Archiwum
Zlikwidować IPN
Instytut Pamięci Narodowej powinien przestać istnieć nie tylko dlatego, że przeistoczył się w państwo w państwie, ale przede wszystkim dlatego, że dla prawicy stał się najbardziej użytecznym narzędziem, maczugą uderzającą za pomocą fałszywej historii, jednostronnie postrzeganej i interpretowanej, wręcz ahistorycznej.
Za rządów Prawa i Sprawiedliwości IPN poczuł się wszechwładny. Polityczna ochrona wzmacniała poczucie bezkarności. Pora więc na zmiany. Tego oczekujemy od obecnej koalicji.
Jakie powinny być zmiany, jak głęboko mają sięgać?
Czy IPN powinno się zlikwidować, co wielokrotnie postulowała lewica, łącznie z obecną reprezentacją parlamentarną? Czy też należy tak znowelizować ustawę o instytucie, by już nigdy nie mógł się stać żadną partyjną jaczejką? Nie tylko pisowską. By był prawdziwą placówką naukową, w której nie powstają polityczno-propagandowe produkcyjniaki. Placówką poddaną wszelkim rygorom nauki.
Kolejne pola do dyskusji to pytania: Co zrobić ze zgromadzonymi (w większości odebranymi innym placówkom) archiwaliami? Czy pion prokuratorski nie powinien zostać włączony do Prokuratury Krajowej?
Wiadomo, że za prezydentury Andrzeja Dudy żadnych zmian nie będzie. Obecny prezydent jest strażnikiem nie praw i konstytucji, ale interesów PiS oraz IPN. Jednak jego władza potrwa jeszcze tylko kilka miesięcy. Dlatego rządząca koalicja nie może ograniczać się do myślenia, że instytut obejmą wskazane przez nią osoby i będzie dobrze. W ten sposób IPN może zejdzie z pola widzenia, ale nie przestanie być problemem, nie tylko finansowym.
Koalicja 15 października ma czas do lata przyszłego roku, by znaleźć rozwiązanie tych kwestii. W odpowiedzi na pytanie, co zrobić z IPN, rządzącym powinny pomóc środowiska historyków. A także prawników, ponieważ istota problemów dotyczących IPN nie polega jedynie na prezentowaniu jednostronnej wizji historii, ale i na przestrzeganiu wynikającej z ustawy zasady odpowiedzialności zbiorowej, która powinna zostać odrzucona.
W „Przeglądzie” od dawna piszemy o potrzebie podjęcia merytorycznej dyskusji na temat IPN. Dlatego będziemy prezentować opinie wybitnych znawców minionych dziejów, a także prawników. Do dyskusji zapraszamy też dr. Bartosza Machalicę, będącego z rekomendacji lewicy członkiem Kolegium IPN. Do nadsyłania swoich opinii zachęcamy też naszych Czytelników.
Jesteśmy przekonani, że te wypowiedzi zostaną dostrzeżone i znajdą odzwierciedlenie w postępowaniu parlamentarnej lewicy w stosunku do ciała, którego działalność stała się rakowatą naroślą na najnowszej historii Polski.
Elegia dla daremnej ofiary
Ta historia pokazuje dramat Polaków i obywateli II RP różnych narodowości z Kresów Wschodnich, którzy trafiali w szeregi Armii Czerwonej
80 lat temu, w październiku 1944 r., walcząc na Litwie, zginął brat mojej babci – Stiepan Josifowicz Bezkorowajny – żołnierz Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Ta historia ma charakter jednostkowy i rodzinny, ale też pokazuje dramat Polaków i dawnych obywateli II RP różnych narodowości z Kresów Wschodnich, którzy trafiali w szeregi Armii Czerwonej, a do których walki z nazizmem nikt dziś się nie przyznaje.
Rusza cywil na wojnę
Choć Stiepan nie miał w sobie nic z herosa („Nikt nie rodzi się żołnierzem”, mówi tytuł powieści Konstantina Simonowa), uznaję go za jednego z moich prywatnych bohaterów. Typowy cywil – w ogóle nie chciał iść na front. Wyobrażam sobie – ale już nie mogę o to dopytać babci – że był człowiekiem wycofanym, z tych, którzy raczej milczą wśród gwaru i zgiełku. Kilkanaście lat starszy od babci, w ówczesnych realiach był już naprawdę „stary”, miał 41 lat. Kiedy masz powyżej czterdziestki, pomysł, że ktoś będzie ci mówił: padnij, powstań, baczność – a ty masz rozkazy wykonywać – jest absurdalny. Co gorsza, jeśli odmówisz, postawią cię przed plutonem egzekucyjnym, a dyscyplina w armii „robotniczo-chłopskiej” była rzeczywiście drakońska. Akurat Stiepan nie identyfikował się z władzą radziecką – była mu obca. Był poza tym religijny i nie chciał zabijać. Nie chciał również zostawić rodziny na terenach nękanych przez zbrodniarzy z UPA. Nie uchylał się jednak od poboru, choć tak robiło tysiące innych w jego małej ojczyźnie, na Podolu.
Powołano go natychmiast po wyzwoleniu, wiosną 1944 r. Z ciężkim sercem wyruszył spod Tarnopola, o który toczyły się ciężkie walki – Hitler w marcu rozkazał bronić tego miasta za wszelką cenę, garnizon niemiecki Armia Czerwona zlikwidowała 15 kwietnia – do punktu werbunkowego w Nowym Siole (wschodnie tereny Podola). Część poborowych wcielono do Armii Czerwonej, część do Wojska Polskiego. Teoretycznie do tej pierwszej formacji mieli trafiać tylko Ukraińcy i Rosjanie, do drugiej Polacy i Żydzi. Bywało jednak różnie. Na dodatek wiele rodzin było mieszanych i często osoby z tej samej rodziny przydzielano do innych armii. Stiepan i jego dwaj bracia trafili więc do Armii Czerwonej, ale jego szwagier do Wojska Polskiego.
Życie żołnierza nie toczy się wokół książek czy wzniosłych idei. Poborowy musi zapomnieć o czytaniu, wierszach i muzyce. Jego los determinują kwestie przyziemne, wręcz żenująco trywialne: żeby pozostać na tyłach, by kapral się nie wyżywał, by dostać wygodny mundur, wygodne buty, dobre jedzenie itp. I tu ciekawostka:
Milion i pół kilometra od Ziemi
Co nam daje teleskop Jamesa Webba?
Prof. Paweł Pietrukowicz – astronom, członek zespołu OGLE (The Optical Gravitational Lensing Experiment) przy Obserwatorium Astronomicznym UW.
Nasz nowy teleskop – nasz, bo jest on własnością NASA (USA), ESA (Europa) i CSA (Kanada), a także Polski, skoro płacimy składkę za członkostwo w Europejskiej Agencji Kosmicznej – kosztował 10 mld dol. Właśnie ten koszt był przyczyną opóźnień w jego uruchomieniu. Stało się to możliwe dopiero 25 grudnia 2021 r. Jednak skorzystać z niego można było po pół roku – tyle zajęło złożenie lustra i przetestowanie. Efektywnie pracuje od lipca 2022 r.
– Sprecyzujmy. Nie było żadnego polskiego wkładu w budowę teleskopu Webba. Europejska rakieta wystartowała z Gujany. Przygotowania do powstania teleskopu trwały dwie dekady. Jeśli chodzi o udział Polski, to moja była studentka Aleksandra Hamanowicz pracuje w instytucji nadzorującej Space Telescope Science Institute, mającego siedzibę w Baltimore koło Waszyngtonu.
Teleskop Webba jest kolejnym, po teleskopie Hubble’a, przedsięwzięciem „przedłużającym” nasze zdolności obserwowania nieba.
– Hubble, pracujący od 1990 r., został umieszczony na orbicie na wysokości 600 km nad Ziemią. Do tej pory odbyło się pięć misji serwisowych. Napraw dokonywali astronauci. Najczęściej psuły się żyroskopy odpowiadające za stabilizację urządzenia. Obecnie, gdy nie ma już lotów wahadłowców, jego stan się pogarsza. Jeszcze pracuje, ale jest bliski zamknięcia. Koordynacją i nadzorem zajmuje się ten sam Space Telescope Science Institute. Teleskop Webba nie okrąża Ziemi. Został wyniesiony do punktu L2, w którym równoważy się przyciąganie Ziemi i Słońca. To cztery razy dalej niż odległość Księżyca od Ziemi. Krąży wokół Słońca wraz z Ziemią. Hubble ma detektory optyczne, Webb zaś działa na podczerwień, co pozwala zobaczyć więcej i dalej, bo przesyłany przez niego obraz pozwala przedrzeć się przez obłoki pyłu. Dzięki temu możemy obserwować, jak z obłoków gazowo-pyłowych formują się planety i gwiazdy. To jeden z dwóch głównych celów badawczych teleskopu Webba. W podczerwieni widać odleglejsze rejony wszechświata.
Teleskop Hubble’a nie mógł odbierać fal podczerwieni?
– Jego kamery rejestrowały pełny obraz światła widzialnego, natomiast kamery i spektrografy reagujące na podczerwień mają taką cechę, że muszą być odpowiednio schłodzone. Do tej pory podobne urządzenia w przestrzeni kosmicznej schładzano ciekłym helem, ale to paliwo wyczerpywało się po jakichś dwóch latach. Chodzi o schłodzenie do bardzo niskiej temperatury, 50 K, czyli minus 223 st. C. Tego nie stosuje się w teleskopie Webba. Do zasłonięcia urządzenia przed światłem słonecznym zastosowano tarczę odbijającą promieniowanie słoneczne. Teleskop znajdujący się w cieniu ochładza się w przestrzeni międzyplanetarnej w sposób naturalny do minus 223 st. C.
Nie grozi mu np. to, że odwróci się do Słońca niezasłoniętą stroną?
– Nie ma takiego zagrożenia, a nawet gdyby jego ustawienie zaczęło się zmieniać, niewielkie silniczki, w które jest wyposażony, dokonają korekty. Jest to jak dotychczas największe urządzenie tego typu wysłane przez człowieka w kosmos. I najdroższe. Ma 6,5 m średnicy. Na cenę miały wpływ rodzaj materiału i dokładność wykonania. Jego zwierciadło zbudowano z berylu, który jest bardzo lekki. Powierzchnia odbijająca światło pokryta jest warstwą złota. Planowany czas działania to 10 lat.
Czego możemy się dowiedzieć przez ten czas?
– Cele naukowe przedsięwzięcia są bardzo ambitne. Możemy poznać sposób formowania się wszechświata niedługo po Wielkim Wybuchu. To moment, który według obliczeń nastąpił dokładnie 13,8 mld lat temu.
Aktor uczy się każdego dnia
Chciałbym doświadczyć spektaklu nie do uratowania
Łukasz Simlat – (ur. w 1977 r.) w 2000 r. ukończył Akademię Teatralną w Warszawie. W latach 2007-2010 związany z Teatrem Powszechnym, a w latach 2012-2016 z Teatrem Studio. Od 2022 r. jest członkiem zespołu Ateneum. Współpracował z wieloma innymi warszawskimi teatrami. Za drugoplanowe role w „Zjednoczonych stanach miłości” i „Amoku” otrzymał nagrody na FPFF w Gdyni. Drugoplanowa kreacja w „Bożym Ciele” przyniosła mu Orła.
W ostatnich latach jesteś bardzo aktywny zawodowo i współpracujesz z czołowymi polskimi reżyserami. Wszedłeś w najlepszy etap kariery?
– Czuję się dobrze w obecnym momencie kariery. Ludzie mnie różnie odbierają, nie jestem zaszufladkowany, staram się bawić swoim zawodem w całej rozciągłości, od komedii po dramat. Przede wszystkim chcę, żeby praca mnie satysfakcjonowała, bo przyniesie to najlepszy efekt przed kamerą i dam radość widzom. Nieposkromione aktorskie ego każe jednak cały czas czekać na to, co jest za zakrętem. Niewiadoma daje rodzaj adrenaliny, bo pytamy, jaki będzie następny projekt i kiedy się przydarzy. Ogólnie jest dobrze, warto wychodzić z domu i czasem schylać się po najmniejsze role, zwłaszcza jeśli są równie ciekawe jak epizod w „Kosie”. W naszym zawodzie trzeba szukać frajdy i korzystać z pomocy wyobraźni, która pozwala oszacować, jaki film może powstać. Cała praca odbywa się przed wejściem na plan. Dopiero w trakcie zdjęć zderzamy nasze potrzeby i pomysły z rzeczywistością.
Wydaje się, że starannie dobierasz role. Można w Polsce pozwolić sobie na odrzucanie słabszych propozycji?
– Czytałem raz wywiad z Seanem Pennem, który był w szczytowym momencie kariery, niedługo po odebraniu Oscara za „Rzekę tajemnic”. Wzruszyło mnie, jak aktor powiedział, że scenariusz „Obywatela Milka” wyciągnął ze sterty 50 tekstów leżących na biurku i pomyślał: „To jest ten szczęśliwy reżyser, do którego się uśmiecham”. Nie jestem w tak uprzywilejowanej sytuacji jak Penn. Odrzucam propozycje, które mnie kompletnie nie interesują, są opakowane w rodzaj złej emocji albo dotykają tematu, którego nie należy moim zdaniem promować. Czasem z przymusu, gdy dostaję nie do końca satysfakcjonujący tekst, staram się nałożyć na niego własne pomysły, aby rozwinąć postać. Może twórcy mnie posłuchają i stwierdzą, że warto coś zmienić? Za każdym razem rozpoczynam nową przygodę, która zależy od koncepcji scenariusza i wizji reżysera.
Co najbardziej zafascynowało cię w scenariuszu „Sezonów”, które opowiadają o parze aktorów pracujących w małym teatrze i przeżywających kryzys małżeński?
– Czytając tekst, miałem wrażenie, że każdą scenę przeżyłem, byłem jej świadkiem, słyszałem, że się zdarzyła, albo wierzę, że mogłaby się zdarzyć. Znam środowisko teatralne i realia ciasnych korytarzy, wiem, jak cały organizm pracuje na zapleczu, podczas prób lub w trakcie spektaklu. Elementem, który chyba najbardziej mnie ujął i przyciągnął do pracy z Michałem Grzybowskim, była mieszanka gatunkowa. Lubię się poruszać w konwencji komediodramatu
Teren budowy, wstęp wzbroniony
Gramy na miarę naszych możliwości. Jesteśmy mierni, w porywach przeciętni i nie da się tego zmienić
„Teren budowy, wstęp wzbroniony” – taką tabliczką proponuję odstraszać wszystkich chętnych do oglądania piłkarskiej reprezentacji Polski. To wedle myśli trenera Michała Probierza, który zagadnięty bezpośrednio po historycznym spuszczeniu nas do Dywizji B Ligi Narodów, bez śladu smutku czy choćby delikatnej konfuzji, orzekł, że „drużyna jest w budowie”, czym z góry zamknął pole do krytyki.
Na przedmeczowych konferencjach spięty, drażliwy, kontrujący każde pytanie jak atak na swoje ego, nieco nawet gburowaty, po sportowej klęsce, którą podpisał własnym nazwiskiem, nagle odpowiadał płynnie, wyluzowany i cierpliwy.
Napięcie zeszło.
Stało się, a zarazem nic się nie stało. Przegraliśmy ze Szkocją w doliczonym czasie, a dwa miesiące temu w takich samych okolicznościach z nią wygraliśmy.
Raz na wozie, raz pod wozem. Selekcjoner się nie tłumaczył. Kanoniczny truizm o drużynie w budowie (po roku pracy nie wypada już mówić o przebudowie) załatwił sprawę, potem jeszcze coach bez najmniejszych wątpliwości orzekł, że cień myśli o dymisji nie przemknął mu nawet przez głowę, bo „idziemy w dobrym kierunku”. Wyglądał na faceta, którego odwagę wspiera przekonanie o własnej nietykalności. Gadał swoje, ale ja słyszałem jego głos wewnętrzny, pozwolę więc sobie to moje urojenie słuchowe na prawach licentia poetica przedstawić: „Czego ode mnie chcecie?! Liga Narodów się nie liczy, przynajmniej uchroniliśmy się przed jakimiś pojebanymi barażami na wiosnę.
Będę ciągnął ten wózek przez eliminacje mundialu i nadal zarabiał miesięcznie więcej niż wy przez cały rok. Kulesza to mój ziom, wprowadziłem mu Białystok do Europy, kiedy tam się jeszcze żubry na boisku pasły. Poza tym mam ważny kontrakt, więc jestem nie do ruszenia. A teraz cześć i czołem, muszę jeszcze powiedzieć chłopakom w szatni, żeby się nie przejmowali, i idę pierdolnąć whisky”.
A tak już całkiem serio: Michał Probierz nie jest winny temu, że w Polsce rodzi się radykalnie mniej zdolnych piłkarzy niż w Portugalii, nieco mniej niż w Chorwacji i mniej więcej tyle samo co w Szkocji.
Lekcje polskiego
Ucichła już burza wokół pytania Moniki Olejnik w puencie jej rozmowy z Radosławem Sikorskim o żydowskie – jednak ciągle to żywa kwestia – pochodzenie żony ministra. Dziennikarka pytała, czy może być to problemem, gdyby Sikorski został kandydatem na prezydenta. Sikorski ma znakomite riposty, więc świetnie odpowiedział, robiąc aluzję do żony Dudy. Ale obraził się i wyszedł ze studia, nie podając ręki Olejnik. Potem wydał ostre oświadczenie. Muszę powiedzieć, że nie wiem, czy to pytanie było skandaliczne, czy nie. Wiem jedno – wielka żenada, że w Polsce rzeczywiście może być to problem. Żeby choćby Anne Applebaum nie miała tak żydowskiego nazwiska. To aż kole w oczy polskich antysemitów. Antysemita to nie jeden wyraźnie zarysowany osobnik. Obłąkany antysemita kompromituje antysemitów umiarkowanych. Są więc też umiarkowani, którzy czasami mają nawet swojego lubianego Żyda. Zwykle wtedy mówią: „Porządny człowiek, chociaż Żyd”. Dlatego umiarkowani pisowscy antysemici akceptują w pełni żonę Dudy. Generalnie głowa PiS nie jest antysemicka, co ją różni od dawnej endecji.
A z Anią Applebaum spędziłem dawno temu w Sztokholmie słoneczny i sympatyczny dzień. Polubiłem ją, a potem zacząłem podziwiać jej książki, to znakomita dziennikarka i eseistka.
Z pochodzeniem żydowskim czy z jakimkolwiek powinno być tak, że nie jakiś cham, ale każdy indywidualnie określa, jaką ma identyfikację. Jednak w pochodzeniu żydowskim jest coś złowrogiego. Sam tego doświadczam. Nikogo nie obchodziło, że mój dziadek i matka mieli świetne polsko-austriackie pochodzenie.
W wyborach prezydenckich wszystko może się zdarzyć
Ci z PiS walczą o życie. Chociaż, jak się zastanowimy, to ci z PO też
Dr Mirosław Oczkoś – specjalista od marketingu politycznego i wizerunku z Zakładu Marketingu Wartości SGH
W sondażach Koalicji Obywatelskiej ich kandydat pokonuje w drugiej turze wyborów prezydenckich kandydata Prawa i Sprawiedliwości 57:43 lub 54:46. To dużo? Na ile kampania wyborcza może zmienić te proporcje?
– To jest dużo. Natomiast kampania może wszystko zmienić, co wiemy po niejakim Andrzeju Sebastianie Dudzie. Ale też po Donaldzie Tusku i Lechu Kaczyńskim. Już mało kto pamięta, ale Donald Tusk w 2005 r. wygrał pierwszą turę z Lechem Kaczyńskim. Później suma błędów, które popełnił przed drugą turą, spowodowała, że nie został prezydentem.
Czyli de facto te dwa tygodnie między pierwszą a drugą turą będą najważniejsze?
– Tak. W ciągu dwóch tygodni wynik można obrócić albo w jedną, albo w drugą stronę. Popatrzmy na błędy kampanii Bronisława Komorowskiego, za które jego sztab powinien zostać rozstrzelany. Poleciał po poparcie do Kukiza. Wystartował z referendum. Trzeciego błędu uniknął. Czytaliśmy o tym – sztab zaprosił Piotra Tymochowicza i, z tego co wiem, cofnęli go na bramce w Pałacu Prezydenckim. Panika była daleko posunięta.
A Tusk? Jakie błędy popełnił w 2005 r.?
– Przede wszystkim fatalna kampania billboardowa. Przez całą kampanię miał świetne billboardy „Prezydent Tusk”. I nagle sztab spanikował. Wymieniono billboardy z dobrych na wystraszonego Tuska. Kompletna zmiana. Ludzie nie bardzo wiedzieli, co z tym robić. Druga sprawa: w sztabie chyba skończyły się pomysły, bo po pierwszej turze niczego nowego nie wrzucili do gry.
Sparaliżował ich dziadek z Wehrmachtu.
– A z kolei Lech Kaczyński oficjalnie wyrzucił Jacka Kurskiego ze sztabu, Jarosław go zawiesił w partii, pokazano sprawczość i zdecydowanie. To chwyciło. Plus kilka innych rzeczy kampanijnych PiS, spokój… Ale moim zdaniem najważniejszy był brak narracji Tuska.
Paliwa na ostatniej prostej zabrakło też Rafałowi Trzaskowskiemu. Przecież gdyby pojechał do Końskich…
– Absolutnie! Dwa, trzy lata temu czytałem tekst jednego z wpływowych członków sztabu, który pisał: „Wszyscy nam zarzucali, że nie pojechaliśmy na debatę do Końskich, że był słaby koniec kampanii. Ale po co mieliśmy pojechać do Końskich?”. A właśnie trzeba było jechać do Końskich i tam się zbudować! Spójrzmy na Donalda Trumpa, nawet na Joego Bidena cztery lata temu. Ostatni dzień kampanii, ostatnie minuty – to jest uderzenie. Rzucamy wszystko na stół, by przekonać tych nieprzekonanych.
To takie ważne?
– Z badań wynika, że ludzie podejmują często decyzję od 24 do 48 godzin przed wyborami. Tymczasem zamiast do Końskich Trzaskowski pojechał do Rybnika, bo tam mieszkają jego teściowie. To było miałkie, nieenergetyczne, więc nawet jak ktoś miał się zastanowić, na kogo oddać głos, to powiedział: no nie, na Trzaskowskiego nie oddam. Rozumiem tamten czas, kampania była nierówna, nieczysta, do tego telewizja Kurskiego… Nie znaleziono pomysłu na taką nawałę, a to są podstawowe błędy. Bo na ostatnim etapie trzeba wyłożyć karty na stół. Postawić na osobowość. Wyborcy podejmują decyzję z różnych powodów. Powstały na ten temat opracowania – emocja jest najważniejsza.
Czyli w polskim boju o prezydenturę najpierw decydują partyjne elektoraty, od ich siły zależy, kto wchodzi do drugiej tury. Później, w ostatnim sprincie, decydują niezdecydowani. Jak duża to jest grupa – 5%, 8%?
– Trudno powiedzieć. Ale zwróćmy uwagę na poprzednie wybory, kiedy Szymon Hołownia nie poparł Trzaskowskiego.
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
„Zabójstwo drogowe”, czyli populizmu penalnego ciąg dalszy
Swego czasu G.K. Chesterton poczynił niezwykle trafne i ważne spostrzeżenie: „To nie świat jest gorszy, to serwis informacyjny jest lepszy”.
Rzeczywiście nasz obraz świata jest taki, jakim przedstawią go nam media. Kiedyś najbardziej wpływowym medium była prasa, później przez lata telewizja, a ostatnio media elektroniczne, w tym społecznościowe. To one kształtują nasz obraz świata, narzucają sposób myślenia, wpływają na oceny.
Na moim Podhalu z mediami konkurują jeszcze, choć w formie szczątkowej, tradycyjne sposoby przekazu informacji i kształtowania opinii. Tak jak niegdyś ostatecznym argumentem za prawdziwością najbardziej absurdalnej wiadomości było „w pekaesie mówili”, teraz, gdy kapitalizm zlikwidował PKS, wioskowa agora przeniosła się pod sklep. Argument „pod sklepem mówili” jest nie do przebicia. Nawet dla Facebooka. Przynajmniej w starszym pokoleniu.
Dawno nie byłem pod sklepem w Bustryku, z oczywistą szkodą dla mojego światopoglądu, nie wiem, co tam mówili, ale telewizja i media elektroniczne ostatnio intensywnie zajmowały się dwoma czy trzema piratami drogowymi, którzy spowodowali wypadki ze skutkiem śmiertelnym,
My, Polska endecko-ludowa
Błędem Platformy, ale i lewicy było zerwanie z językiem tradycyjnego patriotyzmu
Prof. Stefan Chwin – pisarz, eseista, historyk literatury, związany z Uniwersytetem Gdańskim. Ma w dorobku takie tytuły, jak: „Hanemann”, „Esther”, „Dziennik dla dorosłych”, „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”, „Panna Ferbelin”, „Miłosz. Interpretacje i świadectwa”, „Zwodnicze piękno”, „Srebrzysko. Powieść dla dorosłych”, „Oddać życie za Polskę. Samobójstwo altruistyczne w kulturze polskiej XIX wieku”, „Wolność pisana po Jałcie”, „Dziennik życia we dwoje”.
Kultura polska jest kulturą strachu? Przyjdą Niemcy i zabiją, przyjdą Rosjanie i uciemiężą, wrócą Żydzi i odbiorą. A Europa nas zdemoralizuje. Wciąż jest to straszenie i ten strach.
– Bez przesady. Strach nie jest wyróżnikiem wyłącznie naszej kultury. Kulturą strachu jest dzisiaj kultura Rosji. Rosjanie mają się bać potwora „kolektywnego Zachodu”, który – jak przekonują ludzie Putina – zachowuje się tak samo jak Hitler. Dzieci rosyjskie są uczone, że wojna na Ukrainie jest kontynuacją napaści Niemiec nazistowskich na ZSRR. A Zełenski jest zbrodniczym awatarem Bandery, który współpracował z SS. Rosyjska szkoła buduje w głowach Rosjan taki obraz świata. Ale strach jest uczuciem uniwersalnym i występuje w każdej kulturze. Różnica tylko taka, że my się boimy czego innego niż reszta narodów.
Czego?
– Naszych sąsiadów ze wschodu i zachodu. Bo nie było w Polsce rodziny, która by nie została jakoś skrzywdzona przez Niemców i Rosjan. Dlatego odwoływanie się do resentymentu antyniemieckiego i antyrosyjskiego sprzyja w Polsce każdej partii radykalnej. Jadąc na tym, można wygrać wybory.
Nasz polski patriotyzm
To jest podłoże zmuszania do patriotyzmu, wpychania nas w oficjalny patriotyzm.
– Kiedyś rozmawiałem z kobietami o bardzo liberalno-postępowych poglądach, które uważały, że tradycyjna edukacja patriotyczna jest bardzo szkodliwa dla dzieci. Zapytałem je, czy biorą pod uwagę, że Polska może się znaleźć w stanie wojny.
Nie brały?
– Fundamentem ich postępowo-liberalnego światopoglądu było irracjonalne przekonanie, że żadnej wojny nie będzie, dlatego możemy wychowywać dzieci w taki sposób, żeby one były kompletnie niezdolne do jakichkolwiek aktów przemocy, a tym samym do czynnego udziału w wojnie. Żeby były miękkie, kulturalne, tolerancyjne, koncyliacyjne, nastawione na dialog, pojednanie i porozumienie. Idea dialogu jest z pewnością piękna, ma jednak, niestety, swoje granice. Ciekaw jestem, jak wyglądałby dialog między warszawskimi Żydami a oficerem SS w trakcie likwidacji getta w Warszawie. Mówię o skrajnym przypadku, ale to dotyczy całego społeczeństwa polskiego między 1939 a 1945 r. O żadnym dialogu nie było wtedy mowy. Oni nas zabijali, więc musieliśmy być zdolni do użycia przemocy wobec nich. Pytanie dziś brzmi: czy pan da sobie rękę uciąć, że nie znajdziemy się w stanie wojny?
Nie.
– A czy bierze pan to pod uwagę także w wychowaniu swoich dzieci?
Tak.
– Wtedy pan wchodzi na linię tradycyjnego polskiego patriotyzmu.
Ale brzęczy mi z tyłu głowy Gombrowicz, że poddanie się linii tradycyjnego patriotyzmu kończy się tym, że muszę się poddać woli tych, którzy rządzą. I bez mojej zgody i woli słuchać… Kaczyńskiego jako wicepremiera do spraw bezpieczeństwa.
– Jednak dzisiaj władzę w Polsce ma ktoś, kto jest przeciwko PiS. Niejeden raz pisałem, że błędem Platformy, ale i lewicy, było zerwanie z językiem tradycyjnego patriotyzmu.
Tusk do tego języka wraca.
– I słusznie, bo większość Polaków jest do tego języka przywiązana. Pomysły Platformy, by całkowicie odciąć się od tego języka, były nierozsądne. Pamięta pan opinię, że polskość to choroba? Przez takie gadanie przegrywaliśmy wybory. Sensowniejsze jest, żeby szanując podstawowe pryncypia polskiego etosu patriotycznego, wprowadzać do niego korektę liberalną, lewicową, oświeceniową itd.
A Gombrowicz?
– Gombrowicz fascynuje nas dlatego, że był jeden i był pierwszy, a w rzeczywistości mógł sobie pozwolić na wolnościowe fanaberie dlatego, że mieszkał w Argentynie. Kiedyś nawet napisałem tekst, kim by był, gdyby w 1939 r. został w Polsce. Gdyby mieszkał wtedy w Warszawie, poszedłby do powstania czy raczej siedziałby w piwnicy?
Pamiętam moje rozmowy z Jerzym Stefanem Stawińskim, scenarzystą „Kanału”, z prof. Wiesławem Chrzanowskim – był w Młodzieży Wszechpolskiej, z prof. Zdzisławem Sadowskim – on z kolei działał w ONR. Wszyscy byli przeciwni powstaniu warszawskiemu. Ale poszli.
– Jeśli mieszkamy przy ulicy, na której nasi sąsiedzi z tej samej kamienicy budują barykadę, to raczej nie zamkniemy się w domu i nie zasłonimy okien, tylko pójdziemy budować ją razem z nimi. Dlatego nawet ci, którzy byli przeciwnikami powstania, brali w nim udział. Chociaż Miłosz mówił mi: „Proszę pana, ja uznałem, że poważne traktowanie życia polega na tym, że nie należy brać udziału w przedsięwzięciach, które uważamy za nierozsądne”. On nie wziął udziału w powstaniu. Ale to wyjątek. Myślę, że czasem są sytuacje, kiedy nie ma wyboru.
Zawsze trochę się kolaboruje
Pisał pan w jednym z esejów, że „żołnierze wyklęci”, dziś tak wywyższani przez prawicę, zostali w latach 40. porzuceni przez naród. Nie cieszyli się czynnym poparciem większości, która szybko, po drugiej amnestii, zajęła się „normalnym” życiem i odbudową.
– To dotyczy wszystkich narodów, nie tylko Polaków. W skali masowej instynkt samozachowawczy jest zawsze silniejszy niż imponderabilia. Zwykle większość dostosowuje się do warunków, w których musi żyć. Czynny opór stawia garstka.
Co wtedy robią pisarze, ludzie kultury?
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
BNP Paribas – bank blokującego świata
Stało się coś, co się nie mieści w głowie. I to podwójnie. Po raz pierwszy zgadzamy się z tym, co napisał „Nasz Dziennik”, organ o. Rydzyka. A dwa – mamy kolejny dowód, że francuski bank, czyli BNP Paribas, traktuje Polskę jako kolonię francuską. Bo czy inny bank mógłby na dwa tygodnie (1-15 listopada) zablokować rachunki 28 domów zakonnych i inicjatyw Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego? Bez podania przyczyn pozbawiono ich dostępu do rachunków. I uniemożliwiono opłacanie składek ZUS, ubezpieczeń, rachunków itp. Czy BNP Paribas działał na polecenie prokuratury, urzędu skarbowego lub służby celnej? A może wystarczyła nadgorliwość. I poczucie bezkarności.
Wyćwiczone na polskich rolnikach.







