Pacjent w kryzysie

Nowoczesne centra zdrowia psychicznego ratują życie Kryzys zdrowia psychicznego można porównać do złamanej nogi. Nie da się czekać trzech miesięcy z rozpoczęciem leczenia. Im szybciej się je zainicjuje, tym większa szansa, że ten kryzys nie przybierze niepokojących rozmiarów. – Szybki dostęp do leczenia dawały, i nadal dają, centra zdrowia psychicznego w pilotażu. Działa w nich punkt zgłoszeniowo-koordynacyjny, który jest czynny codziennie w dni robocze od godz. 8 do 18. Każdy mieszkaniec terenu, na którym działa centrum, może się tam zgłosić i od razu otrzyma wstępną pomoc od psychologa czy terapeuty środowiskowego – mówi dr Marek Balicki, psychiatra, były minister zdrowia. Przeformułowanie opieki psychiatrycznej dla dorosłych Polaków trwało osiem lat. To był, jest, najdłuższy pilotaż nowoczesnej Europy testujący funkcjonowanie centrów zdrowia psychicznego. – Mimo że przetestowany model jest obecnie zagrożony, tych ośmiu lat nie można nazwać czasem straconym, pacjenci przyzwyczaili się, że w psychiatrii można dostać wsparcie bez kolejek. Jednak Ministerstwo Zdrowia znów chce przeformułować funkcjonowanie centrów poprzez kontrolę, nadzór i ograniczenia. Jest silne przywiązanie do tradycji trzymania osób z doświadczeniem kryzysu psychicznego w szpitalach. Idea centrów zaś wymaga przełamania wielowiekowej tradycji myślenia o zdrowiu psychicznym. To najtrudniejsze – uważa prof. Jacek Wciórka, który współtworzył Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego i uczestniczył w działaniach na rzecz środowiskowej reformy ochrony systemu zdrowia psychicznego. Co z piramidą świadczeń Proponowane przez Ministerstwo Zdrowia zmiany zostały przedstawione 12 maja br. A ponieważ inny model opieki psychiatrycznej był testowany, a inny jest teraz proponowany, Radę ds. Zdrowia Psychicznego opuściło aż dziewięciu ekspertów. Pilotaż centrów zdrowia psychicznego rozpoczął się w 2018 r. – 1 lipca minie osiem lat, więc model jest porządnie sprawdzony. W 118 centrach, które obecnie działają, nie było początkowego pogorszenia funkcjonowania, jak to czasem przy różnych reformach bywa. Wszędzie ułatwiony jest dostęp do psychologa, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Pacjent w kryzysie
Z UPA na piedestale

Państwowa polityka historyczna Ukrainy została oparta na kłamstwie 27 maja br. prezydent Wołodymyr Zełenski nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy imię Bohaterów UPA. Wywołało to słuszne oburzenie części polityków i mediów w Polsce. Jednak oburzeni zachowują się tak, jakby tego typu wydarzenie było na Ukrainie jakąś nowością. Przedstawiciele najwyższych władz polskich chyba dopiero teraz zauważyli, że państwo ukraińskie gloryfikuje i heroizuje najbardziej skrajne nurty nacjonalizmu ukraińskiego w ramach swojej polityki historycznej i tożsamościowej. Zełenski nie był pierwszy Czyżby polscy politycy pielgrzymujący w lutym 2014 r. na kijowski Majdan nie widzieli powiewających tam flag banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów? Czyżby nie byli wtedy świadomi, do jakich historycznych upiorów odwołują się przywódcy i uczestnicy popieranego przez nich przewrotu? Nie byli świadomi, na czym nowe władze, zainstalowane w Kijowie w wyniku tego przewrotu z pomocą polską i zachodnią, oprą politykę historyczno-tożsamościową? Nie wiedzieli, że tzw. komendant Euromajdanu Andrij Parubij (1971-2025), który na pomajdanowej Ukrainie został przewodniczącym parlamentu i sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, był w 1991 r. założycielem partii politycznej o nazwie Socjal-Narodowa Partia Ukrainy, w mało zawoalowany sposób nawiązującej do nazwy NSDAP? A może dzisiaj twierdzą, że ich tam wtedy nie było? Niestety, zachowały się liczne zdjęcia z kijowskiego Majdanu z lutego 2014 r., na których można zobaczyć wielu dzisiejszych wzburzonych heroizacją UPA przez Zełenskiego. Wypada zatem przypomnieć, że heroizacja nacjonalizmu miała miejsce na Ukrainie od 1991 r., czyli od wyjścia Ukrainy z rozpadającego się Związku Radzieckiego. Na szczebel państwowej polityki pamięci i tożsamości została po raz pierwszy wyniesiona po pomarańczowej rewolucji w 2004 r., Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Z UPA na piedestale
Zmarnowany rok po wyborach prezydenckich

Tak być nie musiało. 1 czerwca 2025 r. wynik wyborów mógł być inny. To jest rzecz oczywista: jeżeli głosowało 21 mln Polaków i między kandydatami była tak niewielka różnica, ok. 1%, oficjalnie 369 tys. głosów, wszystko mogło pójść inaczej. Gra toczyła się do końca. Ten wynik wskazuje, że nie zadecydowała wielka, historyczna fala, że to skutek tzw. małych punktów. Błędów rządzących. Błędów roku 2024, to po pierwsze, a po drugie – fatalnie poprowadzonej kampanii wyborczej. Fenomenem jest, że koalicja nie wyciągnęła z tego wniosków. Wiara, że jesteśmy lepsi To błąd numer 1, z niego bierze się reszta. Po co poprawiać, skoro jesteśmy świetni! W tym przekonaniu Koalicja Obywatelska tkwiła od zawsze, a po 15 października 2023 r. już w szczególności. Tamta wygrana wprawiła KO w stan samozadowolenia. Oto nastąpił koniec historii! Oni naprawdę uwierzyli, że PiS jest pokonane na zawsze i zaczyna się słodki okres ich rządów. Widzieliśmy to w 2024 r. Najważniejszym problemem ówcześnie rządzących było podzielenie się posadami ministerialnymi, potem marsz na spółki itd. Proste myślenie: my się mościmy, a od polityki jest Tusk, on zawsze coś wymyśli. Błąd numer 2. Zdradzenie wyborców. Obietnice, którymi tak szafowano w kampanii, słynne 100 konkretów, rozpłynęły się w niebycie. Zostały zastąpione tłumaczeniem, że się nie da. Że to nie tak szybko. Rozliczenia nie mogą być od razu przeprowadzone, bo mamy obstrukcję ze strony ludzi Ziobry ulokowanych w prokuraturze. Ustawy, które obiecał Donald Tusk, nie mogą być przyjęte, gdyż sprzeciwia się im prezydent Andrzej Duda. Dopiero – mówiono – jak będziemy mieli swojego prezydenta, przepchniemy nasze sprawy. Tak opowiadali politycy koalicji, ale z każdym miesiącem wiara w te opowieści malała. Bo czy Dudę ktoś testował? Wrzucał mu niewygodne dla PiS ustawy? Nie! Tłumaczono, że i tak zawetuje. Była to stała wymówka, wyjaśniająca nieróbstwo rządzących. Czyli błąd numer 3. Taki był rok 2024 – rok usypiania przez koalicję jej wyborców. Jest dobrze, więc o co chodzi? Jak zniechęcić wyborcę? To było polityczne samobójstwo. Dzisiejsze czasy wymagają stałego kontaktu z wyborcami, tłumaczenia, mobilizowania. Nie można ich lekceważyć. Na tym przecież polegał sukces PiS, które stale podkreślało, gdy było u władzy, że realizuje interesy swoich wyborców, mobilizowało ich i dawało im poczucie, że są słuchani i ważni. I że to jest ich czas. Koalicja Obywatelska natomiast postąpiła jak zawsze – zapomniała o swoim elektoracie, zachwycona sobą i przekonana, że wyborca zrozumie. Wystarczy wołać, że PiS niedobre, a Kaczyński straszny, i to zapewni wygraną. Nie zapewniło. Gdy koalicja usypiała swoich wyborców, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zmarnowany rok po wyborach prezydenckich
Prezydent dla swoich

Marcin Duma – analityk polityczny, założyciel IBRiS Kto popiera obecnie Karola Nawrockiego? Owszem, spada mu poparcie, ale nadal jest bardzo mocne. I pewnie wygrałby wybory, jeśli byłyby dziś. – Przez ten rok w polskiej polityce trochę się pozmieniało, i to niekoniecznie korzystnie z punktu widzenia Karola Nawrockiego. Stawka kandydatów pewnie też byłaby inna, więc nie wiadomo, czy dzisiaj by wygrał. Ale zwróciłbym uwagę na coś innego. We wszystkich badaniach, które dotyczą prezydenta, ujawnia się jedna podstawowa rzecz – jest figurą silnie polaryzującą. Tak naprawdę nie ma jednego Karola Nawrockiego w sensie wizerunkowym. Tych Karolów jest dwóch. Jest dr Jekyll i pan Hyde. Zależy, czy patrzy się na niego z lewej strony, czy z prawej. Mało kogo pozostawia obojętnym. Zwolennikom prawicy się podoba. – Wyborcy PiS, Konfederacji czy nawet Grzegorza Brauna mają obraz prezydenta aktywnego, komunikatywnego, sprawczego, który jest dla nich widoczny i stanowczy w działaniu. Widać, że coś robi. W taki sposób o nim się wypowiadają. Co więcej, dostrzegają i doceniają to, że stara się nie tylko decyzje podejmować, ale też je tłumaczyć. Przywołują jego filmiki na YouTubie po decyzji w sprawie weta, gdzie ją tłumaczy. Mówią, że to nie jest dla środowisk opiniotwórczych, ale dla nich. Nawrocki do nich mówi. I to dużo dla nich znaczy. A gdy popatrzymy na Karola Nawrockiego oczami zwolennika koalicji? – To mamy obraz prezydenta, który przekracza swoje kompetencje. Boksuje powyżej swojej wagi. Składa obietnice, których nie jest w stanie zrealizować. W związku z tym pojawia się zarzut, że prezydent jest niepoważny, bo poważny człowiek nie składa obietnic, które nie leżą w jego gestii. Bardzo często przywoływana jest tu kwestia obniżki cen energii. Zatrzymajmy się przy grupie tych, którzy go popierają. To ma związek ze statusem materialnym, z miejscem zamieszkania czy z sympatiami politycznymi? – Przede wszystkim z sympatiami politycznymi. To, po której stronie się sytuujemy, będzie definiowało nasz stosunek do prezydenta. Oczywiście jest czynnik wykształcenia, wielkości miejscowości, w której się mieszka, wieku. W pewnym stopniu nawet płci. Natomiast mam wrażenie, że te cechy są w pewien sposób wtórne w stosunku do preferencji. Profil wyborców, którzy są przeciwni Donaldowi Tuskowi, i profil osób, które stoją murem za prezydentem Nawrockim, jest mniej więcej taki sam. Czyli wśród popierających Karola Nawrockiego mamy więcej osób z terenów wiejskich, mniejszych miejscowości, osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym, ewentualnie podstawowym. I praktykujące. – Znacznie częściej. Ale też w grupie uplasowanej po prawej stronie, oceniającej dobrze prezydenta, mamy sporą rzeszę wyborców konfederackich. Czyli dużą grupę młodych ludzi, młodszą część społeczeństwa, która wydaje się wciąż stać za Karolem Nawrockim. A jest o tyle istotna, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Prezydent dla swoich

Felietony Przeglądu

Wywiady Przeglądu

Klasyka Przeglądu

Kraj

Rząd zapowiada szkoły bez smartfonów Ekipa rządząca rusza z planem, który ma się rozprawić z cyfrowymi zagrożeniami i wyrzucić telefony ze szkół. Przeszkodą dla rządowego pomysłu mogą się okazać prezydent Karol Nawrocki i jego niepowstrzymana chęć wetowania, ale też ministra edukacji Barbara Nowacka. – Będziemy proponowali rzecz bardzo trudną. Nie tylko w Polsce zmagamy się z tym problemem. To są dwie kwestie: nadużywanie i uzależnienie od telefonów komórkowych całej populacji, szczególnie najmłodszych. W związku z tym po wielu rozmowach zaproponujemy projekt ustawy, który wzmocni rolę nauczycieli i rodziców, jeśli chodzi o kontrolę korzystania z telefonów komórkowych podczas zajęć szkolnych w szkołach podstawowych – poinformował 2 czerwca Donald Tusk. Będą zamieszki? We wtorek 2 czerwca rząd przyjął pakiet ustaw mających wzmocnić ochronę dzieci w internecie. Najwięcej emocji budzi propozycja wprowadzenia zakazu korzystania z telefonów komórkowych przez uczniów szkół podstawowych, zarówno podczas lekcji, jak i przerw. To rozwiązanie ma wejść w życie już od 1 września br. Zgodnie z projektem uczniowie szkół podstawowych nie będą mogli korzystać ze smartfonów ani innych urządzeń umożliwiających nagrywanie dźwięku i obrazu. Zakaz obejmie wszystkie zajęcia dydaktyczne oraz przerwy międzylekcyjne. Jak podkreśla Barbara Nowacka, nowe przepisy mają pomóc w kształtowaniu higieny cyfrowej i są odpowiedzią na postulaty środowiska oświatowego. Rząd nie przewiduje rozróżnienia między szkołami publicznymi a prywatnymi, regulacje mają obowiązywać we wszystkich placówkach. Projekt ustawy zawiera jednak pewne wyjątki. Uczniowie będą mogli korzystać z telefonów w sytuacjach związanych ze zdrowiem – w przypadku chorób wymagających monitorowania – lub z bezpieczeństwem. Dodatkowo nauczyciele dopuszczą użycie smartfonów, jeśli będzie to uzasadnione w procesie dydaktycznym. Wyjątki mają również obejmować sytuacje szczególne, takie jak wycieczki szkolne. Niektóre środowiska uczniów, np. Akcja Uczniowska, zastanawiają się, dlaczego rząd nie chce wprowadzić zakazu także w szkołach średnich. Szczególnie że według badań 71% dzieci deklaruje uzależnienie od telefonu, a 73% dorosłych podoba się szkolny zakaz. Według danych zebranych przez CBOS dla Polskiej Agencji Prasowej aż 85% respondentów popiera wprowadzenie zakazu użycia telefonu w podstawówkach. Przeciwników jest zaledwie 11%. Można też powiedzieć, że co do zakazania smartfonów w podstawówkach panuje ponadpartyjna zgoda. Wśród elektoratu lewicy za zakazem jest 92% badanych, wśród elektoratu centrum – 88%, a wśród elektoratu prawicy 82% – ustaliło CBOS. Rządzący mogą nie chcieć zakazu w szkołach średnich z dwóch powodów. Pierwszy możliwy scenariusz to zamiar sprawdzenia na młodszych rocznikach, jak zadziała ten pomysł. Drugi to kalkulacja polityczna. Po co denerwować potencjalnych wyborców? Tak samo jest z poziomem matur – ich trudność co roku dopasowuje się do konkretnego rocznika. Pisaliśmy o tym w tekście „Matura szyta na miarę” (nr 20/2026). Cel – bezpieczeństwo dzieci Zakaz telefonów w szkołach ma być częścią większego pakietu zmian. Rząd przyjął także projekty ustaw, które mają ograniczyć nieletnim dostęp do treści dla nich nieodpowiednich, przyśpieszyć usuwanie nielegalnych materiałów z internetu i zwiększyć odpowiedzialność platform internetowych. Nowe przepisy mają umożliwić szybkie reagowanie na takie zjawiska jak patostreamy, oszustwa internetowe czy kradzież tożsamości. – Ustawy, które przedstawiamy, k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Pacjent w kryzysie

Pacjent w kryzysie

Nowoczesne centra zdrowia psychicznego ratują życie Kryzys zdrowia psychicznego można porównać do złamanej nogi. Nie da się czekać trzech miesięcy z rozpoczęciem leczenia. Im szybciej się je zainicjuje, tym większa szansa, że ten kryzys nie przybierze niepokojących rozmiarów. – Szybki dostęp do leczenia dawały, i nadal dają, centra zdrowia psychicznego w pilotażu. Działa w nich punkt zgłoszeniowo-koordynacyjny, który jest czynny codziennie w dni robocze od godz. 8 do 18. Każdy mieszkaniec terenu, na którym działa centrum, może się tam zgłosić i od razu otrzyma wstępną pomoc od psychologa czy terapeuty środowiskowego – mówi dr Marek Balicki, psychiatra, były minister zdrowia. Przeformułowanie opieki psychiatrycznej dla dorosłych Polaków trwało osiem lat. To był, jest, najdłuższy pilotaż nowoczesnej Europy testujący funkcjonowanie centrów zdrowia psychicznego. – Mimo że przetestowany model jest obecnie zagrożony, tych ośmiu lat nie można nazwać czasem straconym, pacjenci przyzwyczaili się, że w psychiatrii można dostać wsparcie bez kolejek. Jednak Ministerstwo Zdrowia znów chce przeformułować funkcjonowanie centrów poprzez kontrolę, nadzór i ograniczenia. Jest silne przywiązanie do tradycji trzymania osób z doświadczeniem kryzysu psychicznego w szpitalach. Idea centrów zaś wymaga przełamania wielowiekowej tradycji myślenia o zdrowiu psychicznym. To najtrudniejsze – uważa prof. Jacek Wciórka, który współtworzył Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego i uczestniczył w działaniach na rzecz środowiskowej reformy ochrony systemu zdrowia psychicznego. Co z piramidą świadczeń Proponowane przez Ministerstwo Zdrowia zmiany zostały przedstawione 12 maja br. A ponieważ inny model opieki psychiatrycznej był testowany, a inny jest teraz proponowany, Radę ds. Zdrowia Psychicznego opuściło aż dziewięciu ekspertów. Pilotaż centrów zdrowia psychicznego rozpoczął się w 2018 r. – 1 lipca minie osiem lat, więc model jest porządnie sprawdzony. W 118 centrach, które obecnie działają, nie było początkowego pogorszenia funkcjonowania, jak to czasem przy różnych reformach bywa. Wszędzie ułatwiony jest dostęp do psychologa,

  8 czerwca, 2026
Wszystkie chwyty Ziobry

Wszystkie chwyty Ziobry

Jak były minister i prokurator generalny pogrywa z wymiarem sprawiedliwości Jeszcze kilka miesięcy temu był umierający. Łamiącym się głosem mówił, że zdiagnozowany u niego nowotwór przełyku z przerzutami daje mu mniej niż 10% szans na przeżycie. Zaatakowany chorobą organizm został dodatkowo osłabiony serią chemioterapii, immunoterapii i radioterapii, a następnie wielogodzinną operacją usunięcia przełyku i części żołądka. Jakby tego było mało, pacjent musiał regularnie przechodzić zabiegi poszerzania przewodu pokarmowego, aby móc oddychać i przyjmować pokarm. Koledzy partyjni prosili Polaków o modlitwę za zdrowie pierwszego szeryfa III RP. A pisowscy intelektualiści pod wodzą Bronisława Wildsteina wystosowali do posłów apel o niewyrażanie zgody na tymczasowe aresztowanie, które mogłoby „skutkować nieodwracalnym pogorszeniem stanu zdrowia Zbigniewa Ziobry lub nawet jego śmiercią”. Minęło ledwie pół roku, a były minister sprawiedliwości cudownie ozdrowiał. Chrypka zniknęła, po problemach z mówieniem nie ma już śladu. Ziobro jest w tak znakomitej formie, że zatrudnił się jako amerykański korespondent TV Republika i zamieszcza filmiki z komentarzami w mediach społecznościowych. Śmieje się z „nieudaczników” Donalda Tuska i Waldemara Żurka, którzy pozwolili mu na ucieczkę do USA. Odgraża się „prześladowcom”, że wkrótce nastanie prawo i sprawiedliwość, a oni trafią na długie lata do więzienia. Przy czym nic nie robi sobie z zarzutów, które chce mu postawić prokuratura. Przypomnijmy: według śledczych były minister, działając w zorganizowanej grupie przestępczej, miał się dopuścić 26 przestępstw związanych z rozkradaniem Funduszu Sprawiedliwości, za co grozi mu nawet 25 lat odsiadki. Miliony złotych zamiast na wspomożenie ofiar przestępstw zostały przeznaczone na zakup cyberbroni Pegasus do zwalczania przeciwników politycznych oraz na kampanie wyborcze polityków Solidarnej/Suwerennej Polski, trafiły do zaprzyjaźnionych mediów lub wprost do kieszeni działaczy partyjnych i związanych z nimi osób. Jednak Ziobro jest mocny tylko w gębie. Gdy Sejm w listopadzie 2025 r. uchylił mu immunitet, dając zielone światło do zatrzymania i aresztowania, a prokuratura skierowała do sądu stosowny wniosek, nasz szeryf był już na Węgrzech, gdzie załatwił sobie azyl polityczny. Jednocześnie rozpoczęły się korowody prawne. Sąd się nie śpieszy Wniosek o aresztowanie prokuratura skierowała do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa 13 listopada 2025 r. Ale posiedzenie aresztowe wyznaczono dopiero na 22 grudnia. Tłumaczono to obszernością materiału dowodowego, z którym musi się zapoznać sędzia. Była to osobliwa argumentacja. Sądy rzadko zapoznają się z całością materiału zebranego przez prokuraturę, a jeśli już, robią to niezwłocznie, zazwyczaj w ciągu kilkunastu godzin, nie odwlekając procedury. Tyle że do rozpoznawania sprawy Ziobry wylosowana została Agnieszka Prokopowicz, członkini Stowarzyszenia Iustitia, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  8 czerwca, 2026
Na skraju przepaści

Na skraju przepaści

Zmiany klimatyczne to czynnik decydujący o przyszłości lasów Dr hab. Jakub Borkowski – profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, kierownik Katedry Leśnictwa i Ekologii Lasu Znane jest powiedzenie: „Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las”. Czy z perspektywy naukowca jest ono aktualne? – W skali globalnej nie można mieć pewności, jako że w wielu regionach świata mamy już z tym problemy. Bo nie tylko maleje powierzchnia lasów, wycinanych głównie pod potrzeby rolnictwa, lecz także wzrasta ich rozdrobnienie. Tym samym następuje utrata łączności między poszczególnymi kompleksami, co oczywiście ma konsekwencje dla bioróżnorodności obejmującej wszystkie żywe organizmy oraz relacje między nimi. Nie widzę więc tak optymistycznego przełożenia tego porzekadła na realną sytuację lasów, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę zmiany klimatyczne, które będą miały dramatyczne konsekwencje. Wróćmy do niedalekiej przeszłości, kiedy w lasach dominował łoskot harwesterów, potężnych maszyn do wycinki drzew. Takie masowe cięcie wywoływało gwałtowne protesty organizacji ekologicznych. Wydaje się, że skuteczne, bo chyba to się zmieniło na korzyść? – Tak, protesty były równie głośne jak te maszyny i odniosły pozytywny skutek. Jednocześnie rykoszetem oberwali leśnicy, ponieważ ucierpiał ich wizerunek, a przecież wcześniej w hierarchii prestiżu zawodów zajmowali drugie miejsce, zaraz po strażakach. Zapalnikiem stał się konflikt w Puszczy Białowieskiej, gdzie wizja ekologiczna, zakładająca ochronę naturalnych procesów przyrodniczych, starła się z wizją gospodarczą, oznaczającą pozyskiwanie drzew oraz ich ochronę przed szkodnikami, głównie kornikiem. Ale ten spór doprowadził do powstania tzw. lasów społecznych, czyli kompleksów leśnych wokół 14 miast, mających przede wszystkim spełniać oczekiwania społeczne. Na czym to polega? – Chociażby na tym, że nie ma tam mowy o zrębach zupełnych, gdzie wszystkie drzewa są kompleksowo usuwane. Na marginesie – to gorący temat w leśnictwie nie tylko polskim, ponieważ wycinka wszystkich drzew na jednej powierzchni ma negatywne konsekwencje przyrodnicze. Chociaż z punktu widzenia gospodarczego to działanie bardzo proste: karczuje się teren zrębu i można sadzić „młody las”, ale zanim on wyrośnie, minie wiele czasu. Pewnie z 50 lat? – Raczej 70, 80 albo i 100 lat! Do momentu kolejnego pozyskania drewna. Natomiast w naturalnym układzie lasów drzewa są dużo starsze, a część z nich martwa. Nawiasem mówiąc, to jedna z poważniejszych przyczyn konfliktu między ochroną przyrody a gospodarką. Ale nadleśnictwa mają plany, muszą osiągać dochody i zapewnić drewno do produkcji mebli, dla budownictwa i innych gałęzi gospodarki. Jak to pogodzić? – Na pewno to jedno z poważniejszych wyzwań dla leśnictwa, nie tylko w Polsce. Chociaż akurat nasz kraj jest czwartym na świecie, a trzecim w Europie producentem mebli, więc to pokazuje skalę zapotrzebowania na drewno oraz jego znaczenie w gospodarce. Pytanie,

  8 czerwca, 2026
Zmarnowany rok po wyborach prezydenckich

Zmarnowany rok po wyborach prezydenckich

Tak być nie musiało. 1 czerwca 2025 r. wynik wyborów mógł być inny. To jest rzecz oczywista: jeżeli głosowało 21 mln Polaków i między kandydatami była tak niewielka różnica, ok. 1%, oficjalnie 369 tys. głosów, wszystko mogło pójść inaczej. Gra toczyła się do końca. Ten wynik wskazuje, że nie zadecydowała wielka, historyczna fala, że to skutek tzw. małych punktów. Błędów rządzących. Błędów roku 2024, to po pierwsze, a po drugie – fatalnie poprowadzonej kampanii wyborczej. Fenomenem jest, że koalicja nie wyciągnęła z tego wniosków. Wiara, że jesteśmy lepsi To błąd numer 1, z niego bierze się reszta. Po co poprawiać, skoro jesteśmy świetni! W tym przekonaniu Koalicja Obywatelska tkwiła od zawsze, a po 15 października 2023 r. już w szczególności. Tamta wygrana wprawiła KO w stan samozadowolenia. Oto nastąpił koniec historii! Oni naprawdę uwierzyli, że PiS jest pokonane na zawsze i zaczyna się słodki okres ich rządów. Widzieliśmy to w 2024 r. Najważniejszym problemem ówcześnie rządzących było podzielenie się posadami ministerialnymi, potem marsz na spółki itd. Proste myślenie: my się mościmy, a od polityki jest Tusk, on zawsze coś wymyśli. Błąd numer 2. Zdradzenie wyborców. Obietnice, którymi tak szafowano w kampanii, słynne 100 konkretów, rozpłynęły się w niebycie. Zostały zastąpione tłumaczeniem, że się nie da. Że to nie tak szybko. Rozliczenia nie mogą być od razu przeprowadzone, bo mamy obstrukcję ze strony ludzi Ziobry ulokowanych w prokuraturze. Ustawy, które obiecał Donald Tusk, nie mogą być przyjęte, gdyż sprzeciwia się im prezydent Andrzej Duda. Dopiero – mówiono – jak będziemy mieli swojego prezydenta, przepchniemy nasze sprawy. Tak opowiadali politycy koalicji, ale z każdym miesiącem wiara w te opowieści malała. Bo czy Dudę ktoś testował? Wrzucał mu niewygodne dla PiS ustawy? Nie! Tłumaczono, że i tak zawetuje. Była to stała wymówka, wyjaśniająca nieróbstwo rządzących. Czyli błąd numer 3. Taki był rok 2024 – rok usypiania przez koalicję jej wyborców. Jest dobrze, więc o co chodzi? Jak zniechęcić wyborcę? To było polityczne samobójstwo. Dzisiejsze czasy wymagają stałego kontaktu z wyborcami, tłumaczenia, mobilizowania. Nie można ich lekceważyć. Na tym przecież polegał sukces PiS, które stale podkreślało, gdy było u władzy, że realizuje interesy swoich wyborców, mobilizowało ich i dawało im poczucie, że są słuchani i ważni. I że to jest ich czas. Koalicja Obywatelska natomiast postąpiła jak zawsze – zapomniała o swoim elektoracie, zachwycona sobą i przekonana, że wyborca zrozumie. Wystarczy wołać, że PiS niedobre, a Kaczyński straszny, i to zapewni wygraną. Nie zapewniło. Gdy koalicja usypiała swoich wyborców, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

  8 czerwca, 2026
Prezydent dla swoich

Prezydent dla swoich

Marcin Duma – analityk polityczny, założyciel IBRiS Kto popiera obecnie Karola Nawrockiego? Owszem, spada mu poparcie, ale nadal jest bardzo mocne. I pewnie wygrałby wybory, jeśli byłyby dziś. – Przez ten rok w polskiej polityce trochę się pozmieniało, i to niekoniecznie korzystnie z punktu widzenia Karola Nawrockiego. Stawka kandydatów pewnie też byłaby inna, więc nie wiadomo, czy dzisiaj by wygrał. Ale zwróciłbym uwagę na coś innego. We wszystkich badaniach, które dotyczą prezydenta, ujawnia się jedna podstawowa rzecz – jest figurą silnie polaryzującą. Tak naprawdę nie ma jednego Karola Nawrockiego w sensie wizerunkowym. Tych Karolów jest dwóch. Jest dr Jekyll i pan Hyde. Zależy, czy patrzy się na niego z lewej strony, czy z prawej. Mało kogo pozostawia obojętnym. Zwolennikom prawicy się podoba. – Wyborcy PiS, Konfederacji czy nawet Grzegorza Brauna mają obraz prezydenta aktywnego, komunikatywnego, sprawczego, który jest dla nich widoczny i stanowczy w działaniu. Widać, że coś robi. W taki sposób o nim się wypowiadają. Co więcej, dostrzegają i doceniają to, że stara się nie tylko decyzje podejmować, ale też je tłumaczyć. Przywołują jego filmiki na YouTubie po decyzji w sprawie weta, gdzie ją tłumaczy. Mówią, że to nie jest dla środowisk opiniotwórczych, ale dla nich. Nawrocki do nich mówi. I to dużo dla nich znaczy. A gdy popatrzymy na Karola Nawrockiego oczami zwolennika koalicji? – To mamy obraz prezydenta, który przekracza swoje kompetencje. Boksuje powyżej swojej wagi. Składa obietnice, których nie jest w stanie zrealizować. W związku z tym pojawia się zarzut, że prezydent jest niepoważny, bo poważny człowiek nie składa obietnic, które nie leżą w jego gestii. Bardzo często przywoływana jest tu kwestia obniżki cen energii. Zatrzymajmy się przy grupie tych, którzy go popierają. To ma związek ze statusem materialnym, z miejscem zamieszkania czy z sympatiami politycznymi? – Przede wszystkim z sympatiami politycznymi. To, po której stronie się sytuujemy, będzie definiowało nasz stosunek do prezydenta. Oczywiście jest czynnik wykształcenia, wielkości miejscowości, w której się mieszka, wieku. W pewnym stopniu nawet płci. Natomiast mam wrażenie, że te cechy są w pewien sposób wtórne w stosunku do preferencji. Profil wyborców, którzy są przeciwni Donaldowi Tuskowi, i profil osób, które stoją murem za prezydentem Nawrockim, jest mniej więcej taki sam. Czyli wśród popierających Karola Nawrockiego mamy więcej osób z terenów wiejskich, mniejszych miejscowości, osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym, ewentualnie podstawowym. I praktykujące. – Znacznie częściej. Ale też w grupie uplasowanej po prawej stronie, oceniającej dobrze prezydenta, mamy sporą rzeszę wyborców konfederackich. Czyli dużą grupę młodych ludzi, młodszą część społeczeństwa, która wydaje się wciąż stać za Karolem Nawrockim. A jest o tyle istotna, r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

  8 czerwca, 2026

Świat

Znikające popiersia, zmiana nazw stadionów – część polityków pisze historię kraju na nowo Korespondencja z Turcji Region Yenipazar w tureckiej prowincji Aydın. Ze szczytu wzgórza od lat 80. spoglądał na miasto neonowy Mustafa Kemal Atatürk. W kwietniu świetlistą sylwetkę zlikwidowano. Zastąpił ją ekran reklamowy, na którym wyświetlają się nazwy firm, modele telefonów i adresy sklepów. Wodza próżno wśród nich szukać. Upamiętnienie niedawno wróciło, ale w inne miejsce i zmienione, bo już nie neonowe. Burmistrz twierdzi, że planował tylko odświeżenie wizerunku wodza, ale miejscowi komentują, że ugiął się pod naciskami. Atatürka nie znajdziemy już na okładkach, w których tureccy uczniowie klas początkowych otrzymują świadectwa semestralne. W lutym, ku zdumieniu nauczycieli, okazało się, że tradycyjną teczkę z wodzem i tekstem hymnu narodowego zastąpiła nowa – z grafiką przedstawiającą bawiące się dzieci. Wódz zniknął też z logo różnych instytucji i niektórych urzędów. W logo miejskich wodociągów w czarnomorskim Samsunie Atatürka na koniu zastąpiła graficzna kropelka. Założyciela republiki nie ma już także w nazwie kilku stadionów i szpitali. To najnowsze przykłady zmian w myśleniu o wielkim wodzu i bohaterze narodowym. Wielu analityków zauważa, że rządząca od przeszło 20 lat konserwatywna Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), na której czele stoi premier, a następnie prezydent Recep Tayyip Erdoğan, mniej lub bardziej subtelnie, ale konsekwentnie pozbywa się samego Atatürka i jego ideałów (np. w kwestii świeckości państwa) z przestrzeni publicznej i polityki. Z głównego placu w nadmorskim mieście Rize, z którego pochodzi rodzina prezydenta Erdoğana, posąg bohatera zniknął już przed dekadą. Ale nie chodzi tylko o pomniki i stadiony. Choć obcokrajowcom może się to wydawać dziwne, uwielbienie dla Mustafy Kemala przez niemal 100 minionych lat demonstrowane było na każdym kroku. Nie ma w Turcji szkoły, w której nie byłoby popiersia lidera. Do niedawna nie było miasta bez jego pomnika albo, jak w Antalyi i Izmirze, gigantycznego popiersia w skale. W żadnej sali sądowej czy dyrektorskim gabinecie nie mogło zabraknąć jego podobizny na zdjęciu bądź obrazie olejnym. Do tego naklejki na szyby, koszulki, a nawet dziecięce śpioszki czy tatuaże przedstawiające podpis Atatürka. Tymczasem już kilka lat temu zaproszony do telewizyjnego Kanal A pisarz i członek partii rządzącej Said Alpsoy nazwał Atatürka łapownikiem. Jego partyjna koleżanka, przemawiając w parlamencie, porównała ojca narodu do terrorystów z Partii Pracujących Kurdystanu, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Z UPA na piedestale

Z UPA na piedestale

Państwowa polityka historyczna Ukrainy została oparta na kłamstwie 27 maja br. prezydent Wołodymyr Zełenski nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy imię Bohaterów UPA. Wywołało to słuszne oburzenie części polityków i mediów w Polsce. Jednak oburzeni zachowują się tak, jakby tego typu wydarzenie było na Ukrainie jakąś nowością. Przedstawiciele najwyższych władz polskich chyba dopiero teraz zauważyli, że państwo ukraińskie gloryfikuje i heroizuje najbardziej skrajne nurty nacjonalizmu ukraińskiego w ramach swojej polityki historycznej i tożsamościowej. Zełenski nie był pierwszy Czyżby polscy politycy pielgrzymujący w lutym 2014 r. na kijowski Majdan nie widzieli powiewających tam flag banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów? Czyżby nie byli wtedy świadomi, do jakich historycznych upiorów odwołują się przywódcy i uczestnicy popieranego przez nich przewrotu? Nie byli świadomi, na czym nowe władze, zainstalowane w Kijowie w wyniku tego przewrotu z pomocą polską i zachodnią, oprą politykę historyczno-tożsamościową? Nie wiedzieli, że tzw. komendant Euromajdanu Andrij Parubij (1971-2025), który na pomajdanowej Ukrainie został przewodniczącym parlamentu i sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, był w 1991 r. założycielem partii politycznej o nazwie Socjal-Narodowa Partia Ukrainy, w mało zawoalowany sposób nawiązującej do nazwy NSDAP? A może dzisiaj twierdzą, że ich tam wtedy nie było? Niestety, zachowały się liczne zdjęcia z kijowskiego Majdanu z lutego 2014 r., na których można zobaczyć wielu dzisiejszych wzburzonych heroizacją UPA przez Zełenskiego. Wypada zatem przypomnieć, że heroizacja nacjonalizmu miała miejsce na Ukrainie od 1991 r., czyli od wyjścia Ukrainy z rozpadającego się Związku Radzieckiego. Na szczebel państwowej polityki pamięci i tożsamości została po raz pierwszy wyniesiona po pomarańczowej rewolucji w 2004 r.,

  8 czerwca, 2026
Czy demokraci odrobią republikańską lekcję?

Czy demokraci odrobią republikańską lekcję?

Partia Demokratyczna ma sporą szansę na sukces, ale musi popracować nad tym, co nie działa Korespondencja z USA Gdyby wybory połówkowe odbyły się za tydzień lub dwa, demokraci roznieśliby republikanów w pył. W kraju tak bardzo podzielonym jak obecna Ameryka o wyniku elekcji przesądzają wyborcy zarejestrowani jako „niezależni”. Skłonni zmieniać sympatie partyjne nawet z kampanii na kampanię i – co niezwykle istotne – tworzący największy blok wyborczy, bo stanowią aż 40% amerykańskiego elektoratu. Właśnie oni, wściekli na wojnę w Iranie, rosnące koszty życia i prezydenta, który nie tylko złamał większość obietnic wyborczych, ale też jawnie wykorzystuje swój urząd do bogacenia się, odpowiadają za to, że notowania Trumpa są tak kiepskie. W najnowszych sondażach popiera go już tylko 31% ankietowanych (American Research Group, 16-20 maja 2026). A w polityce amerykańskiej jest niemal żelazną regułą, że partia urzędującego prezydenta, i to nawet jeśli jemu uda się zachować nienajgorsze poparcie (Obama w 2010 r. wciąż cieszył się sympatią 47% Amerykanów!), dostaje za jego pierwszej kadencji łomot w wyborach połówkowych. Amerykanie traktują je bowiem jako swoiste referendum na temat sprawczości nowego prezydenta, a że oceniają surowo, to pokazują jego partii czerwoną kartkę. W praktyce oznacza to utratę kontroli nad przynajmniej jedną izbą Kongresu. W oczekiwaniu na niebieską falę Polityczna i ekonomiczna koniunktura sprawiają obecnie, że demokraci w zasadzie nie muszą w tych wyborach zbytnio się wysilać. Wyborcy pokazują palcem ważne dla nich sprawy, a codzienne sytuacje same układają się w nośne hasła. „Ekonomia Trumpa wysysa z ciebie krew”, mogliby śmiało głosić przedstawiciele demokratów i nie byłaby to żadna metafora. Amerykanom dzieje się już tak źle, że aby związać koniec z końcem, aż 200 tys. osób dziennie sprzedaje swoje osocze (informacja pochodzi z badań prof. Petera Jaworskiego z Georgetown University). Powodów do optymizmu partia ma niemało. Choć jeszcze rok temu szczytem marzeń wydawało się odbicie w 2026 r. niższej izby Kongresu, dzisiaj coraz więcej ekspertów daje demokratom nadzieję na „niebieską falę”, czyli przejęcie obu izb. Dlaczego? Bo oprócz wspomnianych szorujących po dnie notowań Trumpa solidnym probierzem wyborczych sympatii są wygrane demokratycznych kandydatów w niemal wszystkich wyborach specjalnych i lokalnych, jakie odbyły się od zeszłej jesieni. Przypomnijmy choćby zwycięstwo Zohrana Mamdaniego w wyścigu o fotel burmistrza Nowego Jorku czy Emily Gregory, która zdobyła mandat do stanowego Kongresu Florydy, i to z okręgu obejmującego Mar-a-Lago. I wreszcie – większość republikańska w Senacie to tylko trzy mandaty, podczas gdy na mapie wyborczej pojawiło się aż pięć stanów, gdzie może dojść do wymiany przynajmniej jednego senatora republikańskiego na demokratycznego. Są to: Północna Karolina, Maine, Alaska, Ohio, a nawet Teksas. Sukces 37-letniego Jamesa Talarica, demokratycznego pastora podbijającego serca Teksańczyków, jest tak nieoczekiwany i budujący dla demokratycznej części Ameryki, że zaczyna się mówić, iż Talarico powinien myśleć o kampanii prezydenckiej w 2028 r. Prognozy wyników kampanii politycznych, jeśli chodzi o szansę na przejęcie Senatu przez demokratów, też ostatnio zmieniły się z „raczej niemożliwe” na „50:50”. Odnaleźć tożsamość Czy demokraci mogą więc już kupować szampana? Mogą i pewnie się nie zmarnuje. Pod jednym wszakże warunkiem. Muszą być świadomi, że jesienny sukces zależy od tego, czy już teraz zaczną pracować, i to w pocie czoła, nad tym wszystkim, co w partii nie działa. A nie działa niestety dużo. Mimo ostatnich zwycięstw demokraci jako partia mają mniejsze poparcie niż wojna w Iranie. Pozytywnie ocenia ich tylko 30% (NBC News, maj 2026), podczas gdy wojnę popiera 35,5% respondentów (Silver Bulletin, maj 2026). Na pytanie, z jakiego powodu tak nisko punktują demokratów, Amerykanie w większości odpowiedzą bez zastanowienia: za ich porażkę w 2024 r. A szczególnie za to, jak fatalnie na nią zareagowali, bo ich przedłużająca się inercja pomogła Trumpowi przekształcić Kongres w osobisty dwór, a fotel prezydenta w cesarski tron. Prawda jest jednak bardziej Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  1 czerwca, 2026
22 piłkarzy, a wokół pustka

22 piłkarzy, a wokół pustka

Mundial wzbudza olbrzymie zainteresowanie, choć ze sportem ma niewiele wspólnego Pod wieloma względami będzie to po prostu kulminacja procesów, które w futbolu zachodzą od dekad. Po pierwsze, kalendarz rozciągnięty do granic fizycznych możliwości zawodników. W tym roku po raz pierwszy w historii turnieju zagrają aż 64 drużyny, dwa razy więcej niż dotychczas. To oznacza nie tylko więcej meczów, ale także obciążenia wynikające z nieustannych podróży. A będą one częste i uciążliwe, bo tegoroczny mundial będzie też pierwszym rozgrywanym jednocześnie w trzech krajach: Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Meksyku. To już nie będą krótkie loty czarterowe albo przejazdy autobusem z jednego do drugiego miasta we Francji, we Włoszech czy w Niemczech. Raczej podróże o skali kontynentalnej, bo mundialowa mapa obejmuje cały kontynent. A że już teraz, w czasie sezonu klubowego, trwającego w Europie od sierpnia do połowy maja, piłkarze są ogromnie obciążeni, tego, co czeka ich latem, nie powinien zazdrościć nikt. Nawet pamiętając o wielomilionowych apanażach. Ma być po amerykańsku Jeszcze kilkanaście lat temu, uśredniając, najlepsi piłkarze na świecie grali w sezonie maksymalnie 50 spotkań, a i to przy założeniu, że nie są kontuzjowani, nie unikają powołań do kadry, a trenerzy nie dają im ani razu odpocząć. Rytm był zresztą dość przewidywalny. Co weekend mecze w lidze krajowej – bywało ich nieco ponad 30. Najskuteczniejsze drużyny dokładały do tego śródtygodniowe mecze w europejskich pucharach, ale przecież mało kto dochodzi w nich do samego końca, więc nawet najlepsi dorzucali może 10 meczów z tej puli. Do tego kilka występów w reprezentacji i można jechać na wakacje. Teraz ligi europejskie są większe, formaty pucharów na kontynencie zostały analogicznie do mundialu rozciągnięte, stworzono nowe rozgrywki międzypaństwowe w stylu europejskiej Ligi Narodów. W rezultacie liderzy zespołów grają już regularnie po 65-70 meczów w jednym kilkumiesięcznym cyklu. Laikom niezaznajomionym z dynamiką i logistyką tego sportu może to się wydać nic nieznaczącym szczegółem, ale oznacza doprowadzenie organizmu na skraj wydolności. Zawodowi piłkarze najwyższego szczebla przebiegają w ciągu 90 minut 8-10 km. Po meczu, kończącym się z reguły późno wieczorem, muszą przejść regenerację i albo wrócić do domu, albo pakować się do samolotu powrotnego, często lecącego do innej strefy czasowej. W przypadku amerykańskiego mundialu będzie to jeszcze inny klimat. Mecze odbędą się w miejscach tak skrajnie różnych jak kanadyjskie Vancouver, Miami na Florydzie czy meksykańska Guadalajara. Następnego dnia czeka ich trening, zapewne więcej niż jeden w ciągu doby. Biorąc pod uwagę obciążenia, zaburzenia snu, reakcję na zmiany klimatu i odkładające się w nogach zmęczenie z sezonu z 60 meczami granymi co trzy dni, łatwo się domyślić, że wygra ten, kto będzie miał najszerszą kadrę i najmniej kontuzjowanych zawodników. Pedri, gwiazda dzisiejszej FC Barcelony i reprezentacji Hiszpanii, w sezonie 2020-2021 zagrał aż 73 mecze pomiędzy klubem, reprezentacją i kadrą olimpijską. Tylko po to, żeby po paryskich igrzyskach natychmiast rozpocząć kolejny sezon. Nikogo nie powinien więc dziwić fakt, że od czasu ukończenia tego maratonu piłkarz odniósł do dziś aż 12 kontuzji mięśniowych, czyli wynikających głównie z przeciążenia konkretnych partii organizmu. Powód tego absurdalnego rozdmuchania piłkarskich turniejów jest banalny. Więcej drużyn to więcej meczów i więcej transmisji, ergo większy zysk ze sprzedaży praw telewizyjnych. Co prawda, prezes FIFA, Włoch Gianni Infantino z lubością opowiada historyjki „o powiększaniu globalnej Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  1 czerwca, 2026
Ben-Gwir nie jest twarzą Izraela

Ben-Gwir nie jest twarzą Izraela

Bezkarność ministra w rządzie Beniamina Netanjahu Kontrowersyjny minister Itamar Ben-Gwir bywa nazywany „izraelską wersją Grzegorza Brauna”. Rzeczywiście panowie mają ze sobą wiele wspólnego, szczególnie opieranie polityki na ksenofobicznym nacjonalizmie i religijności oraz happeningowy styl działania. Może nawet znaleźliby wspólny język, gdyby Braun nie osadził swoich przekonań na fundamencie spiskowego antysemityzmu, co zamyka drogę do rozważań o sojuszu z izraelską skrajną prawicą. Najważniejszą różnicę stanowi jednak to, że Braun jest europosłem opozycji ściganym za swoje wybryki po sądach, a Ben-Gwir nie tylko przewodzi jednej z koalicyjnych partii w Izraelu, lecz także jest ministrem bezpieczeństwa narodowego w rządzie Beniamina Netanjahu i najwyraźniej może sobie pozwolić na wszystko, włos mu z głowy nie spadnie. Porwanie aktywistów Gdy izraelscy żołnierze zatrzymali na wodach międzynarodowych łodzie Global Sumud Flotilla, Itamar Ben-Gwir pojawił się wśród aresztowanych aktywistów, szydził z nich i nagrywał materiały wideo skrojone pod gust izraelskiej skrajnie prawicowej publiki. Poniżanie przez prawicowego polityka i jego świtę zmuszonych do klęczenia aktywistów, zakutych w kajdanki, popychanych przez izraelskich mundurowych, może skłaniać do rozważań, czy Izrael nie złamał konwencji ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur (a od lat jest oskarżany o stosowanie tortur wobec Palestyńczyków przebywających w izraelskich więzieniach). Wydarzenie to wzburzyło międzynarodową opinię publiczną – we flotylli płynęło wielu obywateli krajów europejskich, w tym Polacy. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski szybko wezwał izraelskiego chargé d’affaires do złożenia wyjaśnień i podkreślił, że nie ma zgody Polski na takie traktowanie jej obywateli. Nie wszystkim ta reakcja się spodobała – komentarze internetowe z jednej strony podkreślają, że Sikorski zbyt łagodnie podszedł do sprawy i zbyt późno zdecydował się na działanie, zwłaszcza że doniesienia o łamaniu praw człowieka przez Izraelczyków docierają do nas bez przerwy od końca 2023 r. Druga strona przekonuje, że Izrael ma prawo do zatrzymywania osób, które łamią legalną blokadę morską (choć jej legalność jest kwestią dyskusyjną – międzynarodowi prawnicy od lat dyskutują o tym, czy okupant może dokonać blokady terytorium okupowanego; par. 104 Podręcznika z San Remo, najważniejszego dokumentu określającego stosowanie prawa międzynarodowego w konfliktach zbrojnych na morzu, nakazuje państwu prowadzącemu blokadę dopuszczenie statków ze środkami medycznymi dla ludności cywilnej Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  1 czerwca, 2026
Kasa wasza będzie nasza

Kasa wasza będzie nasza

Czy Andrij Jermak, szara eminencja w otoczeniu prezydenta Zełenskiego, okradał Ukrainę? Gdy ukraińscy żołnierze ginęli w okopach pod Bachmutem, Pokrowskiem i Awdijiwką, gdy rosyjskie drony niszczyły elektrownie, a miliony Ukraińców siedziały w mieszkaniach bez prądu i ogrzewania, Andrij Jermak – wraz z przyjaciółmi – budował sobie luksusową posiadłość na terenie osiedla Dynastia w Kozynie pod Kijowem. Jak twierdzi ukraińska prokuratura – za pieniądze pochodzące z łapówek. Od początku lutego 2020 r. Jermak był szefem biura prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego – de facto drugą osobą w państwie. Decydował o sprawach kadrowych na najwyższych szczeblach ukraińskiej administracji. Miał wpływ na przepływy finansowe. Odpowiadał za relacje z najważniejszymi partnerami zagranicznymi Ukrainy, w tym z amerykańską administracją. Ta wspaniała kariera runęła 28 listopada 2025 r., gdy Jermak złożył – jakoby z własnej inicjatywy – rezygnację z funkcji, natychmiast przyjętą przez prezydenta Ukrainy. Stało się to po przeszukaniach w domu i biurze Jermaka, dokonanych przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) oraz Specjalną Prokuraturę Antykorupcyjną (SAP) w związku z prowadzonym od 2024 r. śledztwem pod kryptonimem „Midas”. Wtedy to ukraińskie organy ścigania na poważnie zajęły się grupą wpływowych postaci, związanych z prezydentem Zełenskim. Ludzie ci wymuszali na przedsiębiorcach mających kontrakty z Enerhoatomem, spółką będącą właścicielem ukraińskich elektrowni atomowych, „prowizje” stanowiące 10-15% wartości zawartych umów. Byli to: Timur Mindicz – biznesmen i dawny współpracownik Zełenskiego, uznawany za organizatora procederu przestępczego. W wyniku tych działań miał on przywłaszczyć ok. 100 mln dol. Herman Hałuszczenko – były minister energii, którego nazwisko pojawiało się w kontekście rozmów o obsadzaniu stanowisk i dzieleniu wpływów w Enerhoatomie. Switłana Hryńczuk – następczyni Hałuszczenki w resorcie energii i, jeśli wierzyć ukraińskim mediom, jego partnerka życiowa. Ołeksij Czernyszow – były wicepremier, opisywany jako współtwórca schematów korupcyjnych, bezpośrednio związany z realizacją wspomnianego projektu budowy ekskluzywnego osiedla dla wybranych. „Andrij” – postać, która pojawiła się w nagraniach z podsłuchów prowadzonych przez NABU. Według ukraińskich mediów miał to być Andrij Jermak, szef Biura Prezydenta Ukrainy. Tajemniczy „Wowa” – jego tożsamość od połowy ubiegłego roku próbują ustalić prowadzący śledztwo funkcjonariusze NABU i prokuratorzy. W czym rzecz? Na terenie Dynastii powstawały cztery luksusowe wille, dziś w stanie surowym. Ich właścicielami mieli być Ołeksij Czernyszow, Timur Mindicz, Andrij Jermak oraz „Wowa”. Działania ukraińskich organów ścigania przerwały ten jakże miło rokujący proceder, a jego uczestnicy mają dziś kłopoty z prawem. Timur Mindicz zdążył opuścić Ukrainę kilka godzin przed wejściem funkcjonariuszy NABU do jego mieszkania i przez Warszawę udał się do Izraela, którego jest obywatelem. W listopadzie 2025 r. wobec Ołeksija Czernyszowa sąd zastosował areszt tymczasowy, z możliwością opuszczenia go po zapłaceniu bardzo wysokiej kaucji. Andrij Jermak stracił stanowisko, a w połowie maja br. usłyszał też zarzut prania pieniędzy oraz udziału w procederze korupcyjnym na kwotę rzędu 460 mln hrywien. Na kilka dni trafił do celi dla VIP-ów, którą opuścił po uiszczeniu przez jego przyjaciół rekordowo wysokiej kaucji – ok. 140 mln hrywien, czyli 2,7 mln euro. Poszukiwania tajemniczego „Wowy” na razie nie dały rezultatu. Kabareciarze na stanowiska 21 kwietnia 2019 r. w drugiej turze wyborów prezydenckich w Ukrainie Wołodymyr Zełenski pokonał Petra Poroszenkę, zdobywając 73,22% głosów. To nie było zwycięstwo – to była carte blanche, którą Ukraińcy dali człowiekowi obiecującemu im pokój i dobrobyt. Zełenski wykorzystał to do maksimum. Kilka miesięcy później w wyborach do Rady Najwyższej przygniatające zwycięstwo odniosła jego partia Sługa Narodu. Nowy lider postanowił oprzeć się na ludziach, których znał z firmy i trupy kabaretowej Kwartał 95 – był jej udziałowcem. Do ukraińskiej polityki trafili m.in.: Serhij Szefir – współzałożyciel i scenarzysta Kwartału 95, został głównym doradcą Zełenskiego. Iwan Bakanow – wieloletni menedżer spółki, został najpierw zastępcą szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, a następnie jej szefem. Serhij Trofimow – producent Kwartału 95, Zełenski mianował go pierwszym zastępcą szefa swojej administracji. Z listy partii Sługa Narodu do Rady Najwyższej dostał się też aktor Jurij Korjawczenkow, znany jako „Juzik”. I niemal natychmiast po objęciu funkcji dał się nagrać, gdy składał propozycję korupcyjną. Oczywiście włos z głowy mu nie spadł. Jurij Kostiuk, scenarzysta Kwartału 95, odpowiedzialny za oprawę medialną kampanii Zełenskiego, został jednym z zastępców szefa administracji prezydenta. Najważniejszy z nich, Timur Mindicz, współwłaściciel studia, producent i partner biznesowy Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

  25 maja, 2026

Kultura

AKTUALNOŚCI

Więcej
Aktualne Przebłyski

Czy prezes Magdalena Gaj pogoni GARMOND?

Magdalena Gaj została nową prezes Poczty Polskiej. Zastąpiła Sebastiana Mikosza. Znanego głównie z tego, że jest postrachem załóg. Gdziekolwiek poszedł, tam zwalniał, zwalniał i jeszcze raz zwalniał. A jak już dochodził do kresu możliwości zwolnień, to zwalniano jego. I tak kilka razy. Nowa prezes PP ma inne doświadczenia menedżerskie. Była urzędniczką państwową, m.in. sprawowała funkcję prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej w latach 2012-2016. Na dzień dobry ogłosiła, że nie ma planu przeprowadzenia zwolnień. A my liczymy, że Poczta tak poprawi swoją pracę, że przestaniemy się dziwić, ileż to może wędrować list. Wydawcy prasy czekają też na ukrócenie panoszenia się prywatnej firmy kolporterskiej GARMOND z Krakowa. Mało komu płaciła, więc jej oferta w punktach pocztowych to żenada. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Klęska polityki wschodniej

Bartosz Cichocki, ambasador RP w Kijowie w latach 2019-2023, poinformował, że „w związku z decyzjami prezydenta Ukrainy honorującymi UPA i kolaboranta niemieckich nazistów” odesłał Wołodymyrowi Zełenskiemu otrzymane w 2022 r. odznaczenie. Odesłał, bo prezydent Zełenski nadał jednej z ukraińskich jednostek imię Bohaterów UPA. Uczynił to „w celu przywrócenia historycznych tradycji narodowego wojska”. Wcześniej w tej sprawie do MSZ zaproszony został ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar, gdzie przyjął go wiceminister Marcin Bosacki. Z komunikatu wiemy, że „polska strona jasno wyraziła sprzeciw wobec decyzji prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i jasno wyjaśniła, jak bolesna była ona dla Polaków. Podkreśliła też, jaki gniew wywołuje to w Polsce i jak mocno zniechęca wielu Polaków do Ukrainy w tym trudnym wojennym czasie”. Był też komunikat rzecznika MSZ, który pisał: „Jednoznacznie negatywnie oceniamy nadanie ukraińskiej jednostce imienia Bohaterów UPA”. Wszystko jasne? Otóż nie. Co najmniej od 11 lipca 2003 r., od uroczystości w Pawliwce (dawniej Poryck) z udziałem prezydentów Polski i Ukrainy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Leonida Kuczmy, którzy w 60. rocznicę zbrodni wołyńskiej wspólnie odsłonili Pomnik Pojednania Polsko-Ukraińskiego, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 24/2026

3% dla nauki Jako były nauczyciel akademicki (i badacz) zdecydowanie popieram protest środowisk naukowych. Pragnę jednak zwrócić uwagę na fakt, że podobnego niezadowolenia, a wręcz oburzenia, nie kryją nauczyciele liceów i techników. Wymagania nam stawiane są europejskie, a pensje – za przeproszeniem – sudańskie. Warto pamiętać, że dobrze zmotywowani nauczyciele szkół ponadpodstawowych to zdecydowanie lepiej przygotowani studenci szkół wyższych, a dobrze przygotowani uczniowie szkół podstawowych to lepsi licealiści. Poprawa sytuacji materialnej musi więc obejmować pracowników całego systemu edukacji – od przedszkoli po uczelnie. Damian Paweł Strączyk Nauka przegrywa ze strachem, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Dlaczego tak mało studentów wybiera kierunki inżynierskie?

Dr Bianka Siwińska, prezeska Fundacji Edukacyjnej Perspektywy, naukowczyni, aktywistka, menedżerka Problem zaczyna się dużo wcześniej niż przy wyborze studiów: młodzi ludzie nie widzą jasnego przejścia między edukacją, uczelnią a realną karierą technologiczną. To brak styczności z branżą bywa większą barierą niż sama trudność programów nauczania. Konferencja „Perspektywy Women in Tech Summit” pokazuje tę ścieżkę w praktyce: poprzez spotkania z firmami, mentoring, warsztaty i relacje z liderkami, które mogą wskazać właściwy kierunek. Kobiety to kluczowa rezerwa talentów dla polskiej inżynierii, ale potrzebują widocznych dróg wejścia, wsparcia i sieci kontaktów. Akcja „Dziewczyny na politechniki!” zapewnia stały dopływ kandydatek na uczelnie techniczne, a Women in Tech Summit zmienia ten potencjał w konkretne szanse rozwoju, pracy i wpływu na świat. Dr Hubert Cichocki, prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz Młodzi ludzie rzadziej wybierają studia techniczne, Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Ratujmy świetlicę w Cieszynie

Świetlice, które lata temu zakładała w wielu miastach „Krytyka Polityczna”, to był znakomity pomysł. Lewica trafiała pod strzechy. I bez sensu przestała. Właśnie „KP” zlikwidowała ostatnią świetlicę. W Cieszynie. Przez 17 lat zawsze coś tam się działo. Darmowe zajęcia dla dzieci, półkolonie, Objazdowy Festiwal Filmowy, młodzieżowy Teatr Młynówka, spotkania autorskie. Skończyło się. W wielomilionowym budżecie „Krytyki Politycznej” zabrakło dla niej pieniędzy. Spore dotacje z Unii, fundacji niemieckich i struktur okołorządowych nie są dla najbardziej potrzebujących. Nie dla biednych. No bo przecież nie oni bajerują darczyńców. Nie oni piszą wnioski o granty. Nie oni latają po świecie za kasą (samolotami, ale się nie cieszą, wiedzą, że niszczą klimat, zostawiając ślad węglowy). A do tego zagraniczne stypendia, wywiady w TVN itd. Gdzie tu miejsce dla świetlicy w Cieszynie. Może jednak znajdzie się nowy patron, który uratuje tę świetlicę? A może wystarczy zbiórka na portalu Zrzutka.pl. Celem jest uzbieranie 150 tys. zł. Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Więcej
Promocja

Dyskusja o standardach pracy w mediach. Czy głośne kryzysy zmieniają redakcje?

Artykuł sponsorowany Głośne kryzysy w mediach od dawna przestały być sprawą zamkniętą wyłącznie dla dziennikarzy i wydawców. W dobie mediów społecznościowych i nieustannego przepływu informacji wydarzenia rozgrywające się wewnątrz redakcji stają się przedmiotem szerokiej debaty

Promocja

Biotyna i jej wpływ na organizm. Kiedy warto rozważyć dodatkową suplementację?

Artykuł sponsorowany Biotyna, określana także jako witamina B7 lub witamina H, należy do grupy witamin rozpuszczalnych w wodzie. Choć najczęściej kojarzona jest ze zdrowymi włosami, skórą i paznokciami, jej działanie obejmuje znacznie więcej procesów

Promocja

Pracowałeś w Niemczech? Sprawdź, jakie są dokumenty potrzebne i jak otrzymasz zwrot podatku z Niemiec w 2025 roku

Artykuł sponsorowany Osoby pracujące na terenie Niemiec często nie wiedzą, że przysługuje im zwrot podatku z zagranicy. Tymczasem złożenie deklaracji podatkowej – nawet kilka lat po zakończeniu pracy – może oznaczać realne pieniądze z powrotem na koncie. Jak

Promocja

Wesele z dzieckiem – jak przetrwać uroczystość i dobrze się bawić?

Artykuł sponsorowany Wesele z dzieckiem może wydawać się nie lada wyzwaniem. Jak przetrwać uroczystość i dobrze się bawić? Tego dowiesz się w tym artykule. Przekonasz się także, w którym miejscu warto zaopatrzyć się w marynarki dla chłopców.

Promocja

Tani i funkcjonalny garaż przy domu? Poznaj wyjątkowe garaże blaszane

Artykuł sponsorowany Właściciele domów coraz częściej poszukują praktycznych i ekonomicznych rozwiązań, które pozwolą zabezpieczyć samochód oraz stworzyć dodatkową przestrzeń do magazynowania przedmiotów. Z pomocą przychodzą garaże blaszane, które od lat cieszą się dużym zainteresowaniem ze względu