Felietony Przeglądu
Zdrowie bez zysku albo zysk bez zdrowia
To, że z polską ochroną zdrowia jest źle, wydaje się ewidentne. Ale mniej jasna jest przyczyna. Najczęściej mówi się o braku pieniędzy. Z pewnością to racja. W tym kontekście niedawne obniżenie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców zakrawa na absurd. Co tu kryć, absurd zgodny z nastawieniem cechującym całą naszą klasę polityczną, która od początku transformacji dba przede wszystkim o interes przedsiębiorców, mając w nosie los pracowników najemnych, choć to oni de facto utrzymują całe państwo (vide system podatkowy). Gdy jednak pominiemy sprawę finasowania, pozostaje pytanie o głębszą przyczynę kłopotów. Moim zdaniem wiąże się ona z polskim zaczadzeniem ideologią wolnorynkową. Towarzyszy nam ono od początku transformacji. Nie potrafimy się z niego otrząsnąć, choć wszystko wskazuje na to, że byłoby to z korzyścią dla ogółu. Teza moja jest następująca: wpuszczenie rozwiązań rynkowych do ochrony zdrowia przyczyniło się do jej fundamentalnych kłopotów. I nie idzie nawet o to, że obok systemu państwowej ochrony zdrowia mamy system prywatnej ochrony zdrowia, ale o to, że ów system państwowy działa jak prywatny. Logika i tu, i tam jest identyczna: walka o pieniądze i nastawienie na zysk. To jest skądinąd sedno neoliberalnej rewolucji, z jaką mamy do czynienia na świecie od początku lat 80. XX w.: spowodować, aby nawet te fragmenty praktyki społecznej, które z zasady nie nadają się do urynkowienia, zostały urynkowione. Dotyczy to przede wszystkim ochrony zdrowia, transportu publicznego i edukacji (jako dziekan wydziału nigdy nie rozumiałem, co to znaczy, że wydział ma wypracować zysk). Wolny rynek sprawdza się tu i ówdzie (np. w handlu), ale nie wszędzie. Z pewnością nie tam, gdzie w grę wchodzą tzw. usługi publiczne. Jak bowiem wycenić ludzkie zdrowie? Jak wprowadzać zasadę rynkowej rywalizacji do świata usług publicznych, które domagają Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Duet Mitera i Żurek
Przypadkiem natrafiłem na Facebooku na rolkę, na której minister sprawiedliwości – prokurator generalny Waldemar Żurek demonstrował dane dotyczące przestępczości drogowej. Pokazywał liczby zabitych przez pijanych kierowców i straszył wysokimi karami. Przekonywał, że prokuratura i wymiar sprawiedliwości pod rządami obecnej koalicji rozprawią się z przestępcami drogowymi. Sens wypowiedzi ministra Żurka współgrał z demagogicznym i emocjonalnym uzasadnieniem wyroku w sprawie Łukasza Żaka, jakie wygłosił arcypisowski sędzia Mitera. Jestem przekonany, że to uzasadnienie sędziego Mitery, pokazywane przez wszystkie telewizje, spodobało się wielu ludziom. Na tym przecież polega demagogia. Nie wiem tylko, dlaczego minister postanowił przelicytować sędziego. Czy chodziło o to, by pokazać, że nie tylko pisowcy, ale „my też ostro zwalczamy bandytów drogowych”? Minister pokazał liczby wypadków drogowych, w tym ze skutkiem śmiertelnym, liczby osób, które zginęły w wypadkach spowodowanych przez pijanych kierowców. To wszystko prawda, ale niecała. Trzeba pamiętać, że liczba pojazdów mechanicznych na polskich drogach rośnie lawinowo, tylko w ostatnim 10-leciu wzrosła o 12%. Do tego dodajmy jeżdżące po naszych drogach samochody z obcą rejestracją, a tych jest rocznie z samych tylko Rosji, Białorusi i Ukrainy ponad 3 mln. Liczba samochodów z krajów UE, które jeździły w Polsce, jest nieznana. Rośnie więc liczba pojazdów, a liczba wypadków drogowych na szczęście maleje. W ostatnim 10-leciu zmalała aż o 40%! Maleje też liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym. W stosunku do 2016 r. zmalała o 45%. W 2025 r. było ich 1660, w 2016 r. aż 3026. W 2025 r. liczba wypadków była o 3% mniejsza niż w 2024. Liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym była aż o 14% mniejsza niż w roku poprzednim. Wedle statystyk policyjnych w 2025 r. uczestnicy ruchu pod wpływem alkoholu spowodowali 1358 wypadków (6,5%), w których zginęło 170 osób (10,2%). W tej liczbie mieszczą się pijani rowerzyści, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Pogrom się zbliża
Od napaści słownych do fizycznych ataków droga okazała się nader krótka. Jeszcześmy nie ochłonęli po tym, jak cham zbluzgał w autobusie ukraińskie dziewczynki, a już trzech napakowanych bohaterów pobiło chłopaka i dziewczynę za wschodni akcent. Nawrocki nie odezwał się ani słowem, bo Gromda i wszelkie organizacje patusów obijających sobie ryje w klatkach to jego elektorat, zatem oficjalne stanowisko głowy państwa w kwestii napaści na tle narodowościowym można uznać za milczące przyzwolenie. Nie baczę, co o tym myśli swołocz, staram się wywiedzieć, jak na to spoglądają ludzie z wykształceniem wyższym i poglądami centroprawicowymi, bo i takich mam w kręgu znajomych, a to ich brak sprzeciwu jest decydujący w eskalacjach pogromowych. Agresywna tłuszcza sama z siebie się nie odpali, ogień muszą jej podać tzw. przeciętni obywatele, którzy w stosownym momencie odwrócą wzrok. I rzecz jasna politycy wygrzebujący trupy sprzed lat i nawołujący do wyrównania rachunków krzywd. Że prawie co trzeci Polak jest poplecznikiem jednej z konfederacji, partii jawnie antyukraińskich i skrycie proputinowskich, to też jeszcze do zbiorowej zbrodni nie wystarczy. Języczkiem u wagi nie jest liczba radykałów, ale cicha akceptacja tych, co się ponoć miarkują w emocjach. Zadzwoniłem więc podpytać i ręce mi opadły. Na przykład kolega operator, na co dzień chłopak niegłupi, karmi mnie barwnymi teoriami spiskowymi (choć dominantą barwną jest w nich jednak odcień brunatny). Stwierdził np., że to wszystko Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Promocja emocji
Byłem ostatnio na kilku festiwalach, kulturalnych oczywiście i o kulturze. Jednym z tematów pierwszego była dyskusja o „przestrzeniach pasji”, jedno z haseł drugiego głosiło, że „kultura to emocje”. Jak to się mówi, „wpisuje się to” w tendencje uszlachetniania raczej tego, co nami kieruje, niż tego, czym kierujemy my. Pasje dobrze mieć, właściwie to obowiązek. Pewien młody człowiek przypisywał sobie sześć pasji, przy czym zapomniał, czego dotyczyła szósta. A emocje to wspaniała sprawa, wiemy to choćby z reklamy. I co je pobudza, to dobre. Sam sobie niechętnie przypisywałbym jakieś pasje, choć bywam o to posądzany i indagowany. Wystarczą mi zainteresowania, mogą być w końcu głębokie. I tak potrafią one ograniczyć ogląd świata. Ale pasje? Pasja jest z łacińskiego passio, pierwotnie ‘cierpienie’, wiemy to Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Partia ministrów i prezesów
Kto raz był premierem i zakosztował tak ogromnej władzy, ten do końca życia będzie myślał o powtórce. Najbardziej skrajnym i niezwykle przy tym widowiskowym przypadkiem tej obsesji jest Mateusz Morawiecki. Premierem był marnym. W ciągu wielu lat na posadzie złożył tyle obietnic bez pokrycia, że miano Pinokia polskiej polityki pasuje do niego jak weto do Nawrockiego. Tak bardzo przywiązał się do premierowania, że po wyborach przegranych przez PiS stanął na czele dwutygodniowego rządu kabaretowego. Po to tylko, żeby partia Kaczyńskiego, zaskoczona wynikami wyborów, mogła w ekspresowym tempie pozałatwiać swoje biznesowe i kadrowe interesy. Z wielu zabetonowanych wtedy układów nowy rząd do dziś nie potrafi się wyplątać. Morawiecki, który uwierzył, że premier to jego zawód, uwierzył też, że ma cechy męża stanu. I że jest gotów do zastąpienia prezesa Kaczyńskiego. Jest takie powiedzenie: z kim się zadajesz, takim się stajesz. Na przypadku Morawieckiego można prześledzić, jak to się stało, że grupa ministrów, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Powroty Odyseusza
Wejście do kin najnowszej megaprodukcji Christophera Nolana „Odyseja” niesie jakieś zaskakujące ożywienie komentarzy, odnowienie i kontynuację dawnych sporów. Monumentalne dzieło europejskiej kultury sfilmowane w XXI-wiecznej technologii IMAX staje się nowym impulsem kulturowej fascynacji, źródłem wielkich debat i rodzinnych rozmów. Każdemu dziełu można by życzyć podobnej recepcji. Liczący kilka tysięcy lat epos starogrecki, powstały jako dzieło recytowane, najprawdopodobniej autorstwa kogoś nazywanego Homerem, który był i skromny, i niepiśmienny, jest – szczególnie w naszej dobie – zarówno dziełem znanym, jak i nieczytanym. Komentowany i tłumaczony na nowo przez setki lat utwór jest (w kontekście europejskim) jednym z filarów kultury – ale raczej jednak jej zabytkiem niż żywym pretekstem do rozmowy. Historia recepcji filmu Nolana pokazuje jednak, jak nowy język sztuki potrafi wskrzesić dzieło dzisiaj niemal nieodbieralne dla większości w swojej tradycyjnej formie (pismo, tekst) i dać mu nowe życie. Również dzięki powrotowi do jego lektury i lektury innych książek opisujących historię Odysa. W Polsce ukazała się właśnie solidna i obszerna (ponad 500 stron) monografia prof. Marka Węcowskiego „Homer na nasze czasy”. Trudno sobie wyobrazić lepszy moment na pojawienie się takiego tytułu w księgarniach. Książka zasłużenie cieszy się sporym zainteresowaniem. I oby tak dalej. Wracając do wersji filmowej: wielość głosów, w tym krytycznych, pokazuje niekiedy zaskakujące oblicza dzisiejszego odbioru dzieła (zarówno filmu, jak i tekstu). Jedną z najszerzej dyskutowanych decyzji obsadowych było powierzenie roli Heleny czarnoskórej aktorce Lupicie Nyong’o czy roli Ateny – Zendayi, najmłodszej laureatce nagrody Emmy. Dla mnie ta dyskusja to oczywiście próba rasistowskiego zawłaszczenia starożytnej historii przez europejską wersję „białego człowieka”. Nolan tymczasem przywraca homerycki Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wojna czy (nie)pokój – uczta debatowania
Naukowcy i naukowczynie z najlepszych uniwersytetów, Polki i Polacy a także osoby pochodzenia polskiego z całego świata przyjechali do Warszawy na debatę w ramach Concilium Civitas, instytucji afiliowanej przy Uniwersytecie Civitas. Imponujący jest fakt, jak z inicjatywy Jacka Żakowskiego udaje się corocznie zaprosić do udziału tak liczną grupę wybitnych ekspertów z takich uniwersytetów jak Oxford, Harvard, Yale, Columbia, Chicago, São Paulo, Sydney i wielu innych. To okazja do wysłuchania wypowiedzi i sporów, które prowadzone z takim rozmachem właściwie w Polsce się nie zdarzają. Daje to niezwykłą okazję doświadczenia klimatu debaty, z jaką w naszym kraju rzadko mamy do czynienia w sferze publicznej. Czyni ją to wyjątkową, choć nie wzbudza takiego zainteresowania i zaciekawienia mediów, jak choćby Open’er Festival. Tegoroczne dyskusje skupiały się wokół hasła „Wojna czy (nie)pokój”, co pozwalało poznać skrajnie odmienne podejścia interpretacyjne i wielokierunkowe możliwości rozmowy na ten bardzo szeroko zakreślony temat. Zaskoczyło mnie, że bardzo wielu prelegentów kluczowy temat rozpatrywało niemal wyłącznie w kontekście wojny w Ukrainie, ale i cieszyły głosy (prof. Ladislau Dowbor), które odnosiły się do globalnej rzeczywistości przemocy wojennej. Można zaryzykować stwierdzenie, że słyszalny był głos i bogatej Północy, i globalnego Południa, co radykalnie poszerzało przestrzeń debaty. Interesujące było usłyszenie stanowisk osób pracujących naukowo na uczelniach związanych ze sztuką wojenną czy z wojskowością, które zderzały się z opiniami „humanistów” Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Obyś był po polskich sądach ciągany!
Jak zapewniał mnie przyjaciel, polski Białorusin, tytułowe zdanie było przez Białorusinów przed wojną, a nawet później uważane za jedno z najcięższych przekleństw. Może dla prostych Białorusinów, w dodatku nieznających języka polskiego, proces przed polskim sądem był koszmarem, z którego niewiele rozumieli, i w konsekwencji, nie umiejąc skutecznie bronić swoich racji, przegrywali? Od kilkudziesięciu lat występuję jako adwokat przed sądami i czasem myślę, choć myśl tę odganiam od siebie jak umiem, że kto wie, czy ci prości ludzie nie mieli czasem racji. Te swoje rozważania zamierzam nawet kiedyś opisać, mam już nawet tytuł książki: „Proszę wiać! Sąd idzie!”. Taki będzie! Jeśli tę książkę kiedyś napiszę, to na pewno nie wcześniej niż po zakończeniu praktyki adwokackiej. Ale i wtedy nie będzie to bezpieczne. Synowa wykonuje zawód adwokata, a jej przejścia na emeryturę nie doczekam. Co gorsza, mój wnuk, dziś w klasie maturalnej, zapowiedział niedawno, że wybiera się na prawo. W trosce o prawnicze kariery młodszych pokoleń rodziny chyba nigdy nie napiszę tej książki. „Napisz pod pseudonimem”, zachęca mnie jeden z przyjaciół. Jeszcze pomyślę. Dlaczego przed polskim sądem trzeba wiać? Nie chodzi o to, by wiać w sensie dosłownym, np. za granicę, jak eksminister sprawiedliwości i eksprokurator generalny, niedawno jeszcze udający w Polsce szeryfa. Chodzi o to, by od sądu trzymać się z daleka. Jeśli coś da się załatwić bez sądu, trzeba uczynić wszystko, aby tak to zrobić. W sprawach cywilnych, nawet tych wydawałoby się najprostszych, na prawomocny wyrok trzeba czekać kilka lat, a jak już ktoś cierpliwie doczeka, często będzie miał wyrok prawomocny, tyle że nieegzekwowalny. Gdyby sąd działał, jak należy, a później jak należy działał komornik, nie byłyby potrzebne firmy windykacyjne, często działające na granicy prawa. Nikt też do egzekucji długu nie angażowałby gangsterów. W sprawach karnych jest jeszcze gorzej. Wedle różnych badań pomyłki sądowe (jak ta, której ofiarą padł Komenda i niewinnie przesiedział w kryminale niemal 20 lat!) zdarzają się częściej, niż mogłoby się wydawać. Doświadczeni adwokaci broniący w sprawach karnych uważają, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Święty Lucyferze, módl się za nami
Mamma mia, podróże kształcą, choć bywa, że poniewczasie. Gdybym to ja wiedział 40 lat temu, że mogę na bierzmowaniu obrać sobie takiego patrona, nikt by mnie od tego nie odwiódł. Ani twarda ręka ojca, któremu już wtedy nie było łatwo mnie złapać, a tym bardziej uderzyć bez narażenia się na szwank w szamotaninie, ani dyscyplinarne rozmowy z katechetami, ani groźba proboszcza, ani też presja świętoszkowatych ciotek – konsekrowanych dziewic rodzinnych, które skwapliwie doglądały czystości mojego ducha. Owóż jako 14-latek miałem ducha utytłanego głównie brudnymi myślami, nałogowo odbywałem nieczyste praktyki toaletowe, a bunt wobec katolickich rytuałów wezbrał już we mnie do erupcji. Owszem, sakramentu nie odmówiłem, ale wyłącznie z powodu chciwości, albowiem kumple przekonywali mnie, że na imprezie rodzinnej dostaje się drogie prezenty, to jakby taka druga komunia, trzeba dać ramolom się wykazać. Dzieci rębaczy miały od rodziców obiecane składaki, a nawet kolarzówy, dzieci sztygarów nowiutkie Atari lub Commodore, poza tym rodzina „z Efu” miała z tej okazji przysłać obfity paket, no i każdy z gości przynosił w kopercie jakiś banknocik, należało tylko przekonać go, że jest się wystarczająco dojrzałym, aby przejąć hajs osobiście – wszak było się świeżym pomazańcem, co prawda mikro, na znak dojrzałości wiary. 40 lat temu mój świat dzielił się na fanów Republiki i Lady Pank, ja należałem do tej pierwszej grupy, wybrałem takie samo imię jakie ulubiony gitarzysta wybrał dla swojego syna. Poza tym historia oddania życia za drugiego człowieka w lagrze była jednak konkretna i poruszająca. Świętość tego gestu była dla mnie jasna i całkiem współczesna, wybrałem więc sobie za patrona Maksymiliana Kolbego, o jego żarliwym przedwojennym antysemityzmie z „Rycerza Niepokalanej” nie miałem wtedy pojęcia, a pewnie nawet gdybym miał, uznałbym, że śmiercią w bunkrze głodowym za to odpokutował. Mój bunt utonął więc pod falą oportunizmu, bo j Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Małżeństwo à la Nawrocki
Gdy Kaczyński wyciągnął go z kapelusza i poprowadził do prezydentury, obiecał, że jego najważniejszym celem, a wręcz misją, będzie obalenie rządu Tuska. I tego zobowiązania Nawrocki konsekwentnie dotrzymuje. Ponad 40 wet prezydenta ma jeden cel. Paraliżowanie prac rządu i doprowadzenie do zmiany władzy w przyszłym roku. Jest oczywiste, że Nawrocki z destrukcją na tak wielką skalę mocno będzie wpływać na osłabienie skuteczności rządu. I tych planów władzy, które miały być realizacją obietnic wyborczych. Jak można szybko maszerować, gdy ktoś cały czas z premedytacją kopie doły na trasie? Knucie i blokowanie rządu to codzienny program Kancelarii Prezydenta. Za setki milionów złotych dostajemy popisy ludzi, których celem jest zbudowanie wokół Nawrockiego nowego obozu politycznego. Trzeba im to wybijać z głowy i sprowadzać ich na ziemię, póki jeszcze są słabi. Nadszedł już czas, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wywiady Przeglądu
Fascynują mnie mitochondria
Polski Nobel za wybitne osiągnięcia w dziedzinie biologii molekularnej i komórkowej Prof. Agnieszka Chacińska – dyrektorka Międzynarodowego Instytutu Mechanizmów i Maszyn Molekularnych PAN (IMol PAN). Biolożka molekularna, zajmuje się biochemią komórek oraz molekularnymi aspektami biologii komórki, szczególnie biogenezą, transportem i degradacją białek mitochondrialnych oraz ich nieprawidłowym funkcjonowaniem prowadzącym do patologii. Członkini Europejskiej Organizacji Biologii Molekularnej Academia Europea, Niemieckiej Akademii Przyrodników Leopoldina. Polska Akademia Nauk po raz pierwszy przyznała pani za wybitne osiągnięcia naukowe znaczącą nagrodę finansową w wysokości 400 tys. zł, którą nazywa siępolskim Noblem. Na co pójdą te pieniądze? – Są do indywidualnego wykorzystania. W polskiej nauce często słyszy się narzekania na zarobki, więc taka nagroda daje po prostu większe możliwości i pozwala uniknąć presji finansowej. Bardzo się z niej cieszę. Dobrze, że i Polska ma taką nagrodę – na świecie jest bardzo dużo różnych nagród naukowych w różnych kategoriach. Liczę na to, że po tej pierwszej PAN będzie przyznawać regularnie kolejne zaszczytne wyróżnienia wraz z bardzo ładną, specjalnie zaprojektowaną statuetką. Instytut IMol PAN ma charakter międzynarodowy. Czy znajduje to odzwierciedlenie w obsadzie pracowników? – 50% zatrudnionych w PAN nie ma polskich paszportów. W naszej Radzie Naukowej działa m.in. amerykański biolog molekularny polskiego pochodzenia Victor Ambros, który stara się o polskie obywatelstwo. Razem z Garym Ruvkunem był współlaureatem Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny w 2024 r. W 2014 r. był jednym z laureatów Nagrody Wolfa w dziedzinie medycyny. Mamy wśród stuosobowej załogi osoby z ponad 20 krajów, nawet z Indii. Czują się u nas dobrze, robią doktoraty, prowadzą badania i zostają liderami grup. Instytut IMol PAN, dokonując rekrutacji nowej kadry, wybiera najlepszych naukowców na wszystkich poziomach, w tym zwłaszcza na poziomie liderów grup. Nasz rada jest bardzo zaangażowana w ten ostatni proces. Współczesne prace badawcze w biotechnologii są bardzo kosztowne. Początkowo programy te realizowaliście w ramach Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego. I były na to pieniądze. – Wraz z koleżanką, a potem wicedyrektorką IMol zdobyłyśmy grant Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w ramach programu Międzynarodowe Agendy Badawcze ze środków Unii Europejskiej. Dostałyśmy prawie 40 mln zł na utworzenie programu ReMedy (Regenerative Mechanisms for Health). Teraz w instytucie PAN kontynuujemy prace, przenieśliśmy część aparatury zakupionej z grantu i nadal uzupełniamy nasze wyposażenie. Ale to był początek. Teraz wszystkie badania w instytucie są prowadzone w ramach grantów polskich, głównie z Narodowego Centrum Nauki, i europejskich. Trzeba pamiętać, że subwencje państwowe na takie badania nie są i nie powinny być wystarczające. Granty jako konkursy – o ile procedura selekcji zwycięzców jest prawidłowa – działają dużo lepiej, bo podnoszą poziom nauki. Instytut musi więc zabiegać o finansowanie, zwłaszcza gdy jego celem jest rozszerzanie wiedzy, i na tak wczesnym etapie nie może zaoferować praktycznego, a tym bardziej rynkowego spożytkowania swoich osiągnięć. Ale najcenniejsi w każdym instytucie naukowym są ludzie. Zdarzało się niekiedy, że obficie płynął strumień strukturalnych funduszy z UE, ośrodki akademickie kupowały sporo drogiej aparatury i… stała ona nawet nierozpakowana, bo zabrakło chęci i wiedzy, jak takie cacka właściwie spożytkować. W IMol PAN na czele grup badawczych stoją silne osobowości naukowe, mamy wystarczające oprzyrządowanie oraz mądrych i chętnych do pracy ludzi z całego świata. Instytut ma ambicje wykorzystać najnowsze osiągnięcia nauk biologicznych w praktyce terapeutycznej. Obiektem waszego zainteresowania są mitochondria. – IMol ma szersze zainteresowania naukowe. A mitochondria to obiekt zainteresowań kierowanej przeze mnie grupy naukowej. Śledzimy, co robi „maszyneria komórkowa”, na którą składają się także mitochondria, ważna część komórki, elektrownia całego organizmu, zwłaszcza mięśni i mózgu. Stąd żywe ciało czerpie swoją moc. Choroby, proces starzenia i różne deficyty genetyczne odbierają nam część energii. Można temu przeciwdziałać? – Nie wszystko da się naprawić i wyleczyć. Są wrodzone błędy w naszym kodzie genetycznym, z tym się rodzimy. Można jednak próbować ograniczyć dysfunkcje, opóźnić czy złagodzić symptomy. Nie bardzo jednak radzimy sobie z leczeniem chorób genetycznych. Zmiany w genomie, czyli kompletnej Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kulisy cyfrowych pułapek
Media społecznościowe zaprojektowano tak, by zatrzymać nas na dłużej Anna Borkowska – psycholożka, socjoterapeutka, ekspertka ds. edukacji cyfrowej w Państwowym Instytucie Badawczym NASK Coraz częściej słyszymy, że ludzie nie potrafią odłożyć telefonu, ograniczyć korzystania z mediów społecznościowych czy przestać scrollować. To kwestia słabej woli? – Zdecydowanie nie. To, że trudno nam oderwać się od mediów społecznościowych, nie jest ani przypadkiem, ani dowodem na brak silnej woli. Social media należą do najbardziej angażujących technologii, jakie kiedykolwiek stworzono. Nie są przypadkowym zbiorem atrakcyjnych treści, lecz zaawansowanymi systemami zaprojektowanymi po to, by przyciągać i utrzymywać naszą uwagę. Za tą trudnością stoją osiągnięcia psychologii, neuronauki, kognitywistyki i niezwykle precyzyjnie skonstruowane algorytmy. Platformy wykorzystują naturalne mechanizmy wpisane w ludzką psychikę – potrzebę kontaktu, akceptacji, ciekawość świata, ale również nasz biologiczny system nagrody. Ich celem jest jak najdłuższe utrzymanie naszej uwagi, ponieważ właśnie ona stanowi podstawę modelu biznesowego większości platform. Twórcy serwisów dysponują ogromnymi zasobami danych i doskonale wiedzą, co przyciąga użytkowników. Wykorzystują wiedzę o tym, jak funkcjonuje człowiek, by tworzyć rozwiązania, którym bardzo trudno się oprzeć. Jakie mechanizmy działają na nas najsilniej? – Jednym z najważniejszych jest układ nagrody i związana z nim dopamina – neuroprzekaźnik odpowiedzialny za odczuwanie przyjemności, satysfakcji i motywację do działania. Kiedy widzimy nowe polubienie, komentarz czy interesujący materiał wideo, nasz mózg otrzymuje niewielką „nagrodę” w postaci wyrzutu dopaminy. Twórcy aplikacji doskonale poznali ten mechanizm i wykorzystują go podobnie jak w automatach do gier. Nie wiemy, co znajdziemy po kolejnym przewinięciu ekranu czy otwarciu aplikacji. A nasz mózg lubi nowość, ekscytację i odrobinę niepewności. Istotne jest to, że nagroda nie pojawia się za każdym razem. Czasem trafiamy na coś bardzo interesującego, a kiedy indziej nie. Właśnie ta zmienność sprawia, że chcemy sprawdzać dalej. Nasz mózg uczy się, że „następnym razem może być ciekawiej”. A nieskończone przewijanie i nieustanne powiadomienia? – To również nie są przypadkowe rozwiązania. Platformy projektuje się tak, by eliminować tzw. punkty oporu – momenty, w których moglibyśmy świadomie zdecydować, że kończymy korzystanie z aplikacji. Dawniej internet przypominał bardziej książkę. Trzeba było przeładować kolejną stronę, co dawało chwilę na zastanowienie. Dziś mamy nieskończone przewijanie. Brakuje naturalnego momentu zatrzymania, więc często nawet nie zauważamy, ile czasu spędziliśmy online. Podobnie działa automatyczne odtwarzanie kolejnych filmów w serwisach takich jak YouTube. Zanim zdążymy podjąć decyzję, materiał już się rozpoczął. Do tego dochodzą powiadomienia push. Dźwięki, wibracje i kolorowe oznaczenia skutecznie odrywają nas od wykonywanego zadania. Co ciekawe, k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Hanka podnosi się z każdego upadku
Historia była wyjątkowo okrutna wobec nas, zwykłych ludzi na Górnym Śląsku Grażyna Bułka – aktorka teatralna i filmowa związana z Teatrem Śląskim w Katowicach i Teatrem Korez. Trzykrotna laureatka Złotej Maski za najlepszą rolę kobiecą, uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi (2023) oraz Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2017). Hanyska Roku 2016 i Ambasadorka Śląska (2026). Porozmawiajmy o „Mianujom mie Hanka” Alojzego Lyski. Jak do ciebie trafił ten tekst? – Mirek Neinert był na gali ogłoszenia wyników konkursu na jednoaktówkę po śląsku w Teatrze Śląskim, chyba w 2015 r. Tam usłyszał fragmenty „Hanki” czytane przez Dariusza Chojnackiego. Od razu wiedział, że to tekst na monodram. Mało tego, czuł, że to, co napisał Alojzy Lysko, może się stać nowym „Cholonkiem”. W jakim znaczeniu? – Czuł – i jak widać, się nie mylił – że „Hanka” stanie się w Teatrze Korez kolejnym kamieniem milowym na drodze prezentowania na scenie teatralnej historii Górnego Śląska i życia Ślązaków w sposób szczery, szlachetny i wartościowy. Mirek od dłuższego czasu szukał tekstu napisanego po śląsku, po naszymu, który stanie się godnym następcą „Cholonka”. Niełatwe zadanie. „Cholonek”, a przede wszystkim wasza realizacja tego tekstu, to majstersztyk. Wysoko podnieśliście poprzeczkę. – Szalenie. Dlatego stworzenie spektaklu, który oczarowałby widownię teatralną w podobny sposób, to było nie lada wyzwanie. Ale żeby zacząć myśleć o pracy aktorskiej, trzeba najpierw znaleźć tekst, który ma tę moc. W każdym razie Mirek powiedział mi, że jeżeli czekam na coś, co może być po „Cholonku”, to to jest właśnie „Hanka” Lyski. I jak, miłość od pierwszego wejrzenia? – Nie znałam tego tekstu, a już zaczęłam kręcić nosem. Głównie dlatego, że nie jestem miłośniczką monodramu. Trudno to sobie wyobrazić po sukcesie „Mianujom mie Hanka” i liczbie granych przez ciebie spektakli. I to nie był twój pierwszy monodram. – Owszem, ale ja nigdy nie lubiłam monodramów. (…) Aktorzy generalnie mają parcie na monodram, bo im się wydaje, że kiedy sami odpowiadają za spektakl, to jest im łatwiej, bo na scenie nie zależą od gry innych członków zespołu. A mnie, powtarzam, właśnie najbardziej brakuje partnera do dialogu. Lubię grać z ludźmi, kocham tę sceniczną interakcję. Mirek dosłownie wcisnął mi tekst „Hanki”. Zaczęłam czytać i po paru stronach wiedziałam, że to jest moje, dla mnie i ja tego nie wypuszczę z rąk. Że ta historia jest warta wszelkich poświęceń, że moja niechęć do monodramu jako gatunku scenicznego nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo to jest coś po prostu skrojone na mnie i jeżeli tego nie zrobię, będę żałowała do końca życia. Mirek Neinert podjął się reżyserii spektaklu. Wasze wizje dotyczące tego, jak ten tekst powinien zostać zaadaptowany na potrzeby teatru, jak masz go zagrać, były spójne, czy ścieraliście się w kwestiach reżyserskich? – Od początku wiedziałam, jak chcę, żeby to wyglądało, bo czułam, w czym tkwi siła tego dramatu. Wizje moja i Mirka pięknie się zespoliły; doskonale wiedzieliśmy, w jakim kierunku mamy podążać, na co zwracać uwagę, gdzie postawić pauzę, a gdzie wykrzyknik. To sprawiło, że praca nad sztuką szła jak po maśle. Zasada była prosta: bierzemy tekst i dokładamy do niego emocje. Ja silnie poczułam ten tekst, bo chociaż on opowiada o czyjejś wyimaginowanej historii, to jest mi niebywale bliski, a co najważniejsze, podobna historia zapewne wydarzyła się w co drugiej śląskiej rodzinie. Poza tym jestem matką dwóch synów, więc kiedy opowiadam, że synowie mojej bohaterki giną na wojnie albo w wybuchu w kopalni, mocno mnie to dotyka. I co z tego, że opowiadam jako Hanka, Fragmenty rozmowy z książki Grażyny Bułki i Tomasza Kowalskiego Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd, Sonia Draga, Katowice 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Weto Nawrockiego uderza w 2 mln Polaków
Państwo nie jest od wychowywania ludzi Dr hab. Sebastian Gajewski – podsekretarz stanu w ministerstwie pracy, rodziny i polityki społecznej. doktor habilitowany nauk prawnych, profesor uczelni, radca prawny. Przygotował kilkadziesiąt projektów ustaw zgłaszanych w IX kadencji Sejmu RP przez klub parlamentarny Lewicy, m.in. ustawę wprowadzającą rentę wdowią, zmiany w zasiłku pogrzebowym czy projekt ułatwiający nabywanie emerytury minimalnej przez pracujących na śmieciówkach. Wchodzi w skład władz krajowych Nowej Lewicy. Zaskoczyło pana weto prezydenta Nawrockiego do ustawy o statusie osoby najbliższej? – Należało się tego weta spodziewać. Wskazywały na to wypowiedzi współpracowników prezydenta, a także postawa jego kancelarii w trakcie prac nad projektem ustawy. Reprezentujący prezydenta RP minister Paweł Szefernaker i minister Barbara Socha wzięli udział w posiedzeniu komisji na etapie sejmowym, ale nie przedstawili konkretnych propozycji, nie byli zainteresowani podjęciem realnego dialogu. W Senacie przedstawiciele prezydenta nawet się nie pojawili, a przecież to najlepsze miejsce do poprawiania ustaw. Więc tak, spodziewaliśmy się tego weta. W kampanii wyborczej Karol Nawrocki zapowiadał, że ustawę podpisze. – Owszem, w trakcie kampanii wyborczej deklarował, że jest zainteresowany przyjęciem ustawy o statusie osoby najbliższej. Ponadto w październiku 2025 r. byłem z dużą częścią rządu w Pałacu Prezydenckim, przy okazji posiedzenia Rady Dialogu Społecznego. Tam prezydent z własnej inicjatywy – bo dyskusja dotyczyła bezpieczeństwa energetycznego Polski, zatem spraw odległych od kwestii związanych ze statusem osoby najbliższej – zadeklarował, że jest zainteresowany podpisaniem, wsparciem takiej ustawy. Przyjmowałem tę deklarację jako dobrą monetę. Jako zachętę do kompromisu? – Powstał projekt ustawy o statusie osoby najbliższej, bardzo łagodny, uwzględniający różne wrażliwości. W naszej ocenie był to projekt dający to minimum, na które, jak sądziliśmy, zgodzą się i nasi przyjaciele z koalicji, z Polskiego Stronnictwa Ludowego, jak i może zgodzić się pan prezydent. Nie jest tajemnicą, że ten projekt był przedmiotem wspólnej pracy z jednej strony Lewicy, a z drugiej PSL. PSL reprezentowała Urszula Pasławska. Mówiła, że chodziła do Kancelarii Prezydenta i tam wszystko ustalała. – Urszula Pasławska była bardzo zaangażowana w pracę nad ustawą o statusie osoby najbliższej. Usiłowała przekonać Pałac Prezydencki, ażeby tę ustawę prezydent podpisał. To się nie udało. Prawie 2 mln obywateli RP zostało z niczym. – Realnie ok. 2 mln Polek i Polaków żyje w związkach nieformalnych, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nie przegap czerniaka
Uważajmy na poparzenia słoneczne Prof. Piotr Rutkowski – kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. Od czerwca prof. Piotr Rutkowski zasiada w ścisłym kierownictwie ASCO, komitetu odpowiadającego za globalne działania największego towarzystwa onkologicznego na świecie. To pierwsza taka funkcja powierzona Polakowi. Profesor zajmuje się kompleksową diagnostyką i leczeniem operacyjnym nowotworów tkanek miękkich, leczeniem operacyjnym mięsaków, diagnostyką i leczeniem operacyjnym nowotworów skóry – rakiem podstawnokomórkowym, płaskonabłonkowym i czerniakiem. Jaka zmiana na skórze powinna nas zaniepokoić? – Trzeba pamiętać, że nowotwory skóry są częste. Chociaż sam czerniak nie jest tak częsty. Ma różny kolor, może mieć też bardzo różne rozmiary, a jego główną cechą jest to, że się zmienia. Czyli czegoś na skórze nie było, a pojawiło się i rośnie, albo coś było nawet przez długi czas i zaczęło się zmieniać, powiększać. Czerniak jest zmianą asymetryczną, ma nierówne brzegi. Naprawdę należy zwrócić uwagę na przekształcanie się zmiany skórnej, bo czasem pacjenci mówią, że mieli 10 lat jakąś zmianę i zaczęła im rosnąć. Nie należy odkładać wizyty u lekarza. Na skórze przekształcają się różne łagodne zmiany: znamiona albo brodawki czy naczyniaki. Nie jest jednak tak, że jeśli coś się zmienia, to od razu musi to być nowotwór skóry. Niemniej nie powinniśmy tego lekceważyć. W przypadku raków skóry to są często niegojące się ranki. Jeżeli coś nam się nie goi powyżej sześciu tygodni, powinniśmy się tym zainteresować. Czy łatwo wykryć czerniaka, jeżeli jest na bardzo wczesnym etapie? – Dermatolog lub chirurg onkolog jest w stanie wykryć czerniaka za pomocą dermatoskopu lub wideodermatoskopu. Część pacjentów pyta, czy nie lepiej sięgnąć po wideodermatoskop, czyli połączenie dermatoskopu z bardzo dokładnym monitorem, który dodatkowo sam analizuje zmiany skórne. Odpowiadam: nie, wideodermatoskop jest głównie potrzebny do kontroli dużej liczby znamion. W większości wideodermatoskopów można wszystko zeskanować, pozaznaczać, gdzie te zmiany są, i porównywać w czasie, jak się zmieniają. A w przypadku większości chorych wystarczy zwykła dermatoskopia. Jest naprawdę bardzo czułym badaniem, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Misja konsula Herra
Mały konsulat w Opolu łączy działania lokalnych władz i mniejszości niemieckiej Peter Herr – kierownik Konsulatu Republiki Federalnej Niemiec w Opolu (2022-2026). Wcześniej zastępca konsula generalnego i kierownik administracji w Konsulacie Generalnym Niemiec w Doniecku, dyplomata w zespole Ambasady Niemiec w Mińsku, placówek w Krakowie, Wilnie, Rydze, Izmirze. W Opolu znajduje się najmniejszy niemiecki konsulat w Polsce. Ale to tu w trakcie zakończonej właśnie misji konsula Petera Herra na dobre zaistniała nowoczesna kultura niemiecka, miały miejsce polsko-niemieckie wydarzenia miejskie uwspółcześniające wizerunek Niemiec i mniejszości niemieckiej. Opolskie stało się też centrum obchodów 35. rocznicy podpisania Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r. Spotykamy się w 35. rocznicę podpisania traktatu o dobrym sąsiedztwie. Gratuluję uroczystości, podczas której dobrze brzmieli nawet politycy, a Marlena Dietrich „rozmawiała” na scenie z Czesławem Niemenem swoją wersją piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, do której kupiła prawa autorskie. W jakim punkcie są nasze relacje? – Nasze państwa, dwaj bezpośredni sąsiedzi, mają dziś silną potrzebę wzmocnienia architektury bezpieczeństwa oraz rozszerzenia współpracy gospodarczej. Wynika to z wydarzeń rozgrywających się poza granicami Niemiec i Polski. Obecnie musimy przeznaczyć niebagatelne środki na zapewnienie zdolności obronnych i bezpieczeństwa obywateli oraz dalsze istnienie naszych państw. Oznacza to również konieczność strategicznego dostosowania kierunku działań gospodarczych, tak aby ten proces się rozwijał. Jaką rolę widzi pan teraz dla mniejszości niemieckiej, obecnej także w lokalnych władzach województwa opolskiego? – Dostrzegam zbieżność celów i potrzeb Polaków oraz Niemców, co utwierdza mnie w przekonaniu, że jesteśmy partnerami idealnymi – czy to w kontekście obronności, gospodarki, czy kultury. Mniejszość niemiecka jest podmiotem wyjątkowo pasującym do roli budowniczego mostów między obydwoma społeczeństwami obywatelskimi. Poświęciłem wiele czasu, by zachęcać jej członków do realizacji tego celu, staraliśmy się ich pozyskać do uczestnictwa w tym procesie – skorzystać na tym mogą wszystkie zaangażowane strony. Nasze społeczeństwa lepiej się poznają i nawiązują współpracę. Zrealizowaliśmy wiele wspólnych projektów – także tutaj, w Opolu. Brzmi to nieco idealistycznie, bo polska większość jest daleka od realnego kontaktu z niemiecką mniejszością i odwrotnie. Trudno takie relacje nawiązać – myślę o tych częściach Polski, gdzie więcej jest obaw niż doświadczenia ze współmieszkania, bycia sąsiadem. – Moim celem była reforma i modernizacja projektów dla mniejszości. Odnieśliśmy w tym zakresie kilka sukcesów. Wspólnie – mam na myśli moją współpracownicę, „przewodniczkę” i tłumaczkę, panią Sandrę Cierniak – opracowaliśmy kilka podejść projektowych, które okazały się bardzo skuteczne. Zorganizowaliśmy np. razem festiwal uliczny w Opolu, którego wcześniej nie było. Podjęliśmy współpracę ze Stowarzyszeniem Pro Liberis Silesiae z Raszowej, związanym z dwujęzyczną szkołą Montessori, które wykonuje świetną pracę z młodzieżą, a to jest dla mnie priorytetem, bo to młodzi napędzają świat. Opracowaliśmy projekt współpracy z miastem Opole, udało nam się nawiązać dobre kontakty z opolskim magistratem – prezydent Arkadiusz Wiśniewski był w tej kwestii bardzo otwarty i pomocny. Zrobił to dla swojego miasta i jego mieszkańców – Polaków, Niemców, dla wszystkich. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem tych działań. Jakie wydarzenia były owocem tej współpracy? – Zorganizowaliśmy np. na rynku w Opolu święto piwa dla Niemców, Polaków i Czechów – czegoś takiego też nie było, Opole organizowało takie wydarzenie wcześniej jedynie z Czechami. Zacieśniliśmy więzi z partnerskim miastem Ingolstadt – tamtejsi artyści i przedstawiciele kultury uznali nasz festyn uliczny za fantastyczne doświadczenie. Zobaczycie państwo niebawem – mnie już tu nie będzie – widowiskowy tradycyjny Schäfflertanz, b.dzon@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle?
Jak przywrócić wiarę w politykę Prof. Lech Szczegóła – socjolog polityki, profesor na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Zielonogórskiego. Autor książki „Droga do wojny kulturowej. Ideologia Dobrej Zmiany”. Panie profesorze, wszystkie dane wskazują, że Polska się rozwija, jest coraz bogatsza, goni Europę. Jest wzorem – to są relacje zachodnich Europejczyków odwiedzających nasz kraj – jeśli chodzi o bezpieczeństwo, o czystość. Czy Polacy to zauważają? Daje im to poczucie zadowolenia? – Świadomość dobrej kondycji polskiego systemu gospodarczego istnieje, ale mocniej działają sygnały negatywne. One szybciej się linkują, pojawiają i w mediach, i w codziennych rozmowach. Przeprowadzono kiedyś badanie, co bardziej oddziałuje na psychikę: czy kiedy znajdziemy 100 zł, czy gdy zgubimy 100 zł. Znam to badanie. – Wiadomo więc, o co chodzi. Złe informacje są przez umysł łatwiej przetwarzane i kodowane. Do sukcesów szybko się przyzwyczajamy, traktujemy je jako naturalne, oczywiste. A porażki, zagrożenia… Rozpamiętujemy, ale towarzyszy temu gniew. Emocje. Dlaczego? – Myślę, że są trzy rodzaje przyczyn tej sytuacji – mają one charakter, po pierwsze, polityczny, po drugie, ekonomiczny, po trzecie, kulturowy. Zacznijmy od politycznego. – Sądzę, że prawie 10 mln Polaków wciąż żyje w traumie po wyborach prezydenckich, których wynik był dla wielu szokiem. Ta trauma przekształciła się w długotrwałą frustrację i w pewnego typu depresję. Część zwolenników Koalicji 15 Października żyje jakby w ramach kroniki zapowiedzianej śmierci. Wszystko wskazuje na to, że za półtora roku w Polsce władzę obejmie nieprzewidywalna koalicja trzech formacji prawicowych. Poczucie, że rządowi Tuska nie udało się niczego istotnego zmienić, jest bardzo silnym stresorem. Prowadzi do rozczarowania i braku nadziei. A wiara w przyszłość to najlepsze lekarstwo na takie nastroje. A ta druga strona? – A druga strona, pewnie żywiąc się informacjami innej części systemu medialnego, jest sfrustrowana strasznymi „zbrodniami koalicji 13 grudnia”. I też żyje w stanie niepewności. Jej optymizm został zachwiany ewidentnie słabą formą jej lidera, Jarosława Kaczyńskiego, oraz kłótniami w obozie prawicowym. Sytuacja polityczna jest więc źródłem rozczarowań, bo nie nadeszło żadne tak oczekiwane oczyszczenie ani rozliczenie. Takie poczucie mają zwolennicy Koalicji 15 Października. – Bardzo boli to, że ludzie, którzy powinni być jeżeli nie w więzieniu, to przynajmniej przed sądem, śmieją się w twarz i brylują w mediach. Polityka generalnie stała się walką w błocie. Widzimy – i to chyba jest coś, co jednoczy obie strony – że politycy utracili resztki wiarygodności. Ich obietnice, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Nowe szaty fejków
Fake newsy nie znikają, tylko zmieniają opakowanie Mateusz Cholewa – zastępca redaktora naczelnego w Stowarzyszeniu Demagog, analityk fake newsów i teorii spiskowych, autor książki „Fake off” Zacznijmy od cytatu otwierającego książkę: „Nie ufaj wszystkiemu, co przeczytasz w internecie” – Bolesław Chrobry. Przyznam, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie przeoczyłem tej sentencji na lekcjach historii. – To oczywiście żart zaczerpnięty z kultury internetowej. Od lat krążą memy przypisujące znanym postaciom słowa, których nie wypowiedziały. Najczęściej pojawiają się tam Abraham Lincoln czy Albert Einstein. Uznałem jednak, że skoro książka dotyczy polskiej rzeczywistości, można taki cytat przypisać Chrobremu. W pewnym sensie ten żart dobrze pokazuje logikę teorii spiskowych. Zawsze można powiedzieć: „A czy ktoś udowodnił, że tego nie powiedział?”. To ten sam mechanizm, który często spotykamy przy dezinformacji. Przypomina mi się Pizza Gate*. Dopiero kiedy mężczyzna osobiście zobaczył, że piwnicy nie ma, dotarło do niego, że wierzył w kłamstwo. Ale zawsze ktoś powie, że to nadal niczego nie dowodzi. – To pokazuje, jak trudno zmienić czyjeś przekonania. Dużą rolę odgrywa efekt potwierdzenia – chętniej wierzymy informacjom zgodnym z naszym światopoglądem, nawet jeśli są mało prawdopodobne lub wręcz absurdalne. Badania wskazują, że obok emocji kluczowe znaczenie mają właśnie wcześniejsze przekonania. Dlatego same fakty często nie wystarczają. W przypadku Pizza Gate niektórzy odrzucali nawet bezpośrednie dowody, uznając je za element spisku. Warto więc zadać sobie pytanie: co mogłoby skłonić mnie do zmiany zdania? Jeśli odpowiedź brzmi „nic”, to znak, że przestajemy oceniać informacje, a zaczynamy jedynie bronić własnych przekonań. Zastanawiam się, na ile to „zacietrzewienie we własnej prawdzie” napędzane jest populizmem i karmiącą go polaryzacją społeczną. – Z pewnością ma to znaczenie, ale problem jest szerszy. Coraz rzadziej konfrontujemy swoje poglądy w bezpośredniej rozmowie, a coraz częściej robimy to w mediach społecznościowych. Warto zadać sobie pytanie, jak często uczestniczymy w debatach, spotkaniach czy dyskusjach na żywo, a jak często ograniczamy się do komentowania postów w internecie. To właśnie media społecznościowe stały się dziś głównym polem sporów. A ich model działania nie sprzyja spokojnej wymianie argumentów. Wręcz przeciwnie – platformy zarabiają na naszym zaangażowaniu, więc premiują treści wywołujące emocje, oburzenie czy poczucie konfliktu. Im bardziej jesteśmy zaangażowani w spór, tym dłużej zostajemy na platformie, a to oznacza większe zyski z reklam. Czyli media społecznościowe celowo zamykają nas w bańkach. – Tak właśnie. Algorytmy podsuwają nam treści zgodne z naszymi zainteresowaniami i poglądami, przez co łatwo zamknąć się w informacyjnej bańce. Zdarza się też, że celowo eksponują treści kontrowersyjne, aby wywołać reakcję. Sam spotykałem się z sytuacjami, gdy platforma podsuwała mi skrajne lub szokujące materiały, choć wcześniej nie interesowałem się taką tematyką. To pokazało mi, że emocje są dziś dla algorytmów niezwykle cennym towarem. W efekcie polaryzacja i „zacietrzewienie” stają się nie tylko skutkiem sporów społecznych, ale także elementem mechanizmu, na którym opiera się funkcjonowanie współczesnych mediów społecznościowych. Rozwój automatycznych tłumaczeń sprawił, że dezinformacja łatwiej przekracza granice. – To z jednej strony ogromne ułatwienie dla użytkowników, ale z drugiej – fałszywe informacje mogą dziś błyskawicznie rozprzestrzeniać się między krajami. Dawniej ograniczała je bariera językowa, która dziś praktycznie nie istnieje. Efekt jest taki, że fake news stworzony w jednym kraju może w ciągu kilku godzin zdobyć odbiorców na całym świecie. Tym samym objawiła nam się ciemna strona globalnej wioski. – Rzeczywiście, dziś w każdym języku można krzyknąć: „Pożar!”, kiedy wcale się nie pali. I wśród użytkowników każdego z tych języków znajdą się tacy, którzy i tak w to uwierzą. Dezinformacja to dziś również biznes. – I to bardzo dochodowy. Na fake newsach można zarabiać zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio. W pierwszym przypadku chodzi po prostu o monetyzację popularnych kanałów, profili czy stron internetowych. Wiele platform pozwala twórcom czerpać zyski z reklam, więc im większą uwagę przyciągnie dana treść, tym większy może przynieść dochód. To sprawia, że część twórców celowo buduje sensację wokół tematów, które same w sobie nie są szczególnie sensacyjne. Jeśli dodatkowo okrasi się je fałszywymi lub wprowadzającymi w błąd *Pizza Gate – teoria spiskowa głosząca, że w piwnicy pizzerii w Waszyngtonie działała siatka pedofilska powiązana z amerykańskimi elitami politycznymi. Jeden z fanów teorii wtargnął do lokalu, grożąc pracownikom bronią. Gdy okazało się, że w budynku nie ma żadnej piwnicy, napastnik oddał się w ręce policji. k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Udało nam się przekonać Solidarność, że jest taka jak my
Fragmenty rozmowy, która ukazała się w najnowszym numerze „Zdania” (2/2026) – w wersji papierowej do nabycia w Empikach, w wersji elektronicznej na sklep.tygodnikprzeglad.pl. PATRYCJA DOŁOWY: W Unii Demokratycznej byłeś w tej lewicowej frakcji, obok Zofii Kuratowskiej. ANDRZEJ CELIŃSKI: Tak. Tam byli: Zosia Kuratowska, Krzysztof Dołowy, Tadeusz Zieliński, Basia Labuda, Władysław Frasyniuk, Iwona Śledzińska-Katarasińska, Marek Balicki, Krzysztof Budnik. Pracę organizacyjną prowadziła Basia Udrycka, zaprzyjaźniona przede wszystkim z Zosią Kuratowską. Byłem w tej grupie bardzo aktywny. Pewnego razu Hanna Suchocka, z którą się zresztą lubiliśmy, mimo że ona przecież była tak naprawdę unijną prawicą, poprosiła mnie, żebym przekonał tę naszą lewicową frakcję UD do zagłosowania za konkordatem. To był oczywiście 1993 r., a Suchocka była premierem. Ja odpowiedziałem na to, że w żadnym wypadku. Na co Hania poprosiła, żebyśmy przynajmniej nie przyszli na głosowanie. Odparłem, że oczywiście, natychmiast, ale pod jednym warunkiem: że tu i teraz przyrzekniesz, że po wyborach nie wykluczysz naszej koalicji z SLD. To było już po ogłoszeniu wrześniowych wyborów. Hania zaczęła wymachiwać rękoma, krzyczeć, że po jej trupie. Obraziła się na mnie. Podszedł wtedy do mnie Mazowiecki, wziął na bok i mówi: „Andrzej, masz 100% racji, oczywiście, że tak. Ale dzisiaj by to nam rozłupało Unię na pół”. Na co ja zapytałem, kiedy najwcześniej będzie to możliwe. Może za pięć lat – odpowiedział. Z Unii Demokratycznej co chwila odchodzili konserwatyści: Aleksander Hall, Bronisław Komorowski. Któregoś razu wzburzony zabrałem głos na Zjeździe UD, krytykując unijną prawicę, establishment UD. Że w ogóle tego kraju nie znają, nie mają pojęcia o życiu na prowincji. Ja jednak miałem za sobą tę moją aktywność w Płocku. I wtedy zaczęli podchodzić do mnie różni ludzie i zachęcać mnie, żebym kandydował do zarządu UD. Odpowiedziałem, że to wykluczone, nie brałem tego kompletnie pod uwagę. Sądziłem, że nie zebrałbym nawet odpowiedniej liczby uprawniających do kandydowania podpisów. I wtedy ktoś przyszedł i powiedział, że oni już mają te podpisy. To było robione całkowicie poza moją wiedzą. Wtedy nie mogłem już się wycofać, ale prawdę mówiąc, zaczęły też u mnie działać jakieś ambicje. Na wiceprzewodniczącego UD kandydowali: Frasyniuk, Kuroń, Król, Kuratowska, Rokita i ja, czyli sześcioro kandydatów na trzy miejsca. Rozkład głosów był taki, że Kuroń i Frasyniuk zdobyli prawie 100%, znakomity wynik. Trzeci był Rokita. Nieźle, ale mniej niż wymagane 50%. Potem była dziura. I potem byłem ja na czwartym miejscu. Kolejne miejsca zajęli Kuratowska i Król. Odbyła się dogrywka o trzecie miejsce między Rokitą a mną, z tym, że Rokicie brakowało w I turze do wyboru jakichś ośmiu głosów, a mi brakowało duże kilkadziesiąt. Ogromna różnica. Rokita podszedł do mnie i tak protekcjonalnie powiedział: „Andrzeju, ale wiesz, że i tak pozostaniemy przyjaciółmi?”. Spojrzałem na niego i mówię: „Janek, ale o czym ty mówisz?”. I on zaczyna się rozwijać, że przegram to. Zwracam się do niego i mówię: „Ale Janek, to ty przegrasz te wybory, nie ja”. Prawdę mówiąc, nie byłem tego do końca pewien, ale jak tak sobie kalkulowałem, to na to mi wychodziło. I stało się – wygrałem te wybory. W nowym prezydium był też Krzysztof Dołowy, obok mnie najbardziej lewicowy. Najbardziej prawicowym członkiem prezydium UD okazał się, ku mojemu zaskoczeniu, Janek Lityński. Mieliśmy problem, bo Jan Rokita, jako szef Kancelarii Premiera, miał być łącznikiem między premier Suchocką a prezydium UD. Ale nie był tym łącznikiem. Olewał nas. Ja nigdy nie rozmawiałem o tym z Hanią, ale Suchocka i Rokita nie przekazywali nam informacji kluczowych dla Unii. Geremek ciągle chodził rozeźlony, że my dowiadujemy się rozmaitych rzeczy z wystąpień publicznych, po fakcie. I w pewnym momencie wybuchła awantura, bo dowiedziałem się jakoś, że Kwaśniewski, może z Oleksym, zaproponował Suchockiej uratowanie tego rządu. W zamian chciał tylko, żebyśmy my gdzieś tam powiedzieli, że uznajemy SLD za równoprawne środowisko demokratycznej Polski, że to jest normalna organizacja polityczna demokratycznej Polski. Czyli tak naprawdę można było ocalić rząd Suchockiej za nic. Paradoks polega na tym, że SLD był o pięć klas bardziej demokratyczny wewnętrznie niż Unia Demokratyczna! Nie mówię tego z jakiegoś żalu, ale tak było. (…) PAWEŁ SĘKOWSKI: W 1999 r. przekroczyłeś pewne tabu, bo jako czołowa postać opozycji demokratycznej wstąpiłeś do „postkomunistycznego” SLD i na dodatek zostałeś z miejsca wiceprzewodniczącym partii. CELIŃSKI: Zadzwonił do mnie Leszek Miller i poprosił mnie o spotkanie. To był początek 1999 r. Miller jest bardzo cwanym graczem, w pewnym sensie mnie oszukał. Ale jestem mu za to wdzięczny, bo bez tego oszustwa ja bym tam nie był, a uważam, że w efekcie dobrze się stało. Dodam, że Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Papieskie tajemnice
Ratzinger przegrał ze zmową milczenia, której przewodził Jan Paweł II Prof. Stanisław Obirek – antropolog, teolog, publicysta. Pracuje w Instytucie Ameryk i Europy UW, były jezuita Na początku lutego 2019 r. papież Franciszek odbył ważne spotkanie z przedstawicielami świata muzułmańskiego. W drodze powrotnej z Abu Zabi rozmawiał z dziennikarzami na pokładzie samolotu. Opowiedział im pewną anegdotę. Wynikało z niej, że jego poprzednik, Ratzinger, jeszcze jako kardynał wykazywał determinację, żeby walczyć z nadużyciami na tle seksualnym. Ale Wojtyła absolutnie nie był tym zainteresowany. Co pomyślałeś, kiedy o tym usłyszałeś? – To było wstrząsające. Przeczytałem sobie całą tę konferencję prasową z Franciszkiem na pokładzie samolotu z Emiratów do Rzymu, a potem nawet ją odsłuchałem. Na ogólne pytanie dotyczące nadużyć w Kościele papież odpowiedział, jak to on, dość mętnie, niejasno, że przestępstwa seksualne się zdarzają, że nawet zakonnice są wykorzystywane przez księży, że to ciągle jest problem, walka na lata. No, a potem przywołał tę anegdotę. – No tak. Rzecz dotyczy kard. Ratzingera, który z dokumentacją pod pachą udał się do Jana Pawła II. Poszedł do niego w sprawie założyciela zgromadzenia Legion Chrystusa Marciala Maciela Degollada. Ten meksykański duchowny, pupil papieża Polaka, słynął z licznych skandali seksualnych, w tym pedofilii. Wykorzystywał seksualnie nie tylko dziesiątki młodych seminarzystów, ale też swoje własne dzieci. Był bigamistą, narkomanem i malwersantem, który zbił fortunę, żerując na religijności bogobojnych możnych tego świata. Kupił Kościołowi wiele nieruchomości, finansował szkoły i uniwersytety. Pierwsze zgłoszenia dotyczące nadużyć w Legionie Chrystusa to są lata 50. minionego wieku. – Ratzinger liczył na to, że skompromitowany duchowny zostanie pozbawiony wszelkich honorów, a może nawet postawiony przed sądem. Niestety, jak opowiada Franciszek, wrócił z tymi papierzyskami pod pachą i polecił swojemu sekretarzowi: „Daj to do sejfu, bo druga partia wygrała”. Niesamowite. Mamy potwierdzenie tego, o czym szeptano przez lata. – Franciszek jednoznacznie daje do zrozumienia, że w okresie, kiedy Ratzinger był najpotężniejszym kardynałem w kurii, przewodniczącym Kongregacji Nauki Wiary, który rozstawiał po kątach nieprawomyślnych teologów, pozbawiając ich katedr, zakazując publicznych wypowiedzi, cenzurując książki – w tej sprawie okazał się bezradny. Była jakaś „druga partia”, druga strona, która powiedziała „nie”. I zbrodniarz Maciel pozostał wówczas bezkarny. Najciekawsza w tej anegdocie jest jednak końcówka. Okazuje się, że kiedy Ratzinger został papieżem, to pierwszą rzeczą, którą zrobił, było wydobycie wspomnianych dokumentów z sejfu. To był koniec Maciela Degollada. Jego kariera na pokojach Watykanu niniejszym się zakończyła. Jakiś czas temu maltański biskup Charles Scicluna przywołał taki epizod z 2004 r. dotyczący Marciala Maciela Degollada. Świętował on wtedy w rzymskiej Bazylice św. Pawła za Murami 60. rocznicę święceń kapłańskich. „Poszła tam cała kuria rzymska, włącznie z biskupami i kardynałami. W domu pozostał jedynie Ratzinger, wówczas prefekt Kongregacji Nauki Wiary”. – Powszechnie wiadomo, że Maciel był jednym z najważniejszych problemów Ratzingera w ostatnich latach pontyfikatu Jana Pawła II. Już jako papież Benedykt XVI wprowadził zarząd komisaryczny do „legionistów” i pozbawił Maciela wszelkich praw. Dla Benedykta była to niezwykle obciążająca psychicznie sprawa i nie dziwię się, że podzielił się tym z Franciszkiem, swoim następcą. Ta historia bardzo obciąża jednak Jana Pawła II. Nie przejdzie już ta retoryka, że papież o niczym nie wiedział. – Nie. Tu sprawa jest jasna. Jan Paweł II, mając przed oczyma dokumenty, które przyniósł mu najbliższy współpracownik, najpotężniejszy w Watykanie kardynał, nie zareagował na nie. A może, wyrażając się ostrożniej, dał posłuch tej „drugiej stronie”, o której mowa choćby w „Sodomie” Frédérica Martela i „Ślubach milczenia” Jasona Berry’ego i Geralda Rennera. Nie tylko książki, które wymieniłeś, ale też relacje świadków dostarczają bardzo wiele świadectw na temat tego, jaką rolę w sprawie krycia Degollado odegrali m.in. Sodano i Dziwisz. – Franciszek dowiedział się o tym wszystkim prawdopodobnie już po wyborze na papieża, kiedy mu przekazano tajne dokumenty. Ratzinger przegrał ze zmową milczenia, której przewodził Jan Paweł II. Bo trzeba być naprawdę bardzo naiwnym, żeby przypisywać tuszowanie tych okropnych nadużyć kard. Dziwiszowi. Nie było przeszkód, by Jan Paweł II, jak mu się to zdarzało wielokrotnie, tupnął nogą i powiedział: „Nie, nie możemy tego tolerować, trzeba to załatwić i skończyć z hipokryzją”. Kard. Dziwisz zabrał głos. Idzie w zaparte. – Mnie to nie dziwi. Czytałem rozmowę Edwarda Augustyna ze Stanisławem Dziwiszem w „Tygodniku Powszechnym”. Niektóre z fraz kardynała warto przywołać, bo są prawdziwymi perełkami kościelnej mowy ezopowej i przykładem amnezji. Na pytanie, kogo dotyczyła opowiedziana przez Franciszka Fragmenty książki Stanisława Obirka i Artura Nowaka Wąska ścieżka. Dlaczego odszedłem z Kościoła, Prószyński i S-ka, Warszawa 2026 Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Klasyka Przeglądu
PREMIUM Historyczna rola PZPR
Przez jej szeregi przewinęło się 4,5 mln Polaków Dzieje Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie cieszą się dziś zainteresowaniem historyków, a co za tym idzie – odbiorców literatury historycznej. To smutny paradoks, że na większą uwagę mogą liczyć wynoszeni do rangi superbohaterów „żołnierze wyklęci”, a także demonizowani bez umiaru ich przeciwnicy z Urzędu Bezpieczeństwa, natomiast losy najważniejszej organizacji politycznej w XX-wiecznej Polsce są wstydliwie przemilczane lub co najwyżej kwitowane sztampowymi opiniami o „rządach komunistów podległych Moskwie”. Wielki Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Jak się skończy ta wojna
Poufne negocjacje Czy ta wojna zakończy się rozejmem, czy rozstrzygnie na polu bitwy? To pytanie pojawiło się w globalnej debacie, ledwie rosyjskie rakiety przecięły ukraińskie niebo 24 lutego 2022 r. Szybko też podzieliło świat na dwa obozy. Można nazywać przedstawicieli tych dwóch stronnictw realistami i idealistami, zwolennikami interwencjonizmu i polityki powściągliwości albo jastrzębiami i gołębiami pomocy Ukrainie – nazwy są jednak drugorzędne. Istotna była treść tego sporu. A eksperci, analityczki czy dziennikarze i emerytowani dyplomaci spierali Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
PREMIUM Gambit Jaruzelskiego
Wszystkie cztery armie gotowe były do walki [Gen. Jaruzelski jeszcze przed stanem wojennym] część wojsk wyprowadził z koszar na poligony. Ze sprzętem, by ćwiczyły, by były gotowe do ewentualnych działań. Jakich? Gen. Dachowski1 odpowiada wprost: jednostki „wychodziły z artylerią i z rakietami, a więc na pewno nie po to, aby wjechać do miasta w celu zaprowadzenia w nim porządku”. Można więc przyjąć, że wojsko, które ćwiczyło i zajmowało poligony, pełniło funkcję prewencyjną. Zniechęcało do pochopnej interwencji. Czyniło ją trudną. I taką, która może przynieść niedobre konsekwencje. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Kraj
Prof. Henryk Skarżyński napisał libretto do musicalu. Opowiada o swoich pacjentach Oto zuchwałość XXI w. 34 lata temu prof. Henryk Skarżyński dokonał pierwszej operacji wszczepienia osobie całkowicie niesłyszącej implantu ślimakowego. Było to wówczas wielkie wydarzenie, wielki przełom. Chodziło o to, by osoba z implantem mogła słyszeć dźwięki, idąc ulicą, i czuć się w miarę swobodnie. O tym, by mogła mówić, rozmawiać, można było wówczas jedynie pomarzyć. Teraz osoby ze wszczepionym implantem grają i śpiewają. Postęp jest gigantyczny. „Pamiętam, ile emocji to wzbudzało, ile wysiłku kosztowało, by przekonać środowiska naukowe i decydentów, że osoba niesłysząca może odzyskać kontakt ze światem dźwięków – wspomina prof. Skarżyński. – Dziś robimy to u kilkumiesięcznych dzieci, dając im szansę na swobodny rozwój mowy i normalne życie. Stymulując mózg od wczesnych miesięcy, rozwijamy jego możliwości oraz zdolności. Nauka nie tylko nadąża za światem – ona go kształtuje”. Od 2015 r. prof. Skarżyński organizuje w Kajetanach Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Ślimakowe Rytmy/Beats of Cochlea”, byśmy na własne oczy mogli się przekonać, co potrafi współczesna medycyna. I usłyszeć młodych ludzi śpiewających oraz grających Beethovena i Chopina. W tym roku w lipcową sobotę finał festiwalu obfitował też w bonusy: film dokumentalny w reżyserii Miłki Skalskiej o tych, którym implant dał nowe życie, „Implant. Mój Przyjaciel Po Wsze Czasy”, i musical „Powrót Beethovena”, do którego libretto napisał… prof. Henryk Skarżyński. Libretto? Jakim sposobem? Skąd u profesora taka pasja? Skąd wolny czas na jej rozwijanie? Henryk Skarżyński mówi o tym w filmie Miłki Skalskiej: „Kocham pracę, bez niej nie byłbym w stanie funkcjonować. Wyzwala we mnie nowe możliwości, marzenia, które albo spisuję w postaci jakiegoś wiersza czy jakiejś rymowanki, albo opisu jakiegoś wrażenia, i to zostawiam. Czasami nie wracam do tego przez lata, a czasami po paru miesiącach okazuje się, że to był fantastyczny pomysł i należy go rozwijać”. Pasja profesora do sztuki, muzyki, do poezji to rzecz znana. Wiemy też, że po całym dniu ciężkiej pracy, wymagającej maksymalnego skupienia, mijają nieraz godziny, nim mózg się uspokoi i wyciszy. Taki jest „Powrót Beethovena” – musical, który powstał na podstawie półautobiograficznej książki profesora o tym samym tytule. To opowieść o jego pacjentach, o ich historiach. O rodzicach, którzy z obawami i nadzieją przyjechali z dziećmi do Kajetan. O małych pacjentach, dla których implant oznaczał przeniesienie w nową rzeczywistość – ze świata ciszy w świat dźwięków. O trudach rehabilitacji, zderzeniu z własnymi słabościami i nietolerancją otoczenia. I o Beethovenie, który – gdyby żył w naszych czasach – słyszałby. „To cud”, mówi w „Powrocie Beethovena” mama małego chłopca, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
I nie wódź nas w nieskończoność
Od kilku lat biskupi mówią o powołaniu komisji ds. pedofilii, ale robią wszystko, by nie powstała „Kiedy powstanie zapowiadana komisja do zbadania przypadków wykorzystywania seksualnego nieletnich przez osoby duchowne?”, zapytałem ks. Leszka Gęsiaka, rzecznika prasowego Konferencji Episkopatu Polski. „Szanowny Panie Redaktorze, dziękujemy za przesłane pytanie. Niestety Ksiądz Rzecznik przebywa obecnie na urlopie. Z wyrazami szacunku”, odpisało biuro prasowe KEP. Oczywiste jest, że ks. Gęsiakowi należy się zasłużony odpoczynek, ale rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ma przecież podwładnych – pracowników biura prasowego, które, jak napisano na stronie KEP, „kontaktuje się z mediami i prezentuje stanowisko zajmowane przez Konferencję Episkopatu Polski w sprawach ważnych dla życia Kościoła”. Biuro prasowe KEP podlega bezpośrednio sekretarzowi generalnemu, bp. Markowi Marczakowi, członkowi wąskiego grona prezydium KEP. Wystarczyło go zapytać. Pracownicy biura prasowego mogli też zasięgnąć języka u abp. Tadeusza Wojdy, przewodniczącego KEP, jego zastępcy abp. Józefa Kupnego lub prymasa Polski Wojciecha Polaka. Raczej nie jest prawdopodobne, aby najbardziej decyzyjni hierarchowie Kościoła w Polsce byli jednocześnie na urlopach. Zdaje się jednak, że właśnie o to chodziło – tak mi odpowiedzieć, abym się odczepił i nie drążył niewygodnego tematu. Kłamstwo ma krótkie nogi Sprawa powołania rzeczonej komisji jest bowiem kompromitująca dla biskupów. W marcu 2023 r. po obradach KEP pasterze Kościoła poinformowali, że „w trosce o dobro ofiar” powstanie specjalna komisja ds. „zbadania problemu wykorzystania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych”. W czerwcu 2023 r., podczas kolejnego zebrania KEP, w Lidzbarku Warmińskim, abp Wojciech Polak przedstawił wniosek, aby przyszła komisja miała charakter śledczy i zajęła się przypadkami pedofilii od 1945 r. do momentu jej powołania. „Nie da się zbadać tylko przeszłości, nie odnosząc się do teraźniejszości, ponieważ sprawy, które wydają się tylko historyczne, ostatecznie takimi nie są, gdyż często prowadzą do konieczności podjęcia działań dzisiaj”, mówił prymas Polski. Wniosek został przedyskutowany, a potem przegłosowany przez biskupów. Przez następne miesiące hierarchowie zapewniali opinię publiczną, że prace nad utworzeniem komisji trwają, prowadzone są konsultacje, analizy i narady. Jednak w marcu 2025 r. wyciekła do mediów opinia Rady Prawnej KEP (zasiada w niej 10 biskupów i kilkunastu księży konsultorów). W dokumencie zarekomendowano hierarchom złamanie złożonej publicznie obietnicy powołania komisji. Według członków Rady Prawnej KEP utworzenie komisji o uprawnieniach śledczych byłoby groźne m.in. dlatego, że przed jej oblicze byliby wzywani i przesłuchiwani nie tylko szeregowi księża, ale i biskupi. Działalność komisji przerodziłaby się w sąd nad „przełożonymi kościelnymi”, a w pracach
3 sierpnia, 2026
Bez ślubu i bez statusu
Nie masz obrączki? Nie masz wsparcia prezydenta W narracji środowisk konserwatywnych i zwolenników weta ustawy o statusie osoby najbliższej dominuje jedna emocja – ulga. Ich przedstawiciele z satysfakcją przekonują, że decyzja prezydenta była jedyną słuszną, bo przepisy i tak miały służyć głównie formalizowaniu relacji par jednopłciowych. Polityczna retoryka zderza się jednak z twardą rzeczywistością i oficjalnymi statystykami. Wystarczy sprawdzić dokumenty. W Ocenie Skutków Regulacji (druk sejmowy nr 2111), powołującej się na Europejski Sondaż Społeczny z 2022 r. wyliczono, że ustawa o statusie osoby najbliżej miała chronić aż 2,2 mln osób w relacjach heteroseksualnych i ok. 162 tys. osób tworzących związki tej samej płci. Zaproponowane rozwiązania odpowiadały więc przede wszystkim na codzienne potrzeby ponad 2 mln heteroseksualnych Polek i Polaków żyjących bez ślubu. Potwierdzają to również twarde dane GUS z Narodowego Spisu Powszechnego 2021, wskazujące na niemal 1,8 mln osób funkcjonujących w nieformalnych relacjach. Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego z 17 lipca postawiła jednak krzyżyk na dwóch aktach prawnych – o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu wraz z przepisami wprowadzającymi. „Strażnik konstytucji” zawetował projekt, zarzucając mu „wprowadzenie tylnymi drzwiami związków partnerskich, które mają zastąpić instytucję małżeństwa”. Decyzja ta wywołała lawinę komentarzy i ujawniła przepaść pomiędzy sztywnym prawem a codziennością Polaków. Kwestia bytowa Symbolem tego pęknięcia jest np. wpis Pawła, który dzień po decyzji prezydenta opublikował na Facebooku zdjęcie z partnerką i podzielił się gorzką refleksją. Pech chciał, że ogłoszenie weta przypadło dokładnie w dzień rocznicy ich nieformalnego związku. „36 lat razem… bez ślubu i papierów na szczęście. Nikt nie powinien innemu wchodzić w życie osobiste!”, skomentował. Wyznanie Pawła celnie punktuje narrację o „ideologii” czy „obcym lobby”. Ustawa o statusie osoby najbliższej dotyczyła przecież też dwojga tych osób, które przez niemal cztery dekady dzieliły dom, pracę i dorobek. A w świetle obecnego prawa pozostają dla siebie obce. Wokół projektów i wspomnianych ustaw pojawiła się narracja, że nowy status osoby najbliższej to kwestia zarezerwowana wyłącznie dla środowisk LGBTQ+. Część internautów szybko jednak sprowadziła tę dyskusję na ziemię, przypominając o strukturze demograficznej kraju. „Związki partnerskie to nie tylko grupa LGBT, ale także konkubinaty, kobiety i mężczyźni, którzy nie wzięli ślubu z różnych przyczyn”, zauważa w sieci Ola i stawia celne pytanie: „W którym momencie to zagraża innym relacjom?”. Dla wielu to kwestia czysto bytowa. Jolanta, po 25 latach w związku bez ślubu, szukała w ustawie poczucia bezpieczeństwa. Joanna z kolei wyznaje: „Nie chodzi o szczęście, bo to mam od 29 lat. Chodzi o to, żebym mogła zgłosić partnera do ubezpieczenia, gdy straci pracę, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
3 sierpnia, 2026
W tej sali nie ma winnych
Proces stał się sądem nad śledztwem w sprawie zabójstwa Iwony Cygan Zapadł wyrok w procesie o zabójstwo licealistki Iwony Cygan ze Szczucina przed 28 lat. 17 osób w ławach oskarżonych Sądu Okręgowego w Rzeszowie usłyszało, że są niewinne. Dla Pawła K. prokurator domagał się kary dożywocia, dla jego ojca Józefa K. 25 lat więzienia. Przyjaciółka Iwony Renata G. miała iść do więzienia na cztery i pół roku, a 14 byłych policjantów ze Szczucina i Dąbrowy Tarnowskiej na od dwóch do sześciu lat. Ojciec zamordowanej dziewczyny po usłyszeniu wyroku zasłabł, trzeba było wyprowadzić go na korytarz. Również siostry ofiary opuściły salę rozpraw, nie słuchając sędziego. (Omówienie uzasadnienia nieprawomocnego wyroku oraz reakcji uniewinnionych i ich obrońców w następnym numerze „Przeglądu”). Chwila, Iwonko, a znów się spotkamy W upalny, duszny wieczór 13 sierpnia 1998 r., który zapowiada nadciągającą w nocy burzę, 17-letnia licealistka Iwona Cygan ze Szczucina wychodzi na miasto. Na rynku spotyka się z koleżanką Renatą G. i obie ruszają w kierunku Zajazdu Leśnego. Wychodzą stamtąd o godzinie 21, bo Renata ma nazajutrz rano w Busku-Zdroju kurs samochodowy. Po pożegnaniu przyjaciółki dojście do domu zajmie Iwonie 10 minut. Nigdy tam nie dociera. Prokurator, opierając się na zeznaniach policjanta Leszka W., który miał owej nocy służbę na mieście, odtwarza w akcie oskarżenia dalsze losy licealistki. Dziewczyny nie rozstały się o godzinie 21. W przekonaniu śledczych wsiadły do czekającego na nie samochodu, w którym byli ich starsi wiekowo znajomi ze Szczucina: Robert K. ksywa „Trabant”, Paweł K. „Młody Klapa” i jego ojciec Józef K., czyli „Stary Klapa”. O dwóch pierwszych w Szczucinie mówi się „Austriacy”, bo pracują jako budowlańcy w Wiedniu. Towarzystwo jedzie do baru U Trabanta, gdzie w pomieszczeniu biurowym znajduje się amatorskie studio filmów porno. Nagrywaniem zajmuje się „Młody Klapa”. Z aktu oskarżenia: „Mężczyźni dają Iwonie coś do wypicia. Następnie Paweł K. każe jej się rozebrać, ona odmawia. Wtedy »Stary Klapa« i »Trabant« chwytają nastolatkę za ręce i biją po głowie. Paweł K. kastetem łamie dziewczynie żuchwę. Wszystko to dzieje się na oczach biernej Renaty”. Zakrwawiona Iwona, z rękami związanymi nylonowym sznurkiem jest prowadzona przez lokal na oczach kilkudziesięciu biesiadników. Nikt nie reaguje na porwanie. Tę sytuację widzą też policjanci Leszek W. i Grzegorz J., siedzący w radiowozie przed lokalem. Kiedy bandyci jadą z ofiarą do hangaru w Łęce Szczucińskiej, policyjny wóz skręca w innym kierunku. Następnego dnia rano funkcjonariusz Ryszard S. słyszy w szczucińskim komisariacie opowieść zdających nocną służbę Leszka W. i Grzegorza J., że widzieli nad Wisłą ciało zamordowanej Iwony Cygan. Ale żaden funkcjonariusz nie reaguje. Zwłoki, nad którymi krąży już rój much, dostrzega przed południem Stanisław D., który wyprowadza krowę na łąkę. Dopiero wtedy przyjeżdżają policjanci – wśród nich Leszek W. i Grzegorz J. Martwa Iwona ma zmasakrowaną twarz i związane ręce. Spodnie,
3 sierpnia, 2026
Kulisy cyfrowych pułapek
Media społecznościowe zaprojektowano tak, by zatrzymać nas na dłużej Anna Borkowska – psycholożka, socjoterapeutka, ekspertka ds. edukacji cyfrowej w Państwowym Instytucie Badawczym NASK Coraz częściej słyszymy, że ludzie nie potrafią odłożyć telefonu, ograniczyć korzystania z mediów społecznościowych czy przestać scrollować. To kwestia słabej woli? – Zdecydowanie nie. To, że trudno nam oderwać się od mediów społecznościowych, nie jest ani przypadkiem, ani dowodem na brak silnej woli. Social media należą do najbardziej angażujących technologii, jakie kiedykolwiek stworzono. Nie są przypadkowym zbiorem atrakcyjnych treści, lecz zaawansowanymi systemami zaprojektowanymi po to, by przyciągać i utrzymywać naszą uwagę. Za tą trudnością stoją osiągnięcia psychologii, neuronauki, kognitywistyki i niezwykle precyzyjnie skonstruowane algorytmy. Platformy wykorzystują naturalne mechanizmy wpisane w ludzką psychikę – potrzebę kontaktu, akceptacji, ciekawość świata, ale również nasz biologiczny system nagrody. Ich celem jest jak najdłuższe utrzymanie naszej uwagi, ponieważ właśnie ona stanowi podstawę modelu biznesowego większości platform. Twórcy serwisów dysponują ogromnymi zasobami danych i doskonale wiedzą, co przyciąga użytkowników. Wykorzystują wiedzę o tym, jak funkcjonuje człowiek, by tworzyć rozwiązania, którym bardzo trudno się oprzeć. Jakie mechanizmy działają na nas najsilniej? – Jednym z najważniejszych jest układ nagrody i związana z nim dopamina – neuroprzekaźnik odpowiedzialny za odczuwanie przyjemności, satysfakcji i motywację do działania. Kiedy widzimy nowe polubienie, komentarz czy interesujący materiał wideo, nasz mózg otrzymuje niewielką „nagrodę” w postaci wyrzutu dopaminy. Twórcy aplikacji doskonale poznali ten mechanizm i wykorzystują go podobnie jak w automatach do gier. Nie wiemy, co znajdziemy po kolejnym przewinięciu ekranu czy otwarciu aplikacji. A nasz mózg lubi nowość, ekscytację i odrobinę niepewności. Istotne jest to, że nagroda nie pojawia się za każdym razem. Czasem trafiamy na coś bardzo interesującego, a kiedy indziej nie. Właśnie ta zmienność sprawia, że chcemy sprawdzać dalej. Nasz mózg uczy się, że „następnym razem może być ciekawiej”. A nieskończone przewijanie i nieustanne powiadomienia? – To również nie są przypadkowe rozwiązania. Platformy projektuje się tak, by eliminować tzw. punkty oporu – momenty, w których moglibyśmy świadomie zdecydować, że kończymy korzystanie z aplikacji. Dawniej internet przypominał bardziej książkę. Trzeba było przeładować kolejną stronę, co dawało chwilę na zastanowienie. Dziś mamy nieskończone przewijanie. Brakuje naturalnego momentu zatrzymania, więc często nawet nie zauważamy, ile czasu spędziliśmy online. Podobnie działa automatyczne odtwarzanie kolejnych filmów w serwisach takich jak YouTube. Zanim zdążymy podjąć decyzję, materiał już się rozpoczął. Do tego dochodzą powiadomienia push. Dźwięki, wibracje i kolorowe oznaczenia skutecznie odrywają nas od wykonywanego zadania. Co ciekawe, k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
3 sierpnia, 2026
Janusz czyste ręce – spin-off
W 31. numerze „Przeglądu” Andrzej Sikorski w artykule „Janusz czyste ręce” opisał szlachetną postać byłego posła PiS Janusza Cieszyńskiego, obecnie członka klubu parlamentarnego Rozwój Plus. Autor nie wspomniał o jednej sprawie – dotyczącej budowy sieci światłowodowych, na które w latach 2014-2020 Polska otrzymała łącznie ponad kilka miliardów złotych dotacji unijnych. Konkursy, w trakcie których dzielono kasę, organizowało Centrum Projektów Polska Cyfrowa (CPPC). „Na światłowody” przyznało ono kwotę 4,4 mld zł spółkom mającym je kłaść. 31 maja 2022 r. NIK opublikowała informację o wynikach kontroli dotyczącej budowy sieci internetu w województwie lubelskim „Efekty realizacji projektów dotyczących zapewnienia szerokopasmowego dostępu do internetu na terenie województwa lubelskiego”. I nie zostawiła suchej nitki na wspomnianym centrum: „NIK negatywnie ocenia realizację projektów budowy szybkiej sieci szerokopasmowej na terenie województwa lubelskiego, a także Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
3 sierpnia, 2026Świat
W narracjach podczas kampanii wyborczej w Izraelu dominują sprawy wewnętrzne Szósty rząd Beniamina Netanjahu zostanie zapamiętany nie tylko dlatego, że składa się w dużej mierze z partii prawicowych i prowadzi najdłuższą ciągłą wojnę w historii Izraela, do tego na wielu frontach, i przejmuje kontrolę nad kolejnymi terytoriami (oficjalnie jako tymczasowy środek bezpieczeństwa). To także pierwszy od prawie 40 lat moment, gdy Kneset nie rozwiązał się przed planowanym końcem kadencji. Ostatni raz było tak w 1988 r., gdy urzędującym premierem był Icchak Szamir, znany w Polsce przede wszystkim za sprawą kontrowersyjnego wywiadu z 1989 r., podczas którego powiedział, że Polacy antysemityzm „wysysają z mlekiem matki”. Słowa te, powtórzone przez Israela Katza, p.o. ministra spraw zagranicznych, w 2019 r. wywołały kryzys dyplomatyczny. 27 października Izraelczycy pójdą do urn, by wybrać kolejny rząd. Odchodzący blok Likudu, partii religijnych i skrajnej prawicy, ma obecnie ponad 60 miejsc w 120-osobowym parlamencie, ale utrzymanie tego poziomu może okazać się wyzwaniem. Dzisiaj wielu Izraelczyków oczekuje, by w kraju powstała niezależna komisja, która zbadałaby odpowiedzialność rządu za zaniedbania, które pozwoliły Hamasowi na atak 7 października 2023 r. Temat powstania komisji ciągnął się przez całą kadencję. Atak, w którym zginęło 1,2 tys. Izraelczyków, a 251 uprowadzono do Gazy, określany jest jako największe zaniedbanie bezpieczeństwa narodowego w historii Izraela. To o tyle kuriozalne, że kwestia bezpieczeństwa była tematem, dzięki któremu Beniamin Netanjahu wygrał niejedne wybory. Opozycja bardzo szybko podniosła kwestię powołania komisji państwowej, lecz rząd Netanjahu do samego końca opierał się przed wzięciem odpowiedzialności za porażkę, jaką poniósł 7 października, i obarczał nią przede wszystkim służby i wojskowych. Ostatecznie jednak w grudniu 2025 r. parlamentarzysta z Likudu Ariel Kallner zaproponował ustawę, na mocy której miałaby powstać komisja mianowana przez ugrupowania polityczne, ale pomysł odrzuciła opozycja, domagając się uruchomienia śledztwa niezależnego od politycznych nominacji. W połowie lipca Netanjahu poinformował Sąd Najwyższy, że pomimo trwających od grudnia prac, nie uda mu się doprowadzić do głosowania nad ustawą do końca kadencji i zostanie ona ukończona po 27 października. Premier wezwał też sąd do odrzucenia złożonych w ostatnich trzech latach petycji domagających się utworzenia komisji, gdyż – jak podkreślił – zadecydują o tym wyborcy przy urnach. Zdaniem Netanjahu winę za tę opieszałość ponosi przede wszystkim regulamin Knesetu i inne harmonogramy, nietrudno jednak zauważyć, że przecież prace nad innymi kontrowersyjnymi ustawami trwały, a nawet część z nich udawało się przyśpieszyć. Tak było w przypadku ustaw ograniczających uprawnienia prokuratora generalnego do nadzorowania działań rządu. Lapid-Bennett po raz drugi Nadchodzące wybory będą inne od poprzednich także dlatego, że odpowiedzialność rządu za zaniedbania związane z wydarzeniami 7 października będzie najważniejszym motywem kampanii. Można było to zauważyć już w kwietniu, gdy start pod jednym szyldem ogłosiło dwóch byłych premierów, Jair Lapid i Naftali Bennett, którzy zdecydowali się utworzyć wspólną listę wyborczą pod wymowną nazwą BeJachad (Razem). Politycy, którzy tworzyli wspólnie rząd od czerwca 2021 r. do końca 2022 r., podczas konferencji, na której ogłosili fuzję, zapowiedzieli, że kwestia powstania komisji będzie jedną z kluczowych, jeśli uda im się ponownie zbudować rząd. „Po 30 latach nadszedł czas, by pożegnać się z Netanjahu i rozpocząć nowy rozdział”, mówił Naftali Bennett na konferencji w luksusowym hotelu w Herclijji, nawiązując do tego, że Netanjahu po raz pierwszy fotel premiera objął w 1996 r. i jest dzisiaj najdłużej urzędującym premierem Izraela w historii. Bennett, dawny koalicjant Netanjahu, żołnierz, przedsiębiorca i prawicowy polityk, był w 2021 r. pierwszym ortodoksyjnym Żydem, który został premierem Izraela. Stąd jego wizerunek przez lata kojarzył się przede wszystkim z ciemnym garniturem, krawatem i nieodzowną kipą na głowie. Dzisiaj w kampanii uderza w inne tony. Dużo mówi o pracy i naprawianiu, a eksperci od wizerunku ubrali go w dżinsy i T-shirt, zakładając, że w ten sposób lepiej trafi do młodszych wyborców i osób pracujących. W takim stroju w ostatnich
Pomoc w umieraniu
Czy Francja legalizuje eutanazję? Korespondencja z Francji Obóz polityczny prezydenta Francji zrealizował właśnie jedną z nielicznych obietnic wyborczych. Jest nią ustawa o tzw. pomocy w umieraniu (aide à mourir), nad którą Francja debatowała od lat. W Polsce ukazało się wiele artykułów poruszających kwestię legalizacji eutanazji i cywilizacji śmierci. Francuska ustawa jednak nie do końca spełnia kryteria klasycznej eutanazji, którą stosuje się np. w Holandii czy Belgii. Sugeruje to także nazwa ustawy, która nie jest zwykłym eufemizmem, lecz tłumaczy kompromis, który narodził się w drodze długich rozważań i negocjacji społecznych. Temat na pewno zasługuje na obiektywne omówienie, by wyeliminować uproszczenia sprowadzające go do „zalegalizowania zabójstwa”. Projekt ustawy dotyczącej pomocy w umieraniu ma wprowadzić możliwość uzyskania przez niektórych pacjentów pomocy w zakończeniu życia w sytuacji ciężkiej, nieuleczalnej choroby, powodującej nieznośne cierpienie. Ustawa opiera się przede wszystkim na zapisie, który przewiduje samodzielne podanie przez pacjenta śmiertelnej substancji. Interwencja lekarza lub pielęgniarki jest przewidziana jedynie wyjątkowo, gdy stan fizyczny chorego uniemożliwia wykonanie tego aktu. W przeciwieństwie do Belgii i Holandii, gdzie eutanazja polega zasadniczo na bezpośrednim podaniu substancji przez lekarza, francuski ustawodawca chciał zachować zasadę, że decydujący akt należy do pacjenta. Długa droga legislacyjna Debata wokół projektu tej ustawy ujawniła głębokie podziały społeczne i polityczne między zwolennikami większej autonomii jednostki a obrońcami zasady nienaruszalności życia. Droga do obecnego jej kształtu zaczyna się od ustawy Leonettiego z 2005 r., zakazującej uporczywej terapii. Mówi ona, że lekarz może przerwać leczenie, które stało się „nieracjonalne” lub nieproporcjonalne, ale zabronione jest celowe spowodowanie śmierci pacjenta. Kolejnym etapem była ustawa Claeysa-Leonettiego z 2016 r., która umożliwiła głęboką i ciągłą sedację (obniżanie świadomości) pacjentów u kresu życia. Był to ważny etap: pacjent mógł zostać utrzymany w stanie nieświadomości aż do naturalnej śmierci, jednak nadal nie była to ani eutanazja, ani wspomagane samobójstwo. Ewolucja legislacji w tym zakresie w Belgii, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
3 sierpnia, 2026
Liga Mistrzów internetu
Amazon, Alibaba i rosyjskie giganty handlu elektronicznego – władza nad ekranem smarfona Handlem internetowym władają dziś imperia, które kontrolują magazyny, dane, płatności i codzienne decyzje miliardów ludzi. Na trzech kontynentach ukształtowały się trzy modele tej władzy: amerykański totalny operator, chiński ekosystem sieciowy i rosyjski duopol zbudowany na gęstej logistyce oraz żelaznej dyscyplinie. Ich historie to opowieść o bogactwie, przemocy i cenie, jaką płaci się za panowanie nad ekranem smartfona. Model Bezosa Historia Amazona zaczęła się w garażu w Bellevue pod Seattle. Były bankier z Wall Street Jeff Bezos w 1994 r. uznał, że internet zrewolucjonizuje handel, i zaczął sprzedawać w sieci… książki. Bo pierwotnie Amazon był księgarnią. Trzy dekady później stał się machiną, która w 2024 r. wygenerowała 637,96 mld dol. przychodów i 59,25 mld dol. zysku netto. Dziś to korporacja, której skala przychodów przewyższa PKB wielu gospodarek europejskich. Jeff Bezos stworzył model, w którym handel, logistyka, chmura obliczeniowa, kanał streamingowy Amazon Prime, a nawet technologie kosmiczne, takie jak Projekt Kuiper (Amazon Leo) – czyli budowa konstelacji satelitów zapewniających dostęp do szerokopasmowego internetu – tworzą zintegrowaną całość. Bezos jest też właścicielem i twórcą prywatnej spółki Blue Origin, która rozwija technologie budowy rakiet, lądowników i wszystkiego, co jest związane z usługami kosmicznymi. Pod tym względem właściciel Amazona rywalizuje z Elonem Muskiem. Jednak to jest margines jego działalności. Tym, nad czym dziś koncentruje się amerykańska spółka, jest utrzymanie dominacji w dziedzinie logistyki. Koncern ma pełną kontrolę nad łańcuchem dostaw — od przyjęcia towaru po dostarczenie go do klienta. Pozwala to na realizację zamówień w jeden dzień – nawet jeśli dostawy odbywają się pomiędzy różnymi kontynentami. Nikt dotychczas nie zbudował porównywalnej sieci magazynów, sortowni i floty w tak wielu państwach jednocześnie. Automatyzacja, robotyka i sztuczna inteligencja nie są w Amazonie ozdobą prezentacji inwestorskich, lecz kręgosłupem firmy, od którego zależy jej przyszłość. Pytanie brzmi: jak długo politycy, pracownicy i sprzedawcy będą gotowi płacić cenę wyznaczoną przez Bezosa? Zwłaszcza że osoby zatrudnione w magazynach koncernu w Europie i Stanach Zjednoczonych od lat skarżą się na tempo pracy, które nie zna ani litości, ani wolnych dni – stąd legenda firmy, która działa bez wytchnienia. Jeff Bezos zbudował kult efektywności, w którym każda sekunda między kliknięciem a dostawą jest mierzona, optymalizowana i przeliczana na dolary. Ta obsesja uczyniła z Amazona wzorzec, którego na razie nikt nie dogonił. Alibaba – smok z Hangzhou Jeśli Amazon jest maszyną, to Alibaba Group jest archipelagiem. W 2024 r. holding z Hangzhou wykazał 941,17 mld juanów przychodów i 71,33 mld juanów zysku netto. To skala wyraźnie mniejsza od amerykańskiego rywala. Alibaba nie jest ściśle zintegrowanym operatorem, lecz holdingiem złożonym z wielu platform handlowych, usługowych i spółek, które tworzą wspólny organizm. Zarabia na pośrednictwie, reklamie i usługach dla sprzedawców. Nie musi być właścicielem każdego magazynu ani każdej ciężarówki. Wystarczy, że sprawnie organizuje rynek, kieruje ruchem i inkasuje opłaty za dostęp do miliardów chińskich konsumentów. Rdzeniem grupy są dwie platformy handlu internetowego, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
3 sierpnia, 2026
Francuski work-life balance zagrożony
Czy więcej dni wolnych oznacza dziś nad Sekwaną luksus? Korespondencja z Francji Czy Francuzi pracują za mało? Dla obozu Emmanuela Macrona odpowiedź wydaje się oczywista, jednak związki zawodowe oraz opozycja mają inne zdanie na ten temat. Debata o czasie pracy oraz o dniach wolnych stała się jednym z najważniejszych sporów o przyszłość francuskiego modelu społecznego. 1 maja jest we Francji ważnym świętem. Odwołuje się nie tylko do najważniejszych zdobyczy francuskiego socjalizmu, ale jest też ciekawym zjawiskiem obyczajowym – w trakcie święta obdarowuje się bliskich i znajomych konwaliami. To symboliczny wyraz sympatii oraz życzliwości, który wpisuje się w wiosenny klimat tego święta. Spór o Święto Pracy we Francji coraz mniej dotyczy jednak samej jego symboliki, a coraz bardziej realnych fundamentów gospodarki. Francuski system – oparty na 35-godzinnym tygodniu pracy, dużej liczbie dni wolnych czy takich udogodnieniach jak prawo do bycia offline, rozbudowana ochrona przed zwolnieniem czy wynagradzanie nadgodzin – coraz częściej zderza się z presją globalnych gigantów gospodarczych, którzy w odpowiedzi na te systemowe gratyfikacje przenoszą swoje ośrodki np. do Polski. W tej sytuacji spór o kalendarz świąt okazuje się tylko pretekstem do zadania ważniejszych pytań: czy państwo dobrobytu w XXI w. da się pogodzić z globalnym dyktatem gospodarki liberalnej, czy może Francja będzie zmuszona zrewidować swoje społeczne priorytety? Metro, robota, lulu Francja uchodzi za jeden z krajów o najzdrowszej kulturze pracy. Czy jednak na pewno tak jest? Zwyczaje pracownicze dobrze ilustruje dewiza „Métro, boulot, dodo”, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „metro, robota, lulu”. Francuzi wstają zazwyczaj późno, idą do pracy na 9.00-9.30, spożywają długi, dwugodzinny obiad o godz. 12.00, a potem pracują często nawet do 20.30-21.00. Cały rytm dnia podyktowany jest pracą. Nie ma czasu na życie rodzinne, dzieci również spędzają cały dzień w szkole – od 9.00 do 17.00 albo 18.00 – czas ten wydłuża jeszcze przerwa obiadowa. Urlop macierzyński trwa standardowo nieco ponad trzy miesiące. Wszystko po to, aby raz w roku pozwolić sobie na wakacje nad morzem lub na wyspach któregoś z departamentów zamorskich. Według francuskiego prawa pracy każdemu przysługuje pięć tygodni urlopu. Problem w tym, że wszystko jest regulowane, lecz nic nie jest gwarantowane. Praca we francuskich firmach charakteryzuje się specyficznym połączeniem tradycyjnych struktur hierarchicznych z rozbudowanym systemem ochrony pracowników. Mimo rosnącej popularności partycypacyjnych modeli zarządzania (w których pracownicy są w większym stopniu włączani w podejmowanie decyzji), wiele przedsiębiorstw nadal funkcjonuje w wyraźnie pionowej struktury, w której decyzje podejmowane są głównie przez kadrę kierowniczą, a kontrola nad pracownikami jest duża. Wielu pracowników pochodzących z innych krajów zwraca również uwagę na kwestię prezenteizmu, czyli obecności w biurze i przestrzegania nieformalnych norm, niekiedy ważniejszych niż sama wydajność. Charakterystyczne dla francuskiej kultury pracy są także często organizowane spotkania, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
27 lipca, 2026
Wojna jako model biznesowy
Kto zarabia na wojnie w Ukrainie i wymianie ciosów na Bliskim Wschodzie? Te konflikty zmieniły nie tylko mapę bezpieczeństwa w Europie i na Bliskim Wschodzie, lecz także mapę zysków. Dziś zarabiają ci, którzy sprzedają surowce energetyczne, broń, obsługują transport i obiecują zapewnienie bezpieczeństwa. Rachunek za to w coraz większym stopniu obciąża budżety państw europejskich. W naszej wyobraźni wojna zawsze kojarzyła się z ludzką tragedią, ruinami miast i uchodźcami. Ma ona też drugą twarz, której nie obejrzymy w programach telewizyjnych. To świat terminali gazu LNG, biur maklerskich, rad nadzorczych koncernów zbrojeniowych, wielkich armatorów i banków inwestycyjnych. Tu wojna zmienia się w wyjątkowo silny impuls, który przyśpiesza podjęcie decyzji zakupowych, jest testem wydolności łańcuchów dostaw, motywem do rozbudowy fabryk zbrojeniowych, stoczni, portów i rurociągów. To także niepowtarzalna okazja do zwielokrotnienia zysków. Warto o tym pamiętać, oglądając zdjęcia z frontów. Bo na naszych oczach nie tylko giną ludzie – dokonuje się także gigantyczny transfer pieniędzy – z jednych państw do drugich, z kieszeni podatników na rachunki wielkich korporacji, od społeczeństw frontowych do tych, którzy stoją z boku – sprzedając im paliwa, broń, amunicję i usługi logistyczne. W sensie politycznym wojna w Ukrainie i konflikt USA/Izrael-Iran wydają się odrębnymi historiami. Pierwszy z nich to nierozstrzygnięta pozimnowojenna rywalizacja, czyli kwestia granic NATO i ambicji rosyjskiego imperializmu. Druga to kolejna odsłona bliskowschodniego kryzysu, z tymi samymi uczestnikami: USA, Izrael, Iran i monarchie Zatoki Perskiej. Nowym elementem stała się blokada cieśniny Ormuz, przez którą przechodzi znaczna część transportów ropy naftowej, gazu ziemnego oraz nawozów sztucznych. W sensie gospodarczym obie te wojny to ta sama bajka, w której trzema kanałami płyną ogromne pieniądze. Pierwszy z nich to surowce energetyczne: państwa europejskie odcięte od taniego rosyjskiego gazu i ropy naftowej musiały szybko znaleźć nowych dostawców – Stany Zjednoczone, Arabię Saudyjską i państwa Zatoki Perskiej. Oznaczało to dla nich wzrost kosztów i większe ryzyko przerwania łańcucha dostaw. Drugi kanał to zbrojenia: gwałtowny wzrost zakupów amunicji oraz uzbrojenia przez państwa europejskie, Bliskiego Wschodu i Azji, a także rekordowe wydatki na kosztowne programy budowy oraz produkcji nowych rodzajów uzbrojenia. Trzeci kanał to logistyka i finanse: okazję do zarobku mają dziś armatorzy, wielkie firmy ubezpieczeniowe, sektor bankowy i oczywiście państwa pośredniczące w wymianie handlowej z Rosją. Bo wojna to nie tylko broń i amunicja. Ropę naftową i skroplony gaz ziemny LNG należy zatankować na statki, ubezpieczyć i dostarczyć do portów. Firmy pośredniczące zarabiają miliardy dolarów na różnicy cen gazu w Stanach Zjednoczonych, Azji i Europie. Na długoletnich kontraktach na dostawy surowców energetycznych zawieranych w atmosferze strachu przed kolejnym szokiem cenowym. W 1499 r. włoski kondotier Gian Giacomo Trivulzio, pytany przez króla Francji Ludwika XII o przygotowania do wyprawy na Księstwo Mediolanu, miał odpowiedzieć, że „do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze więcej pieniędzy”. Od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Uczyńmy (nie tylko) Amerykę znowu wielką Nawet jeśli Stany Zjednoczone nie traktowały pośredniego udziału w konflikcie w Ukrainie i ataku na Iran jako projektu gospodarczego, to i tak bardzo na tym skorzystały. Dla Europy głównym zamiennikiem rosyjskiego gazu stał się amerykański skroplony gaz LNG. Udział zakupów państw naszego kontynentu w jego eksporcie z USA wzrósł z 34% w 2021 r. do ok. 64-69% w 2022 r. W 2025 r., według danych Institute for Energy Economics Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
27 lipca, 2026
Czy bezpłatna plaża stanie się wkrótce luksusem?
Kilkaset osób w milczeniu wspina się stromą drogą prowadzącą przez wzgórza Parku Narodowego Arrábida. Nie niosą transparentów z hasłami wymierzonych w rząd czy deweloperów. Nie protestują przeciwko budowie autostrady, kopalni czy elektrowni. Mijają sosny, wapienne skały i zatoki, które od pokoleń są częścią krajobrazu południowej Portugalii. Wiedzą, że jeśli przegrają, miejsce to już nigdy nie będzie takie samo. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak lokalny spór o fragment ziemi. W rzeczywistości jest symbolem konfliktu, który rozlewa się po całej Europie. Coraz częściej mieszkańcy wychodzą na ulice nie po to, by walczyć o wyższe płace czy niższe podatki, lecz o prawo do korzystania z przestrzeni, która przez dziesięciolecia wydawała się wspólna. Stawką jest plaża. Ta sama, na której uczyli się pływać jako dzieci, na którą przychodzili z rodzicami i spędzali letnie popołudnia. Dziś obawiają się, że to miejsce wkrótce stanie się częścią luksusowej inwestycji, a dostęp do niego przestanie być oczywisty. To nie jest wyłącznie portugalska historia. Podobne protesty wybuchają od Atlantyku po Morze Egejskie. W Grecji mieszkańcy walczą z ekspansją prywatnych leżaków, w Turcji protestują przeciw komercjalizacji wybrzeża, w Hiszpanii sprzeciwiają się zabudowie linii brzegowej, a we Włoszech od lat trwa spór o to, czy plaże są jeszcze dobrem wspólnym, czy jedynie dochodowym biznesem. Coraz częściej przedmiotem konfliktu nie jest samo morze. Chodzi o prawo, by w ogóle móc do niego dojść. Ręce precz od Arrábidy! Setki mieszkańców aglomeracji Setúbal protestowały 19 lipca przeciwko temu, co określają jako próbę prywatyzacji fragmentu wybrzeża Parku Narodowego Arrábida. Demonstracja odbyła się zaledwie kilka tygodni po tym, jak Portugalska Agencja Ochrony Środowiska (APA) przed sezonem letnim zapewniała, że „w Portugalii nie ma czegoś takiego jak prywatna plaża”. Jednak zdaniem protestujących rzeczywistość wygląda inaczej. Marsz zorganizowany przez ruch obywatelski Deslarrrguem a Arrábida! (Ręce precz od Arrábidy!) zgromadził mieszkańców, ekologów oraz polityków różnych ugrupowań. Ich sprzeciw to odpowiedź na działania spółki Palácio da Comenda – właścicieli posiadłości Herdade da Comenda, która domaga się uznania, że tereny graniczące z ujściem rzeki Sado – wraz z plażami Rasca, Comenda, Rainha, Maria Esguelha i Albarquel – powinny zostać uznane za własność prywatną, a nie część publicznej domeny morskiej. Spór nie dotyczy wyłącznie plaż. Mieszkańcy protestują przeciw stawianiu ogrodzeń, zamykaniu tradycyjnych dróg prowadzących nad morze oraz próbom przejęcia drogi miejskiej nr 1056. „Protestujemy przeciw zamknięciu dostępu publicznego, budowie ogrodzeń i zamiarowi właścicieli Herdade da Comenda, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
27 lipca, 2026Kultura
Hanka podnosi się z każdego upadku
Historia była wyjątkowo okrutna wobec nas, zwykłych ludzi na Górnym Śląsku Grażyna Bułka – aktorka teatralna i filmowa związana z Teatrem Śląskim w Katowicach i Teatrem Korez. Trzykrotna laureatka Złotej Maski za najlepszą rolę kobiecą, uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi (2023) oraz Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2017). Hanyska Roku 2016 i Ambasadorka Śląska (2026). Porozmawiajmy o „Mianujom mie Hanka” Alojzego Lyski. Jak do ciebie trafił ten tekst? – Mirek Neinert był na gali ogłoszenia wyników konkursu na jednoaktówkę po śląsku w Teatrze Śląskim, chyba w 2015 r. Tam usłyszał fragmenty „Hanki” czytane przez Dariusza Chojnackiego. Od razu wiedział, że to tekst na monodram. Mało tego, czuł, że to, co napisał Alojzy Lysko, może się stać nowym „Cholonkiem”. W jakim znaczeniu? – Czuł – i jak widać, się nie mylił – że „Hanka” stanie się w Teatrze Korez kolejnym kamieniem milowym na drodze prezentowania na scenie teatralnej historii Górnego Śląska i życia Ślązaków w sposób szczery, szlachetny i wartościowy. Mirek od dłuższego czasu szukał tekstu napisanego po śląsku, po naszymu, który stanie się godnym następcą „Cholonka”. Niełatwe zadanie. „Cholonek”, a przede wszystkim wasza realizacja tego tekstu, to majstersztyk. Wysoko podnieśliście poprzeczkę. – Szalenie. Dlatego stworzenie spektaklu, który oczarowałby widownię teatralną w podobny sposób, to było nie lada wyzwanie. Ale żeby zacząć myśleć o pracy aktorskiej, trzeba najpierw znaleźć tekst, który ma tę moc. W każdym razie Mirek powiedział mi, że jeżeli czekam na coś, co może być po „Cholonku”, to to jest właśnie „Hanka” Lyski. I jak, miłość od pierwszego wejrzenia? – Nie znałam tego tekstu, a już zaczęłam kręcić nosem. Głównie dlatego, że nie jestem miłośniczką monodramu. Trudno to sobie wyobrazić po sukcesie „Mianujom mie Hanka” i liczbie granych przez ciebie spektakli. I to nie był twój pierwszy monodram. – Owszem, ale ja nigdy nie lubiłam monodramów. (…) Aktorzy generalnie mają parcie na monodram, bo im się wydaje, że kiedy sami odpowiadają za spektakl, to jest im łatwiej, bo na scenie nie zależą od gry innych członków zespołu. A mnie, powtarzam, właśnie najbardziej brakuje partnera do dialogu. Lubię grać z ludźmi, kocham tę sceniczną interakcję. Mirek dosłownie wcisnął mi tekst „Hanki”. Zaczęłam czytać i po paru stronach wiedziałam, że to jest moje, dla mnie i ja tego nie wypuszczę z rąk. Że ta historia jest warta wszelkich poświęceń, że moja niechęć do monodramu jako gatunku scenicznego nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo to jest coś po prostu skrojone na mnie i jeżeli tego nie zrobię, będę żałowała do końca życia. Mirek Neinert podjął się reżyserii spektaklu. Wasze wizje dotyczące tego, jak ten tekst powinien zostać zaadaptowany na potrzeby teatru, jak masz go zagrać, były spójne, czy ścieraliście się w kwestiach reżyserskich? – Od początku wiedziałam, jak chcę, żeby to wyglądało, bo czułam, w czym tkwi siła tego dramatu. Wizje moja i Mirka pięknie się zespoliły; doskonale wiedzieliśmy, w jakim kierunku mamy podążać, na co zwracać uwagę, gdzie postawić pauzę, a gdzie wykrzyknik. To sprawiło, że praca nad sztuką szła jak po maśle. Zasada była prosta: bierzemy tekst i dokładamy do niego emocje. Ja silnie poczułam ten tekst, bo chociaż on opowiada o czyjejś wyimaginowanej historii, to jest mi niebywale bliski, a co najważniejsze, podobna historia zapewne wydarzyła się w co drugiej śląskiej rodzinie. Poza tym jestem matką dwóch synów, więc kiedy opowiadam, że synowie mojej bohaterki giną na wojnie albo w wybuchu w kopalni, mocno mnie to dotyka. I co z tego, że opowiadam jako Hanka, Fragmenty rozmowy z książki Grażyny Bułki i Tomasza Kowalskiego Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd, Sonia Draga, Katowice 2026
Nasza druga strona ciszy
Surrealizm staje się remedium na współczesne lęki. Pomaga rozbroić wewnętrzne napięcia „Gdy już nie będę mogła mówić, będzie o mnie milczał wiatr”*, pisała w wierszu „Obecność” Erna Rosenstein. Taka cisza jednak nie zapadła. Dziś mówią za nią jej obrazy – i to donośnie. Oczy świata sztuki zwróciły się właśnie na Polskę – w wiedeńskim Belwederze otwarto dużą monograficzną wystawę malarstwa artystki (1913-2004), przedstawiając ją jako jeden z najbardziej oryginalnych głosów w europejskiej sztuce powojennej. Świadectwem rangi tego wydarzenia jest fakt, że ekspozycji oddano przestrzeń muzealną aż na pół roku. Miło mi było jako Polakowi włączyć się w międzynarodowy tłum zwiedzających, zachwyconych przywiezionymi z Polski 80 obrazami. Nie opuszczało mnie przy tym pytanie: skąd wzięło się nagłe zainteresowanie znaczącego muzeum europejskiego tą stosunkowo mało znaną artystką? I o czym ono świadczy? Przede wszystkim Erna Rosenstein przestaje być twórczynią mało znaną. W ostatnich latach prezentacje jej dzieł odbyły się w Londynie, Nowym Jorku, Zurychu czy Kassel. Wiedeńska ekspozycja wpisuje się w ten harmonogram, podkreślając zarazem wiedeński ślad w jej biografii. To tutaj artystka uczyła się w latach 30. ubiegłego wieku. Do Wiednia wysłał ją ojciec – sędzia lwowski – w obawie przed wejściem córki do kręgów lewicującej młodzieży oraz grozą narastającej w Polsce niechęci do Żydów. Duża część abstrakcyjnych obrazów ukazanych na wiedeńskiej wystawie rodzi skojarzenia z kwiatami, tkankami czy anatomią ciała. Emanuje z nich zachwyt nad biologicznym fenomenem życia i jego zagadkowością. Odbiorców fascynuje to szczególnie, gdyż wiedzą, że te formy tworzyła kobieta obciążona niewyobrażalną traumą. Najmocniejszym ładunkiem tej twórczości – tym, który przyciąga wielu i w tajemniczy sposób w tych dziełach eksploduje – są jej makabryczne doświadczenia z czasów okupacji. Artystka poznała piekło lwowskiego getta. Po ucieczce stamtąd w 1942 r. rodzice Erny zostali zamordowani w jej obecności w lesie pod Małkinią przez przewodnika, który za opłatę miał zapewnić im schronienie. Dziewczyna uciekła przed przeznaczoną dla niej kuli. Na dodatek musiała później w dramatycznych okolicznościach wyrzec się związku z zamordowanymi rodzicami, a nawet milczeniem osłonić sprawcę, by przed małomiasteczkowym tłumem zataić swoje pochodzenie. „Jak można z takim bagażem żyć dalej, Wystawa „Jenseits der Stille” Wiedeń, Unteres Belvedere (Dolny Belweder) do 10 stycznia 2027 r. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Geniusz czy żebrak?
Zabezpieczenie socjalne dla artystów Ustawy o zabezpieczeniu socjalnym dla artystów jeszcze nie ma, ale już zdobyła niemałą sławę z powodu hejtu w sieci. Nawałnicę inwektyw wywołał szef Konfederacji Sławomir Mentzen, mówiąc: „Słuchajcie, artyści. Wielu z was wypowiada się publicznie, z nieukrywanym poczuciem wyższości, w sprawach, o których nie macie zielonego pojęcia. Do tego z pogardą traktujecie ciężko pracujących i finansujących was ludzi, którzy muszą na was płacić, nawet gdy zarabiają mniej od was. Nie macie do tego żadnych podstaw. Jeśli jesteś aktorem, to znaczy, że umiesz ładnie czytać napisany przez kogoś tekst, potrafisz udawać kogoś, kim nie jesteś, i pajacować na scenie tak, żeby publiczności się podobało. Nie jesteś w niczym lepszy od magazynierów, sprzedawców, kelnerów i rolników. Wiedzę o prawdziwym świecie masz nawet zwykle mniejszą niż oni. Ładnie czytasz z kartki i tyle”. Kiedy indziej z ust polityka wyrwało się słowo „darmozjady”. Kij został włożony w mrowisko, w środowisku artystycznym kto tylko mógł, wyraził oburzenie. Wysłuchanie publiczne w sejmowej Komisji Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu było kontynuacją dawania odporu słowom polityka, który akurat nie należy do osób często widzianych w teatrze, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Przełomy i samotna aktorka
46. Warszawskie Spotkania Teatralne miały kłuć, proponując teatr, który nie pozostawia widza obojętnym Na afiszu znalazło się 16 spektakli, w tym kilka zagranicznych i dwa studenckie. Wszystkim towarzyszyło hasło „Przełomy” sugerujące, że mamy do czynienia z teatrem, który inspiruje zmiany w otaczającym nas świecie. Program WST zawsze budowany był z tego, co proponują teatry, więc siłą rzeczy był lustrzanym odbiciem tego, co widać na scenach. Czerwcowa 46. edycja ukazała teatr silnie zakotwiczony we współczesności, który jednak źródeł bieżących konfliktów i niepokojów poszukuje w przeszłości, często nierozliczonej, nieprzepracowanej i niezrozumianej. Prawie wszystkie spektakle odnosiły się do wydarzeń sprzed lat, tylko jeden, „Pokój”, wybiegał horyzontem czasowym w przyszłość. Wszystkie zarazem, niezależnie od tego, czy ich kanwą były dawne wydarzenia, czy toczyły się w czasie niedookreślonym albo przyszłym, czy to w Argentynie, czy w Niemczech, czy w Polsce, silnie rezonowały ze światem zza okien. Spotkania potwierdziły, że teatr czuje puls współczesności i potrafi nadać temu odczuciu oryginalny rys formalny. Jak tego dokonuje? Po pierwsze, stawia pytanie, kim był i kim jest artysta Jak w „Piramidzie zwierząt” Michała Borczucha (Narodowy Stary Teatr), nawiązującej tytułem do słynnej pracy dyplomowej Katarzyny Kozyry, instalacji z wypchanych ciał zwierząt: konia, psa, kota i koguta. Artystkę zainspirowała baśń braci Grimm „Muzykanci z Bremy”, a jej przesłaniem był zakodowany w pracy protest przeciw zabijaniu i towarzyszącej zabijaniu hipokryzji. Zrozumiano ją opacznie. Gwałtowne protesty, które towarzyszyły udostępnieniu tej pracy wraz z zapisem wideo zabijania konia przeznaczonego do wypchania, stały się klinicznym dowodem zakłamania w podejściu do zabijania zwierząt. O tym opowiada spektakl, szerzej ukazujący artystów wyrosłych głównie w kręgu pracowni rzeźby prof. Grzegorza Kowalskiego w warszawskiej ASP. Borczuch wyraźnie sięga do „Factory 2” Krystiana Lupy, opowieści o nowojorskiej bohemie, wystawianej w tym samym Narodowym Starym Teatrze (2008). Pojawia się w „Piramidzie zwierząt” m.in. Zbigniew Libera, guru sztuki krytycznej, którego zdanie „artysta nie może być odpowiedzialny” mogłoby stanowić podtytuł tego przedstawienia o roli sztuki w świecie współczesnym (czasem ukazywanej też w krzywym zwierciadle, z przekąsem). Przy czym wbrew pozorom spory o granice wolności artystycznej wcale nie ustały, a strofowanie niegrzecznych artystów weszło w krew nie tylko krytykom, ale i politykom. Spektakl należy do najlepszych realizacji Borczucha, najbardziej domyślanych w warstwie wizualnej (wymowna transmisja z podróży pociągiem z Krakowa do Trójmiasta wsysa widza w rytm tej opowieści), precyzyjnie skonstruowanych. Czasem irytujący powolny bieg akcji ma swoje istotne walory – pozwala na dystans i refleksję. Aktorskie dopracowanie rysunku postaci i sytuacji oraz wyraźne oddanie rolom (szczególnie zwraca uwagę otwierający spektakl przeszło półgodzinny monolog Małgorzaty Zawadzkiej w roli Katarzyny Kozyry) dodaje całości smaku. Przy czym wcale nie trzeba głęboko orientować się w hierarchiach i zjawiskach sztuki współczesnej, aby odczuć sugestywnie odtworzony klimat lat 90. i niebudzącą wątpliwości deklarację teatru i reżysera, że szuka pozbawiona wolności karleje, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Geniusz, szarlatan, chuligan
Gałczyński, poeta nie z tej ziemi Mariusz Urbanek – pisarz, publicysta, autor poczytnych biografii, m.in. Stefana Kisielewskiego, Władysława Broniewskiego, ana Brzechwy, Juliana Tuwima, Jerzego Waldorffa, Mariana Eilego, Rudolfa Weigla i zbiorowej biografii lwowskiej szkoły matematycznej. Autor biografii Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Gałczyński. Kanarek w klatce”. Jest pan uznanym biografem. Wydana ostatnio książka o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim „Kanarek w klatce” jest 11. w pana dorobku. Co jest najtrudniejsze w pisaniu o wybitnych ludziach? – Bycie uczciwym. Podwójnie: wobec czytelników, którzy czekają na prawdę, i wobec bohatera. Uczciwość wymaga mówienia rzeczy gorzkich, także o jego ciemnych sprawach. Nawet jeżeli ma się dużo sympatii do protagonistów. Ale właśnie wtedy nie wolno ukrywać ich mrocznych stron. Niezależnie od tego, czy dotyczy to ich życia rodzinnego, twórczości czy polityki. Nie można niczego tuszować, tworzyć hagiografii, bo to właśnie jest nieuczciwe wobec człowieka, który przecież żył naprawdę, czasem bywał bohaterem, ale czasem… nie. Jednocześnie trzeba próbować go zrozumieć. Czuje pan dreszcz emocji na miarę Sherlocka Holmesa, kiedy odkrywa coś, o czym dotąd nie było wiadomo? Jak to było w przypadku Gałczyńskiego? – Kiedy uda się trafić na coś absolutnie nowego, na pewno jest to satysfakcja na miarę odkryć Sherlocka. W przypadku Gałczyńskiego to była np. jego młodzieńcza miłość do kuzynki, Jadwigi Łopuszyńskiej, dla której napisał debiutanckie wiersze. Pojawiły się w obiegu publicznym dopiero niedawno, kiedy rodzina Jadwigi zechciała sprzedać listy poety do Muzeum K.I. Gałczyńskiego w Praniu. Zawierały nieznane dotąd wiersze. Dzięki temu udało się uzupełnić życiorys Konstantego o nieznane do tej pory fakty. Czyli złudne jest myślenie, że wszystko o Gałczyńskim już wiemy? A przecież powstało już tyle monografii czy biografii, które zresztą zmonopolizowała nieżyjąca już córka Gałczyńskiego, Kira. – Kira Gałczyńska napisała o ojcu kilkanaście książek, ale to nie były prawdziwe biografie, wybielały ojca i wybiórczo traktowały fakty. Jako córka miała do tego prawo, jako biograf nie. Ponad dekadę temu powstała rzetelna biografia Gałczyńskiego „Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta” pióra Anny Arno. Tak naprawdę pierwsza, która ukazała się poza kontrolą córki. Kira nie zostawiła na niej suchej nitki. Czy jest sens, by dzieci tworzyły biografie rodziców? Często popadają w skrajność – są to „żywoty świętych” albo pamflety, rodzaj zemsty za zawiedzione uczucia. – Nie potrafiłbym całkowicie skrytykować Kiry Gałczyńskiej. Zrobiła bardzo dużo, by pielęgnować pamięć o ojcu. Prawdopodobnie gdyby nie ona, Gałczyński nie byłby poetą wciąż popularnym i kochanym. Ale idealizowała rodziców, budowała im pomnik. Konstruowała wizerunek ojca według swoich wyobrażeń, bo nie do końca go znała. Miała trzy lata, gdy Gałczyński poszedł na wojnę; wrócił, gdy miała dziesięć; umarł, gdy Kira miała 17 lat. Nastolatki nie mają czasu na poznawanie rodziców. Manipulowała faktami? – Niektóre ukrywała. Przed wojną Gałczyński publikował w skrajnie prawicowym piśmie „Prosto z Mostu”, w którym ukazywały się wypominane mu do dziś antysemickie utwory, na czele z listem „Do przyjaciół z »Prosto z mostu«”. W tym piśmie Gałczyński groził też Żydom, socjalistom i liberałom „nocą długich noży”… – A Kira to ukryła. Cały czas podstawowym wydaniem dzieł Gałczyńskiego jest pięciotomowy wybór Czytelnika z 1979 r. pod jej redakcją. Tam listu „Do przyjaciół…” nie ma, podobnie jak w przerwanej edycji dzieł wszystkich poety oficyny Prószyński i S-ka, opartej na wyborze Kiry. A bez znajomości tego listu nie sposób zrozumieć przedwojennego Gałczyńskiego. Podobnie córka utajniła niektóre wiernopoddańcze wobec komunistycznej władzy utwory, które poeta napisał po wojnie. Nigdy też nie przyznała, że ojciec był bigamistą. Wojnę spędził w stalagu Altengrabow w Niemczech, ale po wyzwoleniu obozu nie wrócił od razu do kraju i do żony. Przez rok podróżował po Europie, poznał Lucynę Wolanowską, z którą wziął ślub w niemieckim urzędzie stanu cywilnego. Jeśli wierzyć Wolanowskiej, za wiedzą, a wręcz namową księdza katolickiego, który przekonywał parę, że wcześniejszy ślub z Natalią w obrządku prawosławnym nie jest tak do końca ważny. Tego drugiego ślubu, choć zawartego w majestacie prawa, Kira nigdy nie uznała. O Wolanowskiej mówiła: „kobieta, z którą ojciec miał relację w czasie wojny”. Według niej Konstanty kochał tylko jedną kobietę. I miała to być „srebrna” Natalia. Kochanki ukrywała albo zaprzeczała ich istnieniu. A w ciągu tego szalonego roku po wojnie Gałczyński miał aż trzy partnerki. Owocem związku z Wolanowską był Konstanty junior, który później razem z matką wyemigrował do Australii. Przyrodnie rodzeństwo poznało się dopiero w Polsce, w 1990 r. Kira starała się też wygumkować zażyłą przyjaźń ojca z Jerzym Waldorffem. – Dzieliła przyjaciół ojca na takich, których lubiła, i tych, którym odmawiała prawa do tej przyjaźni. Waldorff zaliczał się do tego „gorszego sortu”. Poznali się przed wojną, w czasie pobytu poety w stalagu korespondowali, Waldorff opiekował się Natalią. Listy, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Jazz… To jest całe moje życie
Muzykowanie na żywo. Nie same nuty Henryk Miśkiewicz – saksofonista, kompozytor, aranżer, legenda polskiego jazzu, muzyk wszechstronny. Trzykrotny laureat Fryderyka – nagrody polskiego przemysłu fonograficznego. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV. Ojciec perkusisty jazzowego Michała Miśkiewicza i piosenkarki Doroty Miśkiewicz. W czerwcu 2026 r. świętuje 75. urodziny. Jest jazz? – To jest cały czas żywa muzyka. A dixie? – Te początki? Młodzież tego już nie gra. Szkoda, bo to świetna muzyka, pod nóżkę… Ludzie do tego tańczyli. Od tego zaczęła się moja przygoda z jazzem. Miałem 12 lat i do Kożuchowa, gdzie mieszkaliśmy, przyjechał zespół Zygmunta Wicharego, który grał dixieland. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem jazz. I poczułem: to jest to! A tydzień wcześniej słyszałem Trubadurów. I? – I nic. A tu przyjechał zespół, który grał trudniejszą muzykę. I od razu tak mnie wzięło, że nie mogłem usiedzieć. Na początku miał pan grać na akordeonie. – W Kożuchowie było ognisko muzyczne. Grałem tam na akordeonie, potem na klarnecie. A później mój profesor powiedział, że powinienem iść do szkoły, do Wrocławia, że tam się więcej nauczę. Widział we mnie talent. Dużo zawdzięczam nauczycielom. Bo później ci z Wrocławia mówili, żebym jechał do Warszawy. I tam zdawał. Od najmłodszych lat ciągnęło pana do muzyki. – Jak ojciec szedł grać na wesele – bo co sobotę, niedzielę albo była zabawa, albo wesele – to ja jako 10-latek stawałem w drzwiach i prosiłem: „Tata, weź mnie z sobą!”. Często więc mnie brał i grałem. Umiałem już wtedy grać na akordeonie. Na saksofonie też trochę, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Afryka 30 kilometrów od Warszawy
Są festiwale, na które jedzie się dla line-upu. Są też takie, na które wraca się dla ludzi, atmosfery i poczucia, że przez kilka dni świat może działać trochę inaczej. African Beats Festival należy właśnie do tej drugiej kategorii. W dniach 7-9 sierpnia 2026 r. w Kawęczynie pod Warszawą odbędzie się szósta edycja największego w Polsce festiwalu promującego kulturę Afryki. To niezależne wydarzenie, organizowane przez Fundację Perspektywy z Sopotu, od początku miało ambicję większą niż tylko prezentowanie muzyki. Jego twórca, Jakub Malinowski, mówi o African Beats jak o projekcie społecznym, który ma budować otwartość, wrażliwość kulturową i dialog między ludźmi. W czasach, gdy do Europy coraz częściej wracają lęki, podziały i nacjonalistyczne hasła, festiwal w Kawęczynie proponuje coś prostego, ale bardzo potrzebnego: wspólne słuchanie, taniec, rozmowę i spotkanie. Miejsce też ma znaczenie. African Beats odbywa się na terenie Dworku pod Wiechą w podwarszawskiej wsi Kawęczyn, ok. 30 km od stolicy. To zielona, rozległa przestrzeń pośród pól i lasów, z dala od miejskiego hałasu. Festiwal nie przypomina wielkich, anonimowych imprez masowych. Jest rodzinny, bezpieczny i kameralny, choć z roku na rok przyciąga coraz większą publiczność. Właśnie ta bliskość jest jego największą siłą. Artyści, uczestnicy, podróżnicy, prowadzący warsztaty i organizatorzy funkcjonują tu w jednej wspólnej przestrzeni. Program muzyczny edycji 2026 pokazuje Afrykę w wielu odcieniach. Gwiazdą pierwszego, piątkowego wieczoru festiwalu będzie Fatoumata Diawara z Mali, jedna z najważniejszych współczesnych artystek afrykańskich, łącząca tradycję Afryki Zachodniej z bluesem, rockiem, African Beats Festival 2026 Dworek pod Wiechą, Kawęczyn k. Warszawy 7-9 sierpnia Bilety: www.africanbeats.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Powrót do maczugi
Kamil Białaszek za pomocą „Hamleta” demaskuje pokolenie Z Stanisław Wyspiański, projektując inscenizację „Hamleta”, napisał znamienne słowa: „W Polsce zagadką »Hamleta« jest to: co jest w Polsce – do myślenia”. To zdanie stało się kluczem interpretacyjnym dla Andrzeja Żurowskiego, który, uznawszy, że Szekspir jest najbardziej polskim dramaturgiem, głosił, iż w Polsce zagadką Szekspira jest to, co jest w Polsce do myślenia. W ten sposób, rozszerzając tezę Wyspiańskiego, dowodził, jak w kolejnych inscenizacjach, szczególnie w XX w. i dzisiaj, odzwierciedlają się polskie dylematy, rozterki, dążenia. I rzeczywiście, kiedy śledzi się fale zainteresowania polskich reżyserów dziełami Szekspira, nietrudno zauważyć, że przypływy (i odpływy) wzięcia niektórych tytułów mówią coś więcej o świecie społecznym niż sam wzrost zaciekawienia takim czy innym dramatem. I to niezależnie od intencji twórców. 20 lat temu tragedią, która wyszła na czoło inscenizacji szekspirowskich, okazał się „Makbet”, swego rodzaju komentarz zawieruchy dziejowej, jaką była polska transformacja ustrojowa. Rzecz jasna, był to komentarz symboliczny, a nie bezpośredni. Świat w szekspirowskim „Makbecie” bowiem to koszmar absurdu. To świat, w którym z dnia na dzień można się stać nie tylko mordercą, ale i człowiekiem o rozdwojonym języku: oficjalnym, reprezentowanym wobec innych, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Wolność-obecność: Remigiusz Grzela z Nagrodą im. Karoliny Beylin
Zarząd Oddziału Warszawskiego przyznał w tym roku Nagrodę im. Karoliny Beylin Remigiuszowi Grzeli – jest on piątym zdobywcą tej najmłodszej nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, ustanowionej z myślą o wyróżnianiu wybitnych dziennikarek i dziennikarzy z Warszawy i Mazowsza, szczególnie silnie związanych z regionem, miejscem pracy i aktywności. Uroczystość wręczenia nagrody w warszawskim Domu Dziennikarza zgromadziła licznych przedstawicieli tego zawodu, przyjaciół i wielbicieli talentu znakomitego dziennikarza, mistrza sztuki wywiadu – obecna była m.in. Ewa Błaszczyk, kreująca tytułową rolę w jego monodramie „Oriana Fallaci”, granym od dziewięciu sezonów w Teatrze Studio. Remigiusz Grzela ma na koncie wiele błyskotliwych zbiorów wywiadów i biografii artystów, m.in. Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata czy Barbary Krafftówny. W jego książkach czuje się „zapach czasu”. Autor nie ucieka od spraw trudnych ani zawikłanych, ale uchyla się od jakichkolwiek ocen. To istotny rys jego twórczości. Nie stawia się w roli sędziego, wymierzającego sprawiedliwość opisywanemu światu i ludziom. Nie dlatego, że nie ma poglądów – dość zerknąć na jego wpisy w mediach społecznościowych, by znikło najmniejsze podejrzenie, że unika ujawniania swojego stanowiska. Ale też świadomie oddaje się pisarstwu z punktu widzenia „czułego narratora”, jak to ujęła w swoim wykładzie noblowskim Olga Tokarczuk. „Przypuszczam, że mianownikiem twórczości Remigiusza Grzeli – powiedział Tomasz Miłkowski, przewodniczący Oddziału Warszawskiego SDRP w laudacji – swoistym lepiszczem wielu jego zatrudnień i poszukiwań są idee wolności i obecności. To go napędza i otwiera na wciąż nowe, frapujące spotkania. A nam, czytelnikom, niesie satysfakcję”. Gratulacje Remigiuszowi Grzeli złożyli m.in. sekretarz generalny Zarządu Głównego SDRP Andrzej Maślankiewicz i prof. Artur Krajewski, doradca ministry kultury i dziedzictwa narodowego. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Tajemnice „Japonki” Pankiewicza
Nic tak nie podnosi ciśnienia jak kwota z sześcioma zerami, a tu jest możliwość dołączenia nawet siódmego. Na stronie domu aukcyjnego DESA Unicum pojawiła się informacja: Józef Pankiewicz (1866 Lublin – 1940 La Ciotat, Francja). „Japonka”, 1906-08, olej/płótno, 199 x 93 cm, sygnowany p.d.: Pankiewicz, inne historyczne tytuły: „Japonka z wachlarzem”. Estymacja: 12 000 000 – 20 000 000 zł. Numer obiektu na aukcji – 8. Komentarz DESY: To oznacza, że „Japonka” ma szansę stać się jednym z najdrożej sprzedanych obrazów w historii polskiego rynku sztuki. Warszawa, Piękna 1A Każdy może sobie bezpłatnie obejrzeć dzieło Pankiewicza do 18 czerwca, kiedy o godz. 19 odbędzie się aukcja. W siedzibie DESA Unicum przy ul. Pięknej 1A w Warszawie, obok kilkudziesięciu mniejszych płócien słynnych polskich malarzy (Boznańska, Hofman, Makowski, Mehoffer i inni), które szykowane są na aukcję sztuki dawnej pod hasłem: XIX w., modernizm, międzywojnie. W oddzielnym boksie znajduje się ONA, kobieta w japońskim kimonie obrócona do nas tyłem, trzymająca w ręku okrągłe lusterko, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
AKTUALNOŚCI
WięcejCzego pokolenie Z oczekuje od polityki?
Dr Ewelina Nowakowska, politolożka i antropolożka polityki, USWPS, IFiS PAN Przede wszystkim konkretów i sprawczości. Zetki to pokolenie, które wie, czego chce. Ważne są dla nich takie kwestie jak mieszkalnictwo, koszty życia czy zmiany klimatu. W przeciwieństwie do milenialsów otwarcie mówią o swoich potrzebach, emocjach i oczekiwaniach. Idą na wybory głównie ze względu na swoje postulaty i nadzieję na ich realizację przez polityków, a w drugiej kolejności po to, by pokazać władzy, co o niej myślą. Wykazują przy tym ogromną niechęć do obecnego stylu uprawiania polityki i mówią wprost: „Mamy dość!”. Widzą, że instytucje nie działają, a politycy zamiast odpowiadać na ich problemy, wracają do opowieści, które dla nich są obce. Choć uważają, że system ich ignoruje, chcą walczyć o zmianę. Główną przestrzenią ich mobilizacji jest internet – to tam manifestują swoje postawy polityczne, czują, że mają wpływ na rzeczywistość i są widzialni. Dr Paweł Łokić, ekspert w dziedzinie nauk społecznych, UAM w Poznaniu Pokolenie Z niespecjalnie interesuje się kłótniami politycznymi, wojenkami ideologicznymi ani podziałem na lewicę i prawicę. Zetki niezbyt dobrze oceniają ten teatr i konflikty w mediach. Do polityków podchodzą z nieufnością, bo uważają ich za nieskutecznych. Dojrzewają w świecie dynamicznym, pełnym dezinformacji i kryzysów. Słyszą od rodziców o tym, jak trudno dziś o stabilność, i żyją w przekonaniu, że na nic nie będzie ich stać – od mieszkań po wychowanie dzieci. Dodatkowo boją się o przyszłość zawodową z powodu rozwoju sztucznej inteligencji. Ale kiedy w badaniach pyta się ich o oczekiwania, mówią wprost: chcemy autentyczności, mniej wykłócania się, a więcej rozwiązań. Chodzi im po prostu o efektywne zarządzanie państwem i narzędzia, które zapewnią im stabilizację ekonomiczną w niepewnych czasach. Dominika Lasota, aktywistka młodego pokolenia, Inicjatywa Wschód Oczekiwałabym od polityki więcej odwagi i tego, by politycy stali po stronie ludzi i naszych najpilniejszych potrzeb, a nie wielkich interesów czy biznesu. Niestety, obecnie – czy chodzi o zdrowie, mieszkania, czy klimat – wygrywają czyjeś zyski. Mamy dość reality show, które serwuje się nam codziennie. Ta polityka traci sens: co chwilę nakręcane są dramy i skandale, a politycy ścigają się na zasięgi. Mówiono nam, że trzeba brać udział w demokracji. Poszliśmy zagłosować, a czujemy paraliż i to, że zostaliśmy z niczym, bo ta scena odkleiła się od rzeczywistości. Ale nadzieja i szanse na zmiany zawsze są. Głęboko liczę na to, że ludzie, którzy na to patrzą i się zawodzą, będą organizować się lokalnie i tworzyć alternatywę tam, gdzie polityka ich pomija. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Baptyści też skorzystali
Niewiele jest już na świecie krajów z takimi ulgami dla wspólnot wyznaniowych jak Polska. Bonifikaty na zakup nieruchomości publicznych sięgają 99%. Grzechem byłoby więc nie skorzystać z takich okazji. I Kościoły korzystają. Bez skrupułów. I nawet malutkiej żenady. Choć monopolistą (prawie) w tym żerowaniu jest Kościół katolicki, to czasem innym też uda się coś uszczknąć z tego darmowego tortu. W Głogowie był to Kościół Chrześcijan Baptystów. Radni Głogowa wyrazili zgodę na sprzedaż miejskiej działki (4,5 ha) wycenionej na 1,3 mln zł za 134 zł. Za byli radni rządzącej w Głogowie Koalicji Obywatelskiej i Komitetu prezydenta miasta Rafaela Rokaszewicza. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Watykan przydusił bp. Wątrobę
Już 20 polskich biskupów jest na watykańskiej czarnej liście. A wszystko za sprawą decyzji papieża Franciszka, który w 2019 r. wprowadził specjalne zasady dotyczące pociągania do odpowiedzialności tych biskupów, którzy nie reagowali na wykorzystywanie seksualne małoletnich. Wśród podpadniętych Watykanowi jest bp Jan Wątroba. Od 2013 r. ordynariusz diecezji rzeszowskiej. Gdy objął tę funkcję, odwiedziła go Monika i poinformowała, że ks. Edmund zaczął ją wykorzystywać, gdy miała 12 lat. Trwało to długo, bo kilka lat. Bp Wątroba długo kluczył i potrzebował 10 lat, by na sprawcę nałożyć karę. Zrobił to dopiero po interwencjach Dykasterii Nauki Wiary. Gwałciciel nie został objęty nawet ścisłym nadzorem. Na te kpiny zareagował papież Leon XIV i wysłał bp. Wątrobie koadiutora – bp. Krzysztofa Chudzia. Wysłano go trzy lata przed emeryturą Wątroby. Zwykle Watykan tak nie robi. Trudno więc uwierzyć, że ochroniarz pedofila dotrwa w Rzeszowie do emerytury. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Czego Polacy nie wiedzą o powstaniu warszawskim?
Prof. Adam Leszczyński, historyk, dyrektor Instytutu Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza, Uniwersytet SWPS Polacy najmniej są świadomi tego, o co w powstaniu walczono. Programy głównych partii – nie tylko PPS – zakładały reformę rolną i uspołecznienie przemysłu. Wyobrażano sobie państwo wolne, demokratyczne i sprawiedliwe społecznie. Drugą kwestią jest ocena dowództwa. Trzeba oddzielić bohaterstwo walczących od odpowiedzialności politycznej. Pod względem militarno-politycznym to był błąd, za który zapłaciło kilkaset tysięcy osób. Natomiast mitologizacja zrywu to dzieło polityków ostatnich 25 lat. Powstanie wykorzystano do bieżących korzyści, nadając jego upamiętnieniu czysto współczesny, polityczny wymiar. Dr Michał Przeperski, IH PAN, Muzeum Historii Polski Powstanie warszawskie pamiętamy jako bitwę o niepodległość. Rzadziej mówi się, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Co robi Nawrocki, gdy nie wetuje?
Jakkolwiek śmiesznie by to brzmiało, ks. Jarosław Wąsowicz, fanatyczny wielbiciel kibolstwa i jego kapelan, jest też kapelanem prezydenta Nawrockiego. Łączy go z nim nie tylko kibicowanie Lechii Gdańsk. Klub, mimo takiego wstawiennictwa, spadł właśnie z Ekstraklasy. Pielgrzymki do Częstochowy nie pomogły. Ks. Wąsowicz miał cały rok, by uwić sobie w Pałacu Prezydenckim eleganckie gniazdko. Nie żałował na to wielu złotówek (waszych złotówek, drodzy Czytelnicy). A przecież podwójny kapelan dopiero się rozpędza. W wywiadzie dla „Sieci” zapowiedział, że podąża za słowami prymasa Hlonda. Tego, który we wrześniu 1939 r. uciekł z Polski. A wcześniej głosił, że „Polska nie może być bezbożna”. Skoro więc dla ks. Wąsowicza Hlond to drogowskaz, to dla Nawrockiego oczywiście też. Co widać i słychać w jego wystąpieniach. Dzięki ks. Wąsowiczowi wiemy też, co robi Nawrocki, gdy nie wetuje, nie knuje i nie kłamie. Nie uwierzycie: „Nawrocki codziennie odmawia dziesiątkę różańca w intencji wszystkich, którzy się za niego modlą”. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Promocja
WięcejJak powstaje dom z modułów produkowanych w hali?
Artykuł sponsorowany Jeszcze kilkanaście lat temu budowa domu kojarzyła się z wielomiesięcznym placem budowy, zależnością od pogody i kolejnymi terminami, które przesuwały się z tygodnia na tydzień. Dziś coraz częściej najważniejsza część inwestycji odbywa się
Dozymetr osobisty – nie tylko dla Obrony Cywilnej!
Artykuł sponsorowany Dozymetr osobisty kojarzy się głównie ze służbami, wojskiem i działaniami Obrony Cywilnej. Obrona Cywilna to system chroniący ludność przed skutkami wojny, katastrof, awarii i innych poważnych zagrożeń. Obejmuje między innymi ostrzeganie, ewakuację, ratownictwo,
Pełne spektrum, szerokie spektrum czy pojedynczy składnik – skąd bierze się ten podział?
Artykuł sponsorowany Na etykietach produktów konopnych można spotkać określenia takie jak pełne spektrum, szerokie spektrum czy pojedynczy składnik. Brzmią technicznie, ale w praktyce odnoszą się przede wszystkim do profilu substancji obecnych w zastosowanym ekstrakcie. Nie zawsze opisują
Mosiądz i stal – dlaczego wybór materiału obudowy lampy zewnętrznej ma znaczenie?
Artykuł sponsorowany Oświetlenie zewnętrzne pracuje w warunkach, które bezlitośnie weryfikują jakość użytych materiałów. Deszcz, śnieg, promieniowanie UV, chlorowana woda basenowa czy sól drogowa – każdy z tych czynników przyspiesza korozję i degradację powłok lakierniczych.
Wyposażenie łazienki bez barier – jak zaprojektować przestrzeń przyjazną dla seniora?
Artykuł sponsorowany Bezpieczna domowa przestrzeń to gwarancja codziennego komfortu oraz pełnej niezależności dla osób w dojrzałym wieku. Stworzenie otoczenia pozbawionego przeszkód wymaga przemyślanego podejścia do układu mebli oraz nowoczesnych urządzeń sanitarnych. Właściwe zaaranżowanie domowego pomieszczenia














