Koniec zauroczenia Trumpem

Farmerzy mają dość. Wojna celna z Kanadą przelewa czarę goryczy Korespondencja z USA Ze wszystkich bastionów MAGA te na prowincji od samego początku były najsilniejsze i najbardziej zdyscyplinowane. Prowincjonalna Ameryka przez prawie dekadę konsekwentnie głosowała na człowieka, któremu zaufała niemal bezgranicznie. Refleksja pojawiła się po raz pierwszy, kiedy przyszło zapłacić za chaotyczną politykę celną Trumpa w ubiegłym roku, a drugi raz – gdy po atakach na Iran podrożało paliwo. Ale potrzebna była dopiero wojna handlowa z Kanadą, by Amerykanie przejrzeli na oczy. Miłość ze złości W 2016 r. Trump zdobył 65% głosów w hrabstwach, których mieszkańcy żyją głównie z rolnictwa. Cztery lata później – już 70%, a w ostatnich wyborach – aż 78% („The New Republic”, czerwiec 2026). Kamala Harris przegrała w 2024 r. walkę o ten elektorat z aż 30-punktową różnicą. Jednocześnie był to najlepszy od czasów Ronalda Reagana wynik konserwatysty na prowincji – choć trzeba wziąć poprawkę na fakt, że Reagan zwyciężył w stylu landslide (lawinowo) w każdym przedziale wyborczym. I jeszcze jedna ciekawostka. Do lat 90. amerykańska prowincja głosowała mniej więcej tak samo jak miasta, uwzględniając oczywiście różnice regionalne. Pas biblijny, czyli południe USA, zawsze preferował polityków konserwatywnych, z kolei oba wybrzeża i Nowa Anglia zawsze ciążyły ku progresywistom. Czym Trump zaskarbił sobie tak wielką sympatię mieszkańców małych miast i wsi? Olbrzymią rolę odegrały jego specyficzna charyzma oraz kult „człowieka biznesu”, a więc tego, który „wie, potrafi i dowiezie”. Prowincjonalni wyborcy, zubożali, bezrobotni, mający poczucie odstawienia na boczny tor historii, w roku 2016 buntowali się przeciw wszystkim elitom. Wizja rządów człowieka, który na każdym kroku podkreślał, że jest „spoza systemu”, była pociągająca. Choć Trump nie szafował konkretami, to obiecywał wsi natychmiastowe obniżenie kosztów życia, politykę celną, która poprawi koniunkturę na amerykańskie produkty, oraz powszechną deregulację – zdjęcie duszącej przedsiębiorców obroży, bezlitośnie zaciśniętej przez demokratów. Na okrasę były zapowiedzi hojnego wsparcia federalnego dla farm w kłopotach finansowych i masowych deportacji nielegalnych migrantów, przestępców i dilerów fentanylu. Narkomania największe żniwo w USA zbiera właśnie na prowincji. Miłość przebacza Czy Trump „dowiózł”? Bynajmniej. Nigdy nie podpisał obiecanej wsi ustawy zapomogowej ani żadnego rozporządzenia ułatwiającego prowincji dostęp do internetu oraz infrastruktury komunikacyjnej, co miało wyrównywać jej szanse edukacyjne i zawodowe. Do tego wieś z własnej kieszeni zapłaciła za jego „wojnę sojową” z lat 2018-2019. Rachunek wyniósł ok. 28 mld dol. strat za niezrealizowany eksport amerykańskiej soi do Chin. Można się spierać o to, co dokładnie wywołało zbiorową amnezję i sprawiło, że w 2024 r. prowincja ponownie zasiliła szeregi największych zwolenników Trumpa. Tak czy owak, wieś znowu uwierzyła, że jest jego oczkiem w głowie. Na wieść o tym, że USA weszły w stan wojny handlowej z Kanadą i oba państwa obłożyły się 50-procentowymi cłami na towary warte ponad 20 mld dol., wszyscy zareagowali szokiem. Najbardziej osłupiała prowincja – to przecież ona poniesie największe koszty tego konfliktu. Od razu jednak Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Koniec zauroczenia Trumpem
Radosław Piesiewicz. Od zera do milionera i za kratki

PKOl stał się wspólnikiem biznesowym w przestępczej działalności Zondacrypto Takiej afery jeszcze nie było w polskim sporcie i ruchu olimpijskim. Radosław Piesiewcz, prezes PKOl, który zawarł tajny układ biznesowy z powiązaną ze środowiskiem przestępczym i PiS giełdą kryptowalut, trafił na trzy miesiące do aresztu. Jeszcze niedawno Przemysław Kral, szef Zondacrypto, w odpowiedzi na mój artykuł „Aferzyści prezydenta RP” w nadesłanym sprostowaniu próbował nieudolnie przekonać red. Jerzego Domańskiego i Czytelników „Przeglądu”, że jego interes jest kryształowo czysty, a moje zarzuty bezpodstawne, ale zmienił zdanie. Poszedł po rozum do głowy, czyli na współpracę z prokuraturą. Został tzw. małym świadkiem koronnym i w zamian za złagodzenie kary sypie wspólników oraz mocodawców politycznych – polityków PiS i Kancelarii Prezydenta. Przestępcze frukta Na pierwszy ogień poszedł Piesiewicz. Prokuratura zarzuca mu powoływanie się na wpływy w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów, „które miały wynikać ze znajomości z byłym premierem Rzeczypospolitej Polskiej, i w zamian za przyjętą korzyść majątkową w postaci zegarka o wartości 169 476 zł podjęcia się załatwienia sprawy w UOKiK poprzez ingerencję w postępowanie prowadzone wobec giełdy kryptowalutowej Zondacrypto i jej operatora – spółki BB Trade Estonia OÜ”. Niewymienionym z imienia i nazwiska premierem jest oczywiście Mateusz Morawiecki, a wspomniany zegarek to Patek Philippe Calatrava 6007G-001, szpanerski chronometr z 40-milimetrową kopertą wykonaną z białego złota i czarną tarczą z tłoczonym wzorem przypominającym karbon. Piesiewicz lubuje się w drogich zegarkach. Wcześniej spostrzegawczy dziennikarze wypatrzyli na jego nadgarstku Aerowatch Renaissance Dual Time 51974 AA Polish Basketball Anniversary Limited Edition (wyceniany na ok. 25 tys. zł) i Renaissance Big Mechanical Skeleton 50981 RO01 (wart ok. 17 tys. zł). Drugi zarzut dotyczy „nakłonienia w kwietniu 2026 r., w Warszawie i Monako, ustalonego członka zarządu spółki BB Trade Estonia OÜ, operatora giełdy kryptowalutowej Zondacrypto, w sytuacji grożącej spółce niewypłacalności lub upadłości, do wypłaty z giełdy środków w wysokości 194 420,15 zł w dniu 7 kwietnia 2026 r. oraz 100 tys. euro w dniu 8 kwietnia 2026 r., czym działał na szkodę pozostałych wierzycieli – użytkowników giełdy Zondacrypto”. Za popełnione przestępstwa Piesiewiczowi grozi nawet osiem lat więzienia. Przy czym należy mieć na uwadze, że śledztwo jest rozwojowe i zarzuty mogą zostać rozszerzone lub zmienione. W środę 2 września zatrzymano kolejne osoby w związku z aferą Zondacrypto. „Nie z pierwszych stron gazet”, jak stwierdził minister Waldemar Żurek, ale mające kluczowe dowody i informacje na temat afery, w tym zaginięcia pierwszego prezesa giełdy kryptowalut Sylwestra Suszka. Są to: znany inwestor giełdowy Rafał Z. oraz Jaromira W. i Anna P. Pierwsza kobieta to była żona Mariana W. „Mańka”, przestępcy i głównego podejrzanego w sprawie zaginięcia Suszka. „Maniek” uważany jest za twórcę i nieformalnego szefa Zondacrypto. Natomiast Anna P. to prawa ręka „Mańka” w prowadzonych przez niego na szeroką skalę lewych biznesach paliwowych. Człowiek Sasina z Wołomina Reakcje środowiska sportowego na aresztowanie Piesiewicza były jednoznaczne. „Jako sportowiec nie chciałabym być kojarzona z szemranymi sprawami i aferami. Mam nadzieję, że my, sportowcy, nie będziemy kojarzeni ze sprawą Zondacrypto ani innymi politycznymi kwestiami”, powiedziała panczenistka Kaja Ziomek-Nogal. „Dramat kompletny. Jak my wyglądamy? Tego wszystkiego mogło nie być” – to już słowa Adama Konopki, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Radosław Piesiewicz. Od zera do milionera i za kratki
Nasza wspólna historia

Nie było państwa polskiego, ale był polski Lwów Prof. Stanisław Sławomir Nicieja – historyk biografista, autor monumentalnego, dotychczas 23-tomowego cyklu „Kresowa Atlantyda” Nie ma Kresów bez Lwowa, ale też bez Ukrainy i Ukraińców. A przecież jeszcze przed wojną mówiono o nich Rusini, wyróżniała ich przede wszystkim religia. – Współczesna Ukraina ma bardzo krótką historię. Jako osobna społeczność Ukraińcy wyraziście ujawnili się dopiero po 1848 r., czyli po Wiośnie Ludów. Markijan Szaszkewycz, Iwan Wahyłewycz oraz Jakiw Hołowacki to była ta trójca, która zaczęła udowadniać, że jest absolutnie osobny naród ukraiński i naród ten ma swój własny język. Takiego stanowiska nie akceptowali ani Rosjanie, którzy uważali, że ten język to zepsuta ruszczyzna, ani Polacy, uważający, że to zepsuta polszczyzna. Ale trzej wymienieni intelektualiści – nazwani Ruską Trójcą – nie ulegli i podjęli intensywną działalność, aby wykazać, że racja jest po ich stronie. Ruska Trójca, działająca głównie we Lwowie, postanowiła społeczność posługującą się językiem, który Rosjanie i Polacy uważali za jakieś gwarowe wynaturzenie, nazwać Ukraińcami, a państwo Ukrainą, co etymologicznie oznacza ziemię rodzimą. To państwo miało być zamknięte granicami od Charkowa na wschodzie po Przemyśl na zachodzie. Wielka idea. – Ruska Trójca i kontynuatorzy jej myśli, tacy jak Wołodymyr Barwinsky, Kost Łewycki, Julian Romanczuk czy Iwan Franko, jeden z największych pisarzy i publicystów ukraińskich, nadali tej idei wielką dynamikę. Po 1864 r. proces przyśpieszył – Ukraińcy tworzą we Lwowie swój teatr, a Anatol Wachnianin ukraińskojęzyczne stowarzyszenie społeczno-oświatowe Proswita; powstają ukraińskie gazety, szkoły, podręczniki itp. Z Kijowa do Lwowa, gdzie były nieporównywalnie większe swobody obywatelskie, przyjechał Mychajło Hruszewski, wybitny historyk, nazywany przez Polaków ukraińskim Lelewelem; napisał on dziesięciotomową historię Ukrainy-Rusi, od Jarosława Mądrego i książąt halickich. I ten naród, żyjący między Moskalami a Polakami, pomieszany, zaczął mieć swoją świadomość. – Wtedy też pojawiła się ideologia, którą Hruszewski i jego następcy wzięli na sztandary. Ukraińcy wzięli przykład z Polaków. W jaki sposób? – Miejmy świadomość, bo to absolutny unikat, że w czasie zaborów nie tylko utrzymaliśmy polskość we Lwowie, ale, mimo niewoli i braku swojego państwa, Polacy wręcz zdominowali to miasto językiem i kulturą. Miasto, w którym przecież żyło kilkanaście innych nacji. Po 1772 r. austriacka administracja zaborcza wysłała do Lwowa całe zastępy urzędników germanizatorów. Miasto miało się nazywać Lemberg, a wszystkie instytucje, z ratuszem na czele, miały szyldy w języku niemieckim. Jak opisywałem Cmentarz Łyczakowski, założony cesarskim dekretem w 1783 r., to wykazałem w swojej monografii, że przez pierwsze 40 lat nagrobki w większości miały inskrypcje w języku niemieckim. Dopiero po roku 1830 polskość zaczęła wracać falą i z roku na rok zyskiwać dominację. W mieście, w którym obok siebie żyło tych kilkanaście nacji, w tym tak dynamicznych jak Żydzi, Ormianie, Austriacy, Czesi, Węgrzy, no i rozbudzeni narodowo Rusini, przyjmujący nazwę „Ukraińcy”, Polacy wybijają się na plan pierwszy. Liczne rodziny żydowskie się polszczą, zasilając polską kulturę twórcami – jak Marian Hemar, Józef Wittlin, Stanisław Jerzy Lec, Ostap Ortwin czy Stanisław Lem – głęboko w nią wrośniętymi, głoszącymi, jak Hemar, że „polszczyzna to ich ojczyzna”. To zaskakujące? – Na przykład Żydzi wileńscy nie ulegli procesowi polonizacji, tam objawił się główny ośrodek języka jidysz, a prócz jidysz używali języka rosyjskiego. We Lwowie, stolicy austriackiej Galicji, Polacy byli namiestnikami, prezydentami miasta, rektorami uniwersytetu i politechniki, dyrektorami poczty czy dworca kolejowego. Nie było państwa polskiego, ale były dwa polskie teatry, polska filharmonia, kilkanaście polskich gimnazjów, wielkie biblioteki – Ossolińskich i Baworowskich, polskie muzea – w tym etnograficzne Dzieduszyckich, galerie obrazów, wielka Panorama Racławicka, pokazująca triumf oręża polskiego nad Moskalami. Stawiano pomniki polskim twórcom, np. Fredrze, Ujejskiemu, Mickiewiczowi. A urzędnicy cesarscy, kupcy? – Ci Niemcy i Austriacy, którzy przyjechali germanizować miejscową ludność, żenili się z Polkami i przez nie – co też jest swoistym fenomenem – byli skutecznie przerabiani na Polaków. Jak się weźmie przedwojenną książkę telefoniczną miasta Lwów, to tam co drugie nazwisko jest niemieckie Robert Walenciak r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Jerzy Domański j.domanski@tygodnikprzeglad.pl Paweł Dybicz p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Nasza wspólna historia
Stabilność bez perspektywy

Rząd Giorgii Meloni urzęduje najdłużej w dziejach Włoch Korespondencja z Rzymu 4 września 2026 r. w porcie w Bari Giorgia Meloni wraz z ministrami i działaczami Braci Włochów świętowała historyczny rekord. Tego dnia jej rząd przekroczył 1412 dni urzędowania i wyprzedził drugi gabinet Silvia Berlusconiego, pozostający u władzy od 11 czerwca 2001 r. do 23 kwietnia 2005 r. To znaczące osiągnięcie w kraju od lat kojarzonym z polityczną niestabilnością, szczególnie w okresie tzw. Pierwszej Republiki (1948-1994). W rankingu najdłużej urzędujących gabinetów za rządem Meloni oprócz drugiego rządu Berlusconiego znajduje się jego czwarty rząd, który sprawował władzę przez 1287 dni. Kolejne miejsce zajmuje pierwszy gabinet Bettina Craxiego – 1093 dni. Od 1946 r. Włochy miały 68 gabinetów, co pokazuje skalę politycznej rotacji. Rozdrobnienie sceny politycznej, kruche koalicje wielopartyjne, częste zmiany układów parlamentarnych i klientelizm sprawiały, że włoskie rządy utrzymywały się średnio przez ok. 14 miesięcy. Gabinet Giorgii Meloni został zaprzysiężony 22 października 2022 r. Jego utrzymanie się przy władzy przez niemal cztery lata jest więc bez wątpienia wyczynem. Przy tym Meloni to pierwsza w historii Włoch kobieta stojąca na czele rządu. Ale czy sama stabilność wystarczy? Meloni świętuje, Włosi nie „Podczas gdy włoskie rodziny płacą z własnej kieszeni za niekompetencję tego rządu – mierząc się z rekordowo wysokimi cenami paliw, z kosztującymi niemal 30% więcej niż pięć lat temu artykułami spożywczymi i z rachunkami należącymi do najwyższych w Europie – Giorgia Meloni myśli wyłącznie o zmianie ordynacji wyborczej i przygotowaniach do swojej uroczystości w Bari. Głównym zmartwieniem w Pałacu Chigi są przygotowania do celebracji, podczas gdy dla Włochów najważniejsze jest opłacenie pełnego baku samochodu i zrobienie zakupów”, oskarżała sekretarz Partii Demokratycznej Elly Schlein, dodając: „Meloni świętuje, Włosi nie”. Również lider Ruchu Pięciu Gwiazd Giuseppe Conte ironizował: „Są zbyt zajęci przygotowaniami do uroczystości w Bari i konstruowaniem ordynacji wyborczej, która pozwoli im przyspawać się do władzy. Oprócz rekordu długowieczności mają na koncie jeszcze jeden: to rząd, który najdłużej ignorował problemy Włochów”. Dla liderów opozycji krytykowanie rządzących jest obowiązkiem, zwłaszcza w perspektywie zbliżających się wyborów. Obrońcy Meloni wskazują natomiast, że jej rządy przypadają na okres szczególnie trudnej sytuacji gospodarczej. Wojna w Ukrainie, wprowadzenie przez administrację Donalda Trumpa ceł, które uderzyły w ważne sektory włoskiego eksportu, szczególnie dotykając małe i średnie przedsiębiorstwa, napięcia na Bliskim Wschodzie, wojna z Iranem i zakłócenia żeglugi przez cieśninę Ormuz, wywołujące kolejne wzrosty cen energii i paliw oraz skoki inflacji. Jednocześnie nastąpiło spowolnienie gospodarcze w strefie euro, zwłaszcza w Niemczech, jednym z najważniejszych partnerów handlowych Włoch, ograniczając popyt na włoskie towary i hamując przemysł. Mimo to Włochy nie weszły w recesję. Jak podają media, wzrost PKB utrzymywał się na poziomie ok. 0,6–0,8%, a deficyt budżetowy spadł z 8,1% do ok. 3,1% PKB, przybliżając kraj do wyjścia z unijnej procedury nadmiernego deficytu. Stabilność rządu Meloni okazała się gwarancją Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Stabilność bez perspektywy

Felietony Przeglądu

Wywiady Przeglądu

Klasyka Przeglądu

Kraj

Polska energetyka wchodzi w nową erę Po raz pierwszy w historii prąd z polskiej morskiej farmy wiatrowej popłynął do naszych gniazdek 10 lipca br. Był to moment przełomowy nie tylko dla właścicieli projektu Baltic Power, Grupy Orlen i kanadyjskiej spółki Northland Power, ale i dla całego kraju. Farma wiatrowa Baltic Power powstała ok. 23 km od wybrzeża, na wysokości Łeby i Choczewa, w miejscu, gdzie wiejące bez przeszkód wiatry gwarantują wyjątkową wydajność turbin. W morskim dnie zakotwiczono 76 turbin wiatrowych – model V236-15.0 MW. To flagowy produkt duńskiej spółki Vestas, globalnego lidera w produkcji tych urządzeń, który zainstalował ponad 200 GW mocy w prawie 90 krajach świata. Gabaryty turbin są imponujące. Każda wystaje ponad lustro wody na wysokość 260-280 m – czyli sięgają wyżej niż Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, który z iglicą mierzy 237 m. Wirnik o średnicy 236 m chwyta energię wiatru i zamienia ją w ciągu godziny w 15 MW energii. Gondola na szczycie wieży waży ponad 600 ton. Jedna turbina jest w stanie w ciągu roku dostarczyć ok. 80 GWh energii – tyle Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Radosław Piesiewicz. Od zera do milionera i za kratki

Radosław Piesiewicz. Od zera do milionera i za kratki

PKOl stał się wspólnikiem biznesowym w przestępczej działalności Zondacrypto Takiej afery jeszcze nie było w polskim sporcie i ruchu olimpijskim. Radosław Piesiewcz, prezes PKOl, który zawarł tajny układ biznesowy z powiązaną ze środowiskiem przestępczym i PiS giełdą kryptowalut, trafił na trzy miesiące do aresztu. Jeszcze niedawno Przemysław Kral, szef Zondacrypto, w odpowiedzi na mój artykuł „Aferzyści prezydenta RP” w nadesłanym sprostowaniu próbował nieudolnie przekonać red. Jerzego Domańskiego i Czytelników „Przeglądu”, że jego interes jest kryształowo czysty, a moje zarzuty bezpodstawne, ale zmienił zdanie. Poszedł po rozum do głowy, czyli na współpracę z prokuraturą. Został tzw. małym świadkiem koronnym i w zamian za złagodzenie kary sypie wspólników oraz mocodawców politycznych – polityków PiS i Kancelarii Prezydenta. Przestępcze frukta Na pierwszy ogień poszedł Piesiewicz. Prokuratura zarzuca mu powoływanie się na wpływy w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów, „które miały wynikać ze znajomości z byłym premierem Rzeczypospolitej Polskiej, i w zamian za przyjętą korzyść majątkową w postaci zegarka o wartości 169 476 zł podjęcia się załatwienia sprawy w UOKiK poprzez ingerencję w postępowanie prowadzone wobec giełdy kryptowalutowej Zondacrypto i jej operatora – spółki BB Trade Estonia OÜ”. Niewymienionym z imienia i nazwiska premierem jest oczywiście Mateusz Morawiecki, a wspomniany zegarek to Patek Philippe Calatrava 6007G-001, szpanerski chronometr z 40-milimetrową kopertą wykonaną z białego złota i czarną tarczą z tłoczonym wzorem przypominającym karbon. Piesiewicz lubuje się w drogich zegarkach. Wcześniej spostrzegawczy dziennikarze wypatrzyli na jego nadgarstku Aerowatch Renaissance Dual Time 51974 AA Polish Basketball Anniversary Limited Edition (wyceniany na ok. 25 tys. zł) i Renaissance Big Mechanical Skeleton 50981 RO01 (wart ok. 17 tys. zł). Drugi zarzut dotyczy „nakłonienia w kwietniu 2026 r., w Warszawie i Monako, ustalonego członka zarządu spółki BB Trade Estonia OÜ, operatora giełdy kryptowalutowej Zondacrypto, w sytuacji grożącej spółce niewypłacalności lub upadłości, do wypłaty z giełdy środków w wysokości 194 420,15 zł w dniu 7 kwietnia 2026 r. oraz 100 tys. euro w dniu 8 kwietnia 2026 r., czym działał na szkodę pozostałych wierzycieli – użytkowników giełdy Zondacrypto”. Za popełnione przestępstwa Piesiewiczowi grozi nawet osiem lat więzienia. Przy czym należy mieć na uwadze, że śledztwo jest rozwojowe i zarzuty mogą zostać rozszerzone lub zmienione. W środę 2 września zatrzymano kolejne osoby w związku z aferą Zondacrypto. „Nie z pierwszych stron gazet”, jak stwierdził minister Waldemar Żurek, ale mające kluczowe dowody i informacje na temat afery, w tym zaginięcia pierwszego prezesa giełdy kryptowalut Sylwestra Suszka. Są to: znany inwestor giełdowy Rafał Z. oraz Jaromira W. i Anna P. Pierwsza kobieta to była żona Mariana W. „Mańka”, przestępcy i głównego podejrzanego w sprawie zaginięcia Suszka. „Maniek” uważany jest za twórcę i nieformalnego szefa Zondacrypto. Natomiast Anna P. to prawa ręka „Mańka” w prowadzonych przez niego na szeroką skalę lewych biznesach paliwowych. Człowiek Sasina z Wołomina Reakcje środowiska sportowego na aresztowanie Piesiewicza były jednoznaczne. „Jako sportowiec nie chciałabym być kojarzona z szemranymi sprawami i aferami. Mam nadzieję, że my, sportowcy, nie będziemy kojarzeni ze sprawą Zondacrypto ani innymi politycznymi kwestiami”, powiedziała panczenistka Kaja Ziomek-Nogal. „Dramat kompletny. Jak my wyglądamy? Tego wszystkiego mogło nie być” – to już słowa Adama Konopki,

  7 września, 2026
Nasza wspólna historia

Nasza wspólna historia

Nie było państwa polskiego, ale był polski Lwów Prof. Stanisław Sławomir Nicieja – historyk biografista, autor monumentalnego, dotychczas 23-tomowego cyklu „Kresowa Atlantyda” Nie ma Kresów bez Lwowa, ale też bez Ukrainy i Ukraińców. A przecież jeszcze przed wojną mówiono o nich Rusini, wyróżniała ich przede wszystkim religia. – Współczesna Ukraina ma bardzo krótką historię. Jako osobna społeczność Ukraińcy wyraziście ujawnili się dopiero po 1848 r., czyli po Wiośnie Ludów. Markijan Szaszkewycz, Iwan Wahyłewycz oraz Jakiw Hołowacki to była ta trójca, która zaczęła udowadniać, że jest absolutnie osobny naród ukraiński i naród ten ma swój własny język. Takiego stanowiska nie akceptowali ani Rosjanie, którzy uważali, że ten język to zepsuta ruszczyzna, ani Polacy, uważający, że to zepsuta polszczyzna. Ale trzej wymienieni intelektualiści – nazwani Ruską Trójcą – nie ulegli i podjęli intensywną działalność, aby wykazać, że racja jest po ich stronie. Ruska Trójca, działająca głównie we Lwowie, postanowiła społeczność posługującą się językiem, który Rosjanie i Polacy uważali za jakieś gwarowe wynaturzenie, nazwać Ukraińcami, a państwo Ukrainą, co etymologicznie oznacza ziemię rodzimą. To państwo miało być zamknięte granicami od Charkowa na wschodzie po Przemyśl na zachodzie. Wielka idea. – Ruska Trójca i kontynuatorzy jej myśli, tacy jak Wołodymyr Barwinsky, Kost Łewycki, Julian Romanczuk czy Iwan Franko, jeden z największych pisarzy i publicystów ukraińskich, nadali tej idei wielką dynamikę. Po 1864 r. proces przyśpieszył – Ukraińcy tworzą we Lwowie swój teatr, a Anatol Wachnianin ukraińskojęzyczne stowarzyszenie społeczno-oświatowe Proswita; powstają ukraińskie gazety, szkoły, podręczniki itp. Z Kijowa do Lwowa, gdzie były nieporównywalnie większe swobody obywatelskie, przyjechał Mychajło Hruszewski, wybitny historyk, nazywany przez Polaków ukraińskim Lelewelem; napisał on dziesięciotomową historię Ukrainy-Rusi, od Jarosława Mądrego i książąt halickich. I ten naród, żyjący między Moskalami a Polakami, pomieszany, zaczął mieć swoją świadomość. – Wtedy też pojawiła się ideologia, którą Hruszewski i jego następcy wzięli na sztandary. Ukraińcy wzięli przykład z Polaków. W jaki sposób? – Miejmy świadomość, bo to absolutny unikat, że w czasie zaborów nie tylko utrzymaliśmy polskość we Lwowie, ale, mimo niewoli i braku swojego państwa, Polacy wręcz zdominowali to miasto językiem i kulturą. Miasto, w którym przecież żyło kilkanaście innych nacji. Po 1772 r. austriacka administracja zaborcza wysłała do Lwowa całe zastępy urzędników germanizatorów. Miasto miało się nazywać Lemberg, a wszystkie instytucje, z ratuszem na czele, miały szyldy w języku niemieckim. Jak opisywałem Cmentarz Łyczakowski, założony cesarskim dekretem w 1783 r., to wykazałem w swojej monografii, że przez pierwsze 40 lat nagrobki w większości miały inskrypcje w języku niemieckim. Dopiero po roku 1830 polskość zaczęła wracać falą i z roku na rok zyskiwać dominację. W mieście, w którym obok siebie żyło tych kilkanaście nacji, w tym tak dynamicznych jak Żydzi, Ormianie, Austriacy, Czesi, Węgrzy, no i rozbudzeni narodowo Rusini, przyjmujący nazwę „Ukraińcy”, Polacy wybijają się na plan pierwszy. Liczne rodziny żydowskie się polszczą, zasilając polską kulturę twórcami – jak Marian Hemar, Józef Wittlin, Stanisław Jerzy Lec, Ostap Ortwin czy Stanisław Lem – głęboko w nią wrośniętymi, głoszącymi, jak Hemar, że „polszczyzna to ich ojczyzna”. To zaskakujące? – Na przykład Żydzi wileńscy nie ulegli procesowi polonizacji, tam objawił się główny ośrodek języka jidysz, a prócz jidysz używali języka rosyjskiego. We Lwowie, stolicy austriackiej Galicji, Polacy byli namiestnikami, prezydentami miasta, rektorami uniwersytetu i politechniki, dyrektorami poczty czy dworca kolejowego. Nie było państwa polskiego, ale były dwa polskie teatry, polska filharmonia, kilkanaście polskich gimnazjów, wielkie biblioteki – Ossolińskich i Baworowskich, polskie muzea – w tym etnograficzne Dzieduszyckich, galerie obrazów, wielka Panorama Racławicka, pokazująca triumf oręża polskiego nad Moskalami. Stawiano pomniki polskim twórcom, np. Fredrze, Ujejskiemu, Mickiewiczowi. A urzędnicy cesarscy, kupcy? – Ci Niemcy i Austriacy, którzy przyjechali germanizować miejscową ludność, żenili się z Polkami i przez nie – co też jest swoistym fenomenem – byli skutecznie przerabiani na Polaków. Jak się weźmie przedwojenną książkę telefoniczną miasta Lwów, to tam co drugie nazwisko jest niemieckie Robert Walenciak r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Jerzy Domański j.domanski@tygodnikprzeglad.pl Paweł Dybicz p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

  7 września, 2026
Wyszkowski z Orderem Orła Białego

Wyszkowski z Orderem Orła Białego

Chamstwo i pogarda nagrodzone 31 sierpnia, podczas obchodów 46. rocznicy podpisania porozumień sierpniowych oraz powstania NSZZ Solidarność, Karol Nawrocki wręczył Order Orła Białego Krzysztofowi Wyszkowskiemu. Działacz opozycji w PRL, nazwany „legendą podziemia antykomunistycznego”, najwyższe odznaczenie państwowe dostał „w uznaniu znamienitych zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, w szczególności dla przemian demokratycznych i wolnej Polski, za osiągnięcia w działalności państwowej i publicznej”. Gdy Nawrocki hołubił Wyszkowskiego, w warszawskim Kościele Świętego Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu odbywały się uroczystości pogrzebowe Wandy Traczyk-Stawskiej, żołnierki AK, uczestniczki powstania warszawskiego, psycholożki, nauczycielki i działaczki społecznej. Karol Nawrocki nie tylko nie uhonorował zmarłej Orderem Orła Białego, ale jeszcze postanowił pośmiertnie ją upokorzyć. W krótkim liście odczytanym przez ministra Wojciecha Kolarskiego prezydent stwierdził, że zasłużona weteranka powstania „w odrodzonej, suwerennej Polsce (…) pozostawała osobą aktywnie obecną w życiu publicznym”, a „jej poglądy i oceny niejednokrotnie wywoływały spory i różnice zdań”. Było to haniebne stwierdzenie. Nawrocki pił bowiem do wydarzeń sprzed kilku lat. Wanda Traczyk-Stawska broniła demokratycznych wartości, krytykując rządy PiS i odradzający się brunatny nacjonalizm. W 2018 r. poparła protest osób z niepełnosprawnościami i próbowała spotkać się z uczestnikami, ale marszałek Marek Kuchciński nie wpuścił jej do gmachu parlamentu. W 2020 r. wsparła protesty kobiet przeciwko zaostrzeniu przepisów dotyczących aborcji. W 2021 r. zabrała głos podczas manifestacji na Placu Zamkowym w Warszawie po kuriozalnym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego wydanym na zamówienie PiS w sprawie uznania wyższości konstytucji RP nad prawem Unii Europejskiej. „Ja jestem żołnierzem, który pamięta, jak krew się lała, jak moi koledzy ginęli, ja tu jestem, aby wołać w ich imieniu! Nasza ojczyzna to Polska w Europie! Nikt nie wyprowadzi nas z Europy! Europa to także moja matka!”, mówiła Traczyk-Stawska. Jej przemówienie próbował zagłuszyć kumpel Nawrockiego, neofaszysta Robert Bąkiewicz. „Milcz, głupi chłopie, chamie skończony!”, odcięła się żołnierka AK, co wywołało entuzjazm zgromadzonych. A w proteście wzięło udział ponad 100 tys. ludzi. Wyszkowski wpadł w furię. Styropianowy kombatant Solidarności porównał Wandę Traczyk-Stawską do hitlerowskiego zbrodniarza, degenerata i przestępcy seksualnego Oskara Dirlewangera, którego oddziały SS złożone z kryminalistów wymordowały kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w tym mieszkańców Warszawy. „Krzysztof! Proszę! Nie!!! Tak nie wolno! Są jednak rzeczy i sprawy nieporównywalne”, apelował Sławomir Cenckiewicz. Podobnego zdania był ówczesny rzecznik IPN Rafał Leśkiewicz, według którego „ten komentarz nie miał prawa się pojawić”. Za coś takiego Wyszkowski powinien zostać wykluczony z życia publicznego, ale środowisko PiS, w tym Karol Nawrocki, który był prezesem IPN, uznało, że nic poważnego się nie wydarzyło. Prof. Tadeusz Wolsza, szef Kolegium IPN (Wyszkowski jest członkiem tego gremium) stwierdził, że „za prywatne wypowiedzi i komentarze, które nie są stanowiskiem Kolegium IPN, odpowiada wyłącznie ich autor”. Politycy PiS byli też pobłażliwi Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  7 września, 2026
Polska pod napięciem

Polska pod napięciem

Centra danych – cyfrowa przyszłość czy energetyczna pułapka? Wyobraźmy sobie halę wielkości kilku boisk piłkarskich. Tysiące szaf serwerowych. Szum wentylatorów. Setki tysięcy procesorów pracujących non stop. Chłodzenie, które potrzebuje kilometrów rur z wodą, i transformatory wielkości autobusu. Dla większości z nas to „chmura”, do której trafiają nasze zdjęcia i dokumenty. Dla mieszkańców podwarszawskich Reguł, Kajetan i Piaseczna to beton, stal, megawaty energii i potężne zbiorniki z olejem napędowym tuż za płotem. Polska stoi dziś na progu gigantycznego bumu na centra danych, co oznacza inwestycje liczone w dziesiątkach miliardów złotych i obietnicę świetlanej przyszłości cyfrowej. Pojawiają się jednak pytania: kto za to zapłaci? Skąd weźmiemy prąd? I dlaczego te potężne obiekty są budowane w odległości 30 m od najbliższych domów? I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu rynek centrów danych był niszą kojarzoną z Warszawą i kilkoma operatorami telekomunikacyjnymi. Dziś to ważny element infrastruktury państwa – cyfrowe magazyny polskiej gospodarki, bankowości, administracji, chmury i sztucznej inteligencji. Przyśpieszenie na rynku Polska dysponuje obecnie 200–250 MW działającej mocy. To całkiem sporo. Sama aglomeracja warszawska to ok. 157 MW mocy. Dodajmy do tego ok. 11 MW w budowie i kolejne 148 MW w planach. Nie bez powodu stolica nazywana jest polską Doliną Krzemową centrów danych. Nasz kraj przekroczył 200 MW komercyjnej mocy w roku 2024, a prognozy mówią o 600 MW, a nawet 1 GW w roku 2030. Czym są owe megawaty? Choć pojęcie centra danych w nowoczesnym sensie upowszechniło się w latach 90. XX w. wraz z rozwojem internetu i bumem na dotcomy, początkowo ich wielkość opisywano, podając liczbę pracujących w nich serwerów. Potem przyszedł czas na hektary – im większa była powierzchnia zajmowana przez serwery, tym lepiej. Dziś są to megawaty, czyli moc, a właściwie możliwość zużycia energii w danym momencie. Liczby procesorów pracujących w centrach danych idą w setki tysięcy. Jeżeli centrum danych ma 100 MW mocy i pracuje przez godzinę, zużyje 100 MWh energii. Pracując rok, zużyje 876 GWh, co w przybliżeniu odpowiada rocznemu zużyciu energii przez ok. 478 tys. przeciętnych polskich gospodarstw domowych. A to tylko jedno centrum! Polska wchodzi teraz w drugą falę inwestycji w centra danych. Tym razem budowana jest infrastruktura pod sztuczną inteligencję. Kontrolowane przez Kulczyk Investments centrum danych Beyond.pl w Poznaniu dysponuje mocą 42 MW. Ma już zakontraktowane 100 MW, a plany przewidują rozbudowę do 150 MW. Będzie to polskie centrum sztucznej inteligencji zajmujące powierzchnię ponad 60 tys. m kw. Centrum danych WAW1 w Morach pod Warszawą buduje holenderska spółka Switch Datacenters wspólnie z funduszem De Groot Family Office. Koszt tej inwestycji szacowany jest na ok. 600 mln zł – 1 mld euro. Planowana moc ma przekraczać 100 MW. Szwedzka spółka EdgeConneX, zarządzana przez fundusz EQT Infrastructure przy mniejszościowym udziale spółki Sixth Street, ma być operatorem projektu Digital Ursus w Warszawie o mocy ok. 65 MW. Jak dotąd nie opublikowano jej oficjalnego budżetu. Źródła branżowe informują jednak, że nakłady Szwedów mają wynieść setki milionów euro. Microsoft planuje budowę gigantycznego obiektu w Ożarowie Mazowieckim, o mocy ok. 60 MW, również jednak nie podaje szacunków dotyczących kosztu inwestycji. Vantage Data Centers to z kolei Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  7 września, 2026
Śmierć na szpitalnym łóżku

Śmierć na szpitalnym łóżku

Jak placówki medyczne ukrywają błędy związane z zakażeniami szpitalnymi i sepsą Pani Janina miała 78 lat, kiedy 29 stycznia 2019 r. trafiła do szpitala w Olsztynie. 2 maja, trzy miesiące później, nie żyła. Została zakażona m.in. bakterią Klebsiella pneumoniae NDM (New Delhi), jednym z najtrudniejszych do leczenia patogenów szpitalnych na świecie. 7 marca 2019 r. rodzina odkryła, że kobieta leży w sali szpitalnej w kałuży własnej krwi. Pielęgniarki pozostawiły otwarty kranik trójdrożny przy wkłuciu centralnym. Nikt z personelu medycznego tego nie zauważył. Albo nikt nie zareagował. Otwarte wkłucie centralne to wrota do zakażenia – bakterie znajdujące się w otoczeniu, na rękach personelu, w powietrzu na oddziale, mają prostą drogę do krwiobiegu. Nic zatem dziwnego, że doszło do sepsy. Był to jeden z tysięcy tragicznych przypadków, które każdego roku zdarzają się w polskich szpitalach. W opublikowanym w połowie 2018 r. raporcie Najwyższej Izby Kontroli „Zakażenia w podmiotach leczniczych” znalazło się m.in. zdanie: „Zakładając, że ok. 5% pacjentów hospitalizowanych ulega zakażeniom szpitalnym, daje to roczną liczbę zakażeń szpitalnych w naszym kraju na poziomie ok. 400 tys.”. Według cytowanych w raporcie danych Narodowego Funduszu Zdrowia w 2015 r. z powodu sepsy hospitalizowano w Polsce 19 053 osoby, w roku 2016 – 21 522, a w pierwszym półroczu 2017 r. – 10 962 osoby. W opublikowanym w 2025 r. na łamach czasopisma „Medycyna Ogólna i Nauki o Zdrowiu” artykule „Analiza i trendy występowania zakażeń szpitalnych w Polsce w latach 2016-2023” znalazła się informacja, że rocznie raportowano ok. 80-105 tys. zakażeń szpitalnych. Skąd taka różnica pomiędzy cytowanymi danymi? 400 tys. zakażeń szpitalnych z raportu NIK to szacunek. Podana przez autorów artykułu liczba 80-105 tys. takich zdarzeń oparta jest na danych z Mapy Potrzeb Zdrowotnych platformy Baza Analiz Systemowych i Wdrożeniowych. Pamiętać jednak należy, że szpitale często ukrywają takie sytuacje. Ile w tym było przypadków sepsy? Nie wiadomo. W Polsce nikt nie prowadzi takiego odrębnego rejestru, na co również zwrócili uwagę w raporcie pracownicy NIK. Oznacza to, że jesteśmy skazani na szacunki i domysły. Ostatnie dni życia 78-letniej pani Janiny przypominały horror. Z akt sądowych wynika, że personel pielęgniarski w szpitalu nie był odpowiednio przeszkolony z przygotowywania mieszanek żywieniowych podawanych dożylnie. Podawane pacjentce preparaty żywieniowe uzupełniano, dodając i wstrzykując substancje odżywcze do worków – w gabinecie zabiegowym, na szafkach, bez zachowania wymogów aseptyki dotyczących żywienia pozajelitowego. Pielęgniarki jednak musiały wiedzieć, że każde zanieczyszczenie mieszanki może się skończyć źle. 28 stycznia 2022 r. syn pani Janiny złożył w sądzie pozew przeciw szpitalowi. 28 sierpnia 2025 r. Sąd Okręgowy w Olsztynie (sygnatura akt I C 240/25) wydał wyrok i zasądził 160 tys. zł zadośćuczynienia za krzywdę moralną związaną ze śmiercią bliskiej osoby. Sprawa jak na polskie warunki trwała rekordowo krótko – zaledwie trzy i pół roku. 160 tys. zł za matkę, która leżała w kałuży krwi z otwartym wkłuciem. Matkę karmioną mieszankami przygotowywanymi na brudnych szafkach przez nieprzeszkolony personel i zarażoną bakterią New Delhi. Matkę, która odeszła po trzech miesiącach cierpień. Zakażenie szpitalne a sepsa Zakażenie szpitalne to termin, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  31 sierpnia, 2026

Świat

Farmerzy mają dość. Wojna celna z Kanadą przelewa czarę goryczy Korespondencja z USA Ze wszystkich bastionów MAGA te na prowincji od samego początku były najsilniejsze i najbardziej zdyscyplinowane. Prowincjonalna Ameryka przez prawie dekadę konsekwentnie głosowała na człowieka, któremu zaufała niemal bezgranicznie. Refleksja pojawiła się po raz pierwszy, kiedy przyszło zapłacić za chaotyczną politykę celną Trumpa w ubiegłym roku, a drugi raz – gdy po atakach na Iran podrożało paliwo. Ale potrzebna była dopiero wojna handlowa z Kanadą, by Amerykanie przejrzeli na oczy. Miłość ze złości W 2016 r. Trump zdobył 65% głosów w hrabstwach, których mieszkańcy żyją głównie z rolnictwa. Cztery lata później – już 70%, a w ostatnich wyborach – aż 78% („The New Republic”, czerwiec 2026). Kamala Harris przegrała w 2024 r. walkę o ten elektorat z aż 30-punktową różnicą. Jednocześnie był to najlepszy od czasów Ronalda Reagana wynik konserwatysty na prowincji – choć trzeba wziąć poprawkę na fakt, że Reagan zwyciężył w stylu landslide (lawinowo) w każdym przedziale wyborczym. I jeszcze jedna ciekawostka. Do lat 90. amerykańska prowincja głosowała mniej więcej tak samo jak miasta, uwzględniając oczywiście różnice regionalne. Pas biblijny, czyli południe USA, zawsze preferował polityków konserwatywnych, z kolei oba wybrzeża i Nowa Anglia zawsze ciążyły ku progresywistom. Czym Trump zaskarbił sobie tak wielką sympatię mieszkańców małych miast i wsi? Olbrzymią rolę odegrały jego specyficzna charyzma oraz kult „człowieka biznesu”, a więc tego, który „wie, potrafi i dowiezie”. Prowincjonalni wyborcy, zubożali, bezrobotni, mający poczucie odstawienia na boczny tor historii, w roku 2016 buntowali się przeciw wszystkim elitom. Wizja rządów człowieka, który na każdym kroku podkreślał, że jest „spoza systemu”, była pociągająca. Choć Trump nie szafował konkretami, to obiecywał wsi natychmiastowe obniżenie kosztów życia, politykę celną, która poprawi koniunkturę na amerykańskie produkty, oraz powszechną deregulację – zdjęcie duszącej przedsiębiorców obroży, bezlitośnie zaciśniętej przez demokratów. Na okrasę były zapowiedzi hojnego wsparcia federalnego dla farm w kłopotach finansowych i masowych deportacji nielegalnych migrantów, przestępców i dilerów fentanylu. Narkomania największe żniwo w USA zbiera właśnie na prowincji. Miłość przebacza Czy Trump „dowiózł”? Bynajmniej. Nigdy nie podpisał obiecanej wsi ustawy zapomogowej ani żadnego rozporządzenia ułatwiającego prowincji dostęp do internetu oraz infrastruktury komunikacyjnej, co miało wyrównywać jej szanse edukacyjne i zawodowe. Do tego wieś z własnej kieszeni zapłaciła za jego „wojnę sojową” z lat 2018-2019. Rachunek wyniósł ok. 28 mld dol. strat za niezrealizowany eksport amerykańskiej soi do Chin. Można się spierać o to, co dokładnie wywołało zbiorową amnezję i sprawiło, że w 2024 r. prowincja ponownie zasiliła szeregi największych zwolenników Trumpa. Tak czy owak, wieś znowu uwierzyła, że jest jego oczkiem w głowie. Na wieść o tym, że USA weszły w stan wojny handlowej z Kanadą i oba państwa obłożyły się 50-procentowymi cłami na towary warte ponad 20 mld dol., wszyscy zareagowali szokiem. Najbardziej osłupiała prowincja – to przecież ona poniesie największe koszty tego konfliktu. Od razu jednak

Cegiełki pod chiński porządek

Cegiełki pod chiński porządek

Zachód traci monopol, BRICS buduje alternatywę Stwierdzenie, że demokracje liberalne północnego Atlantyku straciły monopol na dyktowanie norm i zasad, według których ma funkcjonować współczesny świat, jest prawdziwe, ale dziś już trywialne. Maleje znaczenie polityczne Europy, co w połączeniu ze stagnacją gospodarczą, brakiem nowej wyobraźni politycznej i wewnętrznym skłóceniem sprawiło, że Stary Kontynent dla mało kogo jest punktem odniesienia. Z kolei administracja Donalda Trumpa odsłoniła strukturalne słabości Stanów Zjednoczonych, a dodatkowo pogłębiła niektóre deficyty. Tym samym przyśpieszyła schyłek tzw. amerykańskiego momentu, okresu, w którym tamtejsza armia, gospodarka, soft power oraz kompleks akademicko-technologiczny pozostawały najlepsze i największe na świecie, praktycznie niezagrożone w swojej dominacji. USA już nie są globalnym hegemonem – ani „dobrodusznym”, jak mówiono w latach 90., ani „pasożytniczym”, jak nazwał je felietonista „Foreign Policy” i wykładowca Harvardu prof. Stephen Walt. Politolog ten w ostatniej publikacji przygotował nawet listę „10 sposobów, na które Trump osłabia Amerykę”, oceniając, że w polityce zagranicznej działania prezydenta do tej pory były „wyłącznie szkodliwe”. Hegemon na glinianych nogach Era hegemonów, podobnie jak czas uniwersalizmów, dobiega zresztą końca, i to nie tylko z powodu trajektorii spadkowej samej Ameryki. Henry Kissinger zauważył kiedyś, że w miarę powszechny porządek międzynarodowy, taki jak ten, który mieliśmy w ostatniej dekadzie XX w., możliwy jest wyłącznie wtedy, kiedy istnieje hegemon spełniający dwa kryteria. Po pierwsze, narzuca on zasady zachowania mniejszym graczom. Po drugie, jest w stanie wyegzekwować przestrzeganie tych zasad. W dzisiejszym świecie, jak niedawno na łamach magazynu „Foreign Affairs” zauważył brazylijski politolog Matias Spektor, żadne państwo nie spełnia obu tych warunków. Amerykanie nie mają zasobów, żeby zmusić mniejsze państwa do respektowania ich wizji, czego najlepszym przykładem jest kuriozalna wojna z Iranem. Waszyngton zużył w niej jedynie swoje zapasy pocisków dalekiego zasięgu i systemów obrony przeciwrakietowej, a strategicznie nie osiągnął tam nic, w praktyce wręcz wyniósł Iran do rangi regionalnego mocarstwa. Biorąc pod uwagę fakt, że kraj ten jeszcze niedawno był pariasem nawet dla państw Zatoki Perskiej, jest to osiągnięcie zaiste wybitne. Z kolei drugi potencjalny hegemon, twierdzi Spektor, nie jest specjalnie zainteresowany stabilizowaniem świata rozchwianego przez populistów i spółki technologiczne. Znaczenie geopolityczne Chin rośnie w zawrotnym tempie, ale przywództwo pod względem nowych technologii oraz inwestycji infrastrukturalnych to nie wszystko. W prosty sposób udowodnił to David Lubin, ekspert brytyjskiego think tanku Chatham House, zajmujący się polityką walutową i makroekonomią. W niedawnym komentarzu dla macierzystej instytucji opisał potencjalną naturę kolejnego kryzysu finansowego. Zdaniem Lubina, jeśli do niego dojdzie, nie będzie przypominał wielkiego kryzysu z 2008 r., bo znajdujemy się w innym układzie hegemonicznym. Wtedy, pisze Lubin, Amerykanie wzięli na siebie zadanie ustabilizowania rozkołysanej łodzi, jaką były światowe rynki finansowe. Dzisiaj już nie byliby w stanie tego zrobić, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  7 września, 2026
Stabilność bez perspektywy

Stabilność bez perspektywy

Rząd Giorgii Meloni urzęduje najdłużej w dziejach Włoch Korespondencja z Rzymu 4 września 2026 r. w porcie w Bari Giorgia Meloni wraz z ministrami i działaczami Braci Włochów świętowała historyczny rekord. Tego dnia jej rząd przekroczył 1412 dni urzędowania i wyprzedził drugi gabinet Silvia Berlusconiego, pozostający u władzy od 11 czerwca 2001 r. do 23 kwietnia 2005 r. To znaczące osiągnięcie w kraju od lat kojarzonym z polityczną niestabilnością, szczególnie w okresie tzw. Pierwszej Republiki (1948-1994). W rankingu najdłużej urzędujących gabinetów za rządem Meloni oprócz drugiego rządu Berlusconiego znajduje się jego czwarty rząd, który sprawował władzę przez 1287 dni. Kolejne miejsce zajmuje pierwszy gabinet Bettina Craxiego – 1093 dni. Od 1946 r. Włochy miały 68 gabinetów, co pokazuje skalę politycznej rotacji. Rozdrobnienie sceny politycznej, kruche koalicje wielopartyjne, częste zmiany układów parlamentarnych i klientelizm sprawiały, że włoskie rządy utrzymywały się średnio przez ok. 14 miesięcy. Gabinet Giorgii Meloni został zaprzysiężony 22 października 2022 r. Jego utrzymanie się przy władzy przez niemal cztery lata jest więc bez wątpienia wyczynem. Przy tym Meloni to pierwsza w historii Włoch kobieta stojąca na czele rządu. Ale czy sama stabilność wystarczy? Meloni świętuje, Włosi nie „Podczas gdy włoskie rodziny płacą z własnej kieszeni za niekompetencję tego rządu – mierząc się z rekordowo wysokimi cenami paliw, z kosztującymi niemal 30% więcej niż pięć lat temu artykułami spożywczymi i z rachunkami należącymi do najwyższych w Europie – Giorgia Meloni myśli wyłącznie o zmianie ordynacji wyborczej i przygotowaniach do swojej uroczystości w Bari. Głównym zmartwieniem w Pałacu Chigi są przygotowania do celebracji, podczas gdy dla Włochów najważniejsze jest opłacenie pełnego baku samochodu i zrobienie zakupów”, oskarżała sekretarz Partii Demokratycznej Elly Schlein, dodając: „Meloni świętuje, Włosi nie”. Również lider Ruchu Pięciu Gwiazd Giuseppe Conte ironizował: „Są zbyt zajęci przygotowaniami do uroczystości w Bari i konstruowaniem ordynacji wyborczej, która pozwoli im przyspawać się do władzy. Oprócz rekordu długowieczności mają na koncie jeszcze jeden: to rząd, który najdłużej ignorował problemy Włochów”. Dla liderów opozycji krytykowanie rządzących jest obowiązkiem, zwłaszcza w perspektywie zbliżających się wyborów. Obrońcy Meloni wskazują natomiast, że jej rządy przypadają na okres szczególnie trudnej sytuacji gospodarczej. Wojna w Ukrainie, wprowadzenie przez administrację Donalda Trumpa ceł, które uderzyły w ważne sektory włoskiego eksportu, szczególnie dotykając małe i średnie przedsiębiorstwa, napięcia na Bliskim Wschodzie, wojna z Iranem i zakłócenia żeglugi przez cieśninę Ormuz, wywołujące kolejne wzrosty cen energii i paliw oraz skoki inflacji. Jednocześnie nastąpiło spowolnienie gospodarcze w strefie euro, zwłaszcza w Niemczech, jednym z najważniejszych partnerów handlowych Włoch, ograniczając popyt na włoskie towary i hamując przemysł. Mimo to Włochy nie weszły w recesję. Jak podają media, wzrost PKB utrzymywał się na poziomie ok. 0,6--0,8%, a deficyt budżetowy spadł z 8,1% do ok. 3,1% PKB, przybliżając kraj do wyjścia z unijnej procedury nadmiernego deficytu. Stabilność rządu Meloni okazała się gwarancją

  7 września, 2026
Pocztówka z… czyli wakacyjna miniszarada

Pocztówka z… czyli wakacyjna miniszarada

Wbrew stereotypom okres wakacyjny to czas intensywnej pracy akademików. Odbywa się wtedy wiele konferencji, na których obecność jest niemal obowiązkowa. Są one intelektualnie poruszające, ale wiążą się z dużym nakładem pracy. Nie chcę jednak zaprzątać uwagi Czytelników dylematami politycznymi rozpatrywanymi na zjazdach naukowych; kraj, w którym byłem z powodów zawodowych, może też być interesującym celem wakacyjnym. Niniejszy tekst jest zatem moją trzecią pocztówką z wakacji. Trzy lata temu pisałem o Nowym Jorku („Amerykańskie impresje”), rok temu o Seulu („Blisko perfekcji”), a dzisiaj o… Ciekawe, jak szybko Państwo się domyślą. Dodam, że tym razem tekst ma współautorkę, prof. Annę Citkowską-Kimlę. Nastaw czajnik Państwo, które mamy na myśli, należy do rodziny państw europejskich. Od 1 stycznia 1973 r. jest członkiem Unii Europejskiej, należy do strefy euro, co upraszcza życie podróżującemu, jest także w strefie roamingu UE (to niezwykle ważne dla cyfrowego nomady), ale nie należy do strefy Schengen, dlatego warto mieć przy sobie paszport, co usprawni przejście na lotniskach. Historycznie i geograficznie państwo to dzieli się na cztery prowincje (północną, wschodnią, zachodnią i południową). Uwidacznia się to m.in. w symbolice i sporcie. Nazw tych prowincji na razie nie ujawniamy, bo zagadka, jaki to kraj, zostałaby od razu rozwiązana. Mieliśmy przyjemność być w zachodniej części, przepięknym regionie. Ludzie zamieszkujący to państwo są uprzejmi, ale pełni godności, nienachalni przy sprzedawaniu czegokolwiek i przy świadczeniu usług, co dodatnio ich wyróżnia na tle innych rejonów świata. Informacja pozornie naprowadzająca: przeciętny mieszkaniec tego kraju wypija od czterech do sześciu filiżanek herbaty dziennie. Tym samym kraj ten plasuje się na drugim miejscu w globalnych rankingach spożycia herbaty per capita. Pierwsze miejsce zajmuje Turcja, a trzecie Wielka Brytania, nie chodzi więc o Zjednoczone Królestwo. Heinrich Böll zauważył, że przez każde gardło w tym kraju „przepływa ilość herbaty mogąca wypełnić cały basen”. Herbatę pije się tam niemal zawsze z dodatkiem mleka oraz opcjonalnie cukru. Kulturowe znaczenie ma sformułowanie put the kettle on, nastaw czajnik – automatyczna reakcja na każdą sytuację życiową, począwszy od plotek ze znajomymi, poprzez radzenie sobie z wyzwaniami, po antidotum na deszczową i wietrzną pogodę. Po tym akapicie staje się już oczywiste, że chodzi o kraj, w którym zarówno herbatę, jak i kawę spożywa się z whisky, czyli po… irlandzku. Skoro jesteśmy przy napojach, od razu przekazujemy informacje od rodowitego Irlandczyka na temat drugiego najpopularniejszego na szmaragdowej wyspie napoju. Irlandczycy twierdzą, i zapewne mają rację, że prawdziwy Guinness jest tylko w Irlandii. Kiedy barman nam go poda, należy cierpliwie poczekać, aż powoli od dołu uzyska krystaliczną czarną barwę. Następnie pijemy naraz jeden potężny łyk, do połowy napisu Guinness na szklance (ciekawe, komu to się uda od razu). Następnie piwo należy wypić w ciągu 20 minut. Wśród najbogatszych państw A teraz kilka podróżniczych rekomendacji. W związku ze zmianami klimatycznymi Irlandia staje się coraz popularniejszym kierunkiem, jeśli chodzi o wypoczynek. Potrafi zaskoczyć i zachwycić słońcem, jak było w naszym przypadku. Wtedy trudno uwierzyć w jej deszczowy i wietrzny klimat. A skoro o wietrze mowa: okna w Irlandii otwierają się na zewnątrz, właśnie ze względu na wiejące tam cały rok wiatry. Żeby nie było tak słodko, jeden duży mankament. Przynajmniej dla nas. Ruch lewostronny. Na szczęście można liczyć na komunikację autobusową. Lokalni kierowcy autobusów wyręczają takich jak my kontynentalnych nieudaczników i wiozą gdzie trzeba. No i jeszcze bardzo wąskie lokalne drogi. Trudno na nich się minąć, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  31 sierpnia, 2026
Szczepionka na radykalizm

Szczepionka na radykalizm

Jeśli Hiszpania skręci w prawo, konsekwencje odczuje cała Europa Ostatnio Madryt stawiany jest w absolutnej awangardzie polityki europejskiej. Podczas gdy zdecydowana większość zachodnich gospodarek utknęła w miejscu albo się kurczy, Hiszpania notuje wzrost na poziomie 2,1% PKB w skali roku – to wynik dzisiaj nieosiągalny dla Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Ponadto im bardziej europejski główny nurt, z Ursulą von der Leyen, Mette Frederiksen i Donaldem Tuskiem na czele, skręca w prawo pod względem regulacji migracyjnych i skali deportacji, tym bardziej Pedro Sánchez obiera kurs przeciwny. Niedawno jego rząd podjął decyzję o stworzeniu szybkiej ścieżki legalizacji pobytu, a z czasem nawet uzyskania obywatelstwa, dla pół miliona nielegalnych imigrantów, głównie z krajów Ameryki Łacińskiej. Początkowe szacunki okazały się zresztą zbyt zachowawcze. Osób, które będą w stanie skorzystać z nowych przepisów, może być nawet o jedną trzecią więcej. W dodatku Sánchez, polityk szalenie utalentowany, ale też kochający splendor, nie kryje się ze swoją oryginalnością. Nową politykę migracyjną ogłosił światu esejem na łamach „New York Timesa”. Brama do UE Migracja to oczywiście przykład najjaskrawszy, ale fundamentalnych różnic pomiędzy Madrytem a resztą kontynentu jest znacznie więcej. W obliczu nadchodzącego „drugiego chińskiego szoku handlowego”, który może wyeliminować setki tysięcy miejsc pracy w europejskim przemyśle, Bruksela i Berlin przygotowują się do ostrzejszego protekcjonizmu wobec Chin. Hiszpanie w tym samym czasie otwierają się na chiński kapitał. Sánchez był w Pekinie cztery razy w ciągu czterech lat, a jego współpraca z Państwem Środka zaczyna przyjmować niepokojącą formę. Portal śledczy Intelligence Online ujawnił niedawno, że w Madrycie odkryto jeden z wielu rozsianych po całej Europie nieoficjalnych i po prostu nielegalnych posterunków chińskiej policji. Xi Jinping używa tych jednostek do monitorowania chińskiej diaspory, szpiegostwa – w tym przemysłowego – i wpuszczania propagandy do obiegu informacyjnego społeczeństw europejskich. Władze w Madrycie rzekomo miały wiedzieć o istnieniu posterunku, ale nic z tą wiedzą nie zrobiły, bo sięgające ponad 3,5 mld euro chińskie inwestycje w tamtejszy przemysł motoryzacyjny byłyby zbyt wielką ceną, którą trzeba by zapłacić za interwencję w tej sprawie. Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, o które niedawno pokusił się Ivan Krastev. Bułgarski politolog powiedział, że Sánchez „jest tak samo utalentowany jak Viktor Orbán i zaczyna odgrywać tę samą rolę wobec Pekinu, którą przez lata odgrywał premier Węgier”. Krótko mówiąc, dawniej to Budapeszt był bramą Chińczyków do Unii Europejskiej, dzisiaj jest nią Madryt. Energia jądrowa, źródła odnawialne, eutanazja, kobietobójstwo, prawa mniejszości, decentralizacja. Tam, gdzie wiele państw europejskich próbuje wrócić wręcz do XIX w., monopolizując władzę w rękach rządów i ograniczając swobody obywatelskie, lewicowy premier Hiszpanii podąża w przeciwną stronę. Nie ma co się oszukiwać, pod wieloma względami jest to możliwe dzięki dywidendzie geograficznej. Wojna, przynajmniej na razie, Hiszpanom nie grozi, obawiać się mogą – i powinni – znacznie bardziej katastrofy klimatycznej, która właściwie już każdego lata dewastuje tysiące hektarów lasów i niszczy infrastrukturę krytyczną. Na razie jednak to problem głównie dla turystyki, odpowiadającej za 13% tamtejszego PKB. Póki nie płoną miasta, można co najwyżej się martwić, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  31 sierpnia, 2026
Jak znikają europejskie rzeki

Jak znikają europejskie rzeki

Dramatycznie niski stan wody powoduje ogromne straty w gospodarkach krajów, przez które przepływa Dunaj „Królowa europejskich rzek”, długa na prawie 3 tys. km, dla dziewięciu krajów i czterech stolic, przez które przepływa, ma ogromne znaczenie nie tylko gospodarcze, ale i symboliczno-patriotyczne. Większość z nas słyszała o słynnym walcu Johanna Straussa syna „Nad pięknym, modrym Dunajem”. Bułgarzy śpiewają o rzece w hymnie narodowym. A rolnicy i sadownicy, których uprawy znajdują się w delcie i na Nizinie Węgierskiej, co roku wyczekują opadów, które podniosą poziom wody w rzece, zapewniając jesienią obfitsze plony. Przez lata intensywne deszcze w Niemczech czy w Austrii były przyczyną powodzi w dolnym biegu Dunaju. Miejscowi wiedzieli jednak, że kiedy powodzie ustąpią, użyźnione gleby obrodzą w najlepsze w Europie owoce i warzywa. Tak było przez stulecia. Ale od kilku tygodni w miejscach, gdzie zazwyczaj nie brakowało opadów, czyli w południowo-zachodnich Niemczech bądź w rejonie przełomu Dunaju, panuje wyjątkowa susza, której towarzyszą rekordowe upały. Dunaju nie zasilają też – jak bywało w przeszłości – liczne jego dopływy. Sawa, prawy dopływ, rzeka o długości zbliżonej do Wisły, wypływa z Alp Julijskich, terenów, gdzie często pada. Przez dziesięciolecia podnosiła poziom wody dolnego Dunaju. W tym roku i w słoweńskich, i w innych częściach Alp opadów jest jak na lekarstwo. Cisa, lewy dopływ, również poziomu Dunaju nie podniesie. Powód – na ukraińskim Zakarpaciu, skąd wypływa, i na Węgrzech, w jej dolnym biegu, tego lata praktycznie nie padało. Rekordowo niski stan wód na Dunaju jest przyczyną piętrzących się kłopotów, które dotyczą coraz szerszej grupy mieszkańców Europy Środkowej i Bałkanów. A prognozy nie pozostawiają złudzeń – skala problemów może jedynie się powiększać. Słowacja U naszych południowych sąsiadów Dunaj płynie na stosunkowo krótkim, 172-kilometrowym odcinku. Na Nizinie Naddunajskiej, która jest najcieplejszym i najsuchszym regionem Słowacji, tego lata w Kamenicy nad Hronem odnotowano temperaturę 41,4 st. C. Słowacki odcinek Dunaju jest krótki, ale rzeka przepływa przez Bratysławę, gdzie znajduje się port rzeczny. Od kilku tygodni jego prace są praktycznie sparaliżowane. Zbyt płytki nurt uniemożliwia normalny ruch statków towarowych oraz wycieczkowych, m.in. tych z Wiednia czy nowych połączeń do Belgradu. W okolicach Bratysławy zlokalizowana jest duża część ważnych dla Słowacji zakładów. Ograniczenia w poborze wody znacząco zmniejszają wydajność chociażby rafinerii Slovnaft w bratysławskiej dzielnicy Ružinov. Mieszkańcy i turyści od kilku tygodni odkrywają zaś na brzegach rzeki miny i pozostałości materiałów wybuchowych z czasów II wojny światowej. Kilkadziesiąt kilometrów od Bratysławy znajduje się tama i elektrownia wodna Gabčíkovo (po sporach z Węgrami oddana do użytku dopiero w 1992 r.). Brak wody w Dunaju powoduje, że Gabčíkovo dostarcza Słowacji tylko 90 z możliwych 720 MW! Na szczęście słowackie elektrownie atomowe Jaslovské Bohunice i Mochovce położone są dość daleko od Dunaju i nie są uzależnione od poziomu jego wód. Węgry Bratankowie w kwestii energii elektrycznej są w znacznie gorszej sytuacji niż Słowacy. 20-tysięczne miasteczko Paks leżące w środkowych Węgrzech stało się tego lata „gwiazdą” światowych agencji prasowych i najważniejszych stacji telewizyjnych. Niezwykle trudna sytuacja tamtejszej elektrowni Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  31 sierpnia, 2026

Kultura

AKTUALNOŚCI

Więcej
Aktualne Pytanie Tygodnia

Dlaczego tak łatwo można manipulować Polakami?

Prof. Mirosław Karwat, politolog, kierownik Katedry Teorii Polityki i Myśli Politycznej WNPiSM UW Dość powszechna podatność na manipulację w przekazie politycznym wynika m.in. z niskiego poziomu i zakresu wiedzy obywatelskiej rodaków, tylko wyrywkowego i doraźnego zainteresowania polityką (a i wtedy nie meritum, ale detalami lub chwilowymi wrażeniami i nastrojami), z krótkiej pamięci wyborców o decyzjach i czynach polityków oraz z braku przyzwyczajenia do ciągłości w myśleniu, do porównywania źródeł i treści informacji, co umożliwiałoby samodzielność i krytycyzm w ocenach. Dominują subiektywne kryteria wiarygodności i skłonność do wiary na kredyt (z góry w dowolnej sprawie i sytuacji, na zawsze) ze względu na kryterium „swój, nasz, normalny, prawdziwy Polak” oraz irracjonalne uprzedzenia do oponentów. Znać tu efekty zarówno wychowania religijnego, jak i marketingu – jedno i drugie naprowadza na emocje, nie na przemyślenia. Prof. Radosław Markowski, profesor nauk społecznych Możemy najwyżej mówić o takich Polakach, którzy dają sobą manipulować lub nie dają. Mamy przecież bagaż wiedzy naukowej, dzięki której m.in. latamy w kosmos. W odróżnieniu od wypowiedzi religijnych w naukę wdrukowane są autokorekty. W przypadku religii mamy instytucję, która dba o nienaruszalność głoszonych dogmatów, nawet jeśli są sprzeczne z empirią. Kiedy mowa o manipulacji, myślimy więc o ludziach, którym przedstawia się świat, jakiego nie ma. Są to osoby ideologicznie zawłaszczone przez sprawnych manipulatorów. Działa Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Konsul zamożnych Polaków

Naszych konsularników, czyli konsulów z placówek i urzędników pracujących w centrali, w departamencie, najbardziej burzyło, gdy konsulami generalnymi zostawali zupełni dyletanci, osoby z politycznego polecenia. Taki najazd mieliśmy np. w czasach PiS na konsulaty w USA – w pewnym momencie żadnym nie kierowała osoba, która wcześniej zajmowała się sprawami konsularnymi. No to teraz warto wspomnieć o innym przypadku, tylko z pozoru podobnym. Otóż do Barcelony na konsula generalnego minister Sikorski wysłał osobę, która również nie zajmowała się wcześniej sprawami konsularnymi. Ale nie ma w MSZ człowieka, który by twierdził, że to chybiona nominacja. Wręcz przeciwnie, mówią, że trudno byłoby lepiej trafić. Tym konsulem jest Maciej Bernatowicz. Człowiek, który zna i kocha Hiszpanię, MSZ w zasadzie zna od dziecka, przez wiele lat był na placówce w Madrycie i pracował w centrali. Do tego ma wielkie umiejętności komunikowania, rozmawiania i przekazywania informacji. Jeśli więc tylko nie zabraknie mu zapału… Zacznijmy od tego dziecka – Maciej Bernatowicz jest synem Grażyny Bernatowicz, która dwa razy była wiceministrem spraw zagranicznych i o której kompetencjach minister Sikorski wyrażał się z najwyższym uznaniem. Głównym obszarem jej zainteresowań była Hiszpania i proces jej wejścia do Unii Europejskiej – pisała z tego i doktorat, i habilitację. Przez pięć lat (2002–2007) była ambasadorem w Madrycie, potem, po powrocie do Warszawy, objęła stanowisko wiceministra. W tym czasie w MSZ zaczął pracować, po przyjściu z Kancelarii Premiera, Maciej Bernatowicz. W różnych miejscach – w centrali był wicedyrektorem w Departamencie Współpracy Ekonomicznej, a potem w Departamencie Ameryki. W latach 2011-2016 kierował referatem ekonomicznym ambasady w Madrycie i był jej rzecznikiem prasowym. W latach 2018-2023 pracował w ambasadzie w Hadze, odpowiadając za kwestie zarówno gospodarcze, jak i później polityczne. Minęło mu tak, przy różnych ministrach, prawie 20 lat. I już wiadomo, że sam na swoją pozycję zapracował. A teraz ta Barcelona. Bernatowicz mieszkał w Hiszpanii prawie dziewięć lat, studiował w Madrycie. Gdy tam był, przesyłał korespondencje do gazet, radia i telewizji. Wie zatem, jak mówić, aby przyciągać uwagę. Napisał zresztą książkę o jednoznacznym tytule: „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko”. Warte zauważenia – gdy przedstawiał posłom w Sejmie swój okręg konsularny i plan pracy, panowała cisza, słuchano go z uwagą. Bo to miejsce, w którym mieszkania i domy ma kilkadziesiąt tysięcy Polaków. W Katalonii, Walencji. Owszem, jest jeszcze spora grupa dawnej emigracji zarobkowej, ale przede wszystkim napływają ci nowi, zamożni, którzy kupili nieruchomości – jedni, żeby wynajmować, drudzy, żeby mieszkać. W wakacje albo na stałe. No i 1,5 mln polskich turystów. Do tego placówka musi się przystosować. Bo Polacy w Hiszpanii chcą już czegoś innego i co innego mogą zaoferować. Później posłowie, jeden po drugim, gratulowali Bernatowiczowi prezentacji. W sumie dobrze się zaczyna… Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Listy od czytelników nr 37/2026

Bezkarni, bezczelni, bezmyślni Lektura artykułu, a zwłaszcza fragmentu o trzech kierowcach, którzy mieli rekordowe 19 (!) zakazów prowadzenia pojazdów, nasunęła mi pewną refleksję. Czy sądy nie mogą, czy nie chcą nic robić z takimi kierowcami? Spójrzmy na tę sytuację z innej perspektywy: jesteście państwo sędzią orzekającym wobec kierowcy, który miał już 18 zakazów prowadzenia. Czy naprawdę tym 19. delikwent się przejmie? Taki człowiek już przy złamaniu pierwszego zakazu powinien dostać przynajmniej obowiązek prac społecznych, żeby było jasne, że instytucja państwa daje mu fory, nie zmieniając przymusowo ostatniego adresu zamieszkania przy  ul. 17 Stycznia 28 w Rawiczu. A jeśli znowu tak się zachowa na drodze, to żadnej taryfy ulgowej i trzeba go wysłać do tego Rawicza czy Białołęki. Orzekanie kilku czy kilkunastu zakazów nic nie da, skoro z jednego delikwent nic sobie nie robi. Nurtuje mnie tylko pytanie, czy sędziowie nie mogą, czy nie chcą iść w stronę, o której tu mówię. Tomasz Wasiołka   To wierzchołek góry lodowej. Codziennie „siedzą mi na zderzaku” w obszarze zabudowanym całkiem trzeźwi, jak mniemam, kierowcy ciężarówek oraz mniejszych samochodów dostawczych. Z prozaicznego powodu – jadę przepisowo. Codziennie mój samochód jest wyprzedzany w miejscach niedozwolonych: na podwójnej ciągłej, na skrzyżowaniach, przejściach dla pieszych, przejazdach kolejowych itp. Bo panowie szlachta mają włączony tempomat albo tak bardzo się śpieszą, by nasza gospodarka nie upadła, że nie ma dla nich większej świętości, niż zarobić, nawet kosztem cudzego zdrowia i życia. O młodocianych kierowcach mocno przechodzonych bmw nie wspominając. Dla nich bezmyślność i brawura to sposób na dobre spędzenie czasu. Co gorsza, na wielu drogach policji nie widać miesiącami, jeśli nie latami. To nie wysokość kary odstrasza, ale jej nieuchronność. Michał Błaszczak   Tatry moich czasów W latach 60. wędrowałam po Tatrach. To był obóz szkolny organizowany przez opiekuna kółka turystycznego. Przed wyjazdem przygotowywaliśmy się do wędrówki. Odbywaliśmy wielokilometrowe piesze wycieczki, by mieć kondycję. Wiedzieliśmy, jak się zachować w górach i jak się ubrać (to w nawiązaniu do dzisiejszych zachowań osób wędrujących po górach). Pamiętam, jak wybieraliśmy się na Giewont. Było cicho i od czasu do czasu mijała nas niewielka grupa lub pojedyncze osoby. Zwyczaj przekazywania sobie pozdrowień był wtedy powszechny i bardzo sympatyczny. Dzisiaj przy tabunach pseudoturystów, zachowujących się głośno, rzucających śmieci, nie jest to możliwe. Od lat nie jeżdżę w góry, bo to nie wypoczynek, lecz mordęga. Żal tamtego czasu, kiedy można było napawać się ciszą i podziwiać widoki. Cóż, wspomnień czar. Danuta Drelich-Pacanowska Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Złodziejskie żniwa w ROD

Moda na rodzinne ogrody działkowe (ROD) nie słabnie. Chętnych na kawałek działeczki z altanką jest więcej niż wolnych miejsc w 4,5 tys. ogrodów, które gospodarują na 40 tys. ha. Szczęśliwi posiadacze ogródków są w szczycie sezonu. Niestety, nie tylko oni. Żniwa mają złodzieje. Buszują po działkach i kradną wszystko. Najczęściej elektronarzędzia, kosiarki, sprzęt ogrodniczy, rowery i butle gazowe. Rekordziści mają na koncie po kilkadziesiąt włamań. Straty idą w dziesiątki tysięcy złotych. Zdarzają się też takie sytuacje jak w Darłowie, gdzie 38-letni złodziej zaczął od zjedzenia kiełbasy i wypicia ośmiu puszek piwa. Najedzony zabrał wkrętarkę i uciekł. Był i taki złodziej, który schował się przed właścicielem za zasłonką. Oraz taki, który czekał z łupem na autobus. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Wojenka między imperiami

Czy Tadeuszowi Rydzykowi udało się zbudować coś tak wielkiego, że może nosić dumną nazwę IMPERIUM? Zazdrośnicy tak widzą dzieło toruńskiego redemptorysty. A że wielu jest krytyków Radia Maryja, Telewizji Trwam i „Naszego Dziennika”, to doczekali się riposty. I broszury „Pokonać Goliata. Mechanizmy propagandy medialnych gigantów przeciw Radiu Maryja”, której autorami są prof. Janusz Kawecki, szef zespołu wspierania Radia Maryja, oraz pracujący dla Rydzyka Małgorzata Rutkowska i Witold Ludwig. Cóż piszą? Jakież to imperium Rydzyka przy Axel Springer Polska, Bauer Media Polska, TVN Warner Bros. czy Grupie Polsat Plus? Mizerota. A kasa płynąca z budżetu państwa do mediów Rydzyka? Nie raduje nas. Choć widzimy też, że najbardziej boli to te media, które doją nas na o wiele większą skalę. Tyle że robią to bardziej przebiegle od Rydzyka. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Więcej
Promocja

Jak golić się bez podrażnień i zaczerwienień? Poradnik krok po kroku

Artykuł sponsorowany Podrażnienia i zaczerwienienia po goleniu są wynikiem mechanicznego uszkodzenia naskórka oraz zapalenia mieszków włosowych. Głównymi winowajcami są: golenie „na sucho”, stosowanie maszynek wieloostrzowych (które wielokrotnie przesuwają się po tym samym fragmencie skóry) oraz używanie

Promocja

Jak wybrać rolki damskie – praktyczny poradnik dla początkujących i średniozaawansowanych

Artykuł sponsorowany Wybór rolek damskich to coś więcej niż tylko decyzja estetyczna. Dobrze dobrany model wpływa bezpośrednio na komfort jazdy, bezpieczeństwo oraz szybkość nauki. Wiele osób na początku wybiera sprzęt przypadkowo, co później skutkuje bólem stóp

Promocja

Dlaczego nasiona nie wschodzą? Najczęstsze przyczyny problemów od siewu do pierwszych liści

Artykuł sponsorowany Brak wschodów nie zawsze oznacza, że materiał siewny był złej jakości. Nasiono potrzebuje odpowiedniej temperatury, wilgotności i dostępu do tlenu, a wymagania poszczególnych gatunków znacznie się różnią. Marchew może długo pozostawać niewidoczna, podczas

Promocja

Jak rozpoznać, że roślina ma za mało światła? 7 charakterystycznych objawów

Artykuł sponsorowany Światło jest jednym z najważniejszych czynników wpływających na kondycję roślin. To właśnie ono napędza fotosyntezę i pozwala im wytwarzać związki potrzebne do wzrostu. Gdy roślina przez dłuższy czas stoi w zbyt ciemnym miejscu, jej wygląd i funkcjonowanie stopniowo

Promocja

Kapsułowa garderoba na wrzesień – dlaczego klasyczny płaszcz to podstawa

Artykuł sponsorowany Wrzesień to miesiąc pełen niuansów, w którym poranne chłody mieszają się ze słonecznymi popołudniami. Świadome kreowanie wizerunku wymaga wówczas balansu między funkcjonalnością a bezkompromisowym szykiem. Poznaj zasady budowania harmonijnej szafy kapsułowej i sprawdź, dlaczego