poezję, esej, krytykę literacką, przekład i prozę. Przedstawicielka Akademii Szwedzkiej, pisarka i dziennikarka Ingrid Carlberg, podkreśliła w laudacji, że Carson została wyróżniona „za śmiałą i nowatorską twórczość, która w pełnym swobody dialogu z tradycją klasyczną Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wokulski, czyli kto?
W poszukiwaniu pierwowzorów postaci Podwójna, niemal równoczesna ekranizacja według „Lalki” Bolesława Prusa (serial Pawła Maślony i film Macieja Kawalskiego) wzbudziła na nowo zainteresowanie powieścią. Dyskusje w mediach dotyczą wierności adaptacji wobec treści książki, doboru aktorów, scenografii, klimatu, tła historycznego i obyczajowego, a nawet słownictwa użytego w dialogach. Powrócił temat pierwowzorów niektórych bohaterów, przede wszystkim Wokulskiego. Wypowiadający najogólniej dzielą się na tych, którzy widzą w danej postaci literackiej inspirację jedną, konkretną osobą, oraz tych, którzy odnajdują w bohaterze splot cech zaczerpniętych z kilku wzorów. Od dawna istnieje także spór co do źródła tytułu powieści: czy chodzi o skradzioną zabawkę, czy o kapryśną Izabelę. Ten problem najłatwiej wyjaśnić, przywołując samego Prusa. W liście z 8 lutego 1897 r. do Władysława Korotyńskiego wspomina o relacji z procesu w Brnie na Morawach o kradzież zabawki, na którą natknął się w „Gazecie Polskiej” 10 lat wcześniej. Prus pisze: „Fakt ten wywołał w moim umyśle skrystalizowanie się, sklejenie się całej powieści”. Przypomnijmy, że pierwszy odcinek „Lalki” pojawił się na łamach „Kuriera Codziennego” 29 września 1887 r. Koncepcję powieści Prus obmyślał więc znacznie wcześniej. Biografki Prusa Gabriela Pauszer-Klonowska i Monika Piątkowska nie zgadzają się co do pierwowzoru Izabeli Łęckiej. Pierwsza wskazuje (powołując się na list Stefanii Podhorskiej-Okołów do Jarosława Iwaszkiewicza), że była nią arystokratka z Podola Konstancja Hulanicka. Prus był korepetytorem jej brata, zakochał się w niej, lecz został odrzucony. Druga cytuje jedynie tę tezę, ale jej nie wspiera. Od dawna panuje zgoda, że pierwowzorem dr. Michała Szumana był lekarz Stanisław Słonimski, ojciec poety Antoniego. Przyjaciel Bolesława Prusa, Julian Ochorowicz, psycholog, filozof, wynalazca, uznawany jest za pierwowzór Juliana Ochockiego. Łączy ich pasja do wynalazków i idea zbudowania maszyny latającej. Równocześnie jego podejście do rzeczywistości możemy odnaleźć u dr. Szumana. Znacznie więcej teorii funkcjonuje od lat na temat pierwowzoru Wokulskiego. Pierwsza napotkana przeze mnie w literaturze krytyczno-literackiej hipoteza pochodzi z 1981 r. Według Jerzego Kasprzyckiego („Warszawa nieznana”, s. 40-45) to Stanisław Strójwąs, uczestnik powstania styczniowego, który po jego upadku wyemigrował do Holandii, gdzie zajmował się handlem. Po powrocie do kraju prowadził rozległe interesy z kupcami holenderskimi. Około 1890 r., gdy syn Stanisław junior ukończył nauki, przekazał mu interes i kontakty. I ten jeden jedyny element – wyjazd z Warszawy w wyniku represji popowstaniowych, choć w zgoła innym kierunku, skłonił Jerzego Kasprzyckiego do postawienia tezy, że to Strójwąs jest pierwowzorem Wokulskiego. Jednocześnie ten sam Kasprzycki pisze, że o Strójwąsach, ojcu i synu, stało się w Warszawie głośno na przełomie wieków, a więc nieco późno. „Lalka” była już wtedy ukończona, a w formie książki wydana w 1890 r. Identyczność imion ojca i syna powoduje trudności z przypisaniem jednemu lub drugiemu niektórych cech i danych. Zbigniew Klejn („Prus w zbożu”, „Przegląd Tygodniowy” 1991, nr 13) wskazuje na Jakuba Langego, który przybył do Warszawy w połowie XIX w. ze Szwajcarii. Ten początkowo zajmował się prawdopodobnie kowalstwem, następnie pracował w cukierni, a po 1863 r. miał już własny lokal przy Chłodnej 10. W 1878 r. w ciągu dziewięciu miesięcy dorobił się majątku na interesach na Bałkanach. Był wówczas udziałowcem Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Cały jestem czekaniem
Nie będzie pociągu, który zatrzyma się na mojej stacji Opowiadania Tomasza Jastruna Wojna domowa Chodzili w liceum do jednej klasy, bywało, że siedzieli w jednej ławce, raz się pobili, nie bardzo wiadomo o co, nikt nie został pokonany, więc łatwo było się pogodzić. Nawet to ich zbliżyło. Po maturze wymienili się numerami telefonów, nigdy z tego nie skorzystali. Nie widzieli się więc przez lata, morze lat, ocean lat, aż tu nagle okazało się, że żona Stefana jest koleżanką jego żony w pracy i znajomość miała zostać odnowiona. Zaprosili ich do siebie na kolację. Jak zwykle po tak długim niewidzeniu ludzie są trochę niespokojni, co zastaną, choćby co z ich twarzami porobił czas. Niby wie się, że czas nie ma litości, ma za to okrutną fantazję, ale to zawsze jest zaskoczenie. Dzwonek rozwibrował mieszkanie, od dawna zbiera się, by go wymienić na gong z wesołą melodią, ale nie starcza mu na to energii. Stefan był zmieniony, ale do poznania. Niektórzy ludzie są zmienieni nie do poznania. Chociaż, czy by go poznał na ulicy? Pewnie nie. Przywitali się serdecznie. Kolega wyglądał jowialnie, utył, ale sympatycznie. Zdawał się sybarytą, Kiedy zobaczył jedzenie na stole, zarumienił się. Twarz miał okrągłą, dzięki temu zmarszczki nie były głębokie, w nadobnym obliczu królowały oczy zawieszone niebiesko pod grubymi brwiami, roześmiane i życzliwe. I miał sumiaste wąsy z odrobiną siwizny. W połowie wyłysiał, ale włosy, które ocalały, były ciemne, z ledwie widocznymi pasmami siwizny. Lubił dużo mówić i mówił ze swadą, dowcipnie. Żona Stefana nie była szczupła, w małżeństwach ludzie lubią tyć parami. Z kolei oni z żoną byli szczupli, to cenne, bo rzadkie w tym wieku. I oboje byli z tego dumni. Mała tu zasługa mocnej woli, byli chudzi z natury, jak harty. Przystąpiono do jedzenia i do wspomnień, jak to było kiedyś. Znajdowali w Polsce Ludowej sporo zalet, kiedyś widzieli same wady. Jedli i pili wino, próbowali potem nalewek, żona robiła świetne nalewki o różnych smakach, nawet różaną. Nalewki są zdradliwe, człowiek upija się nie wiadomo kiedy. Wspominali szkołę, wariatów nauczycieli i jedną polonistkę, którą bardzo lubili. Okazało się, że dwie osoby z ich klasy umarły. Takie śmierci zawsze poruszają, bo mówią: skoro koledzy odeszli, to i ty już jesteś w kręgu śmierci. Pomilczeli nad sprawami ostatecznymi, po czym on powiedział: – Popatrz, Stefan, co się porobiło w polityce. – Słowa już nie trzymały się swoich brzegów, jak to po alkoholu. – A porobiło się – odparł kolega też jakby chwiejnie. Milczeli przez chwilę, kołysząc głowami i ubolewając nad stanem rzeczy. – Tak naprawdę to strasznie jest – powiedział Stefan. – Ano strasznie – przytaknął. Znowu zapadło milczenie. – Wypijmy za wygrane najbliższe wybory, jak nie wygramy, to oni nas załatwią, koniec demokracji. – Nalał koledze i sobie nalewki, tym razem z tarniny. I nadzwyczaj zgodnie spełnili toast. Znowu milczeli, kołysząc się nad stołem. – Byle nie o polityce, to się źle skończy, no już, wystarczy, i wystarczy, panowie, z piciem – prosiła żona Stefana. Jego żona ją poparła: – Jest przecież tyle innych ciekawszych tematów. – A co się ma Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Dyktatura sztucznej inteligencji
Oddajemy AI coraz więcej. W końcu oddamy jej siebie Agnieszka Smoczyńska – (ur. w 1978 r.) absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz Szkoły Wajdy. Od 2023 r. jest członkinią Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej (AMPAS). Jej pełnometrażowy debiut „Córki dancingu” zdobył m.in. Nagrodę Specjalną Jury na festiwalu Sundance, nagrodę za debiut w Gdyni i Orła w kategorii Odkrycie roku. „Fuga” miała światową premierę w Cannes, a za „Silent Twins” reżyserka otrzymała Złote Lwy w Gdyni. Myślisz o przyszłości z lękiem czy z nadzieją? Jak sobie ją wyobrażasz? – Kiedy wyobrażam sobie przyszłość, towarzyszy mi coraz wyraźniejszy lęk. Właściwie im większą mam świadomość zmian politycznych na świecie i gwałtownego rozwoju AI, tym bardziej rosną moje obawy. Ważnymi punktami odniesienia przy realizacji „Hot Spotu” – filmu opowiadającego o niedalekiej przyszłości – były więc teksty o sztucznej inteligencji i nowych technologiach? – Punktem wyjścia dla mnie i scenarzysty Roberta Bolesty była książka „21 lekcji na XXI wiek”. Yuval Noah Harari pisze, że sztuczna inteligencja będzie dynamicznie się rozwijać i dojdzie do zawiązania umowy społecznej, w której ludzie zgodzą się, by nimi zarządzała. Harari ostrzega przed oddawaniem swoich danych AI i zachęca do podejmowania rozważnych wyborów w sieci. Wszyscy dobrze wiemy, że big techy rządzą teraz w sferze internetowej i decydują, jak ma wyglądać komunikacja za pomocą sztucznej inteligencji. W 2023 r. liderzy branży technologicznej i badacze AI podpisali nawet list otwarty nawołujący wielkie firmy do wstrzymania prac nad nowymi modelami sztucznej inteligencji. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad „Hot Spotem”, myślenie o wpływie AI wydawało się fantazjowaniem. Teraz coraz częściej sugerujemy się podpowiedziami sztucznej inteligencji, korzystając z wyszukiwarki internetowej. Albo dzielimy się z nią prywatnymi danymi. Zastanawialiśmy się też z Robertem, co będzie, gdy fake newsy zdominują przekazy medialne. Dzisiaj fake news w pewnym sensie staje się faktem – jest powtarzany tyle razy, że przenika do rzeczywistości. Czerpaliście z tradycji kina i literatury science fiction czy chcieliście pójść własną drogą? – Nie myśleliśmy o dziedzictwie gatunku ani o konkretnych tytułach. W ogóle nie postrzegaliśmy „Hot Spotu” jako opowieści science fiction, bo wykorzystujemy zarówno elementy tej konwencji, jak i rozwiązania charakterystyczne dla antykryminału, horroru czy komedii. W trakcie przygotowań do filmu w mediach pojawił się temat fake newsów, więc jeżeli próbujesz o nim opowiadać, historia staje się bliska rzeczywistości. Bardzo nam zależało, żeby nie budować świata zupełnie oderwanego od współczesnych realiów. Chcieliśmy raczej się pobawić retrofuturystyczną estetyką i kiczem, by zrobić pastisz kina SF, jednocześnie poruszając ważne dziś tematy. Portretujecie głównego bohatera z przymrużeniem oka. Dlaczego Dżony ma tak nietypowy wizerunek jak na detektywa? – Dla mnie to rodzaj gry i zabawy z figurą mężczyzny oraz twardego, smutnego i pokiereszowanego detektywa. Przy tworzeniu rysów postaci wiele rzeczy przychodzi do nas intuicyjnie, ale już z lektury scenariusza wiedziałam, że Dżony ubiera się w biały strój cyklisty, nosi kolczyki koła i ma fryzurę typu mokra Włoszka. Dopiero gdy Robert dopasował do bohatera odpowiedni kostium i wymyślił dla niego piosenkę „The Final Countdown” zespołu Europe, kolejne elementy historii zaczęły się układać. Jego wygląd i sposób bycia narzucają też konwencję filmu. Powłoka sugeruje pastisz, żart i ironię, ale przeżycia wewnętrzne mężczyzny są poważne. Jako widz nie wiesz, czego po nim się spodziewać, a to pozwala nam na narracyjną swobodę. Od strony reżyserskiej ważne było
Orkiestra młodych talentów
W filmie o Sinfonii Iuventus, którego realizację właśnie kończy Jerzy Czachowski, pada pełny emfazy okrzyk: „Profesorze – dostałem się!”. Tak cieszy się jeden z absolwentów akademii muzycznej, który brał udział w przesłuchaniach i został przyjęty do zespołu. Co roku część muzyków traci pracę w Sinfonii, bo kalendarz nieubłaganie wskazuje nieprzekraczalną cezurę 30 lat. Organizuje się więc nowe przesłuchania, na które przybywają kandydaci z całej Polski. Praca w orkiestrze jest dosyć wygodnym początkiem kariery muzyka, który otrzymał dyplom, ale jeszcze nikt nie zaklepał dla niego jakiegoś korzystnego zajęcia. Zwycięzcy międzynarodowych konkursów muzycznych od razu otrzymują pakiet propozycji i występów w różnych krajach, zwracają się do nich także firmy nagraniowe, nie muszą zatem szukać stałego zatrudnienia ani tzw. etatu. Niektórych zatrzymują u siebie w charakterze asystentów profesorowie akademii muzycznych, ale to też nie rozwiązuje wszystkich problemów bytowych artysty. Do sieci podstawowych i średnich szkół muzycznych również nie każdemu udaje się dostać, poza tym nie każdy ma chęć stać się pedagogiem. Polska Orkiestra Sinfonia Iuventus im. Jerzego Semkowa jest dla początkującego artysty wręcz darem od Boga. Pozwala w ciągu kilku lat poznać specyfikę pracy w zawodowym zespole, przećwiczyć najważniejsze, klasyczne pozycje repertuaru orkiestrowego, poznać wymogi i cechy charakterystyczne najlepszych dyrygentów danego czasu, a przede wszystkim umożliwia spokojne poszukiwanie dalszej drogi artystycznej i życiowej. Guru młodych muzyków w Sinfonii Iuventus był wybitny polski dyrygent Jerzy Semkow. Zainteresował się losami absolwentów uczelni muzycznych i wpadł na pomysł, by państwo pomagało młodym stawiać pierwsze kroki. To było 20 lat temu. Wtedy właśnie powstały zręby organizacyjne i finansowe zespołu oraz ustalono ogólne zasady zatrudnienia w orkiestrze. Sukcesja Pamiętam rozmowę z prof. Semkowem w czasie, kiedy podjął tę decyzję. Światowej sławy dyrygent miał poprowadzić koncert z orkiestrą studentów i absolwentów Akademii Muzycznej w Warszawie. Ponieważ na stałe mieszkał we Francji, specjalnie dla niego wynajęto apartament w legendarnej Dziekance – Domu Studenta Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina przy Krakowskim Przedmieściu. Tu profesor przemyśliwał, jaką formę nadać nowej inicjatywie, kogo do niej przyciągnąć, a zwłaszcza jak sprawić, by udział młodych muzyków w tej specyficznej orkiestrze był na początku ich kariery zawodowej prawdziwie skuteczny. Dziś jak katechizm cytuje b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
We mnie jest dwu ludzi: jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat
Tak mówił o sobie Stanisław Wokulski, co Bolesław Prus komentował: „Wokulski jest to człowiek, w którym myśli, uczucie, wola i siły organiczne dosięgnęły wysokiego stopnia natężenia. Gdy los złamał w nim rycerza, obudził się uczony; gdy zrobił go wdowcem po starszej kobiecie, ocknął się (z powodu niezużycia sił fizycznych) kochanek, który stał się spekulantem. Gdy zginął kochanek i spekulant, ocknął się znowu uczony”. Dowodem sił witalnych Wokulskiego jest miłość, która osiągnęła poziom monomanii. Rozmaicie tę miłość oceniano – jednych wzruszała i jednała z bohaterem, drugich zniechęcała. Dzisiaj znowu stajemy przed pytaniem, czy postępowanie Wokulskiego było zgodne z naszymi oczekiwaniami. A wszystko za sprawą serialu Pawła Maślony i filmu Macieja Kowalskiego. Po raz kolejny śledzić będziemy losy kupca galanteryjnego i pięknej arystokratki na tle Warszawy lat 80. XIX w. Role Stanisława Wokulskiego i Izabeli Łęckiej powierzono w tych produkcjach odpowiednio Tomaszowi Schuchardtowi i Sandrze Drzymalskiej oraz Marcinowi Dorocińskiemu i Kamili Urzędowskiej. „Lalka” wiecznie żywa Lalka to symbol martwoty, lecz gdy mowa o „Lalce” Prusa, aż ciśnie się na usta: „Lalka wiecznie żywa”. Ankieta przeprowadzona parę lat temu wśród zagranicznych dziennikarzy akredytowanych w Polsce przyniosła zaskakujące potwierdzenie jej popularności. W sondażu „Lalka” zajęła pierwsze miejsce, wyprzedzając powieści Sapkowskiego, „Solaris” Lema czy „Quo vadis” Sienkiewicza. Popularność tę wspomagało zapewne ponad 30 przekładów na języki obce, ale poczytności „Lalki” w Polsce już w ten sposób objaśniać się nie da. Czytają ją w odcinkach aktorzy, radiowa Jedynka przypomina obecnie nagrania Jerzego Kamasa, a w RMF Classic można posłuchać Andrzeja Seweryna. W 1971 r. Teatr Polskiego Radia zrealizował serial w reżyserii Andrzeja Łapickiego, ze Stanisławem Zaczykiem jako Wokulskim, Henrykiem Borowskim jako Rzeckim i Anną Seniuk w roli Izabeli. Od lat żywi się „Lalką” teatr, począwszy od adaptacji w warszawskim Teatrze Polskim z 1952 r., w reżyserii Bronisława Dąbrowskiego, i pierwszej transmisji telewizyjnej fragmentów tego przedstawienia z Niną Andrycz jako Izabelą Łęcką. Do tej pory powstało ponad 20 adaptacji teatralnych, w tym musical; ostatnią zrealizował w tym roku stołeczny Dramatyczny. Telewizja wciąż przypomina serial Ryszarda Bera (1997) z Jerzym Kamasem jako Wokulskim i Bronisławem Pawlikiem jako Rzeckim oraz dzieło Wojciecha Hasa (1968). Cóż to za film! Co drugi kadr jak martwa natura, a urodzie parkowych rzeźb czy przejmującym widokom biedy Powiśla towarzyszy przednie aktorstwo: niezapomniany Tadeusz Fijewski jako Rzecki, Mariusz Dmochowski w roli Wokulskiego, Jan Kreczmar jako podupadły arystokrata Łęcki, Kalina Jędrusik – pani Wąsowska, Beata Tyszkiewicz – urodziwa panna Izabela. A to przecież tylko fragment starannie dobranej obsady. Kiedy ogląda się dzieło Hasa, nie czuje się upływu lat, niemal 60 przecież! Błędy, nieład, chaos To niesłabnące zainteresowanie pozostaje w sprzeczności z początkowo mało entuzjastycznym przyjęciem powieści, stanowiącej rodzaj przejścia od dawnego sposobu opowiadania do literatury nowoczesnej. Prus określił swój zamiar w taki sposób: „Temat »Lalki« jest następujący: Przedstawić naszych polskich idealistów na tle społecznego rozkładu”. Stworzył jednak dzieło o wiele bardziej złożone, niż mu się wydawało. Podobnie jak złożona jest postać głównego bohatera. Wielopiętrowość utworu wywołała na początku krytyczne uwagi – dostrzegano przede wszystkim błędy, nieład, chaos – słowem łamanie reguł powieści realistycznej. Wbrew krytykom, i to nie byle jakim, bo znalazł się wśród nich sam Aleksander Świętochowski, właśnie w odstępstwach od reguł objawiała się oryginalność dzieła. Niektórzy nie mogli się nadziwić, że felietonista, humorysta, kronikarz bardziej niż pisarz zabrał się do takiego przedsięwzięcia. W tym szukali przyczyny błędów i rozproszenia autora, który nierzadko te same fakty pokazywał z różnych punktów widzenia. Tę wielokierunkową narrację, łączącą wszechwiedzącego narratora z narratorem-bohaterem, często zanurzonym w marzeniach, a nawet halucynacjach (Łęcka, Wokulski, czasem Rzecki), narratorem-pamiętnikarzem (Rzecki) i obserwatorem pośredniczącym między autorem a postaciami, brali za usterki w sztuce opowiadania. Tymczasem do polskiej powieści dobijała się nowoczesność. Najwyraźniej nie dostrzegli, że w bogactwie świata powieściowego, jego pozornym przeładowaniu, kryje się tajemnica Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
„Chłopi” malowani
Jest w Lipcach, od 1983 r. Reymontowskich, domek dróżnika, gdzie przez kilka lat mieszkał przyszły autor „Chłopów”, zatrudniony jako pracownik Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. W sąsiedztwie domku odsłonięto w 2025 r. pomnik pisarza. Ma też Reymont inne pomniki, ulicę i Muzeum Regionalne swojego imienia, a nieopodal muzeum znajduje się Centrum Reymontowskie – Zagroda Ludowa… Warto także odwiedzić Galerię Staroci i Pamiątek Regionalnych ze zbiorami pana Zbigniewa Stania, w tym kolekcją wydań „Chłopów” i eksponatami związanymi z ekranizacją powieści kręconą w Lipcach. Małgorzata Ewa Czernik i mural przy ulicy Targowej. Na ścianie izby 7 w galerii od niedawna można zaś oglądać mural „W zagrodzie Jagny”, a przy ulicy Targowej właśnie ukończony został drugi, imponujących rozmiarów, 15 m x 6 m, „Orszak weselny Jagny i Boryny”. Oba namalowała Małgorzata Ewa Czernik i są one elementami projektu realizowanego przez lipiecką Fundację im. Władysława Stanisława Reymonta. Fragment ekspozycji Muzeum Regionalnego. Popiersie przed Muzeum Regionalnym im. Władysława St. Reymonta, odsłonięte w 2016 r., z okazji149. rocznicy urodzin pisarza. Twórczość pisarza inspiruje artystkę od lat – już w roku 2000, ogłoszonym przez Sejm Rokiem Reymontowskim, odbyła się wystawa „Mistrz Reymont i Małgorzata”, prezentowana również za granicą. Tradycyjne motywy, łowickie pasy i wycinanki są obecne w jej sztuce, pojawiają się choćby właśnie na ścianach budynków, podobnie jak barwne ptaki, anioły i kwiaty: maki, malwy, słoneczniki, rozkwitające w „niebiańsko-ziemski ogród”. A i w Lipcach malarka działała już wcześniej. Przy tworzeniu nowych lipieckich murali dbała o zgodność szczegółów z tradycją, korzystając z podpowiedzi mieszkańców. Ich zainteresowanie i życzliwość, teraz, po zakończeniu pracy, ciepło wspomina. Przekazując dobro, prawdę i piękno, otrzymuje się je też w zamian. Nawiązujące do dawnego malarstwa dewocjonalnego obrazy Henryka Burzyńskiego w zbiorach Muzeum Regionalnego. Jagna i Zbigniew Stań, założyciel Galerii Staroci i Pamiątek Regionalnych, czekają na gości. Część bogatych zbiorów Galerii Staroci i Pamiątek Regionalnych. Na terenie galerii stoją charakterystyczne niebieskie chaty. Ściany pokrywano wapnem z dodatkiem barwnika, by m.in. odstraszać owady Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Na scenie wśród mazurskich pagórków
Zbigniew Waszkielewicz – aktor, reżyser, pedagog i animator kultury. W 1986 r. założył Teatr IOTA, który działa we wsi Radzie na Mazurach, a w sierpniu obchodził jubileusz 40-lecia. Jak to jest być alfą i omegą niewielkiego, ale wyjątkowego Teatru IOTA, działającego w mazurskiej wiosce, gdzieś między Giżyckiem a Ełkiem? – IOTA jest teatrem autorskim, chociaż ma w nazwie improwizację i słowa. Założyłem go jeszcze w Katowicach, gdzie pracowałem w Teatrze Śląskim im. Wyspiańskiego oraz na Uniwersytecie Śląskim. 31 lat temu teatr wraz ze mną przeniósł się na Mazury, gdzie osiadłem. Wrócił ze mną w ojczyste strony. 40 lat jego działania to kilkadziesiąt spektakli, ale dokładnie tego nie liczyłem. Jest też kilka akcji plastycznych, projektów kulturowych – ale spektakli było najwięcej. Wszystkie zagraliśmy jakieś 500 razy. To nawet nie tak dużo jak na te 40 lat. Nigdy jednak nie byliśmy instytucją repertuarową, nie biliśmy rekordów wystawień. Nie damy rady wrócić do każdego, ale gdybyś spojrzał na nie wszystkie jak na całość, jedność, to jaki byłby to spektakl? – Moja wędrówka przez życie to taka peregrynacja, gdzie każdy spektakl jest słupkiem, przydrożnym kamieniem. Nigdy nie miałem ściśle wytyczonej trasy do przejścia czy zrealizowania. Gnały mnie ciekawość życia i marsz ku nieznanemu. Gdy budowałem dom albo robiłem spektakl, nigdy z góry nie wiedziałem, jaki będzie ostateczny efekt. Robię to w dialogu z samym sobą, spieram się, zadaję nowe pytania, podążam spontanicznie, nieregularnie w dal. Nigdy nie wiem na początku, jak i czym to się skończy. Wiele twoich spektakli krąży wokół literatury, inspiruje się dziełami klasyki, muzyką, choć wszystko filtrujesz przez własne doświadczenie. Podasz jakieś nazwiska, tytuły? – Z jednej strony, były to spektakle autorskie, z drugiej – wiele projektów edukacyjnych. Tu przydaje się formuła teatru performatywnego, teatru czytania, improwizacji. Nie zawsze drogą jest domknięty tekst, którego trzeba się nauczyć na pamięć. Sięgam po różnych autorów. Jeśli się pojawia Szekspir, to znaczy, że jest dla mnie, jeśli Dostojewski – podobnie. Tych inspiracji jest dużo. Mam też wielu takich autorów, którzy nigdy nie zostali zaadaptowani w jakąś formułę czy to edukacyjną, czy spektaklu, ale byli ważni jako inspiracje. Od dziecka byłem molem książkowym i nawet na studiach zdarzało mi się coś zaniedbać, bo po prostu się zaczytałem i znikałem w innym świecie. Jeśli miałbym przywołać nazwiska z tradycji teatralnej, na pewno byliby to Beckett, Gombrowicz; z poetyckiej Schulz, Leśmian; wymieniony wcześniej Dostojewski. Poza tym literatura rosyjska przełomu XIX/XX w.: Czechow, Gogol. Zawsze też ważni byli dla mnie Amerykanie – Hemingway, dramaty O’Neilla. Z europejskiej tradycji istotny był dla mnie Albert Camus. No i poezja – zawsze, najróżnorodniejsza, gdzie w krótkiej formule można zawrzeć cały świat. Lakoniczność jest dla mnie ważna – nie potrafiłbym robić spektakli wielogodzinnych. A tu poezja ma ogromną siłę rażenia i magię wielości języków, sposobów mówienia. A motywy religijne? – Kiedyś jakiś ksiądz powiedział do mnie, że skoro ponad 90% Polaków to katolicy, to i ja pewnie jestem katolikiem. Na co ja: nie, ja jestem wyznania ekumenicznego. Nie ma czegoś takiego – on na to. A ja – że jeśli tak deklaruję, to znaczy, że jest. Wyobrażałem sobie zawsze, że ktoś pewnie zarządza tą Drogą Mleczną, i taka to moja wiara… Robiłem rzeczy teatralne inspirowane tekstami biblijnymi, modlitwami wszelakimi, pieśniami religijnymi. Czytają je teraz jako teksty pocieszenia, wsparcia, źródło siły dla wielu ludzi. Nigdy jednak konfesyjnie. Jeśli coś jest Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Moja muzyka zaczęła się od szczerości
W świecie pełnym bodźców życie na własnych zasadach to najbardziej wywrotowa droga, jaką można wybrać WaluśKraksaKryzys, właśc. Sebastian Gugulski – muzyk, wokalista, kompozytor i autor tekstów. Zadebiutował w 2019 r. albumem „MiłyMłodyCzłowiek”. Laureat Fryderyka 2024 w kategorii Album Roku Rock za „+ piekło + niebo +” oraz Fryderyka 2026 w kategorii Album Roku Rock & Blues za „Tematy i wariacje”. Kim był Sebastian Gugulski, zanim stał się WalusiemKraksąKryzysem? – Byłem marzycielem. Od najmłodszych lat szukałem w sobie i wokół siebie sposobu na nazwanie oraz wyrzucenie tłumionych emocji. Zaczęło się bardzo niewinnie – od intuicyjnego układania dźwięków, czyli swobodnego komponowania. Dopiero z czasem przypadek sprawił, że właśnie w muzyce rockowej odnalazłem najpełniejsze ujście dla swojej wrażliwości. A w dzieciństwie? Jak każdy chłopak – bawiłem się w rycerza, żołnierza, strażaka czy piłkarza. Chciałem być kimkolwiek, kto dawałby perspektywę barwnego życia pełnego przygód i wyzwań. W mediach krążą różne wątki związane z twoją przeszłością. Dotyczą m.in. wypasania owiec i rodzinnych tradycji jazdy tirem. Ile w tym prawdy? – Mój tata był i jest nadal zawodowym kierowcą tira, a ja rzeczywiście przez pewien czas pracowałem jako pasterz. Z jakiegoś głębokiego dołu, w którym wtedy byłem, i z miejsca, w którym mieszkałem, bardzo ostrożnie wychodziłem do świata. Owce wypasałem w moich rodzinnych stronach, w okolicach Ojcowskiego Parku Narodowego. Kiedy zobaczyłem ogłoszenie o pracę w charakterze pasterza, pomyślałem, że dla takiego dzikusa, jakim wtedy byłem, to zajęcie idealne. Praca w naturze, w samotności, bez ciągłego zwierzchnictwa i szefostwa nad głową, dała mi wtedy potrzebny spokój. W tamtym momencie bardzo mi to pasowało. Zaczynałeś bez zaplecza – bez szkoły muzycznej i profesjonalnego sprzętu. Ile w tych początkach było walki? – Bardzo dużo. Zanim projekt WaluśKraksaKryzys ujrzał światło dzienne, skasowałem po drodze z osiem, może nawet dziesięć albumów o bardzo zróżnicowanej stylistyce – od delikatnego dream popu po surowy black metal. Tworzyłem wyłącznie do szuflady. To była żmudna szkoła wprawiania się w muzyce, polegająca na ciągłym pokonywaniu ograniczeń sprzętowych i szlifowaniu warsztatu metodą prób i błędów. A skąd wzięła się nazwa WaluśKraksaKryzys? Jedni odbierają ją jako diagnozę, drudzy – jako chwytliwą ksywkę. – Ze wszystkiego po trochu: częściowo z aktu twórczego, a trochę z tego, skąd się wywodzę. Waluś – od Walka Dzedzeja, ponoć pierwszego polskiego punka, uznawanego za chorego psychicznie, bo robił niecodzienne rzeczy w centrum Warszawy. Kraksa jest dla mnie bardzo ciekawym słowem, zaczerpniętym z wyścigów kolarskich: przez cały etap możesz prowadzić, a dosłownie na ostatniej prostej – wywalić się i cała stawka wyścigu się zmienia. Z kolei Kryzys to bezpośredni hołd dla legendarnych formacji alt-rockowych i punkowych Roberta Brylewskiego – zespołu Kryzys oraz Brygady Kryzys. Brylewski był moim, powiedzmy, duchowym mentorem. Nigdy się o tym nie dowiedział, bo nie zdążyłem go niestety poznać, ale jego wywiady i archiwalne nagrania były dla mnie pewnego rodzaju drogowskazem. Nauczyły mnie skupienia się na bezkompromisowym przekazie, na muzyce i czerpania satysfakcji z tego, że tworzy się coś prosto z serca. W tekstach mówisz wprost o alkoholu i uzależnieniach. Jak ten mroczny okres twojego życia wpłynął na twoją twórczość? – Z perspektywy czasu myślę, że tamte życiowe zakręty mimo wszystko ukształtowały moją dzisiejszą wrażliwość i mają pozytywny wpływ na to, co robię teraz. Nie chcę rozdrapywać starych ran ani gloryfikować przeszłości. Cieszę się, że udało mi się wyjść na prostą, bo dzięki temu potrafię dziś docenić zwyczajne, niepudrowane życie. Najbardziej pociąga mnie codzienność – ta prawdziwa, wolna od robienia czegokolwiek na pokaz. W filmie, książce czy muzyce zawsze szukam głosu zwykłych ludzi, którzy nie mają dyplomów szkoły muzycznej, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Turystyka śladem książek
Pierwsze Rzeki Literatury w Lubuskiem Wystarczy zjechać kilka kilometrów z głównych dróg – mówił Irek Grin, szef zarządu Fundacji Olgi Tokarczuk – żeby zobaczyć skarby. Pierwsza edycja Festiwalu Rzeki Literatury przepłynęła przez Zieloną Górę i takie miejsca jak Bojadła, Zabór, Zatonie, Trzebiechów, Klenica, Łaz, znane lokalnym mieszkańcom. Dla przybyłych na festiwal były jednak odkryciem. Turyści kulturalni nie zawiedli. Rzeki i odnogi spotkań, spacerów, warsztatów Latającego Uniwersytetu Ludowego, rozmów, koncertów zagarnęły tłumy z całej Polski. Ci, którzy od lat planowali przyjazd na Góry Literatury, ale nigdy nie dotarli, teraz dostali swoje Rzeki – bliżej, w Lubuskiem, np. w Klenicy, gdzie pierwsze lata życia spędziła Olga Tokarczuk, a jej rodzice prowadzili kursy Lubuskiego Uniwersytetu Ludowego. „Krótkie życie bomby od początku było marne”, tak zaczyna się fragment nowej powieści Tokarczuk „Świata jest za dużo”, przeczytany przez autorkę na otwarcie festiwalu. „Bomba”, „Dom z dziurą” to fragmenty książki zapowiadanej przez noblistkę jako jej ostatnia. Panie i panowie w czarnych koszulkach z napisem „Ochrona” przy bramie pomiędzy kordegardami pałacu w Bojadłach pracowali od rana do wieczora. Pomocni, uprzejmi, zatrudnieni przy festiwalu u „naszej noblistki”, jak mówił ktoś z dumą. Uśmiechnięty starszy ochroniarz przyznaje, że to była odmiana w codzienności i szansa na dorobienie. Nawet jeśli sprowadzało się to do dbania o czystość na dziedzińcu pałacu, można było spotkać Macieja Stuhra, Sylwię Chutnik, Joannę Bator czy Magdalenę Grzebałkowską. Koło gospodyń wiejskich karmiło i poiło. A pałac w Bojadłach ożył wszechstronnie, choć i na co dzień przyjmuje gości. Zabór – w niedzielę w zdziczałym, ale rewitalizowanym parku na polanie między gigantycznym dębem szypułkowym a innymi potężnymi drzewami ławy, leżaki i scena rozmów z autorami. Obok książkobus, księgarnia na kołach. Ostatni gość festiwalu, po rozmowach Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
AKTUALNOŚCI
WięcejAkademiki – prawo czy przywilej?
Dr Justyna Kajta, socjolożka, Uniwersytet SWPS Akademiki stanowią istotny element wyrównywania szans edukacyjnych w Polsce. W obliczu rosnących kosztów życia oraz ekonomicznych i geograficznych nierówności są kluczowym zasobem umożliwiającym podjęcie studiów przez osoby, których rodziny dysponują mniejszym kapitałem. Możliwość studiowania na uczelniach publicznych nie oznacza, że studia w Polsce są bezpłatne. Wydatki te są szczególnie duże dla osób, które muszą wyprowadzić się z rodzinnych miejscowości, żeby móc studiować. Koszt wynajmu pokoju stanowi bowiem jedną z największych składowych miesięcznego budżetu. Aby nierówności edukacyjne się nie pogłębiały, a studia nie były dostępne tylko dla osób w uprzywilejowanej pozycji ekonomicznej, państwo oraz uniwersytety muszą zadbać o zwiększanie dostępności publicznych akademików (oraz stołówek), zarówno pod względem liczby miejsc, jak i ich ceny. Gabriela Wilczyńska, OZZ Inicjatywa Pracownicza Domy studenckie muszą pełnić przede wszystkim funkcję socjalną, a nie komercyjną. Z jednej strony, mamy publiczne akademiki, które latami zaniedbywano i gdzie dramatycznie brakuje miejsc. Z drugiej – prywatne pseudoakademiki ze średnim czynszem ponad 2,4 tys. zł, dostępne tylko dla najbogatszych. Same kryteria przydziału bywają absurdalne: liczą się sztywne kilometry, a nie realna sytuacja materialna. Uboższy student marnuje godziny na dojazdy, bo ma „za blisko”, a pokój dostaje ktoś z daleka, kogo stać na wynajem. Do tego osoby pracujące wypadają z systemu przez minimalne zarobki, bo przekraczają restrykcyjne progi dochodowe. Politycy ignorują ten kryzys, ponieważ nie jesteśmy dla nich atrakcyjnym elektoratem. Ten stan rzeczy się nie zmieni, dopóki nie zaczniemy wywierać realnej presji na władze. Anna Kiryjow-Radzka, p.o. rzeczniczka prasowa SGGW w Warszawie Akademik dla części studentów jest warunkiem realnego dostępu do studiów, zwłaszcza w Warszawie, gdzie koszty najmu stanowią poważne obciążenie. Dlatego rolą uczelni jest nie tylko kształcić, ale także tworzyć warunki, które pozwalają z tej edukacji rzeczywiście skorzystać. SGGW ma pod tym względem wyjątkową sytuację – nasz kampus jest jednym z najbardziej zintegrowanych w kraju, ponieważ akademiki, budynki dydaktyczne, biblioteka i infrastruktura sportowa znajdują się w jednym miejscu. To zwiększa komfort studiowania, pozwala oszczędzać zarówno czas, jak i pieniądze. W SGGW systematycznie modernizujemy pokoje i przestrzenie wspólne, podnosząc ich standard. Naszym zadaniem jest utrzymać równowagę między jakością, ceną i dostępnością miejsc. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PRZEGLĄD nr 42/2026 – zapowiedź numeru
W najnowszym numerze PRZEGLĄDu: Sakiewicz za Kralem, a Kania za Dochnalem Ukraińskie dzieci w naszych szkołach Rafał Skąpski szuka pierwowzorów Wokulskiego Strajk Kobiet trwa Czy rodzice przedszkolaków poprą Trumpa? Kolejki do przeszczepów. Brakuje dawców serca Prof. Stanisław Filipowicz o tym dlaczego upajamy się przemocą Rafał Pikuła o literackim Noblu dla Anne Carson
IV edycja Nagrody im. Andrzeja „Ibisa” Wróblewskiego. Wielki finał 17 listopada w Warszawie
15 września br. zakończył się nabór zgłoszeń do IV edycji Nagrody im. Andrzeja „Ibisa” Wróblewskiego – wyróżnienia od 2022 roku przyznawanego młodym dziennikarzom Warszawy i Mazowsza. Laureatów poznamy 17 listopada 2026 roku podczas uroczystej gali w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Tegoroczna edycja odbywa się przy wsparciu licznego grona patronów honorowych i medialnych. Nagroda im. Andrzeja „Ibisa” Wróblewskiego została ustanowiona przez Zarząd Oddziału Warszawskiego SDRP w stulecie urodzin jej patrona, wybitnego dziennikarza, językoznawcy i krytyka muzycznego, związanego z redakcją „Życia Warszawy”. Jest skierowana do dziennikarzy Warszawy i Mazowsza, którzy w roku konkursowym nie ukończyli 28. roku życia. Celem wydarzenia jest dostrzeżenie i promowanie młodych talentów dziennikarskich, dobrego warsztatu, rzetelności, etyki zawodowej oraz wysokiej kultury słowa. Przy ocenie prac pod uwagę brane są m.in. jakość językowa, oryginalność ujęcia tematu oraz wartość informacyjna i merytoryczna materiału. - Chcemy dostrzegać młodych dziennikarzy, którzy mają odwagę mówić własnym głosem, szukają ważnych tematów i potrafią opowiadać o nich rzetelnie, ciekawie i w sposób, który zostaje w pamięci. Nagroda Ibisa ma być nie tylko wyróżnieniem, ale również zachętą do dalszego rozwoju zawodowego - mówi Adam Sęczkowski, pomysłodawca Nagrody i sekretarz jej Kapituły, w skład której wchodzą także: red. Tomasz Miłkowski - krytyk teatralny, przewodniczący Oddziału Warszawskiego SDRP; prof. Tadeusz Kononiuk - wybitny medioznawca, wieloletni członek Rady Etyki Mediów; red. Jan Kot - nauczyciel akademicki, konsultant ds. mediów, członek Zarządu Głównego i Oddziału Warszawskiego SDRP; red. Marek Kuliński - wieloletni dziennikarz telewizyjny, członek Oddziału Warszawskiego SDRP. Honorowymi członkami Kapituły są: wybitny językoznawca prof. Jerzy Bralczyk oraz piosenkarka i kompozytorka, żona red. Andrzeja „Ibisa” Wróblewskiego - Elżbieta Wojnowska, która uświetni uroczystość swoim recitalem. Podobnie jak podczas ubiegłorocznej gali, z krótkim koncertem wystąpi także Kataryniarz Jan, a ceremonię poprowadzi znana dziennikarka i prezenterka red. Zofia Czernicka. Tegoroczna edycja Nagrody odbywa się pod patronatem przedstawicieli świata nauki, kultury i samorządu oraz przy wsparciu licznego grona mediów. Na liście patronów honorowych znaleźli się: Rektor Uniwersytetu Warszawskiego, Marszałek Województwa Mazowieckiego, Dziekan Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Światowy Kongres Polaków. Liczną grupę patronów medialnych tworzą: TVP3 Warszawa, Polskie Radio RDC, Puls Lokalny, Głos Seniora / Stowarzyszenie MANKO, Politics Now, Why Story Polska, Tygodnik „Przegląd”, Telewizja ATV, Radio Radom, Studencka Telewizja Internetowa Uniwerek.TV, zachodniemazowsze.info, Odkrywamy Idoli, Radio Podlasie, Gazetylokalne.pl, Wirtualny Nowy Dwór, Z biegiem Liwca, czasopismo „Bogoria” z Grodziska Mazowieckiego oraz NaM Nasze Miasto. [caption id="attachment_185183" align="aligncenter" width="1600"] IV Gala Nagrody Ibisa 16 maja 2025. Elżbieta Wojnowska, Adam Sęczkowski, prof. Tadeusz KononiukFot. Krzysztof Żuczkowski[/caption] (oprac. Izabela Witkowska-Martynowicz – na podst. tekstu Adama Sęczkowskiego)
Dumni z siebie
Jak się nie wzruszyć, gdy czytamy, że jedna z pisowskich telewizji obchodzi urodziny. Pełne dwa lata. Powstała za rządów Tuska i dzielnie trwa mimo okropnego reżimu. Tygodnik „SIECI” i telewizja wPolsce24 są jak bliźniacy. A nawet bardziej niż bracia K. W ramach uroczystości urodzinowych Marcin Wikło napisał: „Przepełnia mnie duma z tego, co osiągnęliśmy. W sercu mamy Polskę i jej dobro”. Pamiętamy, ile tego dobra trafiło przez osiem lat do „SIECI”. „Wesprzyjcie dziennikarstwo śledcze, fundament misji telewizji”, apeluje jakiś skromnie znany Wojciech Biedroń. Gość z oryginalnym poczuciem humoru: „Patrzymy władzy na ręce. Tropimy afery. Demaskujemy kłamstwa…”. Biedroń nie urodził się wczoraj. Przez osiem lat rządów PiS afer były setki. Niestety, o żadnej z tych afer „SIECI” nie pisały. Bo i jak pisać o dobrodziejach, którzy wpłacali miliony. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Uciekają od Kuleszy
Wiedza o tym, że Cezary Kulesza lubi wypić, trafiła pod strzechy. I do kibiców, którzy w czasie meczu Lecha Poznań z Górnikiem Zabrze o Superpuchar powitali go hasłami „Łączy nas wóda” (przerobione hasło PZPN „Łączy nas piłka”) i „Czarek alkoholik” z podobizną Kuleszy po spożyciu. Prezes PZPN pił w loży prezydenckiej na Stadionie Narodowym, na wyjazdach z reprezentacją i na mundialu w Katarze. Choć tam obowiązywała prohibicja, Kulesza miał do dyspozycji przemycone przez PZPN skrzynki wódki. I to on decydował, kto może się napić. Trudno więc się dziwić, że od PZPN uciekają sponsorzy. Biedronka po 16 latach, InPost, TCL, a nawet Staropolanka. Może nie chcą być symbolem popitki. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Promocja
WięcejJetour Dashing w leasingu – dobrze wyposażony SUV w rozsądnym budżecie
Artykuł sponsorowany Firmowy SUV nie musi pochodzić od marki z wieloletnią historią, żeby zapewniać bogatą specyfikację i niską ratę. Jetour Dashing udowadnia, że za kwotę kompaktowego hatchbacka można leasingować auto z kamerą 360°, pełnym zestawem poduszek powietrznych i automatyczną
Powierzchnie biurowe w Łodzi – od rewitalizowanych fabryk po biurowce klasy A. Gdzie ulokować biznes?
Artykuł sponsorowany W centrum Warszawy stawki za wynajem metra kwadratowego powierzchni biurowej wahają się między 18 a 28 euro. Tymczasem w Łodzi, oddalonej od stolicy o zaledwie godzinę drogi, ceny najmu w budynkach klasy A zaczynają się już
Co robi programista przez większość dnia? To może zaskoczyć kandydatów na informatykę
Artykuł sponsorowany Zapytaj licealistę, co robi programista, a pewnie usłyszysz: pisze kod. Zapytaj programistę, co robił wczoraj, a odpowiedź może być mniej filmowa: przez kilka godzin próbował ustalić, dlaczego jedna funkcja zwraca datę przesuniętą o dzień.
Najnowsza metoda wartościowania stanowisk zgodna z dyrektywą UE
Opracowana przez manaHR nowa metoda wartościowania stanowi odpowiedź na wymogi prawne i potrzeby zgłaszane przez działy HR. Metoda manaHR to system analityczno-punktowy, dostosowany do unijnej dyrektywy 2023/970 dzięki ocenie stanowisk na wspólnej skali w 4 wymaganych obszarach. Proces
Trendy 2026 w świecie smartfonów: jak wybrać telefon dla siebie?
Artykuł sponsorowany Na rynku smartfonów rozwijają się aparaty, wydajność, łączność 5G i funkcje oparte na sztucznej inteligencji. Duże premiery 2026 roku przynoszą kolejne flagowe modele oraz udoskonalenia, które mają ułatwiać korzystanie z telefonu na co dzień. Producenci














